Showing posts with label Beauty Blender. Show all posts

Wielka bitwa różowych jajek: Inglot vs. BeautyBlender

Tuesday, March 4, 2014 -

Witajcie!

Dzisiaj post, na który czekaliście. Statystki wyszukiwań na moim blogu szaleją pod tym względem i codziennie widzę wpisywane hasła o beauty blendera  i gąbeczkę z Inglota.  Mimo że ostateczna recenzja jajeczka BB się jeszcze u mnie nie pojawiła, to postanowiłam, że podzielę się z Wami zdaniem na temat jednego i drugiego. Chociaż na pewno beauty blender doczeka się osobnego posta. Uważam, że na to zasłużył.

Dzisiaj skupimy się na porównaniu obu gąbeczek i odpowiedzeniu sobie na pytanie, czy są do siebie podobne tylko z wyglądu. 

Przede wszystkim różni je cena, jaką musimy za nie zapłacić. Kultowe, różowe jajeczko nie należy do najtańszych. Musimy na nie wydać całkiem sporo, bo aż 79zł. Dlatego uważam, że warto je kupować w duopaku. Fakt, na raz trzeba wydać znacznie większą kwotę, bo aż 119zł, ale jest to dosyć spora oszczędność.


Gąbeczka z Inglota, to koszt rzędu 42zł. Mamy tutaj do czynienia ze znacznie niższą kwotą, jaką należy na nie wydać i to chyba największa zaleta tego produktu.

To, co mnie bardzo w beautyblenderze denerwuje, to fakt, że nie jest dostępny stacjonarnie. Czy naprawdę byłoby to takie trudne wprowadzić go do jakieś większej sieci drogerii? Nie miałabym nic przeciwko, gdyby znalazł się w Douglasie albo Hebe. Zawsze jest to większy komfort związany z brakiem kosztów dostawy. No i byłoby fajnie, gdyby każdy mógł zobaczyć jajeczko na żywo i mógł je sobie pomacać.


Tutaj na korzyść Pro Blending Sponge, bo tak się nazywa konkurencyjne jajeczko, działa sieć salonów i wysp, na których możemy spokojnie dotknąć jajeczko i zweryfikować przed zakupem, czy w ogóle chcemy je nabyć.

I to chyba byłoby na tyle aspektów, przy których jajeczko z Inglota może sobie zasłużyć na lepszy rezultat względem beautyblendera. A szkoda.


Zacznę może od konkretów i nie będę Wam tutaj owijać w bawełnę, rozwlekając się na osiemnaście stron. Jajeczko z Inglota po prostu jest gorsze. Jest marną podróbką. I dlaczego nazywam je podróbką/"tańszym odpowiednikiem"? Czy dupem, jak kto woli :P Bo zwyczajnie Inglot zakończył na podobieństwach obu produktów w kwestii wizualnej. Na tym koniec. Finito!

Przede wszystkim, jak widzicie to na zdjęciach (tak w ogóle, to jajeczka są bardzo niefotogeniczne i ciężko było mi je dobrze uchwycić :) ), jajeczka różnią się teksturą. Beautyblender jest bardziej porowaty, mięciutki i przypomina skórę. Fajnie się nim operuje i naprawdę, nawet największy laik nie zrobi sobie nim krzywdy. Wydaje mi się, że to najbezpieczniejsza forma nakładania podkładu i dodatkowo wszystko dzięki niemu wygląda po prostu fenomenalnie.  Daje sobą łatwo manipulować, ale w sensie fizycznym :P Jest giętki i sprężysty. Łatwo można go ścisnąć. To naprawdę duży komfort, zwłaszcza przy namaczaniu go przed nałożeniem makijażu oraz przy jego czyszczeniu. Mycie BB jest praktycznie bezproblemowe. Fakt, jedne podkłady wymywają się lepiej, inne gorzej, ale nadal... nie ma większych problemów przy jego czyszczeniu. Radziłabym jednak zachować ostrożność. /Ja, moimi długimi paznokciami niestety zrobiłam już sobie nieciekawą dziurkę :(/




Jak wypada Pro Blendig Sponge? Średnio. To znaczy, on działa tak samo jak BB i nie widać specjalnej różnicy w tym, jak podkład wygląda na buzi. Jest jednak spora przepaść dzieląca obie gąbeczki. Inglotowskie jajo jest bardzo zbite, powiedziałabym "ciężkie", podczas gdy BB jest lżejszy w dłoni. Jajeczko rodzimej firmy niestety nie może się pochwalić taką samą fakturą. Jest ewidentnie wykonane z innego tworzywa. I niestety, jest to niekorzystne.
Najprościej mówiąc, nie daje takiej przyjemności i komfortu z używania jajeczka. Jest nieprzyjemny i mam wrażenie, jakby "uderzał" w twarz. Fakt, nie zrobimy sobie nim żadnego siniaka pod okiem, ale niestety nie jest też zbyt fajny.
Tragicznie się go namacza wodą. Przy BB jest to dosłownie chwila, a tutaj się moczy i moczy, i zajmuje to znacznie więcej czasu. Mycie też nie należy do najprostszych. Jest raczej uciążliwe i uporczywe. Znacznie dłużej schnie. Ja myję swojego BB co wieczór i rano jest już skurczony i suchutki. Jajko z Inglota niestety potrzebuje bardziej doby do wyschnięcia.



Podsumowując, powiem szczerze, że na jajko z Inglota już się nie skuszę. Wolę wydać więcej i zapłacić w ten sposób też za komfort, jaki przynosi mi używanie oryginalnego beautyblendera. Nie to, żeby inaczej wyglądał po nich podkład na twarzy, czy korektor pod oczami, bo ta kwestia pozostaje bez zmian. Jednak ogromnym plusem jest miękkość BB i właśnie dlatego z niego nie zrezygnuję. Gdy mój już mi się wysłuży, to na pewno kupię kolejnego.

Dla osób, które nigdy nie miały styczności z beautyblenderem, polecam zapoznanie się z jajeczkiem z Inglota. Myślę, że wtedy spełni Wasze oczekiwania. Osobom, które nie chcą też przepłacać za "kawałek gąbki" - też się sprawdzi. Niestety, a może stety, poznałam zalety BB przed jajkiem z Inglota i swojego zdania nie zmienię. Wiem, że wiele z Was nie rozumie fenomenu różowego jajeczka. Ja jednak jestem w nim bezgranicznie zakochana.

A jakie jest Wasze zdanie? Posiadacie któreś z jajeczek? Uważacie je za ważną rzecz w Waszym makijażu?


NOWOŚĆ W INGLOCIE!

Tuesday, January 14, 2014 -

Hej!

Dzisiaj post czysto informacyjny, w którym mam zamiar podzielić się z Wami ważną informacją. Nasza rodzima firma postanowiła zabrać się za stworzenie własnej gąbeczki do podkładu (korektora i pudru), na kształt Beauty Blendera. 

źródło: inglot.pl

Było już pomarańczowe jajko z Real Techniques, mnóstwo podróbek bardziej lub mniej chińskich, które często przypominają mi kształtem "wiadomo co". MAC również ma swoje jajko, ale jakoś tak... mało popularne. 

Najbardziej znane, najbardziej osławione i chyba najlepsze (chociaż nie jestem obiektywna, bo innych nie używałam), jest jajko Beauty Blender. Nikt mi nie wmówi, że nie chciałby mieć go w swojej kolekcji. Fakt, kosztuje dużo, bo aż 79zł, ale myślę, że warto. Ale nie o nim dzisiaj! Wróćmy do tematu. 

żródło: facebook.com/inglotpolska

Inglot poinformował dziś na swoim fanpage'u, że od dzisiaj sukcesywnie wprowadza nowość do swoich salonów. W ten sposób, każda z nas będzie mogła stacjonarnie kupić sobie taką gąbeczkę do podkładu. Nie powiem, jajko bardzo przypomina wspomnianego wcześniej BB. Prawda?

Cena niemała, bo aż 42 złote. Zawsze to mniej niż 79zł, ale to nadal całkiem wysoka stawka. Mam nadzieję, że jakość produktu jest porównywalna do BB, jak jego wygląd. Co więcej, podoba mi się fakt, że produkt jest dostępny stacjonarnie. Co jest ogromnym minusem Beauty Blendera. Możliwość "pomacania" jajka przed jego zakupem, jest sporą zaletą.

Ja myślę, że za jakiś czas na pewno kupię to jajko i je porównam z Beauty Blenderem. Wtedy na pewno pojawi się ich porównanie. A Wy, co myślicie o nowym produkcie Inglota? Skusicie się? 

Świąteczne prezenty!

Thursday, December 26, 2013 -


Kochani! Mam nadzieję, że święta upłynęły Wam w radosnej atmosferze. Niestety, prawdą jest powiedzenie "święta, święta i po świętach". Tak długo się na nie czekało, a tu już prawie po. 
Byliście w tym roku grzeczni? Mikołaj przyniósł Wam wszystko, o czym marzyliście?
U mnie się postarał. Dostałam kilka fajnych rzeczy, a moja lista życzeń już się znacząco wykreśliła. (Nie byłabym sobą, gdybym już nie miała z tyłu głowy nowych pomysłów na zasilenie mojej kosmetyczki :) )

W każdym razie, chciałam się dzisiaj z Wami podzielić dobrą nowiną i pokazać Wam, co znalazłam pod choinką. 


W malutkim woreczku znalazłam srebrną wersję znanych Wam pewnie bransoletek. Do kompletu otrzymałam też kolczyki. Bardzo się z tego prezentu cieszę, bo u mnie kolczyków i bransoletek nigdy za wiele. 


Dostałam też w końcu moje wymarzone różowe jajeczko! Miałam mieć zestaw podwójny ( bo zwyczajnie, jest bardziej opłacalny), ale mojego Mikołaja ubiegły inne osoby w zakupach, więc zdecydował się na zakup zestawu z mydełkiem przeznaczonym do mycia beautyblendera. Pachnie ono lawendą i powiem szczerze, że nie sądziłam, że lubię lawendę.
Do tego dostałam też najnowszy krem tonujący i korektor Biodermy, Sebium AI correcteur.

No i wisienka na bogatym torcie:) Meteoryty od Guerlain. Marzenie ostatnich miesięcy, które się spełniło. Do ostatniej chwili przed zakupem, nie wiedziałam, czy zdecydować się na wersję w kompakcie, czy w formie kuleczek. Postanowiłam się Was jednak posłuchać i wybrałam kuleczki w kolorze 01 Teint Rose. Jak na razie jestem zachwycona wykonaniem opakowania, zapachem produktu i tym, co robi na twarzy. Nie wydaję jednak jeszcze ostatecznych osądów i recenzja od A do Z pojawi się dopiero za jakiś czas. Trzymam jednak kciuki, że nie zawiodę się nawet minimalnie.


A takie paznokcie miałam w tym świątecznym okresie. W sumie to jeszcze mam, bo się nadal dobrze trzymają. Kropeczkowa choinka wyszła mi średnio, ale i tak jestem zadowolona.


I to by było na tyle. Takie są moje prezenty. Ja jestem z nich bardzo, bardzo zadowolona i cieszy mnie każdy z osobna. A co Wy w tym roku dostaliście? Byliście grzeczni? :) Piszcie w komentarzach, nie krępujcie się zostawiać linków do Waszych postów i dajcie znać, czy jesteście zadowoleni z tego, co Mikołaj Wam w tym roku podarował. 

Jesienna lista życzeń

Saturday, September 28, 2013 -


W pewnym momencie miałam wrażenie, że mam już wszystko, co moje serce może chcieć, ale ostatnio okazuje się, że to fajne, tamto fajne, to też bym chciała. I tak jakoś się okazuje, że ta moja lista jest całkiem spora. Część z tych rzeczy jest bardziej osiągalna i za jakiś - mam nadzieję, że w miarę najkrótszy - czas stanę się ich posiadaczką. Niektóre są dosyć, jakby to delikatnie powiedzieć, wymagające dla portfela :) Dlatego na nie będę musiała poczekać jeszcze spooooro czasu. Oby cierpliwość się opłaciła.

1. Pierwsze miejsce zajmuje perełka, na którą ślinię się, jak niemowlę. Puder rozświetlający od Guerlain, Meteorites Compact. Puder prasowany nie jest mozajką meteorytów w formie kuleczek, ale daje ładne rozświetlenie. Nie ukrywam, że ogromnie podoba mi się jego opakowanie i to ono najbardziej mnie do niego ciągnie. Za 7g produktu trzeba zapłacić 219zł (tyle w Douglasie). Obiecuję sobie, że już niedługo wpadnie w moje łapska i już się nie mogę doczekać. Oby szybko! :)




2. Mary-lou Manizer The Balm
Nie muszę chyba tego rozświetlacza nikomu przedstawiać. Daje piękne, szampańskie rozświetlenie, świetnie się trzyma i jeszcze go nie mam  w swojej kosmetyczce. To dziwne. Bardzo.



3.Beauty Blender
Takie tam jajko, gąbeczka do podkładu, pudru, korektora - czego tam chcecie. To moje różowe spełnienie marzeń i  ślinię się na niego już od bardzo dawna. Za każdym razem, gdy już mam ochotę go zamówić, to ktoś (czyt. Kuba) przemawia mi do rozsądku, że to przecież gąbka, że tyle pieniędzy, że pędzle mam na lata... I nie wiem, może kiedyś to ja wygram i zamówię :)



4. Pędzle Hakuro
I mimo że mam pędzelków całkiem sporo, chociaż też nie najwięcej, to ostatnio czuję, że przydałoby się jeszcze parę do nakładania cieni i do ich rozcierania. Podoba mi się jeszcze jeden mały puchacz, który świetnie sprawdziłby się do korektora (H64). Poniżej zdjęcia tych, na które czuję parcie.

                                                                                                                          H70
          H64




                                                                                                                                                                                   H76







H79


źródło:makeupbox.pl

5. Benefit, High Brow
Oh Yeah... Na tę kredkę mam ochotę dopiero od niedawna i skutecznie odstrasza mnie jej cena. Tak, naprawdę skutecznie. Z drugiej strony ogromnie podoba mi się efekt, jaki daje i pewnie prędzej, czy później się na nią skuszę. Jest droga, aż za droga - kosztuje jakieś 90zł. I nie wiem nawet, jak Wam wyjaśnić jakie mam wobec niej uczucia. Bo to przecież zwykła kredka rozświetlająca, która kosztuje za dużo, jak na kredkę. Z drugiej strony wiem, że to kosmetyk wart tych pieniędzy. Po prostu biję się z myślami, czy warto mieć ją już teraz, czy jeszcze chwilę poczekać.


6. Baza pod cienie z Urban Decay, to moje ukryte chciejstwo. Chcę jej i nie chcę, i tak mi się odnawia choroba mniej-więcej co dwa miesiące, kiedy znowu bardzo jej pragnę. Nie odstrasza mnie jej cena, czyli około 60zł, bo jest jej naprawdę dużo i starcza na milion lat użytkowania. No i jest wygodna, bo ma pędzelek, a ja mam już dosyć mojej bazy z Daxa...



7. Sleek, Vintage Romance
Jest to najnowsza paletka Sleeka i kompletnie oszalałam na jej punkcie. Koniecznie musi być moja, bo inaczej umrę, zdechnę i nie przeżyję. Ma piękne kolory, idealne na jesień. Szczególnie podobają mi się te odcienie fioletu, za którymi ostatnio błądzę oczami w sklepach i szukam idealnych kolorów wina, oberżyny i innych jesiennych barw. W tej paletce są prawie wszystkie cienie, jakich szukałam, więc warto w nią zainwestować. Nawet fakt, że Sleeki okropnie się osypują mnie nie zraża. Ta paletka będzie moja.


A wiecie, co jest najgorsze? Ostatnio doszłam do wniosku, że jestem zakupoholiczką, ale tylko jeśli chodzi o kosmetyki. Nigdy nie mam ich za wiele. Jest mi smutno, gdy nie mam nowego kosmetyku, gdy sobie nic nie kupię. A jak już sobie kupię, to jestem w stanie euforii i "tak mi dobrze", że mam coś nowego. To już chyba problem, prawda? :)

Mimo wszystko trzymam się dość mocno i staram się nie kupować pierdół. Dotarło do mnie też to, że potrafię wydać bezsensownie mniejsze pieniądze na jakieś kompletnie mi niepotrzebne rzeczy tylko dlatego, że są w promocji albo "się przydadzą". Dlatego postanowiłam, że wolę te pieniądze, które chcę wydać na jakąś duperelę zaoszczędzić, poczekać jakiś czas i kupić to, na czym mi naprawdę zależy. A w taki sposób mam nadzieję, że szybciej uda mi się pospełniać marzenia z tej kosmetycznej listy. Mniej bzdur, więcej cierpliwości, oszczędności i za jakiś czas będę mogła się cieszyć tym, na czym mi naprawdę zależy. Takie mam jesienne postanowienie

Ta lista jest po to, żebym postawiła sobie jasne cele, żebym kupowała to, co chcę a nie, co mi wpadnie w danej chwili w oko. Jeśli na blogu pokażę niedługo coś, co kupiłam i nie będzie tego na tej liście, to możecie mnie jawnie zjechać w komentarzach, żeby mnie postawić do pionu. Mam  jednak nadzieję, że lista będzie mnie trzymać w ryzach i nie dam  się podstępnym promocjom - kupię tylko to, o czym marzę.

A Wam się ostatnio coś marzy? Dajcie znać! Może moja lista się powiększy o coś, o czym nie słyszałam. A może znacie już dobrze jakiś kosmetyk z mojej listy? 

DO GÓRY