Showing posts with label Guerlain. Show all posts

Guerlain, Meteorites - czy warto je kupić oraz jak je aplikować

Monday, October 24, 2016 -


Meteoryty od Guerlain, to produkt kultowy. Nie będę tutaj się chyba musiała jakoś specjalnie rozwodzić nad tym tematem. 
Nie ukrywam jednak, że dawniej, gdy byłam jeszcze na pierwszym roku studiów i moja przygoda z makijażem dopiero się zaczynała, byłam przekonana, że jest to produkt przeznaczony dla starszych pań. Tak mi się właśnie kojarzył. Z kobietą w sile wieku, która wymaga od produktu tego, by jej twarz była maksymalnie błyszcząca. Dlatego omijałam Meteoryty szerokim łukiem. Nawet nigdy ich nie pomacałam w perfumerii. Taka byłam uprzedzona. 


Już nawet nie pamiętam dokładnie, jak to się stało, że zapragnęłam je mieć. Oczywiście, duży wpływ na moją decyzję miał YouTube oraz to, jakie piękne opakowanie ma ten produkt. Zamknięte w srebrnym i niezwykle uroczym pudełeczku perełki, mają służyć, jako idealny puder wykończeniowy. I właściwie, muszę Wam powiedzieć, że właśnie tak można je w stu procentach określić. Są super! 

Kolor, na który się zdecydowałam, to 01 Teint Rose, który jest najjaśniejszym z gamy trzech odcieni. Swoje kupiłam jeszcze przed tym, gdy marka postanowiła odświeżyć kolory oraz opakowanie. Sprawdzając przed chwilą ich cenę na stronie Sephory, wpadłam w małe osłupienie. Bowiem, teraz trzeba za nie zapłacić 275zł. Ja jestem przekonana, ze zapłaciłam za nie znacznie mniej. Nie mówiąc już o tym, że na pewno skorzystałam z jakiejś dodatkowej zniżki. Nie mniej jednak, teraz dostaniecie je w trzech kolorach: 02 Clair, 03 Medium oraz 04 Dore. 


Perełki te mają za zadanie pokryć makijaż woalem rozświetlenia. Nie używałabym ich jednak, jako pudru utrwalającego makijaż. W tej kwestii kompletnie się nie sprawdzają. Jednak, użyte na wykonany już pełny makijaż, nadają skórze niesamowitego blasku i nadają cerze naturalności. Dla mnie, to taki trochę popularny program do obróbki zdjęć, zamknięty pod postacią pudru. 

W środku znajduje się pięć kolorów perełek. Trzy z nich są totalnie matowe i mają za zadanie neutralizować niedoskonałości cery. Znajdziemy je w kolorze zielonym,  różowym oraz fioletowym. Szampański i perłowy odcień beżu, to kolory które jako jedyne mają w sobie drobinki rozświetlające. Na pozór mogą się one wydawać odrobinę za duże, ale na twarzy kompletnie ich nie widać. Nie wiem, jaka magia w tej kwestii się dzieje, ale nie widzę chamskiego brokatu na twarzy, tylko delikatne i subtelne iskierki rozpraszające światło. Cera po prostu promienieje. 


Nakładam je zazwyczaj przy użyciu pędzla typu flat top lub innego, przeznaczonego do aplikacji pudru, a który ma mnóstwo miękkiego włosia. To one najlepiej "zbierają" ten produkt z opakowania i dają najlepszy efekt podczas wykończenia makijażu. Następnie wciskam je w skórę twarzy, po czym omiatam całą twarz delikatnymi kulistymi ruchami. Ten sposób pozwala mi na uzyskanie najlepszego efektu i przy okazji pozbycie się co większych drobinek. 

Fiołkowy zapach jest tutaj kwestią indywidualną. Wiem, że ma on swoje zwolenniczki, ale są też dziewczyny, które nie są w stanie go przeżyć. Ja jednak nie narzekam, bardzo mi się ten zapach podoba. Sam produkt, mam wrażenie, że przenosi mnie odrobinę w dawne czasy. Kojarzy mi się z kobietami, które nosiły obcisłe sukienki, podkreślały swoją kobiecość i malowały się przy swojej toaletce, a ich perfumy były wyposażone w pompkę. Najzwyczajniej w świecie, uważam ten produkt za wyszukany i bardzo elegancki. 


A Wy? co sądzicie o słynnych Meteorytach? Zakochałyście się w nich?

Ulubieńcy maja

Friday, May 30, 2014 -

 Nastała wiekopomna chwila! 
Mój blog ma już ponad rok i sama nie wierzę, że jeszcze nigdy nie opublikowałam ulubieńców. Dlatego myślę, że w końcu przyszła na to pora. Dzisiaj podzielę się z Wami moimi faworytami z maja. I już nie mogę się doczekać czerwca, bo to mój ulubiony miesiąc w roku. Głównie ze względu na moje urodziny :)


Właściwie, to ulubieńców wielu nie będzie. Jest sporo rzeczy z kolorówki, jedna z pielęgnacji i dwie kompletnie nie związane z tymi kategoriami. 


W  tym miesiącu wręcz męczę moje meteoryty Guerlain. Lubię ich używać i powiem szczerze, że już sobie nie wyobrażam bez nich makijażu. Jeszcze kilka lat temu twierdziłam, że to jest produkt dla dojrzałych pań, a na pewno nie dla mnie. Zmieniłam zdanie. I Wam (jeśli też tak uważacie) też tego życzę.

Bronzer z The Body Shopu, to mój jedyny bronzer, ale nie będę ukrywać, że chwilowo nie mam ochoty na żaden inny. Jest fajnie wytłoczony w kształt plastra miodu, ma odpowiedni dla mnie kolor i długo się utrzymuje.  Szkoda tylko, że opakowanie się zaczyna trochę niszczyć.

Żel utrwalający brwi z Revlonu udało mi się kupić już dawno temu, w Pepco. Jak dla mnie, to świetny produkt. Wiem, że wiele dziewczyn na niego narzeka, że nie spełnia ich oczekiwań, ale dla mnie jest ok. Trzyma moje brwi w jednym miejscu przez cały dzień. Jestem z niego zadowolona.


Jestem wręcz zakochana w płynie do czyszczenia pędzli, który nie wymaga spłukiwania. Kupiłam go w Sephorze. Pięknie pachnie, pędzle są czyściutkie a ja zadowolona, że ratuje mnie od prania :)

L'oreal Blur Cream był zakupowym rozczarowaniem, bo nie sądziłam, że dałam się nabrać na podkładową bazę. Okazało się właśnie, że producent sobie zakpił i opisał produkt, jako rożny dla innych kolorów cery. Mimo wszystko, jestem bardzo zadowolona z jej działania. Używam bazy przy każdym makijażu i nic złego się nie dzieje.

Clarins, Lip Perfector, to mój powrót do karmelowego polepszacza ust ;) Pięknie pachnie i znakomicie nawilża moje usta. Kolor ma niezobowiązujący, więc jest idealny na co dzień. 

Maskara Twist Up the Volume jest moją ulubioną i na razie nie znalazłam lepszej. Chociaż szukam :) Dwie szczoteczki w jednym zapewniają mi taki efekt, na jaki mam ochotę danego dnia. 


Notes Moleskine udało mi się wygrać na portalu lubimyczytac.pl. To już moja druga wygrana na tej stronie i bardzo się z niej cieszę. Notes jest poręczny i przede wszystkim bardzo cieszy moje oko. Jest solidnie wykonany i bardzo mi pomaga w sesji, którą już zaczęłam na dobre. 

Róż z Celii kupiłam w Biedronce. Kosztował mnie całe 7.99! Jest bardzo mocno napigmentowany i po prostu przepiękny. Używam go ostatnio bardzo często.


Krem do rąk z serii SPA RESORT Hawaii, od Dr Ireny Eris trafił do mnie podczas konsultacji w Douglasie. Towarzyszyłam Marcie, gdy miała umówioną hennę brwi i sama rozglądałam się po szafach w drogerii. W tym momencie zaczepiła mnie pewna pani, która przeprowadziła mi badanie skóry. Dowiedziałam się właściwie tego, co sama o swojej skórze myślałam, ale dostałam parę produktów, które sobie teraz sprawdzam. I ten krem do rąk bardzo mi się spodobał. Tubka wygląda na małą, ale mieści w sobie 30ml kremu, który pięknie pachnie i jest leciutki. Bardzo się polubiliśmy. 

Intensywnie używam też pomadki w kredce z Bourjois. Mój kolor, to Peach on the Beach, który jest fantastyczny. Sam produkt fajnie utrzymuje się na ustach, daje ładny połysk i maksimum nawilżenia na ustach. 


Tam taram tam tam!
Jeśli nie śledzicie mnie na Facebooku (gdzie Was serdecznie zapraszam!), to nie wiecie jeszcze, że stałam się posiadaczką torebki Michaela Korsa. W gruncie rzeczy jest to pokrowiec na MacBooka Air, ale dla mnie jest to prześliczna kopertówka. Jest biała, solidnie wykonana. W środku ma złotą podszewkę. Serce mi bije mocniej, gdy na nią patrzę.

Nie zmienia to faktu, że nadal marzy mi się duża torba i DAJ BOŻE, jak wszystko pójdzie zgodnie z moimi planami, to (TFU TFU przez ramię) już niedługo będzie moja. 
Co myślicie o mojej nowej kopertówce?



Uff! To już wszystko. Obiecuję, że postaram się robić takich ulubieńców już co miesiąc. 
A co z Waszymi ulubieńcami? Coś nam się powtarza? ;)

TAG: Ile jest warta moja twarz?

Sunday, May 25, 2014 -

Hej!

Dawno nie było u mnie żadnego TAGu, o ile jakiś kiedykolwiek był ;) Przygotowywałam długi czas 50 faktów o mnie, ale jeszcze się nie ukazał. Dajcie mi znać, czy macie jeszcze ochotę coś takiego przeczytać ;)

Z racji tego, że lubię TAGi na YouTubie, postanowiłam się za taki zabrać. Chociaż nie powiem, czasami jest ich znacząco za dużo i sporo omijam, bo nudzi mnie słuchanie piętnasty raz tego samego pytania. Zagraniczny YT zalał ostatnio Lip Product Addict, na który mam chrapkę, ale jeszcze się do końca nie zebrałam do jego stworzenia. 

Dzisiaj za to kilka słów o moim codziennym makijażu twarzy, czego używam i przede wszystkim, ile to wszystko kosztuje. Nie będę ukrywać, że obawiam się sumy końcowej, bo nie podliczyłam jeszcze wszystkiego z kalkulatorem w ręku, ale niestety poglądowo ceny znam. I to mnie przeraża ;)

Oczywiście, jak udało mi się coś upolować na promocji, to nie zamierzam podawać innej ceny niż właśnie ta. Oby mnie to uratowało! 

No to zaczynamy?



Tutaj jest wszystko, co nakładam na twarz, gdy wykonuję mój standardowy makijaż. Nie będę ukrywać, że nie jestem osobą, która do sklepu idzie w pełnym makijażu. "Naturalność" zdarza mi się często, a już najbardziej właśnie w ciepłych miesiącach, gdzie wolę dać skórze oddychać, niż przytłaczać ją toną kosmetyków. No i jestem śpiochem! Wolę czasem pospać te kilka minut dłużej, niż siedzieć przy toaletce ;)


Przede wszystkim, po nałożeniu kremu do twarzy sięgam po bazę pod makijaż. Często omijałam ten krok, ale ostatnio stał się on moim niezbędnikiem. Makijaż lepiej mi się utrzymuje, pory są wyrównane a ja szczęśliwsza ;) Następnie sięgam po coś do wypełnienia brwi. Przez długi czas kochałam się w Aqua Brow, ale ostatnio nie chce mi się z nim paćkać i szybciej mi idzie z cieniem w kremie Maybelline, w odcieniu Permanent Taupe. Na wypełnione brwi nakładam jeszcze żel Brow Drama. Na linię wodną i pod łuki brwiowe wędruje cielista kredka Essence



Potem jadę z cieniami do oczu. Wolę umalować oczy zanim sięgnę po podkład. Zawsze żałuję innej kombinacji, bo nie ma takiego dnia, żeby chociaż odrobina cienia mi się nie osypała. Jeśli chodzi o moje cienie, to sięgam ostatnio namiętnie po moje perełki z MACa, Satin Taupe i Naked Lunch. Ten ostatni doznał lekkiego wgniecenia, o czym już ode mnie słyszeliście.


W nawyk weszło mi podkręcanie rzęs zalotką i używam jej już chyba za każdym razem. Zaraz potem tuszuję rzęsy moim ulubieńcem, czyli Bourjois Twist Up the Volume. I dopiero teraz chwytam za podkład. Męczę ostatnio intensywnie mój zakup z szafy Chanel. Mowa tutaj o Perfection Lumiere Velvet. Okolice pod oczami rozświetlam korektorem z L'oreal, Lumi Magique. Zdarza mi się sięgnąć po MAC Pro Longwear Concealer, ale to w sytuacjach wymagających niezłego krycia. Okolice pod oczami i strefę T przypudrowuję moim pudrem-odsypką z Ben Nye, w kolorze Cameo. Mam go już długo, a w zapasie czeka jeszcze Fair, ale czuję, że jak W KOŃCU zużyję te odsypki, to zdecyduję się na zakup pełnowymiarowego pudru. 
Całą twarz przypruszam na koniec pudrem wykańczającym makijaż, czyli moimi Meteorytami Guerlain.


Zostały mi już tylko policzki i usta. Na te pierwsze nakładam kremowy róż Chanel, z którym zdradziłam ostatnio Hervanę Benefitu. Skradł moje serce, ale niestety muszę zaopatrzyć się w porządny pędzelek typu duo-fiber, bo jednak nie przepadam za używaniem palców w makijażu. Do konturowania, ale dość delikatnego używam bronzera z The Body Shopu. Usta maluję pomadką MAC, w odcieniu Angel, którą ostatnio wręcz maltretuję. Na koniec jeszcze delikatne muśnięcie ukochaną Mary Lou na szczytach kości policzkowych i jestem gotowa do drogi ;)

To teraz chyba czas na podliczenie wszystkiego, czyli to, czego się najbardziej obawiam. 

Co prawda, dwa kosmetyki kupiłam w Norwegii i ich cena będzie niestety znacznie większa niż u nas. Co tak naprawdę ma inne przeliczenie, jeśli chodzi o zarobki. Dlatego podam ich ceny, ale nie skupiałabym się raczej na nich zbyt długo.

1. Maybelline, Color Tatoo, Permanent Taupe             17zł
2. Maybelline, Brow Drama                                         149kr - ok. 75zł
3. Essence,  kredka nude                                             9zł
4. MAC, Satin Taupe i Naked Lunch                           54zł/szt.
5. Bourjois, maskara Twist Up the Volume                  40zł
6. Chanel, Perfection Lumiere Velvet                           150zł (strefa bezcłowa)
7. L'oreal, Lumi Magique                                             24zł
8. Ben Nye, Cameo, odsypka                                     15zł
9. Guerlain, Meteoryty                                                 220zł
10. Chanel, róż w kremie                                             125zł (strefa bezcłowa)
11. The Body Shop, Honey Bronzer                            65zł
12. MAC, Angel                                                         71 zł
13. The Balm, Mary Lou-Manizer                                65zł
14. L'oreal, Blur Cream                                              179kr - ok. 89zł
(w bloggerze wszystko jest równe, a w poście już mi się chamsko rozjeżdża!!!)

Celowo nie liczyłam tutaj żadnych pędzli do makijażu i innych tego typu rzeczy, bo uważam, że to nie jest na nie miejsce ;)

RAZEM daje to mi... 1 073zł. Policzyłam to 6 razy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem się nie pomyliłam. Nie pomyliłam się.  

Idę się pochlastać...

Nawet nie wiem, jak to się stało!
Ale z drugiej strony, to są dobre jakościowo produkty, które starczą mi na lata i... same wiecie ;)

Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie. Dużo, czy w skali jakości i wydajności, jednak niedużo. Chętnie poczytam Wasze odpowiedzi na ten TAG, więc śmiało linkujcie swoje posty niżej. No i zachęcam całą resztę do takiego podsumowania. Nie odpowiadam jednak za późniejsze problemy z ciśnieniem ;)

Świąteczne prezenty!

Thursday, December 26, 2013 -


Kochani! Mam nadzieję, że święta upłynęły Wam w radosnej atmosferze. Niestety, prawdą jest powiedzenie "święta, święta i po świętach". Tak długo się na nie czekało, a tu już prawie po. 
Byliście w tym roku grzeczni? Mikołaj przyniósł Wam wszystko, o czym marzyliście?
U mnie się postarał. Dostałam kilka fajnych rzeczy, a moja lista życzeń już się znacząco wykreśliła. (Nie byłabym sobą, gdybym już nie miała z tyłu głowy nowych pomysłów na zasilenie mojej kosmetyczki :) )

W każdym razie, chciałam się dzisiaj z Wami podzielić dobrą nowiną i pokazać Wam, co znalazłam pod choinką. 


W malutkim woreczku znalazłam srebrną wersję znanych Wam pewnie bransoletek. Do kompletu otrzymałam też kolczyki. Bardzo się z tego prezentu cieszę, bo u mnie kolczyków i bransoletek nigdy za wiele. 


Dostałam też w końcu moje wymarzone różowe jajeczko! Miałam mieć zestaw podwójny ( bo zwyczajnie, jest bardziej opłacalny), ale mojego Mikołaja ubiegły inne osoby w zakupach, więc zdecydował się na zakup zestawu z mydełkiem przeznaczonym do mycia beautyblendera. Pachnie ono lawendą i powiem szczerze, że nie sądziłam, że lubię lawendę.
Do tego dostałam też najnowszy krem tonujący i korektor Biodermy, Sebium AI correcteur.

No i wisienka na bogatym torcie:) Meteoryty od Guerlain. Marzenie ostatnich miesięcy, które się spełniło. Do ostatniej chwili przed zakupem, nie wiedziałam, czy zdecydować się na wersję w kompakcie, czy w formie kuleczek. Postanowiłam się Was jednak posłuchać i wybrałam kuleczki w kolorze 01 Teint Rose. Jak na razie jestem zachwycona wykonaniem opakowania, zapachem produktu i tym, co robi na twarzy. Nie wydaję jednak jeszcze ostatecznych osądów i recenzja od A do Z pojawi się dopiero za jakiś czas. Trzymam jednak kciuki, że nie zawiodę się nawet minimalnie.


A takie paznokcie miałam w tym świątecznym okresie. W sumie to jeszcze mam, bo się nadal dobrze trzymają. Kropeczkowa choinka wyszła mi średnio, ale i tak jestem zadowolona.


I to by było na tyle. Takie są moje prezenty. Ja jestem z nich bardzo, bardzo zadowolona i cieszy mnie każdy z osobna. A co Wy w tym roku dostaliście? Byliście grzeczni? :) Piszcie w komentarzach, nie krępujcie się zostawiać linków do Waszych postów i dajcie znać, czy jesteście zadowoleni z tego, co Mikołaj Wam w tym roku podarował. 

Pomóżcie!

Sunday, December 22, 2013 -

Kochani! 
Mam do Was prośbę. Mianowicie, muszę dość szybko podjąć decyzję, jaki będzie jeden z moich świątecznych prezentów. Praktycznie rzecz ujmując, jutro musi być zakupiony :)

Na początku walka odbywała się pomiędzy serum do twarzy Idealist od Estee Lauder a meteorytami Guerlain. I przy jednym, i przy drugim produkcie kręcę się już od długie czasu i dostaję ślinotoku, gdy mogę go sobie dotknąć. 

Zapytałam Was na Facebooku, na co powinnam się zdecydować i Czarna Ines powiedziała, że puder starczy na dłużej. Jako, że jestem osobą, która lubi słuchać wielu opinii, zanim zdecyduje się na zakup, chciałabym też zapytać Was o zdanie. Kupiłam ostatnio sporo produktów do pielęgnacji twarzy i zdecydowałam, że o serum pomyślę dopiero wtedy, jak mi się moje zapasy skończą.

Teraz bitwa toczy się pomiędzy dwoma produktami, praktycznie takimi samymi, ale jednak znacząco się różniącymi. Chodzi mi oczywiście o puder Guerlain Meteorites Compact, czyli prasowana wersja pudru, zamknięta w przepięknym puzderku oraz klasyczną wersją Meteorites, kuleczkową. 




I teraz pytanie do Was. Które wybrać? Miałyście je może? Któryś polecacie bardziej lub mniej?
Na razie największym argumentem dla mnie (na korzyść kompaktu) jest fakt, że wrzucę go do torebki, czego nie zrobię z kuleczkami. 

Poratujcie dobrą radą :)

Jesienna lista życzeń

Saturday, September 28, 2013 -


W pewnym momencie miałam wrażenie, że mam już wszystko, co moje serce może chcieć, ale ostatnio okazuje się, że to fajne, tamto fajne, to też bym chciała. I tak jakoś się okazuje, że ta moja lista jest całkiem spora. Część z tych rzeczy jest bardziej osiągalna i za jakiś - mam nadzieję, że w miarę najkrótszy - czas stanę się ich posiadaczką. Niektóre są dosyć, jakby to delikatnie powiedzieć, wymagające dla portfela :) Dlatego na nie będę musiała poczekać jeszcze spooooro czasu. Oby cierpliwość się opłaciła.

1. Pierwsze miejsce zajmuje perełka, na którą ślinię się, jak niemowlę. Puder rozświetlający od Guerlain, Meteorites Compact. Puder prasowany nie jest mozajką meteorytów w formie kuleczek, ale daje ładne rozświetlenie. Nie ukrywam, że ogromnie podoba mi się jego opakowanie i to ono najbardziej mnie do niego ciągnie. Za 7g produktu trzeba zapłacić 219zł (tyle w Douglasie). Obiecuję sobie, że już niedługo wpadnie w moje łapska i już się nie mogę doczekać. Oby szybko! :)




2. Mary-lou Manizer The Balm
Nie muszę chyba tego rozświetlacza nikomu przedstawiać. Daje piękne, szampańskie rozświetlenie, świetnie się trzyma i jeszcze go nie mam  w swojej kosmetyczce. To dziwne. Bardzo.



3.Beauty Blender
Takie tam jajko, gąbeczka do podkładu, pudru, korektora - czego tam chcecie. To moje różowe spełnienie marzeń i  ślinię się na niego już od bardzo dawna. Za każdym razem, gdy już mam ochotę go zamówić, to ktoś (czyt. Kuba) przemawia mi do rozsądku, że to przecież gąbka, że tyle pieniędzy, że pędzle mam na lata... I nie wiem, może kiedyś to ja wygram i zamówię :)



4. Pędzle Hakuro
I mimo że mam pędzelków całkiem sporo, chociaż też nie najwięcej, to ostatnio czuję, że przydałoby się jeszcze parę do nakładania cieni i do ich rozcierania. Podoba mi się jeszcze jeden mały puchacz, który świetnie sprawdziłby się do korektora (H64). Poniżej zdjęcia tych, na które czuję parcie.

                                                                                                                          H70
          H64




                                                                                                                                                                                   H76







H79


źródło:makeupbox.pl

5. Benefit, High Brow
Oh Yeah... Na tę kredkę mam ochotę dopiero od niedawna i skutecznie odstrasza mnie jej cena. Tak, naprawdę skutecznie. Z drugiej strony ogromnie podoba mi się efekt, jaki daje i pewnie prędzej, czy później się na nią skuszę. Jest droga, aż za droga - kosztuje jakieś 90zł. I nie wiem nawet, jak Wam wyjaśnić jakie mam wobec niej uczucia. Bo to przecież zwykła kredka rozświetlająca, która kosztuje za dużo, jak na kredkę. Z drugiej strony wiem, że to kosmetyk wart tych pieniędzy. Po prostu biję się z myślami, czy warto mieć ją już teraz, czy jeszcze chwilę poczekać.


6. Baza pod cienie z Urban Decay, to moje ukryte chciejstwo. Chcę jej i nie chcę, i tak mi się odnawia choroba mniej-więcej co dwa miesiące, kiedy znowu bardzo jej pragnę. Nie odstrasza mnie jej cena, czyli około 60zł, bo jest jej naprawdę dużo i starcza na milion lat użytkowania. No i jest wygodna, bo ma pędzelek, a ja mam już dosyć mojej bazy z Daxa...



7. Sleek, Vintage Romance
Jest to najnowsza paletka Sleeka i kompletnie oszalałam na jej punkcie. Koniecznie musi być moja, bo inaczej umrę, zdechnę i nie przeżyję. Ma piękne kolory, idealne na jesień. Szczególnie podobają mi się te odcienie fioletu, za którymi ostatnio błądzę oczami w sklepach i szukam idealnych kolorów wina, oberżyny i innych jesiennych barw. W tej paletce są prawie wszystkie cienie, jakich szukałam, więc warto w nią zainwestować. Nawet fakt, że Sleeki okropnie się osypują mnie nie zraża. Ta paletka będzie moja.


A wiecie, co jest najgorsze? Ostatnio doszłam do wniosku, że jestem zakupoholiczką, ale tylko jeśli chodzi o kosmetyki. Nigdy nie mam ich za wiele. Jest mi smutno, gdy nie mam nowego kosmetyku, gdy sobie nic nie kupię. A jak już sobie kupię, to jestem w stanie euforii i "tak mi dobrze", że mam coś nowego. To już chyba problem, prawda? :)

Mimo wszystko trzymam się dość mocno i staram się nie kupować pierdół. Dotarło do mnie też to, że potrafię wydać bezsensownie mniejsze pieniądze na jakieś kompletnie mi niepotrzebne rzeczy tylko dlatego, że są w promocji albo "się przydadzą". Dlatego postanowiłam, że wolę te pieniądze, które chcę wydać na jakąś duperelę zaoszczędzić, poczekać jakiś czas i kupić to, na czym mi naprawdę zależy. A w taki sposób mam nadzieję, że szybciej uda mi się pospełniać marzenia z tej kosmetycznej listy. Mniej bzdur, więcej cierpliwości, oszczędności i za jakiś czas będę mogła się cieszyć tym, na czym mi naprawdę zależy. Takie mam jesienne postanowienie

Ta lista jest po to, żebym postawiła sobie jasne cele, żebym kupowała to, co chcę a nie, co mi wpadnie w danej chwili w oko. Jeśli na blogu pokażę niedługo coś, co kupiłam i nie będzie tego na tej liście, to możecie mnie jawnie zjechać w komentarzach, żeby mnie postawić do pionu. Mam  jednak nadzieję, że lista będzie mnie trzymać w ryzach i nie dam  się podstępnym promocjom - kupię tylko to, o czym marzę.

A Wam się ostatnio coś marzy? Dajcie znać! Może moja lista się powiększy o coś, o czym nie słyszałam. A może znacie już dobrze jakiś kosmetyk z mojej listy? 

DO GÓRY