Szaleństwo nowości! Charlotte Tilbury, Zoeva, BECCA, Semilac, Maybelline i dużo więcej!

Thursday, April 19, 2018 -

nowe-kosmetyki

Siedzę sobie dziś cały dzień w domu, nie wytykam z niego nosa. I nie bolałoby mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, że za oknem była dziś przepiękna pogoda. Ups, skłamałam. Byłam dziś tylko na szybkich zakupach, bo jednak coś jeść trzeba. 

Jeśli śledzicie moje InstaStories, to wiecie, że wczoraj wyrywałam swoją pierwszą ósemkę. Zostały mi jeszcze do usunięcia dwie, ale to raczej aktualnie dalsza perspektywa. Na pewno na kolejne miesiące. Wczoraj jeszcze byłam twardzielką i nie dawałam się bólowi, głównie przez silne znieczulenie i łyknięcie tabletki przeciwbólowej na wszelki wypadek. Jednak od 5 rano odchodzę od zmysłów i tylko kombinuję, jak pozbyć się tego bólu i paraliżu połowy twarzy. By the way, nie wiedziałam, że o piątej rano już robi się widno! I kurde, gdybym tylko miałam w sobie więcej siły, żeby nie spać w dzień, to może i udałoby mi się budzić tak codziennie. Gorzej, że jestem team ciepłe łóżko. 

Z nudów jednak szukam zajęcia i pomyślałam, że wrzucę Wam na bloga moje nowości kosmetyczne. Taki wpis był chyba ostatni raz wieki temu, więc chyba warto by było przedstawić Wam kilkoro z moich nowych znajomych. Do dzieła!

krem-pod-makijaz-glossier

NAWILŻENIE

Zacznijmy od tego, na czym skupiam się od kilku lat najbardziej. Kiedyś nawilżanie cery uważałam za krok dla naiwniaków, a przypominająca o kremie mama, była jedną z najbardziej irytujących rzeczy w okresie liceum. Na nic było tłumaczenie, że podziękuję jej na stare lata. 

Im jednak jestem starsza, tym bardziej dociera do mnie, że zmarszczki, to nie jest odległa przyszłość, tylko powoli rzeczywistość. Dbam o nawilżenie, tak jak potrafię, choć nie ukrywam, że czasami mojej cery nie rozumiem. Jest bardzo sucha, więc wymaga co najmniej dwóch kroków w nawilżaniu. Pierwszym z nich jest nowe serum marki Filorga Lift Designer Serum. Lekka formuła szybko się wchłania i napina skórę, a metalowy roller wspomaga masaż twarzy. Na razie w fazie testów, ale moje zdanie poznacie niebawem. 

Na dzień stosuję Priming Moisturizer od Glossier. Jestem w nim równocześnie rozkochana, jak i z lekka zawiedziona. Nie wiem, jednak czy jest sens opisywać Wam jego działanie i moje spostrzeżenia po kilku miesiącach używania TUTAJ, we wpisie o nowościach, więc pozwólcie, że potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności i obiecuję z ręką na sercu, że w najbliższych tygodniach powiem Wam, czy warto było zdecydować się na zakup całego trio do twarzy (krem, milk jelly clenaser oraz balm dot com do ust). Niekwestionowanie jednak jest moim numerem jeden, jeśli chodzi o primer pod makijaż! 

Na koniec okolice oka, czyli rozświetlający krem pod oczy od Origins. GinZing ma za zadanie rozświetlić i zredukować obrzęki. Zachwytów nad nim nie będzie, to wiem już teraz. Jest ultralekki, dobrze sprawdza się pod makijażem, ale nawilżenie niestety jest na niskim poziomie. Przynajmniej w moim przypadku. Zużyję jednak do końca, bo nie lubię marnować produktów. 

czarna-maska-na-pory-boscia

ZŁUSZCZANIE

Marka Boscia już niedługo pojawi się w perfumerii Sephora. Nawet nie wiecie, jak się  z tego powodu cieszę! Jest to moja ukochana marka pielęgnacyjna i niezwykle się jaram, że w końcu będzie można kupić ich produkty i u nas. Do tej pory musiałam sobie je sprowadzać z zagranicy. Na razie wejdzie tylko seria oparta o aktywny węgiel *wypatrujcie oczyszczającego żelka do twarzy <3
Czekam jednak na moment, w którym pojawią się też kosmetyki nawilżające. Zwłaszcza toniki z atomizerem z serii botanicznej. Czarna maska peel off ma za zadanie zminimalizować widoczność porów i oczyścić je z zanieczyszczeń i wągrów.

Peeling enzymatyczny marki Tołpa to u mnie totalna nowość. Głównie dlatego, że na kilka dobrych lat przestałam używać peelingów jakichkolwiek. Czy to mechanicznych, czy enzymatycznych. Wracam jednak do tego kroku pielęgnacyjnego z podkulonym ogonem. Same maseczki oczyszczające niestety nie dają rady. 

maska-do-wlosow-na-noc

WŁOSY

Maska do włosów Bumble and Bumble While You Sleep Demage Repair Masque, to produkt, który dzisiaj sprawdzę na swoich włosach pierwszy raz. Podobno działa cuda! O innym produkcie z tej serii pisała Agnieszka WhitePraline . Po moim mocnym farbowaniu włosów (jeśli nie śledzicie mojego Instagramu, dużo Was omija! ) chcę teraz jeszcze mocniej, niż dotychczas zadbać o moje końce. Długie włosy, jak moje, mają tendencję do tego, aby się rozdwajać i uszkadzać mechanicznie. A po rozjaśnianiu, wiadomo, trzeba o nie odpowiednio zadbać. Dlatego uzbroić się muszę w cierpliwość i dobrej jakości produkty do włosów. 

Na tę zmianę czekałam ponad rok! I czy muszę cokolwiek tłumaczyć? 😁😎 Po lewej widzicie moje włosy niefarbowane przez ponad rok! Kolor się sprał, choć z daleka wyglądał wciąż fajnie, to włosy straciły „to coś”, a miliard siwych włosów, które widziałam w lustrze, doprowadzał mnie do szału. Potrzebowałam zmiany, jakiegoś szaleństwa i koloru, który mnie odmieni. Wczoraj zaszalałam i zdolny @radoslawross sprawił, że wiosna przyniosła dla mnie zmiany 💛 Pozbyłam się moich siwych baby hair, a ciepły odcień zamieniliśmy na chłodniejszy blond. Wyszło niezwykle naturalnie! Włosy mam, jak z Pinterestu 💛 Dzisiaj kręcę loki 🔥 #włosy #włosomaniaczka #wlosomaniaczka #beauty #hairmakeover #hair #blondhair #pinterestinspired #pinteresthair #nowewlosy #newhair #newhaircut #blonde #blondombre
Post udostępniony przez Alicja Jarząbek | Ala ma kota (@alamakotaa)

Do grona nowości włosowych dołączył jeszcze szampon z czerwoną glinką od marki Christopher Robin, która niebawem pojawi się w perfumerii Sephora. Jeszcze musimy na nią trochę poczekać. Po kilku użyciach jestem zadania, że jest to naprawdę dziwny i ciekawy produkt.

szampon-christopher-robin-sephora

Jest jednak głęboko oczyszczający, więc użycie raz na dwa tygodnie, to maksimum. Przynajmniej w moim przypadku. Szybko bowiem przesuszyłam sobie nim skórę głowy i nabawiłam się swędzącego skalpu. Wszystko za sprawą faktu, że jest to niezwykle oczyszczający produkt, dzięki któremu pozbędziemy się wszelkich nagromadzonych produktów, gwarantując sobie efekt "skrzypiących" włosów. Dlatego nie popełniajcie mojego błędu - tylko raz na jakiś czas! Teraz będę używać go tylko raz w miesiącu, bo nie chcę zbyt szybko pozbyć się farby. 

nowe-pomadki-semilac-maybelline

USTA

O jednych nowościach już Wam niedawno pisałam. Są nimi bowiem Semilac Matt Lips , których prezentację pięciu kolorów możecie podziwiać w ostatnim wpisie. Zabieram dwa odcienie ze sobą na weekend do Warszawy, na konferencję Meet Beauty. Będę albo nude girl (bez takich myśli!) w wersji Indian Roses, albo mocno podkreślę swoją obecność kolorem Ruby Charm.

Pomadka Charlotte Tilbury Revolution Matte Lipstick w odcieniu Pillowtalk, była totalnym spełnieniem próżnego marzenia. Nie wspomnę, że marzy mi się znacznie więcej kosmetyków tej marki, ale na razie rozsądek wygrywa. Skusiłam się jednak na dwa produkty, w tym właśnie pomadkę w kolorze nude, którą mam nadzieję nosić codziennie.

Deborah Milano zaskoczyła mnie w tym miesiącu przesyłką PRową, która pozwoli mi wykonać praktycznie cały full face makeup. I chyba coś takiego dla Was stworzę, bo sądzę, że jest to marka zdecydowanie godna uwagi, choć nie jest tak popularna, jak inne. Ja mam jednak wśród jej asortymentu kilkoro ulubieńców, jak np. puder+podkład, ale też pomadki, o których pisałam Wam już kiedyś tutaj. Teraz sprawdzę dwa nowe odcienie!

Maybelline Matte Ink, których recenzję przeczytacie w przyszłym tygodniu. Pokażę Wam na ustach cztery odcienie, którą są według mnie najładniejsze z całej kolekcji i będziecie mogły same zadecydować, czy warto się na nie skusić, gdy pojawią się na półkach drogerii w maju.

Sephora rzuciła mi też wyzwanie w używaniu ich nowych ultra błyszczących, żelowych błyszczyków, które idealnie sprawdzą się wiosną i latem. Na razie moją miłością jest zdecydowanie odcień 01 Perfect Nude, który w połączeniu z pomadką Indian Roses od Semilac tworzy duet perfekcyjny!

puder-patrick-starr


CERA

Podkład Maybelline Fit Me w wersji nawilżającej/rozświetlającej udało mi się dorwać w Niemczech. Mieszkanie w Szczecinie jest jednak zaletą i to niemałą. Czekam jednak na moment, w którym pojawi się on w naszym Rossmannie. Wersja matująca nie przypadła mi jakoś szczególnie do gustu. Jest ok, ale bez szału. Jednak posiadaczki cery suchej, tak jak ja, powinny przyjrzeć się tej pozycji zdecydowanie bardziej. Jest to według mnie jeden z lepszych podkładów w drogerii. Jestem oczarowana.

Baza Mat & Blur Touch od Givenchy, to nowość. Jestem jej jednak bardzo ciekawa, bo jej forma (stick), to dla mnie coś, z czym do tej pory nie miałam do czynienia. Mam nadzieję, że sprawdzi się w mojej wyświecającej się w ciągu dnia strefie T oraz poradzi sobie z ukryciem rozszerzonych porów. Testy jednak dopiero rozpocznę, więc dam Wam znać, gdy już będę wiedziała, czy jest to produkt godny uwagi. Trzymam jednak mocno kciuki, bo przydałby się mi kosmetyk, który sprawiłby, że mogłabym zapomnieć o świecącym nosie.

nowy-puder-sypki-becca

Puder Becca Hydra-Mist Set&Refresh miał być totalną nowością na rynku kosmetycznym. Do perfumerii trafi w lipcu (o ile się nie mylę). Spodziewałam się istnego szału, bo ma w sobie aż 50% zawartość wody i aplikowany pędzlem, daje uczucie niezwykłego odświeżenia. Niestety... jego testy na razie wypadają wręcz tragicznie. Obrzydliwie zbiera się w zmarszczkach, każdy podkład się pod nim warzy, efekt ciasta gwarantowany.  Jeszcze sprawdzę go w innych kombinacjach, ale na razie wypada tragicznie. Nie wspomnę o fakcie, że na rynku nie jest to żadna nowość. Lata temu miałam coś podobnego z Revlonu. Notabene, produkt ten sprawdzał się super...

puder-z-woda-becca-odswiezajacy

Puder MAC, Patrick Starrr, to kosmetyk, który zapragnęłam ze względu na zamiłowanie jego twórcy do bejkingu. Wiedziałam, że to będzie hit. No i wiecie co? Na razie jest to dla mnie wielkie, ale to wielkie rozczarowanie. Pięknie wygląda pod oczami, fajnie utrwala makijaż (ale strefa T i tak żyje własnym życiem), ale... no, ma sporo wad. W tym jedną ogromną. Opowiem Wam więcej w osobnej recenzji. Na ten moment mam mocno mieszane uczucia i chyba nie polecam.

bronzer-charlotte-tilbury-bronzer-sephora

Puder brązujący Sephora Collection w odcieniu 01 Light, to produkt, który pozwoli na matowe wykonturowanie  policzków, ale równocześnie niepozbawienie cery blasku. Letnie glow gwarantowane! W ogóle, czy to tylko moje wrażenie, czy produkty Sephora Collection z sezonu na sezon są coraz lepsze i ciekawsze?

Filmstar Bronze&Glow Charlotte Tilbury, to ponowny zakup z powodu kosmetycznego chciejstwa, które musiało się w końcu wydarzyć. Chodziłam i dumałam nad nim już jakieś dwa lata. No i jakoś tak wyszło, że się zdecydowałam. Produkt kosztuje krocie, ale musicie mi przyznać, każde snobistyczne serce będzie ukontentowane ilością luksusu, jaki kupuje. Jestem zakochana!

zoeva-pedzle-do-oczu-i-twarzy

pedzle-zoeva-sephora

OCZY 

Zoeva Rose Golden, to kolejny zestaw pędzli tej marki, który mam okazję sprawdzać. Wszystkie chyba wiemy, że są to jedne z lepszych pędzli na rynku, po które sięga większość maniaczek makijażu. 

nowa-paletka-cieni-zoeva

Za to paletka Caramel Melange, której nie miałam jeszcze okazji testować, to dla mnie makijażowa nowość. Jestem jej jednak bardzo ciekawa, bo w sieci widziałam mnóstwo swatchy tych pięknych, złotych odcieni. Wydaje się być właściwie idealną paletką dla mnie, miłośniczki takich błysków i ciepłych tonów.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam! Ten post, to istny tasiemiec, zarówno pod względem tekstu, jak i zdjęć! Wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu gratuluję :D
A teraz dajcie mi znać, czy coś Was zaciekawiło i na co Wy ostatnio się skusiłyście. Czekam na Wasze komentarze!
Części z Was mówię też do zobaczenia w ten weekend! Widzimy się na Meet Beauty <3 

Matowe pomadki Semilac Matt Lips - czy warto się na nie skusić?

Monday, April 16, 2018 -

plynne-pomadki-semilac

Jakiś czas temu kurier zapukał do mych drzwi i przyniósł totalną nowość, czyli pomadki marki Semilac. Tak, tak, jeśli uważnie śledzicie social media marki, to pewnie już doskonale wiecie, że wkracza ona aktualnie na podbój świata makijażowego. 

Do tej pory kojarzona była głównie z lakierami do paznokci, więc nie bez powodu ta nowość okryta jest niemałym zainteresowaniem. Matowe szminki, to początek przygody z makijażem twarzy, którego coraz więcej będziemy mogli się spodziewać w zbliżających się miesiącach. 

semilac-nowosci-szminki

Matowe pomadki w płynie Matt Lips od Semilac, to produkty zamknięte w standardowym, klasycznym opakowaniu, okrytym logo marki. Dziś przedstawię Wam pięć kolorów przewodnich kolekcji, czyli: Indian Roses, Pink Rose, Ruby Charm, Pink Cherry oraz Sexy Red. 

Każdy z kolorów pomadek, które wkroczyły właśnie na rynek, koresponduje z odcieniami, które znaleźć możecie w ofercie lakierów hybrydowych do paznokci. Czyż nie jest to genialny pomysł? Taki sam kolor na paznokciach i na ustach! Ja jestem urzeczona. 


Opakowanie zawiera 6.5 ml produktu i kosztuje 35.90zł. Wyposażone zostały w standardowy aplikator, który często znajdziecie zarówno w płynnych szminkach, jak i korektorach. Jest wygodny i pozwala na swobodne rozprowadzenie produktu tak, aby idealnie wyrysować kontur ust. Pomadki możecie kupić na stronie internetowej Semilac, bądź na wyspach w galeriach handlowych. 


Indian Roses, czyli przybrudzony nude, w którym widać wyraźnie różowe tony
Pink Rose, czyli jasny, ciepły odcień różu 
Ruby Charm, czyli przepiękna, neonowa fuksja
Pink Cherry, czyli mocna i silna, ciemna jagoda
Sexy Red, czyli jasna czerwień

semilac-indian-roses-swatch

Indian Roses, to mój absolutny faworyt, który nieustannie noszę na swoich ustach. Podoba mi się tak bardzo, że nawet nie ciągnie mnie do nałożenia w końcu pomadki Charlotte Tilbury w odcieniu Pillowtalk, która czeka na swoją kolej. Indian Roses, jak widzicie na swatchu, ma całkiem sporo różowego tonu, jednak mój typ urody, to jak trafić coś w rodzaju pecha na loterii. Po różowych, jasnych tonach ani śladu. W moim wypadku takie beżowe pomadki wyglądają ciemniej, niż na większości dziewczyn. Nie zmienia to jednak faktu, że znakomicie czuję się w tym kolorze i towarzyszy on mi niemal codziennie. Dobrze łączy się też z błyszczykami! To znaczy, że pomadka nie znika pod wpływem mokrego produktu, tylko podbija jego odcień, bądź drobinki, nie tracąc na trwałości. 

semilac-pink-rose-swatches

Pink Rose, to przygaszony róż utrzymany w ciepłych tonach. Jest delikatny, dziewczęcy i nada się do większości makijaży dziennych. Nie zwraca mocno uwagi, ale równocześnie jest wyraźny. 

semilac-ruby-charm-swatches

Ruby Charm, to intensywna, neonowa wręcz fuksja. Na myśl przywodzi mi dawną miłość, czyli Ole!Flamingo z Bourjois, którą niegdyś nosiłam niemal non stop w okresie letnim. I czuję, że podobnie będzie z tym kolorem. Ruby Charm wydaje się być idealnym wyborem do wszystkich letnich, jasnych i zwiewnych stylizacji. Do wypadów nad morze, czy na festiwale muzyczne. 

semilac-pink-cherry-swatches

Pink Cherry, to ciemna jagoda, czyli not my kind of jam... Kolor jest piękny i fajnie sprawdzi się jesienią, czy zimą. Dość mocno przypomina mi znaną każdej miłośniczce mocnych ust,  z MACa. Ja jednak nie jestem przekonana ostatnio to takich odcieni, choć Flat Out Fabulous kiedyś nosiłam, jak szalona. Teraz jednak stronię od fioletów i zdecydowanie częściej sięgam po stary, dobry nude, który nigdy mnie nie zawodzi. Jak mocniejszy kolor, to albo czerwień, albo mocna fuksja.  

semilac-sexy-red-swatches

Sexy red, to mocna, idealna czerwień, którą wyraźnie podkreślicie swoją osobowość. Jest dość jasna, ale ma na szczęście niebieskie tony, dzięki czemu śmiało może po nią sięgać każda z nas. Wybielone zęby gwarantowane. 

Formuła jest niezwykle lekka i przyjemna. Nie skłamię mówiąc, że jest to jedna z najbardziej komfortowych formuł matowych pomadek, jakie posiadam. Naprawdę dobra pigmentacja pozwala na pomalowanie ust już przy pierwszej aplikacji. Właściwie nie potrzeba dokładać produktu z opakowania. No chyba, że po prostu macie taki kaprys. Daje się pięknie łączyć z innymi kolorami, zastyga na mat, ale niezwykle komfortowy w noszeniu. Nie wysusza ust na wiór, choć pozostaje na nich na długie godziny. 

Zjada się równomiernie i nie wygląda przy tym źle, więc ukontentowane będą zarówno miłośniczki mocnych, wyrazistych kolorów, których nie brak w gamie Semilac Matt Lips, jak również te z Was, które ukochały sobie beżowe usta. 

matowe-pomadki-semilac

Dajcie mi koniecznie znać, czy któryś kolor wpadł Wam szczególnie w oko i czy planujecie zakup najnowszych pomadek marki Semilac, Matt Lips. A może już macie swoją?
Czekam na Wasze komentarze! 

Festiwalowe paznokcie z marką Semilac

Friday, March 30, 2018 -



Znacie mnie od lat, więc wiecie doskonale, że jestem kobietą (wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie :D ) , która łączy w sobie takie skrajności, że czasami sama nie ogarniam, o co mi chodzi. Zapuszczam paznokcie by mieć je piękne, w migdałowym kształcie, po czym skracam je do minimum i stwierdzam, że była to dobra decyzja. Takie króciutkie są najwygodniejsze. Tylko, dlaczego zawsze, gdy je obetnę na zero, nachodzi mnie ochota na jakieś wzorzyste zabawy? Najlepiej wyglądające na długiej płytce a'la Hedonistka? 

Takie już chyba wszystkie jesteśmy. Masz kręcone włosy - chcesz mieć proste. Masz proste - marzysz o kręconych. Szatynka marzy o byciu blondynką, a te z dużym biustem dałyby wszystko, żeby móc nosić piękne, koronkowe biustonosze, które dobrze wyglądają tylko na małym biuście. Tęsknimy za tym, czego nie możemy mieć i robimy wszystko, by to zdobyć. Czasami jednak trzeba obejść się smakiem i działać z tym, co mamy. 


Dlatego dzisiaj pokazuję Wam co robię, gdy skracam paznokcie na zero i nachodzi mnie ochota na bycie cool. Z jednej strony, gdybyście mnie spotkały na żywo, to 80% mojego czasu wyglądam, jakbym wyrwała się z innego świata. Sukienka, obcas, klasyczny płaszczyk, czerwone usta. Można by pomyśleć, że gdy siedzę, pomaga mi w tym drewniany element szczotki :D Nic bardziej mylnego, bo czasami jak walnę czarnym żartem, to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. No i właśnie w momencie, gdy nachodzi mnie taka chęć zmiany i bycie cool no matter what, przeglądam sobie konto instagramowe Salonu Wisła.   To jest coś zupełnie innego, od tego czym rządzi się świat instagramowych szponów. 

U kogo sprawdzą się takie stylizacje? 
> u dziewczyn z mocnym charakterem,
> u miłośniczek wszelakiej maści koncertów, festiwali, 
> młodych dziewczyn (zarówno wiekiem, jak i duchem). 

Przede wszystkim, wyciągnijcie sobie wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Ja do tej stylizacji użyłam kilku lakierów hybrydowych oraz Semi Artów, o których już kiedyś Wam pisałam. 


Semi Art w kolorze czarnym, granatowym i czerwonym. 


Baza oraz top. 
Semilac holder 

Najważniejsze w tym zdobieniu było dla mnie nauczenie się, ze im mniej się będę starać i mniej przewidywalne kroki podejmować, tym zdobienie będzie wyglądać ładniej i schludniej. Chciałam, aby na każdym z paznokci pojawił się element złotego, który niesamowicie się błyszczy, a ja obok błysku przejść obojętnie nie potrafię. Postawiłam na kontrastowe, ale pasujące do siebie barwy. Czerwień połączyłam z czernią, złoty z granatem a nutkę świeżości nadała tutaj odrobina mięty. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że będą tutaj fanki i przeciwniczki takich zdobień. Już i tak naoglądałam się wywracania oczami przy wielkanocnym stole, ale wiecie co? Czasami ma się po prostu dość rutyny i chce się wprowadzić w swoje życie jakąś zmianę. Choćby była tak błaha, jak kolor lakieru na paznokciach, to dobrze jest czasem wyjść poza strefę własnego komfortu. Zdecydowanie to polecam! 

Dajcie mi koniecznie znać, czy jesteście z tych odważnych, czy jednak wolicie totalną klasykę na pazurkach ;) Czekam na Wasze komentarze! 

Cztery produkty do włosów, których potrzebujesz!

Wednesday, March 28, 2018 -


Jeśli jeszcze nie znacie marki Amika, to polecam teraz pozostać na mojej stronie i uważnie przeczytać cały wpis do końca. Jestem bowiem przekonana, że zakochacie się w tej marce tak samo, jak i ja się w niej zakochałam! Ale do rzeczy, zacznijmy od początku.

Jedna z nowszych marek włosowych w Polsce - Amika


Trafiła do polskiej perfumerii Sephora stosunkowo niedawno, ponieważ znajdziecie ją w asortymencie mniej więcej od około roku. Mój pierwszy kontakt z produktami tego producenta kosmetyków do pielęgnacji włosów rozpoczął się od maski do włosów, o której pisałam Wam kiedyś już tutaj. Nadal podtrzymuję swoje zdanie na temat tego produktu. Jest fenomenalny, a główny składnik (na którym oparta jest chyba cała linia pielęgnacyjna), czyli wyciąg z rokitnika, sprawia że moje włosy cieszą się naprawdę dobrą kondycją. 

Marka  Amika pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Powstała w 2007 i od tamtego czasu sukcesywnie działa w branży produktów do włosów, które używane są za kulisami pokazów mody oraz sesji zdjęciowych. Najważniejszym wyróżnieniem dla marki jest fakt, że zachwycają się nimi nie tylko klienci, ale również profesjonaliści.

Amika UN.DONE TEXURE SPRAY 

Mój ulubieniec w kwestii sprayów nadających objętości włosom. Nie wiem, czy wiecie, ale już się ich natestowałam prawdziwe miliony. Nie wiem w związku z tym, czy nie przerobiłam większości kosmetyków tego typu na rynku. Mam dużo włosów, które są gęste i ciężkie, więc bardzo łatwo w moim przypadku o oklap. Un.Done Texture Spray marki Amika, to produkt, który zrewolucjonizował moją walkę o bujną czuprynę. 

Przede wszystkim, jest to produkt suchy, totalnie niewyczuwalny. Moje dotychczasowe romanse z produktami tego typu kończyły się zawodem. Zawsze wiązały się bowiem z uczuciem sklejenia pasm i po prostu wiedziałam, że coś się w tych włosach działo, gdy przeczesywałam je dłońmi w ciągu dnia. Całe szczęście, z tym produktem tak nie jest! Nie pozostawia żadnej, ale to żadnej warstwy. Ot, jakbyście psikały sobie we włosy powietrzem. Jest to jednak całkiem sprawne powietrze! 

Naprawdę fajnie dodaje objętości i "tego czegoś". Wiecie, stylu rockowej dziewczyny, która to niedbale ułożyła swoje włosy, a i tak wygląda cool. Taki efekt osiągniecie tym sprayem. Co więcej, w ciągu dnia, jeśli Wasze włosy po prostu odrobinę znów przyklapną, ot tak, jak to bywa gdy ma się naprawdę ciężkie włosy (przybijmy sobie piąteczkę!), wystarczy kilka razy poruszać pasami u nasady, ugnieść je trochę i voila! Jestem absolutnie zakochana! 

Niestety z dostępnością tego kosmetyku jest już dość ciężko. Zarówno sprej teksturujący, jak i lakier do włosów trafiają do sprzedaży w "rzutach" i z tego co widzę w tym momencie na stronie, niestety są chwilowo niedostępne.


Amika Touchable Hairspray 

Ostatecznym elementem, który kończy moją stylizację włosów w momencie, gdy mam dzień pt.: "Zróbmy sobie loki!", jest zawsze lakier do włosów. Wymagam od niego tylko mocnej trwałości. I tutaj się nie zawiodłam. Co prawda, odrobinę się lepi, co może wkurzać, ale jest to do przeżycia. Po odparowaniu, praktycznie nie czuć go we włosach, a na tym mi mocno zależy. Moje włosy, choć są podatne na różnego rodzaju zabawy z lokówką i prostownicą, nie radzą sobie jednak z całodniowym utrzymaniem fal w takim stanie, jak po ich zrobieniu. Dlatego zawsze, ale to zawsze, gdy zależy mi na długotrwałym efekcie, sięgam po kosmetyk tego typu. 

Amika Touchable Hairspray, choć jest wyczuwalny w momencie aplikacji, nie skleja włosów w nieestetyczne grupy potrzebujące wsparcia. Zauważyłam, że pozwala się swobodnie wyczesać z włosów, nie tracąc właściwości. Wiecie o co mi chodzi? Ten efekt hollywoodzkich fal, który uzyskamy tylko poprzez rozczesanie włosów. Ja lubię to robić już po nałożeniu lakieru do włosów, ale nie każdy produkt pozwala na taką swobodną manipulację. Ten jest pod tym względem świetny! 


Amika The Wizard

Jeśli tak, jak ja, borykacie się w swoim życiu z włosami, które za cholerę nie chcą dać się na spokojnie rozczesać po umyciu, które lubią bawić się z Wami w grę zwaną "kołtuny" i dramatycznie wręcz wołają o odrobinę wspomagacza przed dalszą stylizacją, Amika The Wizard, to jest właśnie odpowiedź na Wasze bolączki. Ten wielozadaniowy spray, to tak jakby olejkowa baza, która pozwala rozplątać wszystkie włosy, przy okazji odżywiając je i wzmacniając. Co prawda, właśnie przez jego konsystencję nie radziłabym nakładania u nasady, bo możecie się nabawić szybkiego efektu przetłuszczenia, ale cała reszta włosów wręcz podziękuje Wam za małe spa. Formuła ma za zadanie również skrócić czas suszenia włosów! I tu się zgodzę. Za każdym razem, gdy używam tego preparatu, jakoś tak... włosy się magicznie same suszą :) Są lekkie, gładkie i błyszczące. 

Kosmetyk zamknięty jest w buteleczce (99zł/119ml  lub 39zł/29ml) z atomizerem, który rozprasza raczej średniej wielkości mgiełkę. Formuła jest odżywcza i bogata, choć nie obciąża i nie przeszkadza w użyciu kolejnych produktów, już po wysuszeniu włosów. Takich, jak ten poniżej. 

Amika Oil Treatment

Na koniec zostawiłam sobie najmniejszy ze wspomnianych kosmetyków w sensie gabarytowym, jednak najlepszy pod względem działania. Olejek do włosów Amika, Oil Treatment, to jak nazwa wskazuje swego rodzaju kuracja, która ma przywrócić blask, ujarzmić niesforne kosmyki i nawilżyć przesuszone końce. Pochwalić się może potrójną ochroną: przed wysoką temperaturą, promieniami UV oraz zanieczyszczeniem środowiska.

Stosować można go na kilka sposobów. Przede wszystkim na suche włosy, które wymagają nawilżenia i ujarzmienia. Świetnie sprawdzi się w kontekście olejku przed stylizacją włosów, choć jego bogata, wręcz "serumowata" konsystencja zmusza do zastanowienia się podczas dozowania. To jedyny mankament tego produktu - brak dozownika. Nie podoba mi się, że jest to zwykła, odkręcana buteleczka. Wolałabym, aby był w niej dozownik albo chociaż coś na kształt zakraplacza z popularnych kropelek do oczu. No, ale cóż, trzeba sobie jakoś samodzielnie radzić. Dlatego proponuję około 3-4 krople na wszystkie włosy. Nakładam go tak naprawdę od połowy pasm aż po same końce. Trzeciej metody, którą rekomenduje producent niestety nie próbowałam, ale sądzę, że jest to na tyle ciekawostka, że warto się nią z Wami podzielić. Można bowiem ten produkt swobodnie dodawać do przygotowanej mieszanki z farbą! Wtedy to właśnie podczas farbowania włosów, dostajemy dodatkowe nawilżenie i odżywienie, tak aby przypadkiem nie zniszczyć ich kondycji. Ciekawe, prawda?

Kocham ten produkt również za zapach. Jest on identyczny w całej serii, o której dzisiaj Wam wspomniałam, jednak ten olejek daje chyba najtrwalszy efekt. Pukle pachną nim nawet dwa dni po użyciu! To ciepły, lekko słodki aromat, dlatego wszystkie miłośniczki zapachu włosów "od fryzjera" powinny być zachwycone równie mocno, co ja. Jego cena, to 49zł za buteleczkę 30ml.

Namówiłam już na ten produkt kilka osób, w tym aGwer, więc chyba mówi to samo za siebie :) 

Ja jestem zachwycona. Moja pielęgnacja włosów bardzo mocno się zmieniła w ostatnim czasie i nie ukrywam, że jestem dużą fanką produktów marki Amika. Wiem, że mało osób o niej słyszało i własnie dlatego mam ogromną nadzieję, że pomogę Wam odkryć tę perełkę. 


Wszystkie kosmetyki marki Amika dostaniecie w perfumerii Sephora. 

Dajcie mi koniecznie znać, czy słyszałyście już o marce Amika i czy jesteście jej ciekawe!
A może macie swoje perełki do włosów?
Czekam na Wasze komentarze! 

Kolekcja makijażu Artdeco Wild Romance

Tuesday, March 20, 2018 -


Dawno na blogu nie prezentowałam Wam nowości makijażowych. W ogóle, zrobiło się u mnie mocno paznokciowo i pora to zmienić. Bo testuję sporo ciekawych kosmetyków z branży "na twarz" i pora się teraz zacząć dzielić moimi wrażeniami. Na pierwszy ogień idzie w takim razie kolekcja Artdeco Wild Romance. 

Nowości wiosenne stawiają przede wszystkim na wyraziste oko, wachlarz pięknych rzęs oraz mocne, matowe usta. Proponuję, byśmy własnie od nich zaczęły. 


Full Precision Lipstick w kolorze no. 40 Mellow Mauve dostaniecie w perfumeriach Douglas w cenie 59.99zł. W kolekcji znajduje się sześć nasyconych kolorów, oczywiście wszystkie o matowym wykończeniu. Mój na myśl przywodzi fiołkowe odcienie nude, dla tych odważniejszych dziewczyn, które nie boją się wyrażania siebie poprzez makijaż. Pomadka zamknięta została w opakowaniu przypominającym te stosowane do cieni w kredce. Jej trójkątna, innowacyjna końcówka pozwala na swobodne wyrysowanie konturu ust. Trwałość określiłabym, jako przyzwoitą. Nie wyróżnia się tutaj na tle swoich koleżanek konkurencyjnych marek, aczkolwiek na ustach jest naprawdę komfortowa. To jej zdecydowana zaleta. 




W kolekcji Artdeco Wild Romance znajdziecie również ciekawe rozwiązanie w kwestii kosmetyków do makijażu oka. Eye designer, to połączenie aplikatora z wymiennymi wkładami cieni. Sam aplikator posiada dwie końcówki, które mogą służyć, jako podróżna wersja makijażu. Obie końcówki to gąbeczki, którymi możemy zaaplikować cień umieszczony we wkładzie i swobodnie go rozetrzeć. Cienie z wymiennymi wkładami znajdziecie w dwóch odcieniach: no 23 Warm Hazel oraz no 31 Golden Rose. Mój (czyli Warm Hazel), spokojnie nadaje się do przydymienia górnej linii rzęs i wykonania makijażu w stylu "cool". Wiecie, że się niby nie starałyście i samo tak świetnie wyszło ;) Ciepły, orzechowy odcień tego kosmetyku zwiera w sobie również sporo złotych drobin, odbijających światło w nienachalny sposób. Cena pojedynczego cienia, to 39.90zł. 



No i na koniec gwóźdź programu, jak dla mnie :) Curling Mascara, to tusz do rzęs, który ma niesamowicie podkręcić rzęsy i dodać im objętości od samej nasady. Szczoteczka jest zaokrąglona oraz odpowiednio zwężona (tak, aby dotrzeć do wewnętrznego kącika) i poszerzona (by pogrubić rzęsy). Jestem nią absolutnie oczarowana, głównie przez fakt fenomenalnego podkręcenia rzęs, które po prostu kocham i szukam w każdej maskarze idealnej. Jej cena, to 62.90zł. 



Powyżej prezentuję Wam szybki make up przy użyciu tych dwóch kosmetyków do makijażu oka. Mam nadzieję, że tak samo, jak ja, jesteście pod wrażeniem umiejętności tego tuszu. 


Dajcie znać, czy ta kolekcja w ogóle przypadła Wam do gustu! Czekam na Wasze komentarze! 

Najnowsza kolekcja Semilac PasTells #2

Tuesday, March 13, 2018 -


semilac-pastells-2

Wiosna jest już coraz bliżej. Dacie wiarę? Pomyśleć, że za miesiąc będziemy chodzić w cieniutkich płaszczykach albo i nawet bez kurtek! Nie mogę się tego doczekać, tak samo jak nie mogę się doczekać tego momentu, w którym będę mogła przejść się na szczecińskie Jasne Błonia i cieszyć się pięknym słońcem. Widzę to już powoli po mojej chęci noszenia lżejszego makijażu, bardziej błyszczącego wykończenia w makijażu oraz jaśniejszych, bardziej pastelowych barw na paznokciach. 

Naprzeciw moim, ale podejrzewam, że również i Waszym oczekiwaniom znów wychodzi marka Semilac. Tym razem prezentując nam drugą odsłonę kolekcji PasTells. Jeśli jeszcze nie znacie pierwszej serii tych barw, serdecznie zapraszam Was do przeczytania TEGO wpisu, w którym poznacie wszystkie dotychczasowe odcienie. Kolekcja poszerzyła się jednak o dziewięć pięknych kolorów, które przyznam szczerze, są dla mnie problemem. Mianowicie, nie potrafię się zdecydować, którym powinnam pomalować paznokcie i mam ochotę użyć wszystkich na raz. Ot, problemy pierwszego świata. 

semilac-pastells-2

Kolekcja PasTells #2 obejmuje kolory: 

Powder Pink 272, czyli pudrowy róż
Creamy Beige 273, czyli nude 
Salmon Pink 274, czyli łososiowy róż z domieszką neonu
Light Pink 275, czyli baby pink 
Sweet Pink 276, czyli intensywny róż
Light Fuchsia 277, czyli neonowy, rozbielony róż 
Soft Pink 278, czyli róż z domieszką fiołka 
Light Violet 279, czyli rozbielona lawenda 
Medium Violet 280, czyli pastelowy, ciepły fiolet 

semilac-pastells-2

Odcienie są orzeźwiające, pięknie podkreślają delikatne, kobiece dłonie i idealnie sprawdzą się w pracy. Do aplikacji polecam Wam jednak trzy cieniutkie warstwy lakieru, zamiast dwóch grubszych. Efekt będzie na pewno piękniejszy. Wtedy możecie być pewne tego, że kolor nie będzie prześwitywać, a warstwy stworzą jednolity efekt naturalnego i profesjonalnie wykonanego manicure. 

Kolekcja PasTells #2 idealnie wygląda zarówno w błysku topu no wipe, jak i w macie. To wykończenie jakoś szturmem podbija moje serce i wydaje mi się, że z ochotą będę nosić właśnie takie paznokcie przez najbliższe tygodnie. Pastele, czy nie - matowe wykończenie jest niezwykle modne! 

semilac-pastells-2

semilac-pastells-2

semilac-pastells-2

Powiedzcie mi, czy najnowsza kolekcja przypadła Wam do gustu? Lubicie takie kolory na paznokciach, czy jednak nie czujecie się skuszone? 

Kreski, kropki, pyłki - na jakie akcesoria do wykonywania zdobień się zdecydować?

Wednesday, February 28, 2018 -


Temat dobrych akcesoriów do zdobień paznokci jeszcze nie był przeze mnie ani razu poruszany na blogu. Dlatego postanowiłam przybliżyć Wam moje zbiory i móc przy okazji polecić te narzędzia, które uważam za niezbędne minimum typowej maniaczki pięknych paznokci. 

Od lat w kwestii lakierów hybrydowych ufam marce Semilac. Sądzę też, że doskonale wiecie, że w ofercie tej firmy znajdują się wszystkie rzeczy, o których może pomyśleć osoba na co dzień zajmująca się profesjonalnym wykonywaniem manicure hybrydowego. 

Jako że nie czuję się ekspertem w tej dziedzinie, ponieważ moje zdobienia są raczej z gatunku tych, które czasem wychodzą, a czasem nie wychodzą, postanowiłam pokazać Wam narzędzia, z których korzystam najczęściej. Na których się po prostu nie zawiodłam. 


Do odsuwania skórek 


Przed rozpoczęciem pracy nad kolejnymi pięknymi paznokciami, należy odpowiednio przygotować płytkę paznokcia tak, aby jego oprawa nie szpeciła przyszłego manicure. Dlatego w tym momencie idealnie sprawdza się Pusher. Stanowi on niezbędnik zarówno w przypadku odsuwania i usuwania skórek, jak i pozbywania się odmoczonej w acetonie hybrydy. Nowy przyrząd jest odrobinę ostry, więc trzeba uważać, żeby nie zrobić sobie nim krzywdy, ale dzięki temu bez problemu można się pozbyć praktycznie wszystkiego zbędnego na płytce paznokcia. Polecam bardzo, ale to bardzo serdecznie. 

Do magnetycznych lakierów

W przypadku, gdy jesteście miłośniczkami kociego oka, które opanowało ostatnio całą Polskę, warto wyposażyć się w specjalny Magnetic Pen, który posłuży do wykonania tych zdobień. Długopis został stworzony na kształt tego, którym posługujemy się podczas pisania w ulubionym plannerze i dobrze sprawdzi się w przypadku wykonywania precyzyjnych zdobień z wykorzystaniem efektu kociego oka, zwłaszcza tego 3D.

Do wcierania pyłków


Do wykonywania zdobień, w których potrzebny jest błysk, najbardziej polecam Silicone Brush 01. Sprawdza się najlepiej zarówno podczas aplikacji pyłków typu Semilac Flash, jak i efektu Aurora. Jedna końcówka idealnie nadaje się do wcierania produktu w całą płytkę paznokcia, natomiast ta zakończona skośnie, świetnie sprawdza się do wykonywania już bardziej skomplikowanych zdobień na mniejszej części paznokcia. 


Do kropeczek 

Myślę, że nikt się nie będzie ze mną kłócić, gdy powiem, że zdobienia przy użyciu sond do robienia kropeczek są najprostszymi, jakie możemy sobie wymyślić. PRAWDA? Cieszę się, że się zgadzamy! Dodatkowo, sądzę że jako jedne z nielicznych sprawiają wrażenie, że zdobienie, które wykonujemy powstało w pocie czoła i przy użyciu niezwykłych pokładów talentu. Prawda jest jednak zgoła inna, w przypadku kropeczek wystarczy bowiem zasada "im mniej się starasz, tym lepiej ci wyjdzie". Do ich tworzenia polecam dwie sondy Dotting Tool 01  oraz Dotting Tool 02 . Ta pierwsza ma mniejsze kuleczki i pozwala na stworzenie naprawdę malutkich kropeczek. Ta druga ma je już większe i świetnie sprawdzi się na przykład w tworzeniu serduszek (wystarczy zrobić dwie kropki i je połaczyć!) lub modnych w tym sezonie czarnych kropek na środku paznokcia. 

Do zaawansowanych zdobień

To jedyne urządzenie, którego nie przetestowałam, ale postanowiłam wcisnąć je do tego zestawienia. Głównie dlatego, że nada się wszystkim z Was, które macie naprawdę nieziemskie umiejętności. Stylograph Nail Art z wyglądu może przypominać pióro, którym możecie dowolnie tworzyć bardzo precyzyjne i najmniejsze detale. Doskonale sprawdza się podczas malowania zdobień przy użyciu farb akrylowych, czy żeli kolorowych. Przykuwa też uwagę swoim pięknym i stylowym designem. Zatopione w skuwce tycie kryształki naprawdę dodają mu uroku. Dam stylograf jest jednak bardzo lekki i poręczny. Trzeba jednak umieć go używać. Moje początki są raczej trudne i wstyd mi je pokazać na blogu, ale trening czyni mistrza, więc liczę na to, że nauczę się nim posługiwać. 



Do malowania zdobień

Do malowania długich, cienkich i prostych linii sprawdzą się pędzelki z dłuższym włosiem. Tutaj polecam Semilac Nail Art Brush 00-3 oraz 000-3, które nadają się właśnie do takich zadań. Krótsze, które posiadam w swojej kolekcji, nadają się do większych detali, czasami nawet kosmetycznych zmian. W tej kwestii polecam 04,01,00-1 i najmniejszy 000-1
Jestem jeszcze posiadaczką pędzelka numer 15 . Nadaje się on do stosowania metody one stroke oraz nakładania koloru na część paznokcia.



Do przechowywania akcesoriów 

Semilac wyszedł też ze świetnym pomysłem dla każdej pazurkomaniaczki. Moje narzędzia walały się po szufladzie, gubiły plastikowe zatyczki, które miały je chronić przed rozczapierzeniem. Włosie więc niszczyło się mimo zabezpieczania (po każdym wykonanym zdobieniu warto wyczyścić włosie w cleanerze a następnie zabezpieczyć odrobiną topu, tak aby się nie odkształcało).

Piórnik Semilac świetnie sprawdza się do przechowywania dosłownie każdego z narzędzi, które posiadacie w swoich zbiorach. Pędzelki zmieszczą się bowiem w specjalnie przeznaczonych do tego gumeczek zabezpieczających. Dzięki temu nie tylko dbacie o swoje narzędzia tak, aby posłużyły Wam przez lata, ale też trzymacie je w jednym miejscu. Możecie w związku z tym zapomnieć o tym, że będziecie szperać tysiąc razy w jednej szufladzie twierdząc, że pędzelek, którego szukacie na pewno tam jest. Od teraz wszystko jest w jednym miejscu (więc, jak się zgubi, to wszystko :D ).

Piórnik Semilac ma jeszcze jedną bardzo fajną cechę. Mianowicie, możecie go postawić zaciskając gumeczkę, która pozwoli na swobodne postawienie przybornika. W ten sposób ułatwicie sobie pracę nad kolejnym skomplikowanym zdobieniem. 

Uff! Dobrnęłyśmy wspólnie do końca! 
Dajcie mi znać, czy lubicie się bawić w zdobienia na paznokciach, czy raczej w codziennym manicurze się na to nie decydujecie? Czekam na Wasze komentarze! 


DO GÓRY