NABLA THE MATTE COLLECTION

Wednesday, October 17, 2018 -


Noooo hej! Tak, dawno mnie nie było. I nawet nie mam zamiaru szukać wytłumaczenia, wymówek i wmawiać Wam teraz miliarda powodów, dla których nastała cisza na blogu. Po prostu nastała. Możemy tego nie drążyć? Fajnie! ;) 

Chcę jednak wrócić na dobre tory blogowania i postanowiłam, że nie będzie ani jednej lepszej okazji do tego, niż po prostu usiąść i zacząć pisać o produktach, które ostatnio zawładnęły moim światem. Na pierwszy ogień rzucam po prostu, najnowszą kolekcję The Matte Collection marki NABLA COSMETICS. 

The Matte Collection 
Najnowsza kolekcja zawiera w sobie aż 12 matowych cieni do powiek, które idealnie wpisują się w jesienny klimat. Do zestawu można dokupić sobie magnetyczną paletkę, która opatrzona została piórkowym printem w kolorze rose-gold. Magnetyczna paletka mieści w sobie - jak widzicie - całą kolekcję cieni The Matte Collection.


Zwróćmy jednak uwagę na to, jakie pojawiły się w niej kolory. 

Coconut Milk + Kids,  czyli kokosowy beż, z lekko waniliową nutą oraz jasny beżowy brąz, który idealnie sprawdza się załamanie powieki. 
White Truffle + Cinnamon - nieco ciemniejszy beż, o chłodnym tonie oraz ciepły odcień idealnie oddanego cynamonu. 
Artemisia + Verve - fiołkowy odcień koloru mauve, idealnego na jesień oraz intensywniejszy odcień fioletu 
Leon + Cherie Shape, czyli ciepły brąz, idealny do przyciemniania zewnętrznego kącika oraz intensywny fiolet (dla mnie w klimacie ciemnego soku winogronowego)
Capsize + Poetry, czyli nieco zgaszony odcień fioletu o chłodnym tonie oraz niebiesko-szary odcień,
Chiaroscuro + Pitch Black - jasnoszary kolor, który na myśl przypomina mi rysik ołówka oraz prawdziwie czarna i intensywna czerń.


Nowe cienie marki NABLA COSMETICS, to też przy okazji nowość w asortymencie, ale również na rynku kosmetycznym. Ich wyjątkowa formuła Hyper Matte oparta jest o naturalne składniki i zapewnia długotrwały efekt oraz superpigmentację.Jeden cień kosztuje 35zł, a koszt magnetycznej paletki, to 50zł.


Nie ukrywam, że polubiłam się z tymi cieniami naprawdę mocno! Mocno na tyle, że od kilku tygodni, odkąd przesyłka PR trafiła w moje ręce, na co dzień nie używam żadnej innej paletki cieni. Kolory łączą się ze sobą przecudownie, są miękkie niczym masełko i intensywnie napakowane pigmentem. Nie mam żadnego problemu z osypywaniem się cieni, nie prószą się również podczas nabierania na pędzel. I są naprawdę łatwe w obsłudze. Idealne na jesienne i zimowe makijaże <3

Wrzucam Wam też makijaż, który wykonałam przy użyciu wspomnianych dzisiaj cieni, a który to pobił mój osobisty rekord zebranych serduszek na Instagramie. Rozbiłyście mi bank pod tym zdjęciem i mega się cieszę, że tak podoba się Wam ostatnio mój sposób na prowadzenie profilu. 



🍂✨Jak Wam się podoba ten makijaż? ✨🍂 Trochę mnie poniosło! Prawdziwie jesiennie, bardzo w moim stylu. 🍁Cieszy mnie panująca za oknem aura, bo w końcu można trochę poszaleć na twarzy. Wykorzystałam dzisiaj w akcji paletkę Nabli, z najnowszą kolekcją The Matte Collection. 🍒Jestem zakochana w jakości tych cieni! BROWS: •ka-BROW! nr 3 @benefitpoland FACE: •@fentybeauty #profiltr foundation in 150 Killawatt Highlighter in Fire Crystal EYES: •The Matte Collection @nablacosmetics in: Kids, Coconut Milk, Cinnamon, Cherie Shape, Capsize LIPS: •Nabla Dreamy Lipstick in UNSPOKEN mixed with Nars Lip Pencil in Endangered Red #flawlesssdolls #wakeupandmakeup #makeup #makijaż #selfie #polishgirl #fallmakeup #girlpower #fromworktoweekend #nablacosmetics #themattecollection #100daysofmakeup 




Skusiłyście się już na nowe cienie Nabli? Jak Wam się podoba ta kolekcja?

Szczecin ma się czym pochwalić! Moja pielęgnacja z marką Clochee

Wednesday, September 19, 2018 -


Marka Clochee jest Wam zapewne już znana, ale dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam trochę o mojej przygodzie z tymi kosmetykami. Gdy około miesiąc temu byłam już prawie u dna mojej ówczesnej pielęgnacji, kosmetyki Clochee okazały się być w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. I z pełną odpowiedzialnością postanowiłam dowiedzieć się, jak sprawdzi mi się naturalna pielęgnacja. Na wstępie wspomnę Wam jeszcze, tak dla przypomnienia, że jestem posiadaczką cery mieszanej, przetłuszczającej się w strefie T, ale wiecznie odwodnionej, która ma skłonności do przesuszeń. 

Nie omieszkam pochwalić się też faktem, że Clochee pochodzi z mojego miasta, czyli ze Szczecina. Na ulicy Bogusława X 10/2 znajdziecie stacjonarny sklep tej marki. Testy tych kosmetyków zapowiadałam Wam jakiś czas temu na Instagramie,  a relacją z wizyty w salonie, dzieliłam się na moim Stories. 





Dowiedziałam się wtedy, że część z Was regularnie stosuje kosmetyki tej marki i z radością wracacie do ich kosmetyków. Zwłaszcza te z Was, które za nic w świecie nie chcą rezygnować z dobrodziejstw natury. Z niecierpliwością czekałyście też na nowość, czyli krem rozświetlający (który swoją drogą również testuję i za jakiś czas podzielę się z Wami moimi wrażeniami na jego temat). 

Marka Clochee łączy w sobie stosowanie tylko naturalnych, certyfikowanych składników, które dają prawdziwe rezultaty z eleganckim, bardzo stylowym wyglądem. W ich składach nie znajdziecie niczego nieprzemyślanego. Możecie być też pewne, że nie znajdziecie tam szkodliwych substancji alergizujących (m.in. parabenów i innych konserwantów, oleju mineralnego i pochodnych ropy naftowej, silikonów, alkoholu, PEG, SLES. Tak samo jest w przypadku opakowań. Klasyka łączy się tutaj z nowoczesnością, a produkty w biodegradowalnych opakowaniach, zostały wyposażone w pompki, które ułatwiają aplikację wystarczającej ilości produktu, nie zanieczyszczając go. 



Przejdźmy już do moich wrażeń i zacznijmy od demakijażu. W przypadku intensywnego makijażu, który lubię czasami nosić, największą bolączką jest niestety pozbycie się go wieczorem. Głównie dlatego, że kosmetyki, na jakie się wtedy decyduję, mają charakter długotrwałych. Z pomocą przychodzi w takim wypadku olejek do demakijażu Clochee, Soothing Cleansing Oil. Jest bardzo wydajny i już jedna pompka potrafi rozprawić się na dobre z moim make-up'em. Przestałam mieć też problem z maskarą, którą ostatnio testowałam (niby nie jest wodoodporna, a pozbycie się jej z rzęs graniczyło z cudem). Sam produkt w ogóle nie obciąża i nie wysusza skóry, co było dla mnie dużym zaskoczeniem. Do tej pory oleje przesuszały mi skórę. Tutaj jest zupełnie inaczej. Dodatek oleju ze słodkich migdałów działa wygładzająco oraz odprężająco  (również ze względu na piękny zapach).



Po zmyciu makijażu przy pomocy olejku lub po prostu w dni, w które nie mam na sobie znaczącej ilości makijażu, sięgam po Clochee, Relaxing Micellar Water. Hydrolat z kwiatu pomarańczy, który jest w składzie tego płynu, to chyba mój osobisty hit! Przepięknie pachnie i koi skórę, pozostawiając ją przyjemnie oczyszczoną. Prócz niego znajdziecie też hydrolat z róży damasceńskiej, aloes oraz glicerynę. Zaraz po nim, sięgam po tonik Clochee, Soothing Antioxidant Toner. To produkt zawierający wyciąg z zielonej herbaty oraz miłorzębu. Czy w ogóle muszę mówić, jak pachnie? Bardzo szybko się wchłania i przygotowuje skórę do kolejnych kroków pielęgnacyjnych. Omijam korzystanie w tym wypadku z waciku i niewielką ilość produktu wylewam po prostu na dłonie, a następnie wklepuję go w skórę twarzy. Sam rytuał demakijażu w tych trzech krokach, jest dla mnie prawdziwą ucztą dla zmysłu zapachu. Bowiem każdy z produktów pachnie pięknie i relaksująco. 



Na tak przygotowaną i oczyszczoną skórę, sięgam po produkty nawilżające. W tym wypadku również decyduję się na metodę trzech kroków. Zaczynam od Clochee, Intensive Moisturizing Serum, który jest produktem zamkniętym w szklanym opakowaniu wyposażonym w wygodną pompkę. Dzięki czemu swobodnie możemy dozować odpowiednią ilość produktu. Kosmetyk zawiera podwójnie skoncentrowany kwas hialuronowy. Jest niezwykle lekki i bardzo szybko się wchłania. Nie daje uczucia lepkości, jest zupełnie komfortowy po wchłonięciu, a robi to w mgnieniu oka. Widocznie napina skórę, za co jestem mu niezwykle wdzięczna. Co istotne, nie stosujemy go w pojedynkę! Najlepsze rezultaty przynosi podczas łączenia z kremem. Używam go dwa razy dziennie i muszę przyznać, że jestem w szoku, jakie efekty widzę zwłaszcza na moim czole, z którym miałam do tej pory najwięcej problemów. 




Clochee, Light Moisturizing-Revitalizing Cream, to krem o bardzo lekkiej konsystencji, aczkolwiek bogatej formule. Trafiłam w związku z tym na coś, co lubię najbardziej - lekka formuła, ale maksimum nawilżenia. Zawarte w nim zostały komórki macierzyste z jabłek oraz ekstrakt z róży damasceńskiej. Ten ostatni sprawia, że skóra jest przyjemnie odświeżona. Jego delikatnie pudrowo-jabłkowy zapach uprzyjemnia proces nakładania kremu. Tutaj również zaobserwowałam uczucie napięcia i wygładzenia skóry po aplikacji. Świetnie sprawdza się pod makijaż - ani razu nie zrobił mi nieprzyjemnych niespodzianek w tym kontekście. Co więcej, pokuszę się o stwierdzenie, że matujące podkłady wyglądają na nim o niebo lepiej, niż z moją poprzednią pielęgnacją. 


Clochee, Intensive Regenerating Eye Cream/Mask, to produkt przeznaczony dla skóry wrażliwej. W swym składzie skupia komórki macierzyste pozyskane z jabłek oraz ekstrakt z lilii wodnej. Ma bardzo przyjemny, aczkolwiek delikatny i łagodny zapach. Szybko się wchłania i daje efekt wygładzonej skóry. Bardzo silnie odżywia i nawilża skórę wokół oczu, nie obciążając jej przy okazji swoją konsystencją. Może być śmiało stosowany pod makijaż, ale również nakładany w większej ilości na noc.




Jeśli jesteście ze Szczecina, koniecznie odwiedźcie stacjonarny sklep marki Clochee, który znajdziecie na ul. Bogusława X 10/2. Na pewno będziecie miło zaskoczone. Na miejscu czeka na Was nie tylko pełny asortyment i masa testerów, które pozwolą dobrać Wam konsystencje, które najbardziej lubicie, ale też profesjonalny personel, który na pewno doradzi Wam, jak radzić sobie z Waszymi problemami skórnymi. Będziecie mogły przyjrzeć się z bliska kosmetykom zarówno do twarzy, jak i do ciała oraz włosów. Czeka też na Was system lojalnościowy, dzięki któremu możecie zyskać swój ulubiony produkt ze zniżką 100zł. 

Marka Clochee jest również dostępna w naszym mieście w Douglasie w trzech większych galeriach handlowych, czyli Galaxy, Kaskadzie i Molo oraz oczywiście na www.clochee.com. Wszelkie nowości możecie śledzić też tutaj.




Z pewną dozą niepewności podchodziłam do naturalnej pielęgnacji. Głównie mając średnie doświadczenia z przeszłości, gdzie naturalne składniki kojarzyły mi się z kiepskim zapachem i słabym działaniem. Dlatego jestem naprawdę szczęśliwa, że udało mi się znaleźć remedium na moje problemy odwodnionej skóry.  Sam rytuał oczyszczenia i nawilżenia jest teraz o niebo przyjemniejszy, głównie przez widoczne rezultaty oraz piękne zapachy, które zachęcają mnie do regularnego stosowania. To na pewno nie koniec mojej przygody z pielęgnacją tej marki, więc mam nadzieję, że z chęcią poznacie moje zdanie o ich produktach. 


Dajcie koniecznie znać w komentarzach, czy miałyście już styczność z kosmetykami Clochee! Stosujecie naturalną pielęgnację, czy jeszcze nie miałyście okazji jej wypróbować? 

Fenty Beauty w końcu w Polsce! Co warto kupić, a co omijać?

Thursday, September 6, 2018 -


co-kupic-z-fenty-beauty

O tym, że Fenty Beauty wchodzi właśnie do polskiej Sephory, pewnie już wiecie doskonale. Informacja o tym praktycznie wyskakuje z serka w lodówce. Wiem, wiem, można się poczuć trochę przytłoczonym, ale wiecie co? Trzeba się cieszyć, że W KOŃCU w Polsce nie jest, jak w lesie. Mamy już naprawdę całkiem spory asortyment marek, których jeszcze kilka lat temu można było szukać ze świecą. Cieszy mnie to, że zauważa nas świat beauty, a myślę, że to jeszcze nie koniec niespodzianek, które zaskoczą nas swoimi premierami. 

Dzisiaj jednak chcę Wam przybliżyć markę Fenty na tyle, na ile mogę. Nie będzie w tym wpisie żadnego owijania w bawełnę. Powiem, co jest kiepskie, a co sprawdza się super. Dam Wam znać, na co powinnyście się wydać swoje wypłaty, a co powinno pozostać w strefie "ładne, ale nie ma sensu kupować". To co? Zaczynamy! 

fenty-beauty-polska

Najważniejszym punktem tego wpisu będzie na pewno baza pod makijaż Fenty Beauty,  PRO FILT'R INSTANT RETOUCH PRIMER (jej cena, to 139zł). To jeden z ciekawszych produktów tego typu na rynku. Mam okazję testować ten kosmetyk już od ponad roku i powiem z całą stanowczością, że jest to najlepsza baza pod makijaż, jaką kiedykolwiek miałam. Moje pierwsze opakowanie jest już praktycznie na wykończeniu (teraz już muszę odkręcać pompkę i wydłubywać resztki, bo całkiem sporo produktu osiadło na dnie, i nie daje się już wyciągnąć przy pomocy pompki). 
Jest zaskakująco ciekawa! Daje piękny, lekko rozmyty efekt. Możecie być pewne, że ustrzeże Was przed nadmiernym wyświecaniem się w ciągu dnia. Wszystko dlatego, że mimo swoich matujących właściwości, jest przede wszystkim nawilżająca. Porównałabym ją do jakiegoś kremu pielęgnacyjnego. Dzięki niej każdy, nawet najbardziej matowy podkład, nie sprawi, że po kilku godzinach wyglądam, jak zasuszona skórka chleba. Nie, nie z nią te numery. Pielęgnuje, nawilża, kontroluje sebum i ładnie bluruje skórę, pozbywając się w ten sposób rozszerzonych porów. Lubię ją też nakładać w okolice pod oczami - wtedy korektor wygląda o niebo lepiej! 
Jej kolor został nazwany dość przekornie invisipink. Nie widać go w żaden sposób po zaaplikowaniu, idealnie bowiem wtapia się w skórę twarzy. 
CZY POLECAM? TAK! TO NAJLEPSZA BAZA EVER!

najlepsza-baza-pod-makijaz

jaka-baza-pod-makijaz

Podkład Fenty Beauty, Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation ( jego cena, to 145zł), to podkład stworzony wręcz do tego, by używać go wspólnie ze wspomnianą przeze mnie wcześniej bazą. Tak podobno robi też sama Rihanna. I powiem szczerze, że wydaje mi się właśnie, że idealnie sprawdzi się w duecie z jakąś dobrą, intensywną pielęgnacją przed. (niekoniecznie musi to być baza, po prostu zadbajcie o cerę). Sam podkład jest bardzo lekki w swej konsystencji i aż dziw bierze, że tak wiele w nim pigmentu. Jego krycie określiłabym średnim do pełnego. Przy dwóch warstwach podkładu daje naprawdę mocny efekt zakrycia wszystkiego, czego nie chcemy pokazywać na co dzień. Przy delikatniejszym makijażu na co dzień, dobrze sprawdzi się jedna warstwa. Szybko zastyga na twarzy, więc radzę się z nim nie bawić, tylko żwawo wpracować w skórę. Jak wiecie, testuję go dopiero chwilę, więc nie polecę go Wam z ręką na sercu. To za krótko, żeby już wydawać o nim opinię. Po dzisiejszym teście (w połączeniu z bazą) jestem bardzo zadowolona. Podkład zaczął mi się wyświecać w strefie T dopiero po około 8-9 godzinach od nałożenia. Nic się nie starło, nic nie zniknęło z twarzy. Wygląda tak samo, jak nałożony rano. Po zdjęciu nadmiaru sebum, spokojnie pozwala na dołożenie pudru. Pierwsze koty za płoty i jestem zadowolona. Zobaczę jednak, jak będzie spisywać się na dłuższą metę i czy nie zapcha mi cery (w składzie znajduje się talk, a na to cera może reagować naprawdę różnie). Mogę jednak śmiało powiedzieć, żebyście uważały na kolory (głównie przez oksydację) i dobrały sobie podkład przez próbki. Nie dobierajcie koloru w ciemno, czy w ostrych światłach perfumerii. Wyjdźcie na zewnątrz, czy sprawdźcie sobie spokojnie podkład w domu. Bo można się przejechać. 

fenty-pro-filtr-podklad-foundation-130-150-190

Poniżej prezentuję Wam swatche trzech odcieni podkładów Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation. Dostępny w 40 odcieniach do każdego typu karnacji.  U mnie widzicie (od góry) najjaśniejszy kolor 130, 150 oraz 190. Jak widzicie, 130 ma wyraźnie żółte tony, mocno widoczne po zastygnięciu. Kolor 150 posiada całkiem neutralny odcień, jednak według mnie potrafi oksydować na lekko różowy ton. Natomiast kolor 190, to odcień, który jest już zdecydowanie cieplejszy. W Internecie znalazłam mnóstwo opinii, że nadaję się do odcieni jasnych karnacji oraz ma neutralne podtony. Nie zgodzę się, zdecydowanie bliżej mu do ciepłego odcienia, niż neutralnego. Zauważalnie oksyduje na twarzy i u mnie niestety kończy się pomarańczą. 
CZY POLECAM? JESZCZE NIE. JESTEM POZYTYWNIE ZASKOCZONA, ALE RĘKI SOBIE UCIĄĆ NIE DAM. 

ktory-rozswietlacz-fenty

Rozświetlacze Killawatt Freestyle Highlighter, to coś, do czego wzdychała chyba każda z nas. Swój pierwszy kupiłam rok temu w Barcelonie. Wybrałam się wtedy do największej Sephory w Europie (takie to właśnie jest ze mną wakacyjne zwiedzanie) i dorwałam odcień Lightning Dust/Fire Crystal sztuk dwie, dla mnie i Agnieszki (moje zakupy - klik). Na początki nie wiedziałam sama, co o nim myślę. Nie byłam zachwycona. Po tym jednak, jak zeszła z niego ta pierwsza, dość dziwna warstwa, zakochałam się! Tutaj recenzja. Oczywiście, mam już w nim całkiem niezłą dziurę, jak widzicie w odcieniu Fire Crystal. Głównie dlatego, że duet ten jest stworzony do dwóch rodzajów rozświetlenia - tego lekkiego, dla fanek naturalnego wykończenia i tego mocnego, dla fanek błysku widocznego z orbity okołoziemskiej. Ja należę do tych drugich :) 

fenty-beauty-mimosa-sunrise-sangria-sunset

Fenty Beauty, Killawatt Freestyle Highlighter (145zł), to jeden z najmocniejszych rozświetlaczy na rynku. Kolorów znajdziecie całe multum i naprawdę jest w czym wybierać. Najlepsze jednak jest też to, że można sobie dzięki nim nieźle poszaleć. Fenty Beauty szturmem podbiło rynek kosmetyczny poprzez wypuszczenie odcienia Trophy Wife. Takiego złota jeszcze nikt do tej pory nie miał. I powiem szczerze, że jest ono uzależniające. Wydawać by się mogło, że to kolor jedynie dla czarnoskórych. Jednak, jeśli jesteście fankami makijażu i lubicie szaleć - nic nie stoi na przeszkodzie. Sprawdźcie tylko, czy Wasz odcień cery nie wybije w tym rozświetlaczu zielonych tonów. Po mocniejszym rozblendowaniu, daje naprawdę piękny efekt tak zwanej kuli dyskotekowej i tylko delikatnie widać jego zabawienie. Cała zabawa jest w drobinkach i brokacie. 

czy-kupic-trophy-wife-fenty-beauty

ktory-rozswietlacz-fentybeauty-najlepszy

Na koniec jeszcze ta najbardziej szalona wersja, czyli Killawatt Foil Highlighter (155zł) w kolorze Mimosa Sunrise/ Sangria Sunset. Te dwa gagatki sprawiły, że moje serce mocniej zabiło. Nie odważę się ich nałożyć na szczyty kości policzkowych. Aż tak szalona nie jestem. Sprawdzę je za to w wersji makijażowej i na pewno dam Wam znać, jak się spisują. Zdecydowanie popracowano tutaj jednak nad jakością opakowania. Killawatt Foil Highlighter nie ma już holograficznej warstwy, jak Freestyle Highlighter, ale za to jest cięższy w dłoni i wydaje się być porządniejszy. Na wielkości zyskało również lusterko wewnątrz.

Ogólnie rozświetlacze te nadają się do wszystkiego. Na szczyty kości policzkowych, łuk kupidyna, w wewnętrzny kącik powieki, czy nawet jako cień do powiek. Nie musicie się ograniczać!
CZY POLECAM? Z RĘKĄ NA SERCU! TAK! 

fenty-beauty-blyszczyk-gloss-bomb

Gloss Bomb Universal Lip Luminizer (69zł), to błyszczyk, który chciałam szczerze ominąć szerokim łukiem. Jakoś tak mnie nie jarał. Jest ultrabłyszczący,  a jego uniwersalny kolor nude, będzie pasować dosłownie każdemu. Jest w nim jednak trochę beżowo-brązowego pigmentu, więc miejcie to na uwadze! Ogromny aplikator pozwala na szybkie pokrycie ust produktem. Nie klei się, nie rozlewa i pięknie pachnie (brzoskwiniowo-waniliowo). Ja lubię go w połączeniu z pomadką, ale sam też daje radę. I teraz najlepsze! Sądziłam, że to TYLKO błyszczyk, ale okazuje się, że zawarte w składzie masło shea, całkiem fajnie pielęgnuje usta. Dlatego nawet po zniknięciu z warg, nie mamy uczucia przesuszenia. Fajnie! 
CZY POLECAM? KU MOJEMU ZASKOCZENIU, TAK! 

stunna-lip-paint-czy-warto

fenty-beauty-stunna-lip-paint-swatche

Stunna Longwear Fluid Lip Color w kolorze Uncensored (99zł), to podobno czerwień idealna. Kolor, któremu nie oprze się żadna kobieta i żaden mężczyzna. Odcień idealnie dobrany tak, aby pasował każdej karnacji. Szokujące! I powiem szczerze, że kolor jest grzechu wart! Ma niebieskie tony, dzięki czemu ładnie wybiela zęby. Intensywnie czerwona czerwień naprawdę dodaje seksapilu i blasku oczom. Ma przepiękne opakowanie i ciekawy aplikator, który pięknie współpracuje. Daje się nim wyrysować precyzyjnie usta.  Konsystencja należy do tych lżejszych, bardzo płynnych i mocno napigmentowanych.  Jestem jednak zawiedziona. Stunna Lip Paint wcale nie zastyga. Jej matowe wykończenie jest całkiem ładne, ale brak zastygnięcia sprawia, że po jakimkolwiek posiłku, rozlewa mi się w kącikach ust. Niestety transferuje się też w dziwne miejsca (wystarczy nieuważnie wytrzeć nos, ściągnąć długie włosy z twarzy i macie gwarancję ciekawych bohomazów na policzku, brodzie, czy nosie). A to ją dla mnie dyskwalifikuje. Nie chcę nosić czerwieni, która nie pozwala mi o sobie zapomnieć i sprawia, że tylko zastanawiam się, czy przypadkiem nie usmarowałam sobie nią pół policzka. Fenomenalny kolor, ale nic poza tym. A szkoda. 
CZY POLECAM? NIESTETY NIE. 

fenty-match-stix

fenty-match-stix-sephora-jaki

kolory-match-stix-fenty-beauty

W swoich zbiorach mam również Fenty Beauty, Match Stix Trio (229zł), niestety w kolorach, które nie pozwolą mi na jakiekolwiek przetestowanie tych produktów. Nie powiem, spróbuję i będzie to niezłe wyzwanie, ale mam wrażenie, że nie uda mi się ich ugrać nawet, jako cienie do powiek. Zobaczymy jednak, jak się sprawdzą w akcji, nawet w charakterze którego się po nich nie spodziewałam. Wiem jednak, że ich ciekawa formuła jest stworzona tak, że nawet po zgubieniu zatyczki, produkt nie ma prawa nam wyschnąć (to bardzo ciekawe i myślę, że sprawdzę, czy to prawda). Podoba mi się jednak sam system magnetycznych sticków przeznaczonych do wszystkiego: konturowania, rozświetlania, brązowienia, do nakładania różu. Są naprawdę dizajnerskie i niecodzienne. A ich układ może wyglądać, jak plaster miodu. Całkiem ciekawe rozwiązanie, ale no niestety... nie powiem Wam o nich nic więcej, jak to, że taki zestaw opłaca się bardziej niż zakup pojedynczych sticków i w środku znajdziecie dwa o wykończeniu matowym oraz jeden błyszczący.
CZY POLECAM? NAWET NIE WIEM.  

fenty-beauty-flyliner-czy-warto

Fenty Beauty, Flyliner Longwear Liquid Eyeliner, to kolejny produkt, z którym mi kompletnie nie po drodze. Nie jestem może mistrzem malowania kresek, ale już dawno żaden liner nie sprawiał mi tyle problemu. Wiem jednak, że zdania na jego temat są bardzo mocno podzielone. Niektóre z dziewczyn są nim zachwycone i twierdzą, że lepszego nie miały (rzeczywiście, ma dużo mocniejszą w barwie czerń od swojego konkurenta, czyli kultowego już eyelinera Kat von D). Jednak, w moim przypadku strasznie się rozmazuje. Przez co nie jestem w stanie namalować równej kreski. Mam wrażenie, że włazi w każdą, najmniejszą zmarszczkę na powiece, a ja próbując wyrysować równą kreskę kończę, jak Amy Winehouse. Szkoda, bo ma wygodny aplikator. Jest długi i pozwala na szybką i sprawną aplikację bez zawahania ręki. Tylko ta formuła... coś mi nie halo. 
CZY POLECAM? ZDECYDOWANIE NIE. 

fenty-beauty-ktory-pedzelek

Na koniec zostawiłam sobie moje największe zaskoczenie. Z reguły nie jaram się żadnymi pędzelkami, które wypuszczają marki makijażowe, bo to nie moje klimaty. Kat von D mnie swoimi zawiodła i od tamtej pory podchodzę do takiego tematu z rezerwą. Jednak Fenty Beauty wyprodukowało coś nietuzinkowego. Cheek-hugging Highlight Brush (139zł), to coś czego jeszcze na rynku nie było. Nie będę się tutaj rozwodzić nad jego designem, który jak każda z nas widzi, jest po prostu miodzio. Wszystko w punkt, idealny mate w kolorze nude, miękkie włosie i stonowany wygląd z klasą. Jego włoski zostały ścięte (jak sama Rihanna twierdzi) w kształt zęba rekina. Coś w tym jest, bo jego kształt jest naprawdę nietypowy. Jednak, po obejrzeniu makijażu na kanale NikkieTutorials (z główną makijażystką Fenty Beauty, Priscillą Ono) zaskoczyła mnie wykorzystana technika aplikacji rozświetlacza właśnie przy użyciu tego pędzelka. Spróbowałam i wiecie co? Zakochałam się. Cały myk polega na tym, żeby omieść skórę pod łukiem brwiowym, zahaczyć o skroń i przejechać po kości policzkowej aż do miejsca, w którym aplikujemy róż. Efekt jest nieziemsko błyszczący a sam pędzelek, idealnie wpasowuje się w kształt policzka. Nie bez powodu został nazwany cheek-hugging! 
CZY POLECAM? ZDECYDOWANIE TAK! 

Wszystkie kosmetyki oczywiście są już dostępne w perfumerii Sephora online. Od jutra (7 września) trafią do sprzedaży stacjonarnie. W Szczecinie będziecie mogły dorwać Fenty Beauty zarówno w Centrum Handlowym Galaxy, jak i CH Kaskada.
To co? Macie już swoją listę zakupów, czy już swoje do koszyka dodałyście? ;)
Dajcie znać w komentarzach! 

Dlaczego nienawidzę Instagrama

Monday, September 3, 2018 -


Myślę, że tylko ślepy by nie zauważył, że coś ostatnio jest ze mną nie tak. Nie postuję tak często, jak dotychczas, nie wrzucam zdjęć na Instagram osiem razy dziennie, nie spamuję Was na Stories. Coś we mnie niedawno pękło i zdałam sobie sprawę, że nie mam już do tego takiego serca, jak kiedyś. Moja miłość do tworzenia zdjęć jakoś tak... podupadła. Być może to stagnacja, być może stanie z boku i obserwowanie, jak innym to wychodzi lepiej (uczciwie, czy nie - nieważne). Z aktywnego użytkownika tej platformy, stałam się cichym obserwatorem. Podglądaczem innych. 
Przestałam wchodzić w interakcje, przestałam komentować, lajkować, rozmawiać. Zostało samo scrollowanie i przeglądanie Stories, przesuwając w lewo, bo nawet te 10 sekund potrafiło mnie zanudzić na śmierć. 

Jestem pewna, że nie ja jedna poczułam presję posiadania idealnego życia. Wyjętego z obrazka. 
Ale wiecie co? Ono wcale takie nie jest. Nie jem dziennie 5 porcji owoców, budzę się zaspana i zmęczona, a moje mieszkanie nie jest przestronnym loftem w stylu nowojorskim. Nie ma nic wspólnego z tym co widzę na Instagramie. Idealnie ułożony flatlay za flatlayem. Piękne, zgrabne kobiety w sukienkach, które świetnie na nich leżą. Białe ściany, dodatki rose gold, wielkie okna, mnóstwo naturalnego światła 24h, kawa z bitą śmietaną, która nie tuczy i kultowe już, mrożone owoce. #domgoals #związekgoals #życiegoals 

Tylko, że...

RZECZYWISTOŚĆ NIE POSIADA ŻADNEGO FILTRA


I tak się odkochałam. Cała miłość, jaką miałam do tego miejsca, odeszła w niepamięć. 


#WYKRESYgoals

Nic tylko coraz więcej obserwatorów. Nie liczy się naprawdę nic więcej. Kompletnie. Tylko, żeby te cyferki skakały do góry, żeby można było się nimi pochwalić. Przecież jesteśmy takie AUTENTYCZNE.
Koleżanki po fachu potrafią kłamać prosto w oczy, że nigdy nie kupiły nawet grama obserwatorów z Rosji (teraz modna jest Rosja moje drogie, Turcja już jest passé).

Rozumiem też ideę robienia konkursów. W końcu są one po to, aby obie strony były zadowolone i miały z tego powodu jakiś profit. Blogerka wydaje hajs na nagrodę, więc oczekuje zwiększenia zasięgów. Obserwator daje swoją uwagę, więc liczy na nagrodę. Wszyscy rozumiemy zasady tej transakcji i nikomu nie trzeba tłumaczyć, że nie ma w tym nic złego. Unless... No właśnie, a co jeśli konkurs pojawia się praktycznie co chwilę? Ledwo skończy się jeden, a już zaczyna się następny. I tak w kółko... Nie rozumiem tej pogoni za cyferkami, które tak naprawdę o niczym nie świadczą. Bo po co komuś te sztucznie nabite statystyki, skoro bez konkursu nie jest w stanie normalnie funkcjonować? Skoro każdą nową "zabawą w wygrywanie" tak naprawdę podciąga sobie wykresiki, które leżą i kwiczą bez gwarancji nagrody za aktywność. No nie wiem, może jestem głupia, ale mnie na takich odbiorcach nie zależy.
To samo tyczy się loopów, na temat których wypowiadałam się już jakiś czas temu na Instagramie. Nie zamierzam wspierać osób, które działają w ten sposób i regularnie, czasami nawet z bólem serca, odobserwowuję konta dziewczyn, które mimo tworzenia ładnych treści, postanowiły zrobić skok na cyferki. 
To ja już wolę mieć mniej, ale nie wyskakiwać nikomu z serka w lodówce i nie oszukiwać marek, z którymi współpracuję, że ci wszyscy ludzie nie obserwują mnie, bo myślą, że wygrają iPhone'a, czy wycieczkę na Malediwy, na którą zrzuciłyśmy się "wraz z zaprzyjaźnionymi blogerkami"...

#FEEDgoals

Spójne profile były modne dwa lata temu. Wtedy każdy powtarzał, że musimy robić wszystko, żeby nasze konto krzyczało "ZAOBSERWUJ MNIE!" zaraz po tym, jak ktoś do nas zajrzy. W międzyczasie zmienił się algorytm, moda, preferencje i przede wszystkim ludzie. Nikogo już nie obchodzą spójne feedy. Owszem, fajnie, jak jest jakiś wspólny element, który można nazwać własnym stylem. Może to być jakiś kod kolorystyczny, któremu się na ten moment przychylacie, czy podobne kadry. Teraz jednak liczy się konkretna fotka, która może wygenerować ruch, która sprawi, że więcej ludzi zerknie na nasze zdjęcie w dziale Eksploracji i z przyjemnością zostawi po sobie ślad (który będzie czymś więcej, niż tylko botem). Jednak, klikanie w profil i scrollowanie wśród starych zdjęć, a co więcej - zostawianie pod nimi śladu po sobie, jest bardzo, ale to bardzo rzadkim zachowaniem. Same pomyślcie, jak często zdarza się Wam dostawać serduszka pod zdjęciami, które już trochę się zestarzały i znajdują się poza pierwszymi rzędami fotek na Waszym koncie. No właśnie. 

Zmęczyło mnie jednak to, że przestałam widzieć odrębność na Insta. Wiecznie zdjęcia kawy, pankejków, mrożonych owoców, mieszkań w stylu skandynawskim. Oczywiście, są konta, które potrafią w jakiś magiczny sposób zaczarować mi 10 kawę, którą u nich widzę. Jednak, z czasem zaczyna mi się to nudzić, tak samo, jak wieczór ze słodyczami. Po prostu kiedyś to się człowiekowi w końcu przeżre i już nie może patrzeć na to, że brak tutaj jakiegokolwiek progresu, jakiegoś rozwoju, jakiejś inwencji twórczej, kreatywności. Wszystko na jedno kopyto. Bardzo ładne kopyto, ale wciąż takie samo. 

#LIKEgoals

Czasami mam wrażenie, że Instagram, to powrót do szkoły. Algorytm, to taki cichy sprawca podbijania popularności już i tak popularnych dzieciaków, które robią furorę w szkole i są swojego rodzaju gwiazdami. Wygrały życie. To też cichy oprawca tych mniej popularnych, które nie są zauważane przez jego radar. To te dzieciaki, które mogłyby kompletnie nie istnieć, bo nieszczególnie ktokolwiek zwraca na nie uwagę. 
Nie mówię, że to fair, czy niefair. Nie mnie to oceniać - część gwiazdeczek jest dla mnie kompletnie bezwartościowa i ich nie wspieram moim "śledzeniem". Część zasługuje na miejsce, w którym się znajduje. To samo jednak jest po drugiej stronie. Ci, którzy siedzą w kącie i nie słyszą o nich tłumy, często są wartościowymi osobami, które naprawdę zasługują na większe zasięgi. A część... no cóż, niekoniecznie. 

Statystyki stały się jakiś czas temu moją obsesją i nie powiem, byłam zdruzgotana, że ilość serduszek nie rośnie, że obserwacje maleją zamiast wzrastać. Podczas, gdy konta koleżanek rosły i rosły. Ja sobie stałam z boku i tylko na to patrzyłam. Nie uczestnicząc w zabawie. Tłumacząc wszystkim, że nie w tym rzecz, że przecież nie chodzi o to, aby mieć milionowe zasięgi, czy mnóstwo serduszek. 
No, ale właśnie... czy nie robimy tego po to, żeby ktoś to lubił? Żeby się komuś podobać? Żeby patrzył na nasze zdjęcie i czuł coś pozytywnego? Potrzeba przynależności w klasie w podstawówce, zmieniła się w coś znacznie większego, co nie pomieści się w sali na 20 krzesełek. 

#LIFEgoals

Zastanawiałam się długo, skąd niektórzy biorą pomysły na zdjęcia, na fajne miejscówki, ten czas i kasę. Na produkty, na dodatki, na wyjazdy. Dlaczego inni prowadzą ciekawe życie, a moje w porównaniu do innych jest takie... nudne. 
I zdałam sobie sprawę, że po prostu nie doceniam tego, co mam. Jest mnóstwo ludzi, którzy daliby się pochlastać za kilka okazji, które miałam w życiu, które sprawiły, że mam teraz co opowiadać. Ale to było dla mnie wciąż za mało i zbyt nieciekawie. 
Blogowanie pochłania całe mnóstwo czasu - jeśli oczywiście chcecie robić to z sercem i dbacie o jakość. Fotki, to nie jest 5 minut. Tekst to nie jest kolejne 10. Czasami spędzam kilka dni nad tekstem, zanim w ogóle stwierdzę, że jest gotów do puszczenia w świat - tak, jak jest teraz. Tylko wiecie, gdy pracujecie nad czymś kilkanaście nawet dni, tworzycie unikatowe treści, a one i tak trafiają do małego grona odbiorców, to... where's the sense in that? (tak zaśpiewałaby moja ukochana Dido, którą nucę właśnie starając się nie robić błędów ortograficznych). 

Dlatego nawet nie wiecie, jak cieszył mnie ten ogromny, jak dla mnie, odzew pod wpisem o radach po szkoleniu z Insta. To dzięki Waszym udostępnieniom na Instagramie mogłam cieszyć się takim zasięgiem wpisu. Bez Was nie byłoby tak dobrze i bardzo Wam za to dziękuję <3 

Tęskno mi za blogosferą, która wzajemnie się polecała, bez łypania na siebie spod byka. Nie wiem, co się stało z tymi czasami.

#STORIESgoals 

Obiecywałam Wam wpis o tym, czego nie robić na Instagramie i macie, jak w banku, że taki się pojawi. Właściwie za chwilę zasiadam do tego, żeby stworzyć jakiś poglądowy brief tego postu. Jednak w temacie dzisiejszego nadmienię pewien problem, przez który Insta wkurza mnie, jak cholera. 
Są takie style, na które decydują się niektóre dziewczyny. Widzę, że tworzą w taki sposób od samego początku. I podoba mi się to. Nie mam na myśli jednego-konkretnego. Możecie sobie wybrać całe mnóstwo: same białe ramki, same stare zdjęcia, podobne styl opisów, czy motywy. I powiedzcie mi, dlaczego tak wiele z nas decyduje się kopiować to, co ktoś już wypracował.Rozumiem, że coś może  wpaść w oko, ale żeby zaraz tworzyć takie same treści? To słabe. Strzelacie sobie w kolano. Po pierwsze, odbiorca wrzuca Was do jednego wora z kimś, kogo z tego stylu już kojarzy, a po drugie - nie dajecie się w żaden sposób zapamiętać. Jesteście kolejne, któreś tam "takie same".

Właśnie dlatego nienawidzę Instagrama. Odkochałam się w nim i teraz traktuję go inaczej, niż dawniej. Jeśli jesteście w tym samym miejscu, co ja, nie sprzedam Wam niestety żadnej złotej rady, dzięki której świat znów zacznie być kolorowy. Nie wiem jeszcze co z tym fantem zrobię. Muszę sobie wszystko zaplanować, bo tak działa mi się najproduktywniej. Bez konkretnego planu działania moje życie zawsze się wykrzacza, więc potrzebuję zrobić sobie solidny koncept tego, jak chcę działać w sieci. Wiem natomiast, że przestaję już gonić. Muszę znaleźć tę iskierkę, która kiedyś sprawiła, że mi się po prostu chciało. Chcę robić to, co czuję. Gdy mam rzeczywiście coś do powiedzenia. Przestałam wrzucać Stories, gdy nie mam nic do powiedzenia. Przestałam komentować, gdy nie mam na to ochoty. Przestałam dodawać codziennie zdjęcia , bo ktoś kiedyś powiedział, że muszę. 

Wcale nie muszę.


Makeup Menu: ORANGE SODA

Thursday, August 30, 2018 -


Oj, dawno mnie tutaj nie było, prawda? Nie pytajcie nawet dlaczego. Opowiem "swoją historię" za jakiś czas. Na ten moment muszę jednak potrzymać Was w niepewności. Mam jednak cichą nadzieję, że wszystko jest powoli na dobrej drodze i już niedługo będzie mnie tutaj coraz więcej. Mocno w to wierzę. 

Dlatego postanowiłam wpaść na bloga z czymś, co będzie lekkie i przyjemne. Sezon wakacyjny powoli dobiega końca i powiem Wam szczere, że chyba nic mnie nie cieszy bardziej. Nie przepadam za latem, więc z całą przyjemnością macham mu na do widzenia. Temperatury spadają, a ja dopiero teraz mam okazję pobawić się wyraźnymi kolorami. W końcu makijaż przetrwa teraz dłużej, niż podczas 30-stopniowych upałów, nie oszukujmy się. 

Dawno nie wrzucałam nic w kontekście mojej ulubionej serii na blogu, czyli Makeup Menu. Uwielbiałam te moje semi-zabawy makijażem i zapomniałam, jak wiele przyjemności sprawia mi po prostu machanie pędzelkiem. 
Do tego niezwykle soczystego i wyrazistego mejkapu użyłam paletki Affect. Pokazywałam Wam jakiś czas temu kosmetyki tej marki w akcji - o tutaj. Jednak tym razem chciałam postawić na coś totalnie szalonego i  cień z paletki Affect, Evening Mood o numerku EV-007, okazał się być moim agentem do zadań specjalnych.  Tak naprawdę zrobił całą robotę. Pozwolił się pięknie rozblendować, tworząc wystarczającą chmurkę koloru, dał się też dołożyć w strategiczne miejsca na powiece ruchomej i przepięknie połączył się z rozświetlającym pudrem, którego użyłam w wewnętrznym kąciku oraz na środek powieki. Rzęsy wytuszowałam sporą ilością maskary Eyeko Lengthening Skinny Brush Mascara, która wydłuża rzęsy do granic możliwości. Jest trochę upierdliwa, ale ja preferuję raczej naturalny efekt na oku, także sprawdza się w tej kwestii całkiem ok. 

Do makijażu twarzy uznałam, że najlepiej sprawdzi się lekka, świetlista cera, naturalny róż i tona rozświetlacza. Dlatego nie żałowałam sobie tego ostatniego. Wychodzę z założenia, że nie istnieje określenie "za dużo rozświetlacza". Po prostu nie i koniec. Wiem, że jestem okropna pokazując Wam wciąż ten, który jest wszędzie wyprzedany. Mowa bowiem o odcieniu Wave z kolekcji Denude Nabla Cosmetics (jak chcecie zobaczyć całą kolekszyn w akcji - zapraszam). Mój dodatkowy protip, którym się z Wami dziś podzielę, to... spędzajcie więcej czasu nad aplikacją rozświetlacza. Im bardziej wpracujecie go pędzlem w skórę, tym lepiej będzie wyglądać i mocniej będzie błyszczeć. Sprawdzone info ;) Mam jednak cichą nadzieję, że Nabla przemyśli sprawę i wypuści ten rozświetlacz permanentnie. Nie ukrywam, że jest to mój ulubiony rozświetlacz i mocniejszego w życiu nie miałam, a mam ich całkiem sporo. Jestem totalnym świrem. 


Uznałam, że makijaż będzie nieskończony, jeśli nie użyję naturalnego różu do policzków. Czegoś, co nada mi prawdziwego rumieńca, ale nie będzie wybijać się na pierwszy plan.  A w tej kwestii najlepiej sprawdza mi się za każdym razem NARS Bumpy Ride, do którego zakupu gorąco Was zachęcam. Uważam bowiem, że potrzebuje go w życiu każda z nas i nie słucham Waszych wymówek. Naprawdę wiele tracicie, jeśli jeszcze nie macie go w swojej kolekcji. 


Jedynymi kosmetykami, których nie znałam do tej pory, a byłam ich straszliwie ciekawa, był podkład oraz kredka w cielistym odcieniu marki Deborah. To że jestem fanką tej firmy już wiecie. Nie bez powodu mam już nie-wiem-które opakowanie podkładu Extra Mat Perfection.  Z przyjemnością sięgnęłam po coś nowego, podkład z serii Formula Pura, który nada się idealnie dla cer suchych. Daje bowiem delikatne, rozświetlone i nawilżone wykończenie, ale nie wyświeca się przesadnie. Całkiem w porządku kryje i powiem szczerze, że widzę w nim tylko jedną wadę - kolor. 02 Beige jest dla mnie trochę za ciemny i zbyt żółty. Będę musiała spróbować o ton jaśniejszego. Nie mam jednak nic do zarzucenia kredce 2 in 1 Gel Kajal&Eyeliner Waterproof w kolorze 06. Jestem zakochana! Daje ona bardzo przyjemne, matowe wykończenie, które nie tylko powiększa optycznie oko, ale przede wszystkim nie zwraca na siebie uwagi. A to jest dla mnie najważniejsze! Poza tym, całkiem nieźle się trzyma. I mówi to posiadaczka wiecznie łzawiących oczu. 


I na koniec usta - nie mogłam wybrać tutaj nic innego, jak ukochany błyszczyk z serii Ultra Shine Lip Gel w kolorze Fun Flamingo. Pisałam Wam o nim jakiś czas temu w moim niezbędniku produktów do ust z Sephory. Tak, nałożyłam tutaj chyba pół buteleczki, ale kto by się przejmował! Jeśli te fotki Was do niego nie przekonują, to ja już nie wiem! Daje przepiękne, mokre wykończenie, a ja jestem ogromną fanką takiej tafli. Nie radzę tylko rozpuszczać włosów - sama siebie strollowałam i walczyłam potem z przyklejonymi pasmami do policzków. 


Dajcie mi koniecznie znać, czy lubicie się malować w takie odważne, mocne kolory! No i jestem ciekawa, czy tak, jak ja, nie znacie pojęcia "za dużo rozświetlacza" ;)
Czekam na Wasze komentarze! 

Nowe rozświetlające cienie oraz pudry od Semilac

Tuesday, July 31, 2018 -


Marka Semilac wypuściła kolejne nowości w kwestii poszerzającej się wciąż odnogi ich biznesu, czyli Semilac Makeup. Tym razem światło dzienne ujrzały cztery pudry matujące oraz dziesięć połyskliwych, metalicznych cieni pojedynczych.


411 BROWN PLUM, czyli chłodny brąz, w którym dopatrzyć się można odcieni śliwki
412 BRIGHTINING GOLD, czyli ciepłe złoto, które idealnie podkreśli letnie słońce
413 PASTEL ROSE, czyli delikatny i dziewczęcy róż ze złotą drobiną
414 PINK GOLD, czyli odcień modnego, różowego złota
415 COPPER BROWN, czyli czekoladowy brąz z miedzianym połyskiem
416 SILVER GREY, czyli cielista szarość ze srebrną poświatą
417 SAPPHIRE, czyli intensywny i elegancki szafir
418 DEEP BLACK, czyli głęboka i wyjątkowa czerń w połączeniu ze złotym błyskiem
419 DEEP GREEN, czyli butelkowa zieleń ze złotą poświatą
420 DEEP VIOLET, czyli intensywny i elegancki fiolet





Każdy z cieni jest zapakowany w osobne puzderko, które wyposażone zostało w zgrabne, malutkie lusterko. Pojedynczy cień kosztuje 15.90zł.  Jak widzicie na zaprezentowanych przeze mnie zdjęciach, wyglądają po prostu przesłodko. Zupełnie, jakby ktoś zostawił Wam kilka elegancko zapakowanych czekoladek. Szkoda tylko, że nie można ich zjeść... 


Pigmentacja jest na naprawdę dobrym poziomie. Byłam w szoku, zwłaszcza w kontekście tych ciemniejszych kolorów. Butelkowa zieleń i głęboki szafir skradły moje serce, mimo że w kontekście makijażu, bardzo rzadko wybieram takie odcienie. A coś sprawia, że mam ochotę się nimi pobawić. I na pewno to zrobię, jak tylko wyzdrowieję i upały się skończą na dobre. (Ktoś jeszcze prócz mnie, wyczekuje tej przyjemnie chłodnej jesieni?). 


Te jaśniejsze barwy również do mnie przemawiają. Zwłaszcza różowy oraz cieplejszy odcień złota.  Jestem ciekawa, jak sprawdzą się nie tylko do rozświetlenia powieki, ale również w roli rozświetlacza na szczyty kości policzkowych. Być może to będzie coś! 

I tak, jak z jednej strony podoba mi się myśl, że te cienie są pojedyncze, bo jednak można kupić dowolny, który interesuje nas najbardziej i jego przechowywanie nie będzie problematyczne, tak już posiadanie większej gromadki zacznie być upierdliwe. Głównie ze względu na fakt, że trzeba będzie albo zerkać na napis na dole opakowania, albo otwierać je po kolei, żeby dostać się do tego, który interesuje nas najbardziej. 


Wśród kosmetyków, które poszerzyły zbiory Semilac Makeup pojawiły się jeszcze cztery pudry matujące. W kolekcji znajdują się cztery odcienie: transparentny, 020 Light Beige, 030 Medium Beige, 040 Natural Tan. Jak się domyślacie, nie pokuszę się o testowanie kolorów 030 oraz 040. Czekam natomiast na poszerzenie gamy kolorystycznej, bo jest tutaj potencjał na dobre, matowe bronzery. Cena produktu, to 37.90zł.


Każdy z produktów został zamknięty w dużym puzderku wyposażonym w jeszcze większe lusterko. Design przywodzi mi na myśl kosmetyki Chanel, czy Shiseido. Jest elegancko i z klasą. Nie jestem jednak fanką dołączonej gąbeczki, która według mnie jest zbędna. Rozumiem zamysł "poprawek w ciągu dnia", jednak nie uważam tego ani za higieniczne, ani za praktyczne. Wolę nosić mały pędzelek kabuki w mojej kosmetyczce do torebki i posiłkować się nim w takich chwilach. Dlatego byłoby fajniej albo zaoszczędzić to miejsce w opakowaniu, albo powiększyć puder do tych rozmiarów. 

Miałam już okazję przetestować puder transparentny w jeden z cieplejszych dni, gdy (niestety) musiałam się pomalować. I powiem szczerze, że byłam zaskoczona jego trwałością. Wklepałam go załączoną gąbeczką (nie jestem jej fanką) w dość sporej ilości, skupiając się na miejscach, gdzie potrzebuję dodatkowego matu i utrwalenia. Padło więc przede wszystkim na czoło (linia tuż przy włosach, to mój makijażowy trójkąt bermudzki - zawsze znika mi tutaj podkład i bronzer, głównie przez pot) oraz na okolicę nosa i brody. Nadmiar zmiotłam pędzlem, choć dość mocno bałam się efektu bielenia skóry. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Także wstępnie jestem zadowolona. Zobaczymy jednak podczas dłuższego czasu użytkowania, jak sprawdzą się te wszystkie produkty. Na pewno wrócę do Was z updatem i recenzją z prawdziwego zdarzenia. 

Dajcie koniecznie znać, czy jesteście w ogóle zainteresowane kosmetykami do makijażu marki Semilac. Ciekawią Was najnowsze produkty?
DO GÓRY