Odważna pastelowa pomadka od NARS! Wiosenna nowość

Wednesday, March 29, 2017 -


Wiosenny kolor pomadki NARS Lipstick w kolorze Breaking Free (132zł), to tak naprawdę w pełni matowa pomadka, która pochodzi z najnowszej, wiosennej kolekcji marki o nazwie Spring 2017 Wildfire Collection. To jasny, neonowy koral, który ma w sobie całkiem sporą ilość pomarańczu. Niby neon, a jednak jest w nim dużo pasteli. Trudny to kolor do określenia. I równie trudny do noszenia. Na pewno, nie nadaje się na czyste usta. Niestety, w jego przypadku wypada wręcz użyć konturówki (ale gdzie znaleźć w takim kolorze?) lub po prostu nanieść na usta odrobinę podkładu, by wyrównać ich koloryt (idealny trik do pomadek nude, przez które często przebija naturalna czerwień wargowa).

Jednak, nie jest to pomadka o idealnym kryciu i intensywnym pigmencie. I tak, jak bardzo chciałabym ją lubić, tak jakoś niekoniecznie mi się spodobała. Wchodzi w każde załamanie na ustach, podkreśla suche skórki i wygląda nieestetycznie. Dodatkowo jest to raczej jeden z tych kolorów, które sprawi, że zęby nie będą wyglądać zbyt korzystnie. Na plus mogę tutaj dać konsystencję, która wypada dość dobrze. Nie jest ani nawilżająca, ani wysuszająca, a to w przypadku matowych pomadek zawsze plus. 



Wśród nowości pojawił się też przepiękny róż w kolorze Bumpy Ride (165zł), którego dosłownie codziennie męczę, nieustannie. Jest prześliczny i niedługo pokażę go Wam z bliska. Chociaż już tutaj możecie go odrobinę podejrzeć. Na swoją chwilę na blogu czekają też kremowe korektory Soft Matte Complete Concealer (155zł), które posiadam w dwóch odcieniach: Chantilly oraz Ginger. Żaden z nich nie jest dla mnie dobry, ale po zmieszaniu obu kolorów uzyskuję ideał, który fenomenalnie stapia się z moją cerą. I w związku z tym, że ostatnio miałam co zakrywać, to w najbliższym czasie pokażę Wam, jak prezentuje się ich moc w zakrywaniu niedoskonałości na twarzy. 



Mam nadzieję, że jesteście ciekawe reszty kosmetyków, bo recenzje już niebawem. Mimo wszystko - co sądzicie o pomadce? Przypadła Wam do gustu, czy raczej będziecie ją omijać?

Burberry Essentials, czyli Fresh Glow Highlighter oraz Lip Colour Contour - must have na wiosnę!

Monday, March 27, 2017 -


Burberry zaskakuje na wiosnę kolejną nowością. Na stałe do asortymentu marki wchodzą wreszcie rozświetlacze, które do tej pory nie były dostępne w Polsce. Makijażystki marki posiłkowały się więc w zastępstwie multifunkcyjnym cieniem do powiek Wet&Dry Glow Shadow w kolorze Gold, który pokazywałam Wam na blogu niedawno tutaj. Nie tylko mnie przypadł on do gustu, Wam również się spodobał. 

O marce zdarzyło mi się już pisać kilkukrotnie, dlatego odsyłam Was do trzech ciekawych wpisów na temat kosmetyków Burberry. 


Jako miłośniczka wszystkiego, co się błyszczy, z przyjemnością pokazuję Wam dzisiaj ułamek kolekcji "The Essentials", której twarzą została Iris Law, córka aktora Jude'a Law, brytyjska modelka i ambasadorka marki Burberry Beauty


Kolekcja ta ma opierać się na podstawach, na których będziemy mogły bazować, tworząc perfekcyjny makijaż. Ideałem ma być bowiem rozświetlenie cery, podkreślenie kształtu twarzy, naturalny blask oraz perfekcyjne, pełne usta. 



Rozświetlacz Fresh Glow Highlighter, to lekki, prasowany puder, który został przyozdobiony koronkowym wzorem. Kolekcje limitowane marki zawsze ubogacone są w misterne tłoczenia, przeciwieństwie do klasycznej kraty, która widnieje na produktach w stałej ofercie. Produkt zamknięty został w standardowym dla Burberry opakowaniu, zamykanym na magnes. Błyszczące puzderko nosi na sobie kultowy wzór i zapakowane jest w welurowy woreczek, wraz z puchatym i niezwykle miękkim pędzelkiem. 


To, na czym skupiono się tworząc ten produkt, to uzyskanie naturalnego blasku, pięknego rozświetlenia, ale tego imitującego taflę, która idealne odbija światło. Nie uświadczycie więc w tym produkcie grubo zmielonych drobinek brokatu. Produkt jest lekki, bardzo napigmentowany i praktycznie sam chwyta się palca lub pędzelka. W pierwszej chwili można by pomyśleć, że jest to idealne rozświetlenie na co dzień, dające efekt zdrowej skóry, ale jednak bez szału. Na szczęście, efekt ten daje się stopniować i każda z nas, wielbicielka lekkiego błysku oraz intensywnego blasku, będzie zadowolona. 


Produkt docelowo został stworzony do nakładania na skronie, kości policzkowe, łuk Kupidyna - wszędzie tam, gdzie rozświetlacze wyglądają najlepiej. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie postanowiła się nim trochę pobawić. Idealnie wygląda też wklepany palcem w ruchomą powiekę, wewnętrzny kącik oka. Pięknie będzie się też mienić na dekolcie, obojczykach, czy ramionach. Wiosna tuż, tuż, a co za tym idzie - będziemy odsłaniać znacznie więcej ciała, dlatego serdecznie polecam pobawić się w trik z błyszczącym rozświetlaczem nie tylko na twarzy. 


Na moich policzkach widzicie lekką, jedną warstwę tego produktu. Fresh Glow Highlighter w kolorze 03 Pink Pearl, to ideał dla jasnych cer, takie jak moja. W asortymencie marki znalazły się jeszcze trzy inne odcienie: 01 White, 02 Nude Gold oraz 04 Rose Gold. Każdy kosztuje 245zł i dostaniecie go na wyłączność w perfumerii Sephora (stacjonarnie w Arkadii w Warszawie lub online). 



Jeszcze jedną nowością, którą również prezentuję Wam dzisiaj na moich ustach, jest Lip Colour Contour (135zł). Produkt ten został stworzony z myślą o konturowaniu i rzeźbieniu idealnego kształtu warg. Ideałem, do którego powinnyśmy dążyć, jest bowiem kształt naturalnie pełniejszych, nieprzerysowanych ust, które będą zdobić naszą twarz. Produkt jest jednak multifunkcyjny. Nadaje się do stosowania, jako konturówka do ust, primer pod pomadkę lub samodzielne wypełnienie. Jest bardzo kremowy i zaskakująco trwały. Nie podkreśla suchych skórek, dzięki swojej kremowej konsystencji, która sprawia, że przyjemnie sunie po wargach, dając aksamitne wykończenie. Dostępny jest również w czterech kolorach, choć dziś prezentuję Wam odcień 03 Medium


 Będę szczera i przyznam się, że jestem zachwycona rozświetlaczem. Nie jest on może tak porażający, jak niektóre z tych w mojej kolekcji, ale jest w nim coś urzekającego. Jest naturalny, delikatny, ale daje się stopniować w razie potrzeby. Jestem oczarowana. A Wy? Co powiecie o najnowszej kolekcji? Dajcie znać w komentarzach!

Niedzielna pogadanka vol. 2 || Wiosna, laktoza i ulubione seriale

Sunday, March 26, 2017 -


Cieszę się, że post z zeszłego tygodnia tak bardzo się Wam spodobał. Nie planuję - nadal - aby stworzyć serię coniedzielnych wpisów. Jednak, stwierdziłam że będę kuć żelazo póki gorące i będę pisać tak długo, jak starczy na to pomysłów i weny. Po co trzymać w sobie słowa, która łatwo można przenieść na papier. Nawet ten wirtualny. 

Ulubieńcy ostatnich tygodni i kilka przemyśleń, to post, który był niezwykle spontaniczny i uznałam, że tą spontanicznością będę się z Wami dzielić, jak tylko przyjdzie mi na to ochota. 


W tym momencie, w którym zaplanowałam publikację tego wpisu, pewnie zapitalam po Jasnych Błoniach z kawą w ręku. Albo lodami. Nie wiem, jeszcze nie podjęłam decyzji, co wolę :) W Szczecinie dopisuje nam ostatnio pogoda i bardzo się z tego powodu cieszę. Dość już miałam szarości i brzydoty deszczu. Wiosna, to moja ulubiona pora roku i jakoś tak zawsze szybko mi mija. W tym roku obiecałam sobie, że będę się nią cieszyć najbardziej, jak tylko dam radę.

Dlatego spacer po naszych krokusowych uliczkach, to coś, co cieszy nie tylko moje oczy, ale jakoś tak zawsze napawa mnie optymizmem. A tego ostatnio mi brak, dlatego posiłkuję się różnymi rzeczami, które będą w stanie mi zapewnić chociaż mały zastrzyk energii. 

Nie wiem, czy Wasze miasta też powoli się zielenią i zamieniają w kwiatowe krainy, ale Szczecin już na dobre powitał wiosnę. Czekam jeszcze aż zakwitną nam magnolie. Kocham ten moment, gdy wszystko budzi się do życia, gdy słońce budzi mnie rano i w końcu słychać śpiew ptaków. Nareszcie można powiedzieć, że mamy tę wiosnę. 


Za kawę ostatnio dam się pociąć. Dajcie mi proszę znać, co robicie, żeby nie mieć zjazdów w ciągu dnia. Wiadomo, najłatwiej jest się posiłkować małą czarną, ale trochę się obawiam, że piję jej za dużo i przestaje na mnie najzwyczajniej działać. Dlatego staram się ją ograniczać. 

Pominę fakt, że przez moją alergię na laktozę czasami ciężko mi wypić coś sensownego w kawiarni. Nie rozumiem, dlaczego mleko bez laktozy, czy sojowe, to wciąż rzadkość w kawiarniach (mówię o tych niszowych, Starbucks się nie liczy ;) ). Nie rozumiem też dlaczego muszę za nie dodatkowo dopłacać... Podczas, gdy koszt mleka bez laktozy w sklepie jest taki sam, jak mleka z laktozą... Ok, sojowe, ryżowe, migdałowe, te dobre jakościowo są droższe, ale szczerze? Uważam po prostu, że jest to swego rodzaju dyskryminacja i chamstwo.

Na szczęście coraz rzadziej spotykam się ze zdziwieniem lub wzrokiem politowania w takiej sytuacji. Dużo osób myśli/myślało, że nie piję zwykłego mleka, bo taka jest teraz moda. I nawet jeśli Wy nie pijecie zwykłego mleka dla mody - to polecam tę modę zostawić u siebie do końca życia. Człowiek nie trawi laktozy, a produkty mleczne, to siedlisko grzybów, które tworzą fantastyczną pleśń w jelitach. Cudownie :)  Osobiście, cierpię na całkiem sporą ilość alergii pokarmowych i tak sobie myślę, że w przypływie frustracji prędzej, czy później coś na ten temat napiszę. Może znajdzie się ktoś, kto boryka się z takimi samymi problemami, jak ja. 


Seriale ostatnich tygodni, to zdecydowanie kilka pozycji, którymi koniecznie muszę się z Wami podzielić. Jeśli tak, jak ja jesteście maniaczkami dobrych tasiemców, które będziecie przeżywać razem z bohaterami, to trzy z nich są wprost idealne. 

Zacznę od Riverdale, którego nie polecam. Nie to, że to zły serial, ale chyba już po prostu wyrosłam z tego typu produkcji. Kiedyś bym się zachwycała, ale kiedyś to i Plotkara mi się podobała. Teraz już nie. Ten przepych amerykańskich nastolatków, którzy 24/h wyglądają idealnie i mają idealne życie - nope. To nie dla mnie. Ale jeśli lubicie sobie popatrzeć na ładnych ludzi, to jest to coś w sam raz dla Was.

Big Little Lies, który mnie zaskakująco wciągnął, to serial opowiadający o perypetiach kobiet z małego, amerykańskiego miasteczka, w którym z pozoru wiedzie się idealne życie. Świetna obsada, genialna Kidman (cedzę to przez zęby, bo nie przepadałam za nią do tej pory, ale tutaj mnie naprawdę zachwyca) i dobra muzyka. Serial jest ciekawy, chociaż nie wciąga wartką akcją. 

The Affair, który - przyznaję się bez bicia - dopiero zaczęłam oglądać. Wiem, że jest to hit już od kilku ładnych lat, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji go rozpocząć. I tak sobie oglądam od jakiegoś czasu, krótkiego dość. Aczkolwiek, na razie mi się podoba. Jest surowo, miejscami brzydko. Główni bohaterowie, to niekoniecznie moja estetyka. Jednak, coś ciekawego jest w tym, jak perspektywa na romans z punktu widzenia kobiety i mężczyzny się różni. 

No i Girls, który się już niestety kończy. Kocham go od pierwszego odcinka i nie mogę, szczerze powiedziawszy, przeżyć że to już ostatni sezon. Zżyłam się z bohaterkami i można by powiedzieć, że traktuję ten serial, jako coś bardzo ważnego w moim życiu. Z niektórymi perypetiami mogę się utożsamiać, z niektórymi łapię się za głowę, ale prawdę mówiąc, bardzo lubię to, co wymyśla Lena Dunham. Tematy, które porusza często są kontrowersyjne, ale co za tym idzie - prawdziwe, życiowe. Dużo w nim nagości, ale takiej prawdziwej. Z cellulitem, włosami łonowymi i nieudanym lub wyuzdanym seksem. Dużo w nim też rozterek sercowych, wyborów od których zależy przyszłość, chwil radości i gniewu. Jak w życiu. I jeśli któraś z Was po obejrzeniu pierwszego sezonu nie powie: "Wiem, przez co przechodzą te dziewczyny", to nie wiem, czym jeszcze mogłabym Was do niego zachęcić.

I to tyle, dzisiaj szybko, zwięźle i na temat. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dajcie mi znać, czy nie byłam nudna :)
Czekam też na Wasze serialowe polecenia i "odradzenia" w komentarzach! 

MAKE-UP MENU: Fine(wine)

Friday, March 24, 2017 -


Cienie, których użyłam, to: Kakaowa Cegła, która wylądowała w załamaniu powieki. To tym kolorem postanowiłam rozetrzeć granice i sprawić, że makijaż pozostanie w ciepłych tonacjach. Marsala - tym kolorem, dosłownie odrobiną, zaznaczyłam zewnętrzny kącik. W całym makijażu jest tego odcienia niewiele, ale sądzę, że robi różnicę. Dzika Malina - to tak naprawdę mój cień główny. To nim zaznaczyłam całą ruchomą powiekę i to właśnie on został rozblendowany razem z Kakaową Cegłą by stanowić jedną całość. Nałożyłam go też na dolną powiekę, by jeszcze bardziej pogłębić efekt smokey. 


W wewnętrznym kąciku najpierw nałożyłam cień Sorbet, który jest brzoskwiniowo-różową pastelą, a następnie w to samo miejsce oraz na środek powieki (dolnej i górnej) nałożyłam palcem połyskujący cień marki Make Up Addiction w kolorze Persian Rose, który jest jednym z najpiękniejszych, mieniących się cieni, jakie kiedykolwiek widziałam (powiedziała Ala, która mówi tak o każdym cieniu, który się świeci :D ) 


Dopełnieniem całego looku była dla mnie króciutka kreska, zrobiona przy pomocy kredki Marca Jacobsa w kolorze Fine(wine). Sądzę, że fenomenalnie się tutaj zgrała z całą resztą. 

Makijaż w kolorach burgundu, który podkreśla niebieską tęczówkę oka, to coś idealnego dla mnie. Lubię sięgać po takie kolory i żałuję, że nie jestem zbyt odważna, by robić to bardziej na co dzień. 


Jak Wam się podoba taka propozycja?

Pupa Vamp! Definition Mascara

Wednesday, March 22, 2017 -

pupa-vamp-definition-mascara

Ostatnio mówiłam Wam, że częściej będę wrzucać recenzje tuszów do rzęs. Przy okazji wpisu o Cat Lashes od Burberry stwierdziłam, że trzeba Wam pokazać więcej tego typu produktów, którymi się zachwycam, bądź nie. 

Dzisiaj pogadam sobie o tuszu, do którego mam dość mieszane uczucia. Trudne jest określenie tutaj swojej opinii, bo najzwyczajniej w świecie nie do końca wiem, o czym myśleć. Pupa Vamp! Definition Mascara, to nowość marki, dostępna w perfumerii Douglas. Jej cena to 75zł. Już po samej nazwie łatwo jest wywnioskować, że ma ona zwiększać objętość rzęs.

pupa-vamp-definition-mascara

Ma wygodną, silikonową szczoteczkę, która nabiera idealną ilość produktu. Ma krótkie włoski, które rzeczywiście pozwalają na wygodną aplikację oraz precyzyjne rozczesanie rzęs. Jak widzicie na zdjęciu, koncentracja tuszu pojawia się na wysokości nasady rzęs. W tym miejscu produkt się przykleja najbardziej i sprawia, że rzęsy wyglądają na bardzo gęste. Niestety, nie mogę powiedzieć, że fenomenalnie je wydłuża, w tej kwestii brak efektów. 

Ale, kocham ją za brak osypywania oraz trzymanie podkręcenia przez cały dzień. Dosłownie cały dzień rzęsy są sprężyste i pięknie wywinięte.

pupa-vamp-definition-mascara

Jej dodatkowa zaleta? Świetny skład, który został przebadany oftalmologicznie i nadaje się dla osób o wrażliwych oczach oraz noszących soczewki. Dla mnie to plus, bo podczas wiosennych alergii muszę uważać na to, jak i czym robię makijaż.

Jest fajna solo, ale ja lubię jej używać w połączeniu z czymś, co daje mi świetne wydłużenie. W duecie wygląda znacznie lepiej.

pupa-vamp-definition-mascara

A jaka jest Wasza ulubiona maskara? Podoba Wam się efekt Pupa Vamp! Definition Mascara?
Dajcie znać w komentarzach!

4 najlepsze balsamy i olejki nawilżające do ust!

Monday, March 20, 2017 -

nawilzajace-produkty-do-ust-revlon-kiss-balm-artdeco-pupa-clarins

Cieszę się, że wczorajszy wpis przypadł Wam do gustu. Dzisiaj już jednak wracam do standardowej tematyki, którą poruszam na mojej stronie. Kosmetyków nigdy dość, dobrze o tym wiecie.

W związku z tym, że ostatnio coraz rzadziej sięgam po matowe pomadki, na dobre zaczynam zaznajamiać się ze wszystkimi w mojej kolekcji, które mają błyszczące i nawilżające wykończenie.
I to właśnie takie lekkie formuły trafiają na moje usta. Ze szczególnym uwzględnieniem balsamów i olejków. Chciałabym Wam przybliżyć 4 produkty do ust, które służą mi ostatnio na zmianę.

Clarins, Moisture Replenishing Lip Balm, 15ml 75zł
Znacie go doskonale, bo to jeden z najpopularniejszych produktów nawilżających. Tubka 15ml kosztuje 75zł i można ją dostać w perfumerii Douglas. Jego regeneracyjne właściwości oparte są o wosk różany, masło shea, olejek ryżowy oraz ceramidy.  To świetny produkt przed i po mocnej szmince. Lubię też nakładać jego grubszą warstwę przed snem. Wtedy budzę się rano z pełnymi, wolnymi od podrażnień warg.

Mimo że ten produkt wygląda, jakby był lakierem do paznokci, to nie jest. Za 6 ml tego olejku trzeba zapłacić 57.90zł i dostaniecie go również, tylko w Douglasie. Jego wygodny aplikator pozwala na szybkie rozprowadzenie produktu na ustach. Dlatego właśnie nadaje się na wrzucenie go do torebki i szybkie poprawki w ciągu dnia. Z trzech dostępnych kolorów, posiadam nr 4, który ma w sobie odrobinę pomarańczowo-czerwonego tintu, który jest niezwykle subtelny na ustach. W składzie znajduje się olejek z pestek malin (podobnie, jak w przypadku kultowego olejku Clarinsa, który już mi się skończył, a ja obiecałam nie kupować sobie na razie żadnych kosmetycznych pierdół, dopóki nie zużyje swoich zapasów). No i pięknie się błyszczy, zapewniając ustom prawdziwą taflę wody. A taki efekt bardzo lubię.

Olejek z limitowanej kolekcji marki Pupa, pokazywałam Wam już kiedyś na blogu. Jest dostępny w czterech różnych kolorach, ale u mnie widzicie numer 001 Sunny Honey, który na ustach praktycznie nie daje żadnego koloru. Jedyne czym się wyróżnia, to mocna, błyszcząca tafla.  Do dostania był w Douglasie za 66zł. Podobnie, jak produkt Artdeco, zawiera w składzie olejek z pestek malin, który intensywnie nawilża i odżywia spierzchnięte wargi. Nadaje się do torebki, ale nie polecam go, jako kuracja nawilżająca na noc. W tej kwestii zdecydowanie stawiam na balsamy i maski. Olejki są dobre w ciągu dnia.

Na koniec nowość w perfumerii Douglas, czyli Revlon, Kiss Balm. Jego cena to 21.99zł. Dostępny jest w czterech kolorach/smakach i zapachach. Dzisiaj pokazuję Wam Tropical Coconut, który prócz SPF 20 (świetnie na wiosnę/lato!), pachnie zupełnie, jak pinacolada. I tak też smakuje! Jest słodziutki i noszenie go, to sama przyjemność. Co w składzie? Oczywiście olejek z pestek malin. Już chyba wszystkie nauczyłyśmy się, że to świetny produkt nawilżający :) Prócz olejku z pestek malin, dodano też olejek z pestek winogron oraz granatu. Tropical Coconut nie ma koloru, ale reszta z rodziny daje na ustach delikatny efekt. Jako jedyny z pokazywanej dzisiaj rodzinki, jest w formie sztyftu, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Formuła pozwala na szybką aplikację w ciągu dnia, a dzięki temu śmiało można go wrzucić do torebki albo w kieszeń kurtki. To coś w stylu pomadek ochronnych, więc nawilżenie jest raczej krótkotrwałe, ale smak i zapach tego produktu, wynagradza każdą ponowną aplikację. 


Te produkty ostatnio noszę na zmianę w mojej torebce. Tak naprawdę wrzucam do niej co mam pod ręką, więc nie mam w tej kwestii ulubieńca. Wszystkie lubię z taką samą siłą.  A Wy? Też nosicie w torebce miliard produktów do ust? Jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk do pielęgnacji w tej kwestii? 
Dajcie znać w komentarzach! :)

Ulubieńcy ostatnich tygodni i kilka przemyśleń

Sunday, March 19, 2017 -


Poczułam, że muszę sobie pogadać. Nie to, że nie mam w życiu prywatnym do kogo ust otworzyć. Po prostu, jakoś tak, czuję że dzisiaj jest ten dzień, w którym siadam przed komputerem i zamiast pisać Wam kolejną recenzję, czy kolejne porady, chciałabym podzielić się paroma ulubieńcami i przemyśleniami. 

U Agi od zeszłego tygodnia możecie śledzić serię #niedzielnik. Porusza tam tematy związane z blogowaniem, ale nie tylko. To taka odskocznia od profesjonalnego podejścia do bloga i forma pamiętnika. Powiem Wam szczerze, że jakiś czas temu, sama zastanawiałam się nad wprowadzeniem na bloga podobnej serii. Nie jestem jednak jeszcze przekonana, czy to dla mnie dobry czas na to, aby takie treści poruszać. Myślę, że z biegiem czasu, pewnie jeszcze w tym roku spróbuję wystartować z czymś podobnym. Jednak, teraz postawiłam sobie dwa, zupełnie inne priorytety. 

Przywróciłam serię #MAKEUP MENU, która kiedyś regularnie pojawiała się na mojej stronie. Czas więc wrócić do tego, co było dobre i sprawiało mi radość. Co piątek będziecie mogły śledzić u mnie makijaże, które robię na co dzień, od święta, testując nowe produkty, czy techniki. Mam nadzieję, że będziecie zadowolone. Zaczęłam z przytupem, bo niebieskie oko, to wyjście z mojej strefy komfortu - wpadajcie je zobaczyć!

Chcę też wrócić do regularnego publikowania treści. Za bardzo zaniedbałam tę kwestię na mojej stronie, a jednak to jest podstawa przy prowadzeniu bloga. Trochę mi wstyd i przed sobą, i przed Wami. Co jak co, ale przychodzicie tutaj nie po to, żeby widzieć wpis raz na kilkanaście dni, tylko częściej. Trzy razy w tygodniu, poniedziałek-środa-piątek, tak widzę regularne pisanie. I tyle razy w tygodniu będziecie widzieć wpis na mojej stronie. 

O wzięciu się za siebie

Ile można... powiedzcie mi, ile można zaczynać i kończyć dietę. Ile razy można zaczynać chodzić na siłownię i potem nagle szukać miliarda wymówek, czy na tę siłownię jednak nie pójść? Mam za sobą czas, w którym zamiast ruszyć tyłek, ciągle znajduję coś ważniejszego od tego, żeby w końcu poczuć się lepiej. Już nie chodzi o samą wagę, a o to, żebym naprawdę miała lepsze samopoczucie i więcej energii. Dlatego, po raz milionowy próbuję wrócić. Teraz wymyśliłam inne podejście i mam nadzieję, że uda mi się w nim wytrwać, czyli: "Siłownia jest priorytetem. Dopiero po niej mogę się umawiać na inne rzeczy.". I pora w tym wytrwać, przestać się tłumaczyć sama przed sobą. I płacić za nieobecności ;) 

W Szczecinie zamknięto sklep Promod. Jestem tym faktem niepocieszona, bo zrobili to totalnie z zaskoczenia. Akurat, gdy niespełna pół roku temu udało mi się go "odkryć" i dorwać kilka sukienek, które mogę określić już mianem ulubionych. W związku z likwidacją sklepu, cały towar był wyprzedawany pięćdziesiąt procent taniej. W ten sposób, prócz kilku fatałaszków, udało mi się złapać zamszową torebkę, którą widzicie na zdjęciu. Pochodzi ona z nowej kolekcji i jest na wiosnę, jak znalazł. Kolor też w moim stylu, chociaż jest dostępna w kilku innych wariantach. No i jest malusia, a mieści całkiem sporo moich rzeczy - tych najpotrzebniejszych, wiadomo. Klucze, telefon, błyszczyk... te sprawy. Same wiecie. A cena? Regularna 79.90zł, a ja zapłaciłam połowę. Chyba się opłacało :) 

W mojej torebce ciągle znajduje się Lancome, Juicy Shaker. Kojarzy mi się z wiosną na tyle, że nie potrafię się z nim rozstać. Mój odcień, czyli Berry Tale kiedyś już pojawił się na blogu - tutaj. Ma leciutką formułę, która nawilża usta i dodaje im odrobiny koloru. Chwilowo daleko mi do matowych pomadek, szukam lekkich i połyskliwych szminek, olejków, czy balsamów. A ten produkt po prostu się sprawdza. 


Gipsówka, liść eukaliptusa i marmurowa mata 

Udało mi się wreszcie dorwać dodatki do zdjęć w tym stylu, który jest kompletnie mainstreamowy. Idę za tłumem, jak ślepa w tej kwestii, ale nie mogę się oprzeć temu, jak wygląda gipsówka oraz liście eukaliptusa na fotkach. No i powiem szczerze, że kilka badyli w wazonie, chyba podoba mi się bardziej, niż duże bukiety kwiatów. Kosztują grosze, a wyglądają super. Przynajmniej czuję teraz u siebie wiosnę. 

Podkładkę w marmurowy wzór dostaniecie w salonach DUKA. Świetnie wygląda na fotkach i cieszę się z jej zakupu. Moje zabawy z brystolem chyba powoli idą w odstawkę. Za rogiem wiosna, więc mam coraz większą ochotę na jasne kompozycje, a czarny kawałek papieru, do takich nie należy. Poza tym, podkładka jest plastikowa i już nie muszę się martwić, że moja niezdarna ręka coś na nią wyleje.

Muzycznie 

Ostatnio słucham namiętnie kawałków sprzed lat. Nie tylko tych z lat 80., 90., ale też zahaczam o kilka dobrych i naprawdę wiekowych piosenek. Starship- nothing's gonna stop us now, to coś co nieustannie siedzi mi w głowie i nucę to w przerwach na piosenki z bajek Disneya :) W ucho wpadł mi też John Lennon i jego Jealous Guy. Lubię wracać do jego muzyki. Jakoś tak, bardzo mnie relaksuje. 

Muzyka mnie uspokaja i odcina od świata. W tej kwestii niezawodnie sprawdzają mi się moje słuchawki od Sudio Sweden. Bardzo dobrze wygłuszają świat zewnętrzny, a to dla mnie ostatnio ważne. Słucham wszędzie, gdzie się da, nawet przez kilka minut. Nie przepadam za ludźmi w miejscach publicznych, więc to dla mnie dobra metoda na wyciszenie. Przy okazji, pamiętajcie, że macie na nie 15% rabatu, jeśli podczas składania zamówienia wpiszecie kod ALICJA15. 

Któregoś razu trafiłam ponownie na piosenkę Beyonce, All Night, która pochodzi z najnowszej płyty Lemonade. Oczywiście, jestem wkurzona, bo nie jest dostępna na Spotify, więc w którymś momencie po prostu o niej zapomniałam. Jednak, ten utwór szczególnie mi się spodobał. Słuchanie go przez dwa dni, dosłownie na okrągło, mówi samo za siebie, prawda? 

Przy okazji, przesłuchiwania kawałków Beyonce, trafiłam ponownie na Flawless, który zapewne doskonale znacie. W połowie piosenki użyte są słowa Chimamandy Ngozi Adichie, nigeryjskiej pisarki i feministki, które brzmią w ten sposób: We teach girls to shrink themselves, to make themselves smaller. We say to girls:"You can have ambition, but not too much.You should aim to be successful, but not too successful. Otherwise you will threaten the man". Because I am female, I am expected to aspire to marriage, I am expected to make my life choices always keeping in mind that marriage is the most important. Now marriage can be a source of joy and love and mutual support. But why do we teach girls to aspire to marriage and we don't teach boys the same? We raise girls to each other as competitors, not for jobs or for accomplishments, which I think can be a good thing but for the attention of men. We teach girls that they cannot be sexual beings in the way that boys are. Feminist: the person who believes in the social, political, and economic equality of the sexes."

Tutaj znajdziecie link do jej wystąpienia podczas Tedx Talks. I właściwie, chciałabym Was z tymi słowami zostawić, ale muszę dodać do nich kilka swoich przemyśleń. Jakiś czas temu nie uważałam się za feministkę, a bynajmniej nie w takim sensie, jak rozumiałam to słowo kiedyś. Kojarzyło mi się negatywnie, z osobą, która za wszelką cenę chce udowodnić, że jest lepsza od mężczyzny, że go nie potrzebuje do życia i jest on sprawcą wszelkich krzywd przeciwko kobietom. Znacie pewnie to powiedzenie, że feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść pralkę na 3. piętro. Znacie też pewnie wyrażenie, że feministka, to kobieta, która jest na tyle brzydka, że żaden mężczyzna jej nie chce i dlatego walczy o swoje "prawa". 

Dzisiaj tylko liznę ten temat, bo jest zbyt szeroki i za bardzo powoduje on u mnie podniesienie ciśnienia. Zaczyna mnie to po prostu wkurzać. W towarzystwie nieznanych mężczyzn, zdarza mi się czasem, że przez któregoś zostaję zignorowana. Reszta jest godna podania ręki i przedstawiania się - kobieta traktowana jest, jak powietrze. Słyszałyście pewnie ostatnie słowa Korwina-Mikkego w Parlamencie Europejskim. Albo tekst, że ktoś zachowuje się, jak baba. Albo, że powinnam już mieć dziecko, być zaręczona, po ślubie... cokolwiek, co jest społecznie akceptowalne i ogółowi się udało. Wkurza mnie to, że kobieta ma mieć zaprogramowane w głowie, że jej największym osiągnięciem życiowym będzie wyjście za mąż. Ma to być dla nas najważniejsza rzecz. 

Nie mówię tutaj, że małżeństwo jest złe - nie, jeśli udało Ci się trafić w życiu na kogoś, kto jest cudownym partnerem, świetnie! Mam tutaj jednak na myśli ten wzrok politowania, gdy ktoś dowiaduje się, że mam 25. lat, jestem sama, nie mam dziecka. Jakbym miała trąd. Jakby na moim grobie po śmierci miało być napisane "Alicja, nie udało jej się w życiu, bo nie miała dziecka/nie wyszła za mąż". Wiecie o co mi chodzi? 

Bardzo zgadzam się ze słowami pisarki. I jakiś czas temu, nie uważałam siebie za feministkę. A na pewno nie w takim sensie, jak mi się wydawało. Im jednak jestem starsza, tym bardziej denerwuje mnie, że zdarzają się sytuacje, w których ktoś nie chce traktować mnie na równi z innymi. I dzisiaj już wiem, że chodzi tutaj o to, żebym miała takie same prawa, jak mężczyzna. Nie muszę chcieć z nich korzystać, ale muszę je mieć. 

Mam nadzieję, że Was szczególnie dzisiaj nie zanudziłam i post się Wam spodobał. Dajcie mi znać w komentarzach, czy było ok :) Liczę też na kilka Waszych ulubieńców ostatnich tygodni. Może macie swój ulubiony serial, albo film?

Ja zmykam robić zupę z soczewicy. Oby tym razem się udała :) 


MAKE-UP MENU: Out of the Blue

Friday, March 17, 2017 -


Gdy pisałam Wam ostatnio o moich nowych, ulubionych kredkach do oczu z Marca Jacobsa, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powinnam sięgnąć po tę niebieską w kolorze Out of the Blue, która patrzyła na mnie od dłuższego czasu. Kilka lat temu, namiętnie nosiłam niebieski eyeliner wiosną i tak sobie pomyślałam, że pora sobie przypomnieć zasady robienia kresek na powiece. Może w wydaniu wiosennym?


Na powiece mam też dwa cienie GlamShadows. Odcienie, których użyłam, to Dominikana oraz Cytrynowa Mgiełka. Nie jestem fanką nazw tych kosmetyków, ale przyznam szczerze, że jakość tych cieni naprawdę mnie oczarowała. Odkąd trafiły w moje ręce, używałam ich niemal codziennie. Są fenomenalnej jakości, a przy tak niskiej cenie... to po prostu ideały! 



Na całą powiekę ruchomą oraz powyżej załamania, nałożyłam puchatym pędzlem cień Cytrynowa Mgiełka. Jest to specyficzny kolor, o dość niewielkim pigmencie, który blednie podczas rozcierania, ale daje się intensyfikować. Ma w sobie coś z cytrusowej skórki, to prawda. I wygląda, jak mgiełka. Trochę w nim błękitu, trochę żółtego, co w połączeniu (pewnie pamiętacie to z lekcji plastyki w podstawówce) daje odrobinę zieleni. 

W wewnętrznym kąciku oraz na środku powieki wklepałam cień Dominikana, który jest przepięknym turkusem o intensywnie błyszczącym wykończeniu. To błękit ze złotym refleksem. Wklepałam go opuszkiem palca, by osiągnąć maksymalny błysk bez konieczności używania cienia na mokro. Myślę, że się ze mną zgodzicie, że na środku powieki mieni się niesamowicie!

Kreskę wykonałam przy użyciu kredki do oczu Highliner Gel Eye Crayon od Marca Jacobsa, w kolorze Out of the Blue. Najpierw wyrysowałam szkic kreski przy użyciu precyzyjnego pędzelka, a następnie wypełniłam kontur kredką. To było arcyłatwe!

Jak Wam się podoba taka odważna propozycja? Włączacie trochę koloru do swojego makijażu na wiosnę?

Najlepsza satynowa pomadka w płynie - Burberry, Liquid Lip Velvet

Wednesday, March 15, 2017 -

burberry-liquid-lip-velvet

O tym, że jestem miłośniczką mocnych kolorów na ustach, chyba już doskonale wiecie. Niejednokrotnie bowiem pokazywałam Wam przeróżne barwy na moich ustach.Tutaj na przykład pokazywałam Wam pomadki Artist Rouge z MUFE. A w tym wpisie mogłyście poczytać o matowych pomadkach od Kylie Jenner, Raz nawet zaszalałam i pokazałam Wam sposób na brokatowe usta! 

Dzisiaj nie będzie inaczej. Znowu szalejemy. Tym bardziej, że znalazłam coś, co swoim kolorem przypomina mi bardzo mocno konturówkę z MACa w odcieniu Heroine. 

Burberry jakiś czas temu zdominowało mojego bloga. Miałam okazję przyjrzeć się tej marce bezpośrednio i przetestować praktyczną większość asortymentu. Nie ukrywam w związku z tym, że jestem niektórymi produktami autentycznie oczarowana. Może nie każdym, ale większością. I część z nich już mogłyście zobaczyć na mojej stronie. 
Tutaj pisałam Wam o maskarze Cat Lashes, która robi z moimi rzęsami dosłownie cuda. A tutaj przedstawiłam Wam większość produktów, których użyłam do przekształcenia makijażu dziennego w makijaż wieczorowy - klik. No i nie mogę pominąć wisienki na torcie, czyli cienia Wet&Dry w kolorze Gold, który na dobre wyparł wszelkie inne błyszczące świecidełka na mojej powiece.

burberry-liquid-lip-velvet

Ale przejdźmy już do rzeczy, bo się rozgadałam, a gwiazdą dzisiejszego wpisu jest przecież pomadka Liquid Lip Velvet o numerze 45, czyli Brilliant Violet (135zł). Wszystkie kosmetyki Burberry dostępne są stacjonarnie jedynie w CH Arkadia w Warszawie. Można je jednak spokojnie zamówić ze strony Sephory, która ma na tę markę wyłączność. 

Do asortymentu weszło czternaście odcieni tego cuda do ust. Zacznę może od tego, że jak zwykle, zachwycam się w tym przypadku przede wszystkim opakowaniem. To ono, jako pierwsze mocno mnie do siebie przyciągnęło moją uwagę. Już taka jestem ;) Motyw szronu obecny jest wśród nowości większości marek luksusowych. Nie przeszkadza mi to kompletnie, efekt bowiem wygląda obłędnie. 

burberry-liquid-lip-velvet

Kolor, który Wam dzisiaj prezentuję, to mieszanka różu z fioletem, która fantastycznie podbija moją, czyli niebieską tęczówkę oka. Dzięki temu, że kolor ten ma w sobie niebieskie tony, zęby wydają się być bielsze, a cera bardziej porcelanowa. Producent podkreśla, że wyróżnikiem na tle innych pomadek w płynie na rynku, jest jej wyjątkowa, puszysta konsystencja. I właściwie, jeśli mam być szczera, to jest w niej coś z musu, który jest ultralekki, ale i intensywnie napigmentowany równocześnie. Nie osiągnie się nią pełnego matu, to bardziej satyna. Szminka nie zastyga na ustach, w związku z czym, nie przesusza warg, jest przez cały czas bardzo komfortowa i kremowa. Nie ma się co martwić o to, że po całym dniu noszenia takiego produktu, będzie trzeba użyć maski do ust na noc. Formuła jest bardzo komfortowa i przyjemna. Zjada się równomiernie, chociaż trwałość ma na dobrym poziomie. Kilka godzin, to u niej norma. Nie przechodzi jednak próby posiłkowej - wtedy znika, ale pozostawia na ustach lekki tint. 

Jestem z niej zadowolona. Zwłaszcza z koloru, który jak dla mnie - idealnie nadaje się na wczesną wiosnę i lekkie makijaże oczu. 

Co o niej sądzicie?

Najlepsze kredki do oczu - Marc Jacobs, Highliner Matte Gel Eye Crayon

Monday, March 13, 2017 -

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

To jedna z gorących nowości zbliżającego się sezonu wiosennego. Jeszcze nigdy nie zachwyciła mnie żadna kredka do oczu, do tej pory. Jeszcze nigdy nie byłam oczarowana jej wyglądem zewnętrznym, do tej pory. I jeszcze nigdy nie byłam zakochana w formule, do tej pory. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Kredki do oczu traktowałam zawsze po macoszemu. Niby coś tam się w mojej kolekcji znajdowało, ale zawsze były to albo brązy: NARS z kolekcji dla Sarah Moon, o której mogliście poczytać we wpisie prezentującym kolekcję (tutaj), jak i w poście o "dorabianiu" sobie sztucznych piegów (tutaj) oraz MAC (w tej kwestii niezawodony dla mnie był Teddy, ale gdzieś mi się zawieruszył)  albo beżowe kredki na linię wodną, które szczerze powiedziawszy, poszły ostatnio w odstawkę totalnie. Używam ich tylko przy okazji robienia mocnych, ciemnych i intensywnych, wieczorowych makijaży, które - w związku z tym, że jestem zwierzęciem kanapowym i w weekendy mam bardziej laptop party, niż party w klubie - zdarzają mi się niezwykle rzadko. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

O kredkach od stylowego Marca, wspominałam Wam już we wpisie o 5 rzeczach, których nauczył mnie codzienny makijaż. Mówiłam Wam też o nich na moich instagramowych live'ach. Jeśli jeszcze nie obserwujecie mnie na Insta, to polecam Wam to zmienić. Dużo u mnie kosmetycznych nowości :) Znajdziecie mnie tutaj @alamakotaa

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Wracając jednak do tematu, najnowsze kredki do oczu Marca, noszą nazwę Highliner Matte Gel Eye Crayon i posiadam je w trzech wersjach kolorystycznych: Brown(ie) (0.5g/89zł), który jest ciepłym, czekoladowym brązem, Fine(wine), który można nazwać winnym burgundem oraz Out of the Blue, który jako jedyny jest odważnym kolorem, bo jednak intensywny kobalt, to coś wykraczającego poza strefę komfortu. Jednak, wraz ze zbliżającą się wiosną, mam coraz większą ochotę na to, żeby używać tego koloru. Jeszcze się nie odważyłam, ale na dniach na pewno to zmienię. Najczęściej jednak sięgam po kolor Fine(wine), który jest czymś niesamowitym, w połączeniu z cieniami z paletki Sweet Peach. To on, najczęściej ląduje na mojej powiece, jako króciutka kreska, zrobiona przy pomocy skośnego pędzelka albo roztarta chmurka przy linii rzęs. 


marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

W pierwszej kolejności jednak sięgałam i wciąż sięgam po kolor Brown(ie). Na dni, w których mój makijaż oka ograniczam do minimum (czyli rozświetlacz na powiekę ruchomą, bronzer i odrobina różu w załamanie i zaznaczona linia rzęs), jest ideałem. Z resztą, same zobaczcie jak wygląda niżej!

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Jako jedyny nie z kolekcji matowej, pokazuję Wam kolor Blacquer, który nosi nazwę Highliner Gel Eye Crayon(0.5g/95zł). Ma on w związku z tym bardziej błyszczące wykończenie, choć nie aż tak mocne. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Wszystkie kredki łączy perfekcyjna formuła. Warto jednak spieszyć się podczas ich nakładania, bo rozcieranie jest możliwe tylko przez krótki czas. Kredki bardzo szybko zastygają i są nie do ruszenia. Niestraszne są im łzy, wysoka temperatura, pot - schodzą dopiero podczas wieczornego demakijażu. I chwała im za to! Bo wyglądają przez cały dzień tak samo intensywnie, jak w momencie ich nakładania. Jestem oczarowana i nie zamienię ich już na żadne inne.

Do dostania w perfumerii Sephora!

Szybko zdradziłam moje dotychczasowe ulubienice w tej kwestii, ale te kredki naprawdę nie mają sobie równych. A Wy? Macie je na oku? Czy jednak pozostajecie wierne swoim ulubieńcom? 

DO GÓRY