Moje ulubione kosmetyki ostatnich tygodni || Chiodo, Blend it, Essence, NARS, Rituals i inni

Monday, May 22, 2017 -

ulubiency-kosmetyczni

O maseczkach COSRX, Holy Moly Snail Mask pisałam Wam przy okazji ostatniego przeglądu pielęgnacyjnego z Azji. Staram się wybierać produkty mądrze i chciałabym dzielić się z Wami informacjami na tematy tych, na które naprawdę warto zwrócić uwagę. A właśnie na to zasługuje ta maseczka. O mucynie śluzu ślimaka pisałam we wpisie, do którego zalinkowałam w nazwie maseczki, ale przypomnę Wam tylko szybko, że to naprawdę superprodukt nawilżający. Na bok odstawcie swoje obrzydzenie (które łapie też i mnie), gdy myślicie o śluzu i ciągnącym się glutku. Mamo, jak to nawilża! Skóra jest gładka i napięta po kilkunastominutowym relaksie z tym produktem, więc liczę, że znajdziecie dla niego miejsce w swojej pielęgnacji. 

Rituals, to marka, którą do tej pory potrafiłam dorwać tylko na strefie bezcłowej na lotniskach. Cudowne produkty do pielęgnacji ciała w końcu są już w naszej Sephorze i bez problemu można je kupić w każdej chwili. Rituals of Sakura, to pianka w żelu pod prysznic /38zł/100ml/, która jest bardzo gęsta i fantastycznie się sprawdza podczas brania szybkiego prysznica. Przy okazji jest wydajna i pięknie pachnie, a zapach ten na długo utrzymuje się na skórze. Polecam serdecznie. Nie mogę też zapomnieć o peelingu Good Luck Scrub /86zł/450ml/, którego składem rządzi energizująca słodka pomarańcza i drzewo cedrowe. Każda miłośniczka cukrowych peelingów do ciała, które mają w sobie mnóstwo dobroczynnych olejków będzie zachwycona. Fenomenalne złuszczenie, nawilżenie przy okazji dobrych jakościowo składników i superzapach. Ja pod prysznicem nie oczekuję niczego więcej. No, może poza pojemnością :) 

ulubiency-kosmetyczni

Jimmy Choo, Flash, to zapach który lata temu udało mi się zgarnąć na mega wyprzedaży w Sephorze. Wracam do niego kilka razy w roku, bo mam na niego ochotę tylko czasami. Ostatecznie, lubię go, ale mamy dość trudny romans. Jest słodki i ciężki, z wyczuwalną nutą truskawki. Doskonale uzupełnia niezdecydowanie pogodowe tegorocznej wiosny, a co za tym idzie, rozchwianie emocjonalne w mojej głowie. Jest trwały i pięknie się na mnie rozwija. Lubimy się, teraz.

Chiodo, Primer bezkwasowy, to produkt który zrewolucjonizował moją przygodę z manicurem hybrydowym. Używam go namiętnie nie tylko na sobie. Odtłuszcza płytkę paznokcia i przedłuża trwałość lakieru hybrydowego. Wystarczy nałożyć go na paznokieć i odczekać około 30 sekund by produkt odparował. Stanowi on bardziej lepką warstwę, do której może przykleić się baza. Superprodukt i naprawdę go Wam polecam, nawet jeśli nie macie problemu z trwałością manicure. 

ulubiency-kosmetyczni

thisworks, Deep Sleep Pillow Spray, to produkt który pokochałam na nowo. Dlaczego? Miałam go już od dawna, skuszona wyjazdem koleżanki do UK, która przywiozła mi go na moje życzenie. Miałam już wtedy małą wersję tego produktu, jednak postanowiłam zaopatrzyć się w większy rozmiar. To nic innego, jak uspokajający, lawendowy spray na poduszkę, który używamy przed snem. Warto uważać z ilością. Dwa-trzy psiknięcia w zupełności wystarczą. Zbyt wiele może odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Pomaga mi zasnąć i mieć przyjemniejszy, bardziej regenerujący sen, więc zdecydowanie polecam tego typu aromaterapię. Z tego co mi wiadomo, marka ma wejść do polskiej Sephory, także wypatrujcie jej uważnie. 

ulubiency-kosmetyczni

Catrice, 24 h made to stay makeup, to podkład, z którym nie sądziłam, że się polubię. Głównie przez fakt, że nie jestem fanką matujących podkładów. Ten jednak robi na mojej buzi cuda i wygląda naprawdę ładnie. Boję się, że przez niego jeszcze kiedyś przejdę na stronę matu! Nie grozi mi to jednak, bo moja sucha cera nie przepada za mocnym matem. Ten tutaj w połączeniu z bazą, o której wspominam poniżej, daje mi idealny efekt. Szkoda, że potrafi oksydować (właściwie nie wiem dlaczego). Robi to niezależnie ode mnie i pielęgnacji, jakiej używam - jakby żył swoim życiem. 

Becca First Light Priming Filter, to nowość, która szturmem zdominowała mój makijaż. Używam jej dosłownie przed każdym pomalowaniem się, nieważne czy jest to makijaż na tak zwaną szpachlę, czyli każdy z możliwych kroków mający na celu wyglądanie nieskazitelnie, czy też makeup no makeup, który preferuję na co dzień. Ma niebieskie zabarwienie, które znika przy rozsmarowywaniu. To zastrzyk nawilżenia dla skóry. Daje cudowny, wypoczęty i rozświetlony efekt. Jest najlepsza! 

ulubiency-kosmetyczni

Sephora Beauty Amplifier, to spray, który służy mi nieustannie do utrwalania mojego makijażu na co dzień. Używam go tak często, że aż zaczyna się to robić nudne. Polecam jednak każdej z Was, która nie chce tracić milionów na setting spray. Ma wygodny atomizer, nie tworzy plam jak Fix+ z MACa i świetnie daje radę. 

Juicy Shaker w kolorze Berry Talk, to produkt, z którym bardzo rzadko się ostatnio rozstawałam, a za każdym razem, gdy przytrafiło mi się go ze sobą nie zabrać z domu, było mi zwyczajnie go brak. To olejek do ust, który ma w sobie delikatny tint. Fajny gadżet do torebki, bo jego wygląd na pewno zwraca uwagę, ale poza tym, jest też przyjemnym, lekkim produktem do ust, którym nie trzeba się przejmować w ciągu dnia. Można go nałożyć bez lusterka, a jak się zje podczas posiłku, to nie robi tego w brzydki sposób. 

ulubiency-kosmetyczni

NARS, Bumpy Ride, to mój róż idealny, od którego mnie aktualnie nie odciągniecie żadną siłą. Wygląda na moich policzkach delikatnie, naturalnie, dziewczęco, a ja się tylko nim zachwycam i zachwycam. Piękny woal koloru, lekka i błyszcząca poświata oraz świetna jakość, a co za tym idzie trwałość. 

Essence My Must Haves z naciskiem na cień w kolorze Cotton Candy, który w każdym z możliwych makijaży, jakie ostatnio wykonywałam na sobie, lądował w wewnętrznym kąciku oka. Jest pastelowy, ale niezwykle błyszczący i pięknie ożywia spojrzenie. No i świetnie się trzyma, nie traci na intensywności w ciągu dnia, a ja jestem szczerze zaskoczona jego jakością! 

ulubiency-kosmetyczni

Cat Lashes od Burberry mówiłam Wam już wielokrotnie i nie wiem... muszę się powtarzać? Same wiecie, jak dobrze wygląda na moich rzęsach. Jak pięknie je podkręca, jak cudownie utrzymuje ten efekt przez cały dzień i otwiera spojrzenie. Jestem nią zachwycona i obawiam się, że nie będę chciała już nigdy żadnej innej maskary. Oczywiście, nadal będę testować mi nieznane, taka praca blogera, ale... chyba znalazłam ulubieńca wszech czasów. 

Marmurowa gąbeczka od Blend it, to nie jest mój must have, bo równie dobrze zakochać się można w jej każdym innym kolorze. Dla mnie nadal BB jest lepszy, nadal przyjemniej mi się go używa, ale nie ukrywam, że jest to najlepsza konkurencja z dostępnych na rynku. Idealnie miękka, świetnie radzi sobie z podkładem, korektorem i innymi kremowymi produktami. Jest miękka i po prostu super. A jej cena, totalnie niższa niż oryginalnego różowego jajka. Jak dla mnie zwycięstwo. 

I to tyle. Uff! Pozdrawiam wszystkich, którzy dotarli do końca ;)
Znacie jakieś kosmetyki, które dzisiaj wymieniłam?
Koniecznie podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!

MEKEUP MENU: Brzoskwiniowy makijaż, idealny dla niebieskiej tęczówki

Friday, May 19, 2017 -


Makijażowe wyzwania, które stawiam sama przed sobą, to coś, co czasami mnie przeraża. Myślę sobie od czasu do czasu, że przecież nie jestem makijażystką. no i nie mam też miliona paletek. Pomysły kiedyś się kończą, zwłaszcza jeśli jest się makijażową nudziarą. Lubię złoto, beże, brązy. Rzadko sięgam po inne kolory. Jednak, zawsze w takim momencie chwyta mnie jakieś parcie na modne w danym sezonie barwy. Ostatnio zwariowałam na punkcie różu, brzoskwini i wina. 

W dzisiejszym wpisie przedstawiam Wam lekką wariację z elementem, który według mnie, zmienia makijaż diametralnie i dodaje mu pikanterii. Jeśli jeszcze nie wiecie, o jakim produkcie mówię, to już spieszę z wyjaśnieniami! Oczywiście, chodzi mi o lekko roztartą, rozdymioną wręcz kreskę tuż przy linii rzęs. Efekt ten udało mi się uzyskać przy użyciu jednej z kredek Marca Jacobsa, Matte Highlighter. Pokazywałam go już Wam w akcji podczas MAKEUP MENU: FineWine.


Makijaż z paletką Too Faced, Sweet Peach w odcieniach różu pojawił się już na blogu tutaj. Ten dzisiejszy jest mocniejszy i ma pewien smaczek. Użyłam tutaj, jak z resztą doskonale widzicie, więcej odcieni złota i rozblendowałam załamanie kolorami różu i ciepłej czekolady. Nadal jednak, pozostałam wierna trendowi na brzoskwiniowo-różowy look. Kolory te potęgują wrażenie, że moja tęczówka jest jeszcze bardziej niebieska, niż zazwyczaj. A cały makijaż pasuje świetnie do moich karmelowych włosów. 

Na usta nałożyłam pomadkę, o której ostatnio zapomniałam, a nie powinnam. Mam na myśli matową szminkę Liquid Lip Velvet w kolorze Brilliant Violet. 


Już kilka makijaży z serii MAKEUP MENU pojawiło się na blogu i możecie je obejrzeć tutaj:

Mam nadzieję, że się Wam ten look spodobał. Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy lubicie takie kolory i używacie ich na co dzień. 

CHIODO PRO || Zestaw startowy do paznokci hybrydowych

Wednesday, May 17, 2017 -

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

Na nowo zakochałam się w hybrydach i powiem Wam szczerze, że lepszych chyba nie miałam. Parę porażek po drodze przerobiłam, ale jak się okazało - wszystko było z mojej winy. Mieszałam bowiem bazy, kolory i topy różnych marek, które niekoniecznie chciały ze sobą grać. W każdym razie, odkąd w całości przestawiłam się na markę Chiodo PRO, moje paznokcie potrafią wytrzymać dużo więcej, niż poprzednio. A męczę je nieustannie. 

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

W takim zestawie znajdują się z reguły co najmniej dwa lakiery hybrydowe, kolorowe. Mówię co najmniej, ponieważ zestaw, który Wam dzisiaj pokazuje jest już niedostępny na stronie. Są za to inne, w których znajdziecie nawet więcej kolorowych możliwości. Ja dzisiaj prezentuję Wam dwa odcienie Chiodo Pro Soft w kolorze 263 Maggots oraz 180 Neon Summer. Ten pierwszy pokazywałam Wam już kiedyś na blogu. To niesamowita czerwień, tak żywa, że ma się ją ochotę schrupać. Neonowego pomarańczu jeszcze nie próbowałam i się go trochę boję, ale pewnie nada się na wakacje i spacery po plaży.

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

Oczywiście, prócz lakierów kolorowych niezbędna jest grająca z nimi baza ProSoft oraz top ProSoft, który wymaga odtłuszczenia. W tym celu należy skierować łapki do Hybrid Cleanera (50ml), dołączonego do zestawu. Znajdziemy też Remover, który jest chyba najlepszym na rynku. Jeszcze nie spotkałam się z tak szybko działającym produktem, który przy okazji nie wysuszałby moich skórek do granic możliwości. Przetestowałam już naprawdę wiele i kilka lat byłam wierna Removerowi z Silcare, ale na dobre zmieniam go na ten z Chiodo Pro. 

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

W takim zestawie startowym muszą znaleźć się zawsze przyrządy, którymi możemy wykonać idealny manicure, a zatem płytka paznokcie musi być należycie przygotowana. Dlatego w pudełku znajdziecie pilnik 180/100, blok polerski oraz patyczki drewniane z drewna pomarańczowego. 

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

Przenośna lampa LED ma moc 24W. Jest lekka i ma wygodny rozmiar. W końcu nie męczę się z dużą lampą na żarówki, więc jestem z niej niezwykle zadowolona. Czas utwardzania lakierów, to w jej przypadku odpowiednio 30s oraz 60s. Czasami aż mnie to zaskakuje i nie chce mi się wierzyć, że tak krótki czas utwardza lakier (w porównaniu do dwóch minut ze zwykłą lampą, to dla mnie postęp, którego moja głowa nie ogarnia :D ).  

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

Dodatkowo, spodziewajcie się dwóch produktów przed i po manicure. Jednym z nich jest oliwka do skórek, która pięknie pachnie i przyjemnie nawilża wystawione na zabiegi skórki. Drugi, to Primer bezkwasowy, który jest moim odkryciem tego roku. Dzięki niemu moje paznokcie wytrzymują znacznie dłużej w nienaruszonym stanie. Produkt ten działa na zasadzie "przylepki". Wystarczy nałożyć go na paznokcie tak, jak zwykły lakier. Poczekać około 30 sekund i na to nałożyć bazę. Gwarantuję Wam, że znacząco zmieni to Wasz manicure. Koniecznie wypróbujcie!

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft

Do tego w każdym zestawie znajduje się losowo wybrany efekt syrenki oraz wygodny przy pracy ręczniczek z logo marki. No i konieczność, czyli waciki bezpyłowe, bez których nie ma mowy, żeby wykonać dobry manicure oraz folie, które ułatwiają ściągnięcie lakieru hybrydowego. Odkąd zaczęłam działać tą metodą, ściąganie idzie mi znacznie szybciej i łatwiej. Bardzo polecam!

Niestety mojego zestawu nie dostaniecie już na stronie (mam nadzieję, że jeszcze wróci do sprzedaży), ale podsyłam Wam linki do kilku innych, równie ciekawych. 
Ten tutaj posiada przenośną lampę z mocą 9W a w jego skład wchodzi więcej kolorowych lakierów hybrydowych. Drugi zaś posiada lampę o konkretnej mocy 48W i zestaw lakierów z wersji PRO, o której na pewno jeszcze Wam opowiem. Warto skorzystać z promocji na stronie, bo oba zestawy objęte są teraz zniżką, -50 i -80zł.

zestaw-startowy-do-paznokci-hybrydowych-chiodo-pro-soft


Ja jestem zakochana w lakierach hybrydowych i podejrzewam, że już nigdy nie wrócę do standardowych lakierów. Za dobrze mi i zbyt wygodnie, po prostu. A Wy? Lubicie manicure hybrydowy? Znacie Chiodo Pro? 

SEZON NA RÓŻ || Moje ulubione kosmetyki w różowym kolorze

Monday, May 15, 2017 -

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

O różowym kolorze można mówić wiele.Warto zauważyć, że używany w nadmiarze może oszpecić nie tylko naszą twarz, ale też i "duszę". Nie oszukujmy się, nie od dziś blondynki walczą ze stereotypem różowej lali. Dlatego mnóstwo kobiet ucieka przed tym kolorem, jak kot od wody. Ale, czy ten róż jest taki straszny, że powinnyśmy się go bać? 

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

RÓŻOWY POLICZEK 

Od zawsze byłam miłośniczą różu na policzkach. Odrobina tego produktu potrafi zdziałać cuda i nadać cerze blasku. Automatycznie możemy oszukać otoczenie, że jesteśmy wyspane i zdrowe. Dlatego warto mieć w swojej kosmetyczce kolor, który idealnie imituje nasz naturalny rumieniec. Mój jest lekki, pastelowy, nienachalny. No, chyba że się zawstydzę, albo zmarznę. 
Jednym z moich stałych ulubieńców od lat jest róż Le Blush Creme de Chanel w kolorze 64 Inspiration. Aż się sama sobie dziwię, że jeszcze nie doczekał się on osobnej recenzji. Muszę to koniecznie zmienić. To kremowy róż, który znakomicie się blenduje i fantastycznie utrzymuje na policzkach. Dodaje dziewczęcości i niewątpliwie pięknie wygląda na licu. Co więcej, bardzo lubię go też nakładać na usta. Makijaż jest wtedy spójny i nienachalny.

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

Kolejnym ulubieńcem w tej kwestii jest też nowość marki NARS, róż w odcieniu Bumpy Ride. Absolutny fenomen! Nie spodziewałam się, że zakocham się jeszcze kiedyś w różu od tego producenta, bo Orgasm mi zwyczajnie nie podszedł. Kompletnie nie zgrywał się z moją cerą i jakoś tak wyglądał, nijako. Bumpy Ride, to totalne przeciwieństwo. Jedwabista konsystencja pozostawia po sobie woal koloru naturalnego, błyszczącego rumieńca. Cudo!

Warto też przy okazji wspomnieć o różu Tarte Amazonian Clay 12-hour blush w kolorze Tipsy, który kupiłam sobie lata temu podczas pierwszych zakupów w amerykańskiej Sephorze.  Sentyment jest ogromny. Mimo że nabierany palcem wydaje się nie mieć żadnej pigmentacji, podczas aplikacji pędzlem można sobie nim zrobić krzywdę, więc radzę uważać. To jeden z tych kolorów różu, które wpadają w koral i dają bardzo zdrowy, wakacyjny rumieniec.

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

O mojej miłości do Clinique Cheek Pop w kolorze Berry Pop, już kiedyś pisałam. Jednak, powędrował on do szuflady razem z miliardem moich innych różów do policzków i wiecie co? Zapomniałam o nim. Na śmierć! Przy okazji szukania różowych kosmetyków do tego wpisu, trafiłam na niego na nowo i postanowiłam wrzucić do pudełka z aktualnie używanymi produktami. Zasłużył na to! Jego jagodowy odcień, to już zdecydowanie mocniejsza zabawa na policzku, ale warto się na niego czasem skusić, bo nie ukrywam - jest to jeden z tych odcieni różu, który dodaje makijażowi pikanterii i potrafi stanowić cały look.

Ingrid Satin Touch w kolorze 10, to produkt, który trafił do moich zbiorów totalnie przypadkowo i cieszę się, że się u mnie znalazł. Polubiliśmy się od samego początku. Głównie za to, że jest bardzo subtelny. Daje delikatny kolor, ale i bardzo naturalny efekt glow, dzięki czemu policzki wyglądają na nawilżone i błyszczące.

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy
Kolejność od lewej: NARS, Ingrid, Tarte, Chanel, Clinique, Sephora

Jako ostatni przedstawiam Wam żelowy róż marki Sephora, w kolorze 03 Orchid. Jego lekka konsystencja pozwala na łatwą i swobodną aplikację, bez plam. Pozwala się dokładać, więc bez problemu można nim osiągnąć bardzo subtelny, jak i przerysowany efekt. Dobrze współpracuje z podkładami i nie mam mu nic do zarzucenia. Fajny z niego koleżka. 

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

RÓŻOWE USTA 

Nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała Wam w tym wpisie moich ukochanych szminek i pomadek. Sephora, Outrageous Plump Effect w kolorze 06, to chyba jedyna pomadka z serii tych "powiększających" usta, która mi odpowiada. Przede wszystkim, nie gryzie mnie, tak jak potrafią to robić na przykład produkty Too Faced. Ma przyjemny aplikator i wygodnie się nadkłada. Smacznie pachnie, mocno błyszczy i dobrze się trzyma. To taki rodzaj gęstego błyszczyka. Polubiłyśmy się. 
Kolejnym produktem do ust jest Sephora Rouge Brilliance 51, czyli jedna z pomadek, na które warto zwrócić uwagę podczas zakupów w Sephorze. Zwłaszcza gdy panuje promocja na markę własną. Jest kremowa, lekko napigmentowana, błyszcząca i przyjemnie sunie po ustach. Warto ją przetestować. 
L'Oreal Color Riche w kolorze 103 Blush in a Rush, nie lubię tylko za zapach. Pomadki L'Oreala mają ten mankament, że pachną, jak szminki mojej babci. W związku z czym źle mi się kojarzą (głównie z kiepską jakością). Na szczęście, jeśli przeżyjecie ten kiepski zapach, dostaniecie w zamian produkt cudo. Pomadka jest niezwykle kremowa i prawdziwie różowa. W sensie, to taki różowy nude, który pasuje zarówno do mocnych makijaży wieczorowych, jak i szybkich porannych makeupów do pracy. 
Tarte Amazonian Butter Lipstick w kolorze Watermelon, to również jeden z pierwszych zakupów z Sephory zza Oceanu. Jest niezwykle kremowa i ma piękne, błyszczące wykończenie. To jedna z tych pomadek, która niby ma kolor, ale jednak nie jest to jednolity pigment. A mimo to, wygląda na ustach prześlicznie. Nawilża tak dobrze, jak niejeden kosmetyk pielęgnacyjny do ust. Idealna na lato. 
Shiseido, Rouge Rouge w kolorze Crime of Passion już kiedyś czytałyście na łamach mojej strony. Kocham ją niezmiennie i nadal uważam za jeden z piękniejszych odcieni zgaszonego różu, który nada się na każdą okazję. 
A do Lancome Juicy Shaker w kolorze Berry Tale wróciłam ostatnio ze zdwojoną siłą. Trafił do mojej torebki i od tej pory go nie opuszczam. To tak naprawdę olejek z kolorem, więc sprawdza się w dni, w których moje usta wołają o pomoc. A jest ich ostatnio zbyt wiele! W każdym razie, nie grzeszy trwałością, ale jego aplikacja to sama przyjemność, więc ostateczna ocena idzie na plus. 
Rzadko sięgam po produkty NYXa, bo zwyczajnie nie jestem nimi jakoś szczególnie zachwycona. Za to NYX Butter Gloss w kolorze Peaches and Cream, to produkt, po który sięgam z przyjemnością, gdy za oknem widać wiosnę lub lato. Lekka formuła może odrobinę się lepi, ale za to ma przyjemny kolor i fajną pigmentację. Jest lekki i wygląda na ustach po prostu dobrze. 
Na sam koniec zostawiłam creme de la creme, czyli Burberry Nude Blush, o której pisałam Wam przy okazji wpisu, jak zmienić makijaż dzienny w wieczorowy. To kremowa pomadka w przyjemnej formie. Nadaje się na każdą okazję i fenomenalnie sprawdza na co dzień. Praktycznie się z nią nie rozstaję, bo jej nawilżająca formułą oraz lekko różowy odcień, to coś czego zawsze szukam w mojej torebce do poprawek w ciągu dnia. Zwróćcie na nią uwagę.

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy
Kolejność od lewej: L'Oreal, Sephora Outrageous, NYX, Tarte, Lancome, Burberry, Shiseido, Sephora

RÓŻOWE OCZY 

Po różowe cienie do powiek sięgam rzadziej, choć nie ukrywam, że czasami mam totalnego świra na punkcie tego koloru na moich oczach. Co prawda, ostatnio w wewnętrznym kąciku namiętnie ląduje cień od Essence w kolorze Cotton Candy, ale lubię go też w pojedynkę, na całej ruchomej powiece. Jest błyszczący i niezwykle trwały, a jego kolor różowej, pastelowej waty cukrowej, to coś, co kradnie moje serce na nowo podczas każdego makijażu. Cudo! 

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

Lubię też sięgać po cienie z paletki Too Faced Sweet Peach w kolorach Just Peachy, Candied Peach oraz Bellini. To jedne z tych nieoczywistych różów, które ożywiają makijaż oka i dodają polotu. Mam dla nich jednak pewnego rodzaju zamiennik, choć nie jest od dokładny jota w jotę. Mam tutaj na myśli cienie z paletki New-Trals vs Neutrals od Makeup Revolution. Dobre jakościowo cienie, które swoim pigmentem zdobyły moje serce. Choć na próżno szukać tutaj można kolorów dostępnych w paletce Too Faced, bez problemu zaspokoją one pragnienie wykonania różowego makijażu oka. 

RÓŻOWY ZAPACH 

Zapach, to coś z czym nie potrafię się rozstać. Nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez wcześniejszego użycia perfum. Nie ukrywam, że gdy mi się to zdarza (choć rzadko), czuję się nieswojo. Wiosna kojarzy mi się z kilkoma zapachami, które są nie tylko różowe w buteleczce, ale też wewnątrz. Po prostu, ten kolor można od nich wyczuć nosem (nie, nic nie brałam, że wiem jak pachną kolory :D) 
Zacznę od Miss Dior od Diora, która jest zachwytem i rozczarowaniem w jednym. To jeden z tych zapachów, które niezwykle bardzo mi się podobają, ale równocześnie nie podoba mi się ich słaba trwałość. Mam wersję wody toaletowej i jej nie polecam. Jednakże, mimo że na mojej skórze zapach ten się gubi i nie utrzymuje przez cały dzień, na ubraniach i we włosach jest zupełnie inaczej. Tak, wiem, nie powinnam spryskiwać włosów perfumami, ale i tak to robię. Lubię, gdy moje włosy pięknie pachną. 
Następna w kolejce będzie na pewno Stella by Stella McCartney. To jeden z tych zapachów, który jak żaden inny, potrafi mnie zabrać w piękne miejsca. Nie widzę innego porównania, jak to, że ten zapach to po prostu wiosna zamknięta w butelce. Pachnie dokładnie tak. 
Mon Guerlain od Guerlain, to miniatura w mojej kolekcji, która sądzę że doczeka się pełnego wymiaru produktu. Zapach jest trochę cięższy i zdecydowanie bardziej wieczorowy, ale w sobie coś niespotykanego i bardzo intrygującego.
J'adore Dior w klasycznej wersji, to dla mnie zapach czystości. Bardzo lubię takie perfumy i są one dla mnie odpoczynkiem od tych słodkich, cięższych które noszę na co dzień. Dlatego każdej miłośniczce świeżości, polecam przyjrzeć się tej pozycji na rynku zapachowym. Temat ponadczasowy i zdecydowanie znajdujący wiele miłośniczek. 
Na koniec dwie perełki, czyli Chanel, Mademoiselle oraz Victor&Rolf, Flowerbomb. Oba bardzo słodkie, oba ciężkie i wyjątkowo kobiece. Kocham je tak samo wielką  miłością i lubię używać naprzemienne. Kojarzą mi się z elegancją i zmysłowością.

A tutaj prezentuję Wam makijaż, który powstał przy wykorzystaniu większości produktów, o których dzisiaj mówię. Wpadajcie na MAKEUP MENU. 

najlepsze-kosmetyki-w-kolorze-rozowym-roze-do-policzkow-pomadki-szminki-cienie-brzoskwiniowe-slodkie-swieze-perfumy

A Wy? Decydujecie się ostatnio na coraz więcej różu? 

NARS, Charlotte Gainsbourg Collection

Friday, May 12, 2017 -

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

Kosmetyki NARS, to mój konik. Nigdy nie ukrywałam przed Wami, że jest w nich coś takiego, co mnie przyciąga. Co prawda, miałam już kiedyś mały epizod z kultowym różem do policzków w odcieniu Orgasm, który mi się zwyczajnie nie spodobał. Jest śliczny, ale tylko w opakowaniu, ponieważ na moim policzku wygląda po prostu średnio. Znalazłam za to inny, przepiękny odcień, którego nie zamienię na żaden inny. Kocham go w takim wydaniu, jak w różowym makijażu, który pokazywałam Wam tutaj.  Zachwycałam się nim już wtedy, gdy pokazywałam Wam wiosenne nowości. 

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

Pisałam Wam też kiedyś o pomadkach NARSa w szminkowych nowościach, ale czegoś takiego, jak Lip Tint w kolorze Double Decker się po tej marce nie spodziewałam. NARS kojarzy mi się z mocną pigmentacją i konkretnymi kolorami. W pierwszej chwili sądziłam, że będzie to mocno napigmentowany błyszczyk w czerwonym, truskawkowo-wiśniowym kolorze. Mocno napigmentowany w moich wyobrażeniach blyszczyk, okazał się być lip tintem, który ma prawie galaretkową konsystencję. Na ustach jest wyczuwalny i sprawia wrażenie, jakby był odżywczym balsamem. Ma lekki kolor i delikatnie barwi usta, nie pozostawiając jednak po sobie zbyt mocnego efektu tintu.

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

Mówiłam Wam już nie raz o ukochanym różu, wspomniałam też kilkukrotnie, że uwielbiam bronzer w odcieniu Laguna. Polecałam Wam go nawet podczas wpisu o tym, na jakie wysokopółkowe produkty warto się zdecydować. W kolekcji stworzonej przy współpracy Charlotte Gainsbourg, zaskoczeniem okazuje się też być Multiple Tint w kolorze Alice (piękny zbieg okoliczności :)). To multifunkcyjny sztyft o półprzezroczystym wykończeniu, który może być stosowany zarówno jako róż do policzków, jak i pomadka do ust, i który daje się swobodnie stopniować. Jest lekki i nie stanowi problemu podczas aplikacji. Jednak, szczerze przyznam, że zdecydowanie bardziej podoba mi się w roli pomadki, niż różu do policzków. W makijażu jaki przedstawiam Wam w dzisiejszym poście, użyłam go w formie różu.

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

O jednym z eyelinerów pisałam Wam już podczas prezentacji jesiennych nowości w kolaboracji z Sarah Moon. Dałam Wam wtedy wyraźnie do zrozumienia, że wykończenie tego produktu bardzo mi odpowiada. Jakość eyelinerów NARSa została potwierdzona tym razem odcieniem nowego Kohlinera w kolorze Nuit D'Encre. To czarny, węglowy w odcieniu eyeliner z wyraźnym, niebieskim ale wciąż neutralnym dodatkiem koloru. Jest miękki i bardzo łatwo się aplikuje. Pozwala stopniować efekt na oku od lekkiego, rozdymionego po mocniejszy, bardziej intensywny. Jest przy okazji bardzo trwały. Raz nałożony, trzyma się cały dzień. 

nars-charlotte-gainsbourg-collection-sephora

Tak prezentuję zarówno róż do policzków, który - same widzicie, daje bardzo delikatny, subtelny efekt. Można go dokładać, ale uznałam, że w tym makijażu, nie zależy mi na zbyt mocnych policzkach. Na oku możecie zobaczyć nieco mocniej użyty eyeliner. 

Lubicie markę NARS? Jaki jest Wasz ulubiony produkt z ich asortymentu?
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, co sądzicie o tej kolekcji. 

Najlepsze rady dla blogera, który dopiero zaczyna || O tym, jak cofnąć się w czasie i zapobiec katastrofie #blogujemyrazem

Wednesday, May 10, 2017 -



Hej! To znowu ja! :) Tym razem zapraszam Was na wpis, który powstaje w ramach kolaboracji z dziewczynami, które z przyjemnością biorą udział w naszych wspólnych działaniach, wymyślonych razem z aGwer. Jesteśmy szczęśliwe, że stało się to już czymś regularnym, a dziewczyny i ich blogi, to miejsca-perełki, więc zajrzycie koniecznie do nich. Linki znajdziecie na końcu wpisu. A teraz opowiem Wam trochę na temat tego, co bym sobie powiedziała, gdybym mogła się cofnąć w czasie i poinstruować siebie samą w tym, jak blogować, żeby było dobrze od samego początku. 

Bądź regularna

Nuda, nie? I choć na początku prowadzenia bloga pisałam często, to brak w tym było regularności. Raz pisałam w poniedziałek i środę, raz we wtorek i piątek. Teraz, w momencie, gdy na nowo wypracowuję sobie metody pracy nad blogiem wiem, że zarówno dla mnie (biorąc pod uwagę czynnik planowania), jak i dla czytelnika, jest ważne, aby treści na blogu pojawiały się w określonym czasie. W moim przypadku jest to poniedziałek-środa-piątek plus czasami, gdy mam na to ochotę, dodatkowy post w niedzielę. 
Regularność, to klucz do sukcesu. Nie ukrywam, że do teraz jest to dla mnie coś trudnego. Nauczyłam się jednak, że gdy odpowiednio zaplanuję moją pracę, usiądę do plannera i kalendarza, zrobię research w sieci i włączę metodę Pomodoro - jestem w stanie naprawdę wiele zaplanować na zapas. Nie ukrywam, że nie siedzę każdego dnia przy komputerze po to, żeby napisać coś na bloga. Jednak, odrobina chęci, wolnego czasu i samozaparcia, a na pewno i Wy będziecie w stanie sprawić, że na Waszych stronach posty pojawiać się będą, jak w zegarku :) 

Naprawdę uważasz, że zdjęcia robione telefonem są lepsze od tych robionych aparatem?


O mamo... To jest najgorsze... Wiecie co? Przejrzyjcie sobie moje stare wpisy. Postaram się Wam za chwilę kilka podlinkować, ale obiecajcie mi - nie będziecie się śmiać :D 
Ja sama parskam śmiechem, jak widzę niektóre z moich wcześniejszych zdjęć. Nie czuję się w tej kwestii ekspertem, ale uważam że powoli, bo powoli wypracowuję sobie moje metody na pstrykanie fotek. Kiedyś byłam niezwykle uparta i nawet, jak coś wyglądało źle, to ja twierdziłam odwrotnie. 

Poowiedziałabym sobie, że warto wywalić na śmietnik lampę pierścieniową. Działam tylko przy świetle dziennym, z blendą i RAWami w roli głównej. 
Na początku blogowania, miałam w domu coś na kształt pół-profesjonalnego aparatu, i cyfrówkę. I wiecie czym robiłam zdjęcia? Samsungiem S3. YHY. Wydawało mi się wtedy, że to jest taka zajebista jakość! O mamo, jakie świetne kadry! Te zbliżenia... Te zdjęcia makijaży od dołu! Te supersmaczne fotki swatchy, gdzie moja ręka wyglądała, jakby mi ktoś ją odrąbał. I te produktowe fotki na gazetach albo parapecie... DLACZEGO?! Dlaczego nikt mi nie powiedział: "Ala, weź ogarnij, jak to źle wygląda!"...
Gdzie ja miałam głowę? Trzeba było od razu, zamiast wydawać na pierdoły, odłożyć na porządnego Canona i tyle! 

Same popatrzcie!
> Królowa swatchy <3  (makijaż też w dechę...) 

Nie kupuj, jak szalona


Ogranicz się z tym wydawaniem pieniędzy na prawo i lewo, i kupuj tylko to, czego naprawdę potrzebujesz. Kiedyś byłam cholernie pieprznięta, powiem Wam... Naprawdę, nie znałam umiaru. Ciągle sobie coś kupowałam. POTRZEBOWAŁAM w życiu nowych kosmetyków, przecież jest ich całe mnóstwo. Teraz już wiem, że przeginałam pałę. Osiem korektorów kupionych podczas promocji w Rossmannie, to... no, nawet teraz nie mam na to wytłumaczenia! Mówiłam wtedy sobie, że "to na bloga". Post oczywiście, jak się możecie domyślić, nigdy nie powstał. Taka była moja wymówka dla świata i dla siebie. "Na bloga, na bloga" - powtarzałam to, jak mantrę. A teraz? Teraz wiem, że nie potrzebuję miliona kosmetyków, a do szczęścia przydają się tak naprawdę tylko te sprawdzone. Fakt, gdybym przez ten etap nigdy nie przeszła, to pewnie bym się o tym nie dowiedziała, ale - jeśli mogłabym się cofnąć w czasie, to na pewno potrząsnęłabym sobą i powiedziała, że przesadzam. 
I żebym zmieniła też ten paskudny czarny kolor włosów, bo wcale mi nie pasuje :D 



Przestań się wkurzać

Dawniej bardzo przejmowałam się tym, co mówili o mnie inni. Chciałam, żeby każdy mnie lubił, nie tylko w życiu, ale i w sieci. Założenie bloga dało mi do zrozumienia, że w tym miejscu są tacy sami ludzie, jak w rzeczywistości. Część będzie ci przyklaskiwać i pomagać, wspierając dobrym słowem, a część będzie wbijać szpile w każdej możliwej okazji. I mimo tego, że jakaś część cieszy się z porażek, warto jest znaleźć ludzi, który pomogą Ci się rozwijać i będą dla Ciebie wsparciem.
Dla mnie kimś takim jest Aga, z którą chyba widać, że jesteśmy papużkami-nierozłączkami. To osoba, która czasami powie mi coś niemiłego, ale w dobrej wierze. I ja robię to samo. Informujemy się nawzajem, że "Ej, to źle, tamto źle, popraw". I obie wiemy, że nie ma się co na siebie obrażać, bo to nie tylko nasza pasja, ale i praca. Dlatego staramy się podchodzić do tego profesjonalnie. 
Pamiętam, jak jakiś czas temu mocno się irytowałam, że laski, które kupują lajki, czy obserwacje, mają takie a takie współprace. Albo mają fatalne zdjęcia i jeszcze gorsze blogi, a marki i tak się z nimi kontaktują. Że jest im łatwiej, że podkładają mi kłody pod nogi. W KOŃCU jednak dotarło do mnie, że to sobie psuję krew. Nie im. I uznałam, że zdecydowanie lepiej będzie przestać koncentrować się na negatywnych emocjach, nie szukać problemu w innych i po prostu przekuć to w zaangażowanie w swoją stronę. I dziś, moja rośnie, a ich stoją w miejscu. To chyba najlepszy argument. Uczciwością i pracą ludzie się bogacą! ;) 

Wciąż się rozwijaj

Nie tylko Twoja strona powinna się rozwijać, ale też Ty. Wiadomo, podstawą jest już w dzisiejszych czasach, że każda z nas ma swoją domenę, czasami hosting, a do tego jeszcze profesjonalny szablon. Inwestujemy w profesjonalny sprzęt fotograficzny, w dodatki do zdjęć, ale często zapominamy też o sobie. Nie bójcie się spędzać czasu na czytaniu poradników dla blogerów, czy ludzi tworzących w sieci. Znajomość SEO, to teraz sprawa, dzięki której nikt nie nabije Was w butelkę. Przykładajcie się też w kwestiach social mediów. Regularnie publikujcie na swoich kanałach i... niestety, ale inwestujcie w reklamę. Choćby nie wiem, jak chciało się od tego uciec - nie da się. Współczesny Facebook jest mocno pro w stosunku do pieniędzy i przeciwko poszerzaniu zasięgów bez powodu. Dlatego, warto w to inwestować, zwłaszcza jeśli tworzycie wartościowe treści, które modą spodobać się sporej rzeszy czytelników. 

I to tyle! Nic więcej bym sobie chyba nie powiedziała. No i szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy jeśli miałabym realną możliwość cofnięcia się w czasie, to w ogóle bym to zrobiła. Jestem bogatsza w wiele doświadczeń, bo gdyby nie te błędy i porażki, to teraz nie byłoby mnie w miejscu, w którym jestem. Czyli w TOP 20 blogów urodowych w Polsce, z fotkami które coraz częściej mnie zadowalają i tą radością blogowania, którą odzyskałam i poznaję na nowo. 

Wpadajcie też do dziewczyn, bo stworzyły superposty o blogowaniu! 

Agnieszka: www.agwerblog.pl
Agnieszka: www.agnieszkabloguje.pl
Klaudyna: www.ekstrawagancko.com
Paulina: www.simplistic.pl
Małgosia: www.candykiller.pl
Justyna: www.hushaaabye.pl
Paulina: www.paulinablog.pl
Justyna: www.okiemjustyny.blogspot.com
Olga: www.apieceofally.pl
Kasia: www.minimalniee.pl
Milena i Ilona: www.blessthemess.pl

A Wy? Macie jakieś rady dla siebie sprzed lat? :)


Artdeco, seria makijażu do zadań specjalnych - mocno kryjący podkład i kolorowe korektory

Monday, May 8, 2017 -

artdeco-full-coverage-kryjacy-podklad-korektory-kolorowe

Linia maskująca niedoskonałości od Artdeco, to temat dzisiejszego wpisu. Nowy podkład Liquid Camouflage Full Cover Foundation, to produkt wysoce kryjący. Chciałabym Wam powiedzieć, czy rzeczywiście warto w niego zainwestować, ale niestety... same widzicie w swatchu poniżej, że kolory w tej serii znacząco odbiegają od tego, czego oczekiwałabym od podkładu. Odcień 12 Light Apricot, to niestety jakiś mały dramacik. Niby najjaśniejszy, niby chłodny, a na twarzy tworzy po prostu pomarańczkę.

artdeco-full-coverage-kryjacy-podklad-korektory-kolorowe

Powiem Wam więc tylko to, co zapewnia producent. Kosmetyk ten ma pomagać zamaskować wszelkie niedoskonałości, jednocześnie nie tworząc efektu maski. W efekcie ma gwarantować idealną, naturalnie wyglądającą cerę. Jego atutem ma być oporność na wysokie temperatury.  Kolor, który tutaj widzicie, to najjaśniejsza barwa, 12 Light Apricot o tonacji chłodnej.

artdeco-full-coverage-kryjacy-podklad-korektory-kolorowe

Mogę się za to wypowiedzieć na temat kolorowych korektorów, które mają być pomocne podczas maskowania mocnych przebarwień na skórze. Ich jedynym mankamentem jest to, że występują w formie temperowanej kredki. ŻÓŁTY to kolor, który pomaga ukryć przebarwienia oraz ciemne plamy. Dobrze więc się nadaje się do zakrywania cieni pod oczami oraz przebarwienia potrądzikowe. POMARAŃCZOWY, to kolor wspomagający walkę z fioletowymi zasinieniami pod oczami. ZIELONY neutralizuje kolor czerwony, który jest odpowiedzialny za wszystkie naczynka, rumieniec i wypryski.

artdeco-full-coverage-kryjacy-podklad-korektory-kolorowe

Produkty te są kremowe i pięknie się blendują. Szczególnie ukochałam sobie odcień pomarańczowy, który pomaga mi zniwelować cienie pod oczami, w dolinie łez.

Chciałabym wypróbować podkład, ale musicie mi wybaczyć, nie potrafię nałożyć takiego koloru na moją twarz. Nie ma po prostu takiej opcji. Korektory natomiast bardzo polecam. Są naprawdę przyjemne i myślę, że odnalazłyby się w torbie każdego makijażysty.

Lubicie produkty Artdeco? Korzystacie na co dzień z kolorowych korektorów?
Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach. 

MAKEUP MENU: PINK is LIFE

Friday, May 5, 2017 -


Przygotowuję dla Was całe mnóstwo postów na najbliższe tygodnie i tak sobie pomyślałam, że w związku z tym, że powstał już wpis o samych różowych kosmetykach, którego możecie spodziewać się w najbliższym czasie, fajnie by było stworzyć przy ich użyciu makijaż. 

Mam ostatnio świra w głowie na punkcie różu. Lubię z nim przesadzać, z premedytacją. Podoba mi się ten efekt i nie mam zamiaru udawać, że przechodzę koło tego koloru obojętnie. 

Dzisiaj przepis na look ze zdjęcia! 


Do makijażu twarzy użyłam próbki kremu BB Lioele, Triple The Solution BB Cream. Starczył mi na kilka użyć i już wiem, że się zakochałam. Ma lekką konsystencję, przyjemne krycie i wygląda na mojej buzi fenomenalnie przez cały dzień. Na pewno skuszę się na pełne opakowanie.  

Pod oczami korektor z Artdeco , do którego wracam od czasu do czasu i wciąż twierdzę, że jest całkiem spoko. Przypudrowałam wszystko sypkim pudrem z Laura Mercier, który na pewno jeszcze doczeka się recenzji. 


Na policzki powędrowała duża ilość różu NARS, w kolorze Bumpy Ride. Zachwycałam się nim już wiele razy i zrobię to ponownie. Jest prześliczny i wygląda fenomenalnie na policzkach. Same z resztą widzicie, że jest jasny i pięknie odbija światło. Daje lekki woal koloru, bardzo dziewczęcego. Jestem nim oczarowana. 

Na powieki nałożyłam mieszankę cieni z paletki Sweet Peach. Na ruchomej powiece wylądował cień brzoskwiniowym kolorze Peaches 'n Cream, a na środek powieki i wewnętrzny kącik nałożyłam na mokro odrobinę Nectar. W załamaniu powieki roztarłam cień Candied Peach i rozblendowałam nim też brązowy cień Puree na dolnej powiece. Na linii wodnej nałożyłam kredkę Brownie od Marca Jacobsa, która jest moim ulubieńcem. Pisałam Wam o niej już kiedyś tutaj.
Na górnej linii rzęs roztarłam lekką chmurkę Puree, by pogłębić efekt pełniejszych rzęs. Wytuszowałam je solidnie jedną warstwą mojego ulubieńca, czyli maskary Cat Lashes od Burberry. 

Na usta nałożyłam cienką warstwę pomadki z L'Oreala, Color Riche w kolorze 103 Blush in a rush, ale nie spodobał mi się matowy efekt, więc wklepałam w nią jeszcze odrobinę pomadki z Sephory, Rouge Shine w kolorze 51, która dała mi trochę błyszczące wykończenie. 




Już kilka makijaży z serii MAKEUP MENU pojawiło się na blogu i możecie je obejrzeć tutaj:
> O czerwonych ustach z najnowszą pomadką Smashbox, Always on liquid lipstick 
> O naturalnym makijażu z wykorzystaniem paletki Affect, Naturally Matt
> O odważnym makijażu w kolorze wina

Jak Wam się podoba taka propozycja?

Azja pod lupą: Pielęgnacja z marką COSRX

Wednesday, May 3, 2017 -

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

Spory czas temu informowałam Was na moim InstaStories, że dotarło do mnie zamówienie ze strony Jolse.com. Tym razem skusiłam się na trochę kosmetyków COSRX, które dziś chcę Wam pokazać z bliska. Jeśli w ogóle zastanawiacie się, skąd wzięła się nazwa tej marki, to podpowiem tylko, że niewiele ma to wspólnego z trygonometrią. Otóż COSRX jest połączeniem COS, czyli Cosmetics oraz RX, czyli Prescription (recepta). Filozofią marki jest fakt, aby ich składy były możliwe najkrótsze, a działanie możliwie najlepsze z możliwych. Nie inwestują zbyt wiele w reklamę, a ich produkty i tak zdobyły niemałe zainteresowanie wśród świadomych konsumentek. Dzisiaj pokażę Wam kilka produktów tej marki, które testuję od dłuższego czasu. Nie jest to jednak koniec azjatyckich testów, tak jak Wam zapowiadałam. Tego zakątka kosmetycznego świata będzie u mnie znacznie więcej. 

Aloesowy żel COSRX ALOE VERA OIL-FREE MOISTURE CREAM, to produkt, który testowałam najintensywniej, ponieważ był nowością w mojej kosmetyczce. Nigdy go jeszcze nie miałam, ale z przyjemnością sprawdziłam jego właściwości. Niestety, nie spełnił moich oczekiwań w zupełności, aczkolwiek - jest fajny. A na pewno lepszy, niż ten znany już Wam pewnie żel aloesowy z Holika Holika, którego skład potrafi uczulić i wysypać niejednego alergika. Uważajcie więc! W każdym razie, ten przedstawiony Wam dziś, to produkt który prócz aloesu (80%)  na początku swojego składu, ma w nim jeszcze dodatkowe składniki nawilżające i nieobciążające skórę. Przede wszystkim kwas hialuronowy i alantoina, które mają wygładzać i nawilżać skórę. Sam aloes jest składnikiem bardzo nawilżającym, głównie przez zawartość aminokwasów i witamin. Produkt może być używany zarówno do twarzy, jak i do całego ciała. Ma żelową konsystencję i nabiera się go przy pomocy dołączonej do niego szpatułki. Szybko się wchłania, a zostawiony na noc w lodówce, daje przyjemny, chłodzący efekt - fajna sprawa po intensywnym imprezowaniu. Aczkolwiek, powiem Wam szczerze, że nie jest to produkt, dla którego zrezygnowałabym z reszty pielęgnacji. Jest ona dla mojej, wiecznie przesuszonej cery mieszanej, koniecznością. Dlatego radziłabym go używać raczej w formie dodatkowego kroku, niż jako produktu samodzielnego. 

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

Emulsja z kwasami BHA, NATURAL BHA SKIN RETURNING EMULSION, to produkt, który oczyszcza skórę dogłębnie. Działa na zapchane pory i pomaga pozbyć się tak zwanej tekstury, czyli wspomaga działania mające na celu pozbycie się zaskórników. Wspiera ona również walkę z nadmiernym wydzielaniem się sebum. Emulsja ma charakter nawilżający, głównie przez składnik kwasu hialuronowego i może być używana, jako dodatkowy krok pielęgnacyjny zarówno rano, jak wieczorem. Z reguły odrobina produktu ląduje na waciku, którym przecieram całą twarz i szyję. Pięknie pachnie za sprawą olejków eterycznych zawartych w skórce pomarańczowej oraz wyciągu z drzewa herbacianego, które znane jest ze swoich właściwości kojących stany zapalne. Jest wolna od parabenów i innych, szkodliwych składników, które nie działają na korzyść cery.
Opakowanie 100ml jest wydajne i starcza na spory czas używania. Wyposażono je w wygodną pompkę, która dozuje optymalną ilość produktu. Szybko się wchłania i nie pozostawia lepiej warstwy na skórze. Lubię jej używać, gdy moja cera nie ma się zbyt dobrze. Mogę wtedy liczyć na natychmiastową pomoc w walce z niespodziankami, które funduje mi organizm raz w miesiącu. 

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel
/od lewej: BHA, esencja ze śluzem ślimaka, żel aloesowy/ 

Esencja ze śluzem ślimaka, ADVANCED SNAIL 96 MUCIN POWER ESSENCE, to produkt, który zawiera aż 96% filtratu z mucyny ślimaka. Co to znaczy? To po prostu śluz ślimaka, który zbierany jest w cywilizowanych warunkach - to ważne! COSRX nie podrażnia ślimaków ani nie razi ich prądem, żeby te, w stresie, produkowały więcej śluzu. Małe ślimaki suną sobie po siatce, z której zbierany jest później ich śluz. Śluz ślimaka, to produkt całkowicie naturalny i bardzo bogaty. W jego składzie znajduje się alantoina (działanie łagodzące), kolagen i elastyna (działanie nawilżające i uelastyczniające), kwas glikolowy (kwas AHA, który spłyca zmarszczki i hamuje rozwój trądziku), kwas hialuronowy (który poprawia gładkość i stymuluje skórę) oraz peptydy, enzymy, cynk, żelazo, itp. Mimo tego, że jest to składnik całkowicie naturalny, może uczulać - dlatego zalecam Wam dziewczyny, żeby zrobić najpierw test skórny.
Ja, mimo tego, że mam mnóstwo uczuleń na mnóstwo rzeczy - nie odnotowałam żadnych działań niepożądanych. Wręcz przeciwnie, produkt ten niesamowicie wycisza i uspokaja moją skórę. Szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy. Używam go rano i wieczorem, choć podczas tej kończącej dzień pielęgnacji, pozwalam sobie na większą ilość tego produktu lub maseczkę, o której piszę Wam poniżej. To fantastyczny produkt. Nie bójcie się  jego zapachu - bo zwyczajnie go nie ma. Co prawda, konsystencja jest przypominająca odrobinę białko jajka, potrafi się ciągnąć, ale nie utrudnia to aplikacji. Jeśli jesteście w stanie przeżyć to, że ciągnący się glutek jest odrobinę obrzydliwy - skóra podziękuje :)

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-peilegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

Maseczka w płachcie ze śluzem ślimaka HOLY MOLY SNAIL MASK, to jednorazowa maseczka w płachcie, jakich na koreańskim rynku kosmetycznych można znaleźć wiele. Z tak dobrym składem jednak można ich szukać ze świecą. Znajdziecie w nim między innymi czerwony żeń-szeń, ekstrakt z oleju z kamelii oraz oczywiście, śluz ślimaka. 
Stworzona została ze sztucznego jedwabiu, który nasączono całym mnóstwem dobroczynnych składników. Maseczka dosłownie ocieka tymi produktami. Uważajcie więc przy aplikacji na twarz, ponieważ nieraz zdarzyło mi się ubabrać ubranie i wszystko dookoła. 15 minut z tym cudakiem na twarzy w zupełności wystarczy. Po zdjęciu maseczki, skóra jest wyraźnie bardziej nawilżona i odżywiona, a przede wszystkim napięta. Resztką produktu smaruję skórę szyi oraz dekoltu. 

koreanskie-kosmetyki-cosrx-sluz-slimaka-pielegnacja-azjatycka-aloesowy-zel

Podsumowując, muszę Wam powiedzieć, że koreańska pielęgnacja ma moc. Nie ukrywam, że kiedyś podchodziłam do niej bardzo sceptycznie i nie sądziłam, że kiedykolwiek przekonam się do jakiegokolwiek kosmetyku ze śluzem ślimaka. Teraz uważam, że to jedna z lepszych rzeczy, jakie mogłam włączyć do mojego rytuału. 

O koreańskiej pielęgnacji możecie też poczytać w postach o:

Używacie jakiejś koreańskiej pielęgnacji? Co sądzicie o produktach COSRX? 
Dajcie znać w komentarzach! 

DO GÓRY