Dolomiti - naturalna marka pielęgnacyjnych kosmetyków premium

Thursday, January 10, 2019 -

Dolomiti-naturalna-pielęgnacja-kosmetyki

O marce Dolomiti nie słyszałam nic do momentu końcówki zeszłego roku. Byłam na wykończeniu moich kosmetyków do pielęgnacji twarzy z Clochee i postanowiłam sięgnąć po coś nowego w wydaniu kompleksowej pielęgnacji jedną marką. Zdecydowałam się na serum, krem pod oczy oraz krem do twarzy. I dzisiaj chcę z Wami zamienić parę słów na ich temat. 

Marka Dolomiti, którą dostaniecie na iKosmetyki.pl, to włoska marka posiadająca w swoim asortymencie kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ciała, włosów oraz zapachy. Założono ją dosłownie kilka lat temu, a jej naturalne składy powodują zachwyt wśród konsumentek. Dlatego z niemałym zainteresowaniem podeszłam do tej nowości - przede wszystkim dla mnie. 

Dolomiti-krem-przeciwzmarszczkowy

Największym hitem okazał się być dla mnie krem Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream 24h (335zł/50ml). Zamknięty w małym słoiczku krem przeciwzmarszczkowy potraktowałam, jako remedium na moje aktualne problemy skórne. Gdy za oknem zima (choć w Szczecinie jesień), a w mieszkaniach panuje kult grzejnika, moja skóra zaczyna szaleć. Przypominam Wam, że jestem posiadaczką skóry mieszanej, przetłuszczającej się w strefie T, ale równocześnie z dużą skłonnością do przesuszeń - głównie przez wieczne odwodnienie. Szukałam więc czegoś bardzo treściwego, konkretnie nawilżającego, na kształt ochronnego woalu. Czegoś, co sprawi, że moja skóra poczuje się lepiej. 

dolomiti-krem

Krem Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream, to intensywnie nawilżający płaszczyk dobroci z włoskich gór. Jest przeciwzmarszczkowy i  bogaty w składniki aktywne. Producent zaleca stosowanie go na noc, ale nie ukrywam, że dla mnie był i wciąż jest krokiem głównym zarówno podczas pielęgnacji dziennej, jak i nocnej. W składzie znajdziemy między innymi masło shea, olej makadamia, woda z Dolomitów, ekstrakty z alg morskich oraz komórki macierzyste pozyskane z szarotki alpejskiej. Ten ostatni ze składników ma za zadanie silnie regenerować i odżywiać skórę. Sam krem ma konsystencję dość osobliwą. Jest lekki, ale równocześnie bogaty, nieco oleisty, ale nie do końca. Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z takim kremem-opatrunkiem, więc powiem szczerze, że ciężko mi tę konsystencję porównać do czegoś innego. Wiem natomiast, że jest to jego zdecydowany plus. To ideał na zimne miesiące w Polsce. Jestem bardzo zadowolona z efektów, jakie dzięki niemu zauważam na mojej skórze. Co więcej, zrobiłam sobie kilkudniową przerwę od używania kosmetyków Dolomiti (ze względu na wyjazd na święta) i szybko tego pożałowałam. Kremy, które przez ten czas podkradałam mamie, okazały się być za słabe i nie dawały mi tego długotrwałego komfortu, który gwarantuje mi Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream. Co tu dużo mówić, chyba znalazłam ulubieńca wśród kremów... 

Dolomiti-nawilzajace-serum-do-twarzy

Sparowałam go sobie z Dolomiti, Plant Stem Cells Serum (335zł/50ml). To również serum przeciwzmarszczkowe, a ja chciałabym Wam przypomnieć, że w tym roku skończę 28 lat, więc już nie ma na co czekać - trzeba działać. A jest z czym... niestety. Serum zostało zamknięte w wygodnej, malutkiej buteleczce, która skrywa w sobie kosmetyk-marzenie. Ma bowiem w składzie liposomy lecytyny sojowej, które zwiększają transport substancji aktywnych. W składzie znajdziemy również dąbrówkę rozłogową (ma właściwości napinające), witaminę E oraz kwas hialuronowy, który pięknie nawilża i ujędrnia skórę. Kosmetyk świetnie współgra z kolejnym krokiem, którym jest wyżej wspomniany przeze mnie krem. Plant Stem Cells Serum ma lekką konsystencję, która wchłania się w mgnieniu oka i pozwala na swobodne przejście do dalszej części pielęgnacji, mając pewność, że kolejne produkty zadziałają lepiej w tym duecie.

dobry-krem-pod-oczy-silnie-nawilzajacy-dolomiti-naturalny

Na sam koniec zostawiłam krem pod oczy Dolomiti, Eye Contour Cream (160zł/50ml), który ma działanie liftingujące. W jego składzie ponownie znajdziemy wodę z włoskich gór oraz roślinne komórki macierzyste z szarotki alpejskiej. Najważniejsza okazuje się być dla mnie tutaj konsystencja tego kremu, która ponownie, jak w przypadku kremu do twarzy, totalnie mnie oczarowała. Głównie dlatego, że krem ten jest lekki, a podczas wklepywania w skórę jego konsystencja zaczyna przypominać coś w kształt esencji. Wiecie - wodnista, ale jakby gęstsza. Bardzo łatwo i szybko się wchłania, nie pozostawiając nieprzyjemnego, tłustego filmu pod okiem. Mam też wrażenie, że to jak do tej pory, najlepszy i najsilniej działający nawilżająco na tę okolicę krem, jaki było mi dane używać. Nawilżenie, jakie dostarcza mojej skórze, utrzymuje się na naprawdę długie godziny. Z chęcią wrócę do niego po wykończeniu tej buteleczki, możliwe nawet że już na stałe. 

Wszystkie z tych kosmetyków z powodzeniem stosuję rano i wieczorem. Śmiało mogę je również polecić pod makijaż, bo spisują się w tym wydaniu fenomenalnie! 

jaki-szampon-do-suchych-wlosow-dolomiti

dolomiti-zapachy-dla-kobiet-dla-mezczyzn-dolomia

Dolomiti pozowoliło mi się również odkryć w dwóch kolejnych płaszczyznach - zapachów oraz pielęgnacji włosów. Skusiłam się na restrukturyzujący szampon Dolomiti,Restructuring shampoo - Szampon restrukturyzujący (110zł/200ml), który przeznaczony jest dla osób z suchymi i zniszczonymi włosami. Ma bardzo delikatny zapach i nada się do stosowania na co dzień. To raczej coś dla tych z Was, które borykają się z problemem przesuszonych włosów (głównie przez zabiegi stylizacyjne), ale potrzebują równocześnie czegoś co oczyści ich skórę głowy, nie podrażniając jej przy okazji. Całkiem w porządku szampon. Dotarły też do mnie perfumy. A właściwie woda toaletowa. Dolomiti, Dolomia woda toaletowa (430zł/100ml) oczarowują już samym designem. Szklana, bardzo ciężka buteleczka zamykana na korek, który ma się wrażenie - jest z kamienia. Nawiązuje tym samym do miejsca, z którego pochodzi, czyli Dolomitów, ale też zapachu, który skrywa w środku, czyli czegoś dla silnych i nowoczesnych osób. Sama woń jest totalnie unisexowa, dlatego jeśli mamy na sali kobiety, które kochają takie lekko męskie zapachy - bingo! Mężczyźni też powinni być zadowoleni, ponieważ zapach ten jest bardzo klasyczny, zniewalający i ciepły. W składzie znajdują się bergamotka, modrzew, sosna limba oraz ambra. Ideał dla obu płci na zimne miesiące, klasyczne płaszcze i grube swetry. 


Skombinowałam Wam rabat na stronie iKosmetyki.pl. Po zapisaniu się do newslettera przez ten link, zgarniecie 22% zniżki na wszystkie kosmetyki dostępne na stronie. Nie jestem też samolubna - będziecie mogły wygrać mój ukochany krem do twarzy już niebawem. Także już teraz trzymam za Was kciuki i mam nadzieję, że będziecie zadowolone z konkursu ;) 

Wyświetl ten post na Instagramie.

🤔Dziewczyny, tak zupełnie szczerze - używacie naturalnych kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czy raczej nie skupicie na tym żadnej uwagi? 🌿 Ja dawniej kompletnie nie zwracałam na to uwagi, ale jakoś tak, samoistnie moje kosmetyczne wybory zaczęły się skłaniać ku pielęgnacji naturalnej. Wciąż nie zrezygnowałam stuprocentowo z innych kosmetyków, ale nie ukrywam, że moje podejście zmieniło się diametralnie w porównaniu do tego, jakie decyzje podejmowałam kiedyś. 👉🏻Na blogu wrzuciłam Wam właśnie post o kosmetykach włoskiej marki Dolomiti, którą dostaniecie na @ikosmetyki.pl 💙 Pytałam Was, czy znacie tę markę w zeszłym roku i duża cześć z Was nie miała bladego pojęcia, o czym mowa. Dlatego dzisiaj zbiorczy post z recenzjami trzech kroków pielęgnacyjnych według Dolomiti. To pielęgnacja w moim mniemaniu bardziej premium, ale o naturalnych składach. Testuję je już od kilku tygodni i powiem tyle - takiej petardy jeszcze nie miałam! Ideały na zimne miesiące, mocno nawilżające i kompleksowo działające kosmetyki Dolomiti skradły moje serce. A właściwie w końcu ukoiły moją biedną, przesuszoną skórę 💙Więcej znajdziecie w linku w bio ☺️ #dolomiti #naturalnapielęgnacja #pielegnacjatwarzy #pielegnacja #pielęgnacja #skincare #ikosmetyki #ecofriendly #kosmetyki #naturalskincare #eco #fromnature #serum #krem #krempodoczy #kremdotwarzy

Post udostępniony przez Ala ma kota (@alamakotaa)

Dajcie mi koniecznie znać, czy znacie kosmetyki Dolomiti, czy jest to dla Was nowość. Jestem też bardzo ciekawa, jak podchodzicie do sprawy pielęgnacji kosmetykami naturalnymi. Zwracacie na to uwagę? Stosujecie kosmetyki naturalne, czy nie jest to dla Was priorytet?

Hity 2018 - ulubione kosmetyki do makijażu

Tuesday, January 8, 2019 -


'2018 was a year of realizing stuff.'
Powiedziałabym to chcąc zacytować klasyka - Kylie Jenner, ale temat dziś przeze mnie poruszany będzie zdecydowanie lżejszy, niż zajście w ciążę i urodzenie małej Stormie. Dzisiaj pogadamy sobie o moich ulubionych kosmetykach 2018. Zaczniemy od kolorówki, bo ją lubię najbardziej, chociaż nie ukrywam, że w tym roku odkryłam parę pielęgnacyjnych perełek, o których chętnie Wam wspomnę. To w następnym poście. Dzisiaj o makijażu.


TWARZ

W kategorii najlepszego podkładu 2018 wybieram zdecydowanie Deborah Milano Extra Mat Perfection i mój matowy wybawiciel. Nie zliczę ile buteleczek zużyłam (chyba ze cztery), a mam ze trzy w zapasie, więc... to musi być po prostu ulubieniec. Wiem jednak, że coś zaczyna mi się w głowie znów przestawiać i nieśmiało spoglądam w kierunku jakiegoś rozświetlającego (i niematującego) podkładu, więc chyba 2019 poświęcę na poszukiwania ideału w tym kontekście. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie na tym podkładzie mogłam najbardziej polegać. Jest ultratrwały, ultralekki, pięknie wygląda przez cały dzień i nie mam mu NIC do zarzucenia
Niezmiennie kochałam go też w połączeniu z najlepszą bazą, jaką miałam do tej pory - Fenty Beauty, Pro Filt'r Instant Retouch Primer. Sprawdza się u mnie fenomenalnie, głównie dlatego, że stanowi dodatkowy krok pielęgnacyjny - to ideał dla takich wysuszeńców, jak ja. Mimo posiadania cery mieszanej mam skłonności do odwodnienia, więc nie istnieje dla mnie określenie "za dużo nawilżenia". Jeśli jeszcze jej nie próbowałyście - gorąco zachęcam. Korektor, to dla mnie odkrycie 2018 - wszystko dzięki aGwer. Podarowała mi go po powrocie z wakacji w Liverpoolu. Byłam szczerze zaskoczona, że jest tak dobry! Collection, Lasting Perfection Concealer, to już staroć i znają go wszystkie YouTube'owe dinozaury. Mnie było dane odkryć go w tym roku i powiem szczerze - jest miłość. 


O tym pudrze właściwie Wam nigdy nie wspominałam, chociaż nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Kosmetyki Marc Jacobs, to dla mnie często hit or miss, jednak tym razem udało mi się trafić na naprawdę fajny produkt. Wkurza mnie jednak jego siateczka i fakt, że przez to uwypuklone zabezpieczenie na dole wieczka, nie można swobodnie wysypać sobie na nie pudru. Wolę klasyczne opakowania. Nie mam jednak zastrzeżeń w kontekście samego produktu. Fajnie spisywał mi się w ciągu roku, nadawał się do bakingu i pod oczy. Fajnie wyrównywał cerę, nadając lekkiego efektu blur. 




Kolorytu dodawałam sobie przy pomocy ukochanej paletki Filmstar Bronze & Glow od Charlotte Tilbury. To cudeńko oczarowało mnie na dobre i na co dzień używam jej niemal nieustannie. Wciąż jeszcze nie dobiłam dna (i oby stało się to jak najpóźniej), a wysoki pigment tych produktów pozwalał na sprawny makijaż, przy użyciu małej ilości kosmetyku. Kocham! Kocham za ten glow, za piękną naturalność, za luksus i za to, że poprawia mi samoocenę. 
Brak u mnie w tym roku różu, bo mimo że lubię wciąż NARS Bumpy Ride,  o którym pisałam już chyba tryliard razy, to jakoś w 2018 roku odeszłam odrobinę od stosowania tego kosmetyku. Bardziej skupiłam się na bronzerze oraz rozświetlaczu, które zapewniały mi wystarczający look. I choć bardzo chciałam ograniczyć się do jednego rozświetlaczowego wyboru - nie umiem. Na podium, zaraz obok paletki CT znajduje się też rozświetlacz NABLA w kolorze Wave. Głęboko wierzę, że kolekcja DENUDE trafi na stałe do sprzedaży, a przynajmniej rozświetlacze. To prasowany metal, rozświetlacz najmocniejszy na rynku i naprawdę, nie ma drugiego takiego. PO PROSTU NIE MA. Jeszcze nigdy nie widziałam nic mocniejszego i nie wiem, czy da się ten blask przebić.  

USTA

Zdecydownie pomadka Semilac w kolorze Indian Roses, którą sobie po prostu ukochałam i miałam w zwyczaju nosić naprawdę, naprawdę często. To przepiękny odcień cielistego beżo-różu, który ładnie podkreśla moją urodę i nie ukrywam, że marka zaskoczyła mnie niezwykle pozytywnie tymi właśnie pomadkami. Ich formuła jest naprawdę super! Porównałabym ją do najlepszych, wysokopółkowych matowych pomadek, które są dostępne na rynku.

W międzyczasie na polski rynek zawitały też kosmetyki Fenty Beauty,  a ja mimo moich wcześniejszych obaw, zakochałam się na dobre w błyszczyku Gloss Bomb w kolorze Fenty Glow. Kocham go za jego niesamowitą formułę, intensywny blask i przepiękny efekt miliona drobinek na ustach. Bogactwo masła shea sprawia, że usta są przy okazji pielęgnowane, więc nie można od niego chcieć nic więcej.


OCZY I BRWI

Paletka NABLA, Poison Garden zawładnęła moim sercem, choć jak w prawdziwej miłości, nie obyło się bez wad. Co prawda, ma ona ich według mnie niewiele, a więcej możecie o tym poczytać tutaj, jednak chciałabym wyraźnie powiedzieć, że gdy sięgałam po "jakąś" paletkę do makijażu, z reguły była to właśnie ta paletka. Pierwsza przychodziła mi do głowy i zawsze mogłam stworzyć nią coś super. Zarówno lekki makijaż na co dzień oraz taki mocniejszy, na ciekawsze wieczory. 
Miałam wrażenie, że mój makijaż w tym roku zdominowały kosmetyki NABLA, ale okazuje się, że tylko dwa produkty trafiły na koniec roku do ulubieńców, czyli nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. Uff!  Bo już myślałam, że muszę się gdzieś zarejestrować, jako wyznawczyni kultu...


Znów nie potrafię żyć bez maskary Burberry, Cat Lashes. Gdyby nie fakt, że mam miniaturę, a przy okazji otwartych kilka innych, które testuję (oraz parę innych w kolejności), wróciłabym się do Sephory, żeby koniecznie uzupełnić sobie zbiory. Kocham ją za to podkręcenie rzęs oraz fakt, że potrafi je tak utrzymać przez cały dzień. Kocham też za nieosypującą się formułę i długą trwałość. I za superszczoteczkę, która zrobi cudo z każdych, nawet najbardziej lichych rzęs! 


Na brwi stosowałam mój ukochany, "szybki" duet. Kredkę Precisely My Brow od Benefit oraz żel Gimmie Brow. Oba kosmetyki mam w kolorze 03, który jest idealny dla mnie w tym momencie. Nie za brązowy i nie za jasny. W dni, w które nie chciało mi się malować i "robiłam" tylko brwi oraz rzęsy, sięgałam po sam żel. Ma lekki kolor, całkiem dobrą trwałość i moc utrzymania włosków na miejscu. Nie potrzebowałam niczego więcej. Gdy jednak chciało mi się malować trochę mocniej, zawsze używałam do tego duetu. Kredka jest napigmentowana i przyjemnie sunie po skórze. Daje się stopniować i rzeczywiście precyzyjnie maluje. W zespole z Gimmie Brow - naturalnie wyglądające brwi, to pikuś! Polubiliśmy się na dobre ;) 


I to tyle. Chciałoby się powiedzieć, że aż tyle, ale jeszcze pielęgnacja przed nami, także wolę nie przesadzać już dzisiaj ;) Starałam się wybrać tylko te kosmetyki, które rzeczywiście stuprocentowo używałam najczęściej, chociaż ulubieńców mam znacznie więcej, ale przecież nie wysypię Wam tutaj teraz połowy mojego Alexa do wpisu. Bo by było nienormalnie (jakby już nie było ;) ) 

Dajcie znać, jacy są Wasi ulubieńcy zeszłego roku i czy może coś nam się zdublowało ;) Jestem tego bardzo ciekawa! 


Moja kolekcja ulubionej biżuterii

Thursday, January 3, 2019 -


Nowy rok zaczynamy na bogato, więc dzisiejszy temat wydaje się być oczywisty! Mogę o sobie śmiało powiedzieć, że jestem sroką. I choć kiedyś kompletnie nie było to moim słoikiem dżemu, to jednak dzisiaj niejednokrotnie zachwycam się biżuterią, którą mam lub którą mieć będę.*

Niestety jestem uczulona na sztuczną biżuterię i noszenie pierścionków, czy kolczyków z Aliexpress kończy się u mnie zielonymi i niebieskimi odbarwieniami. Dlatego od kiedy pamiętam noszę prawdziwą biżuterię. Tak właśnie pomalutku tworzę swoją kolekcję idealną. Wciąż brak mi w niej kilku elementów, które z tyłu mojej głowy krzyczą "byłybyśmy idealne!", ale nie można od razu mieć wszystkiego.
Zawsze jednak, gdy na swoim profilu na Instagramie pokazuję Wam choćby kawałek jakiejkolwiek biżuterii, dostaję wiadomości co to-skąd to-gdzie to. Dlatego dzisiaj postanowiłam przybliżyć Wam trochę moją kolekcję i choć nie do wszystkiego udało znaleźć mi się bezpośrednie linki (część jest już niedostępna), to myślę, że gdy zobaczycie wszystko z bliska, łatwiej Wam będzie szukać podobnych akcesoriów. 

*Nie ukrywajmy, dobra biżuteria, to spora inwestycja, a ja mam na liście kilka takich dość konkretnych planów, na które muszę zaoszczędzić. Ot tak się w mojej kolekcji nie pojawią. 

PIERŚCIONKI

Bardzo lubię ten element mojej kruszcowej garderoby, jednak wśród moich kilkunastu pierścionków mam dwa, które noszę najczęściej. I mimo to, wciąż czekam na moment, w którym magiczny guzik sam się wciśnie i będę mogła swobodnie nosić kilka pierścionków równocześnie. Na razie mam na to niespecjalną ochotę. Być może też dlatego, że gdy decyduję się na jakiś konkretny pierścionek, z reguły jest on dość pokaźny, rzucający się w oczy i po prostu widoczny.


Ten był moim prezentem-wyborem od taty. Parę lat temu był w mojej głowie czas, w którym zafascynował mnie fakt, że istnieje taki kamień, jak cytryn. Wciąż jestem nim oczarowana i myślę, że kiedyś jeszcze pokuszę się o jakieś kolejne świecidełka z nim w roli głównej. Dorwałam go w Aparcie i wydawał mi się być idealnym, urodzinowym prezentem. Trafiłam w dziesiątkę, bo sięgam po niego chyba najczęściej. Noszę go właściwie do wszystkiego, nie zważając czy jest ku temu okazja, czy nie.


A ten był moim prezentem-wyborem od dziadków. Stwierdziłam, że chciałabym mieć jakiś pierścionek, który będzie mi o nich przypominać. Niestety już go nie dostaniecie, bo przestał być produkowany. Jednak szczerze polecam mieć w swojej kolekcji choćby jedną prawdziwą perłę. Byłam nią tak samo oczarowana w momencie zakupu, co jestem teraz. Ten pierścionek jest dla mnie jednak dużo bardziej elegancki i dystyngowany, dlatego sięgam po niego, jako dodatek do klasycznych sukienek. Uważam, że nie pasuje do normalnych stylizacji na co dzień. 


KOLCZYKI

Moja największa miłość od małej, polskiej firmy z Łodzi, czyli Animal Kingdom - kolczyki z motywem monstery. Są już niestety wyprzedane i była to edycja limitowana. Być może jeszcze kiedyś pojawi się u nich coś podobnego, ale postanowiłam nie zostawiać Was z niczym - tutaj macie link do kategorii z kolczykami. Osobiście ślinię się aktualnie na kolekcję Make a wish. Uważam, że jest prześliczna i bardzo dziewczęca, dlatego być może niedługo coś stanie się moje. Na razie tylko ślinię monitor.

Wracając jednak do tych, dość odważnych kolczyków - KOCHAM. Są wyraźne, zawsze rzucają się w oczy i bałam się odrobinę, że nie będą mi pasować. Jednak nic bardziej mylnego - wyglądają bosko! To właśnie dzięki nim przekonuję się, że pasują mi większe, masywniejsze lub bardziej zwracające uwagę kolczyki. Dodatkowo same kółeczka przygarnęłabym w wersji saute ;)

Co tu dużo mówić. To takie kolczyki, które zagwarantują Wam uwagę otoczenia i pytania koleżanek. Modny ostatnio liść monstery został tutaj przedstawiony w dość niecodzienny sposób wraz ze sznureczkami złotych, cienkich łańcuszków. Cudo! 



Te proste kolczyki, to kwintesencja minimalizmu, w kierunku którego będę chciała zmierzać w moich kolejnych wyborach biżuteryjnych. I chociaż prawdę mówiąc kocham błyskotki zupełnie, jak krab Tamatoa, to czuję, że taka codzienna biżuteria, to coś czego mam deficyt w swojej szkatułce. Proste wzory, linie, koła, trójkąty - to przemawia do mnie najbardziej. Te kolczyki są wręcz ideałem nawet do grubego, wełnianego swetra po same uszy. Niby są takie niewinne i nic w nich specjalnego, ale jakoś dodają uroku i mam wrażenie, że zawsze wyglądam lepiej, gdy mam je na sobie. Polecam szukać takich kształtów! 


Zdaję sobie sprawę, że kolejna propozycja bardzo się Wam spodoba i trochę mi głupio, że ją pokazuję wiedząc, że nie da się ich dostać. Właściwie zawsze dostaję o nie masę pytań i z przykrością muszę powiedzieć, że nie widziałam ich już w WKruk. Mam wrażenie, że już ich nie produkują, ale na pewno znajdziecie modele podobne do nich. Mimo wszystko jednak miał to być post o mojej kolekcji biżuterii i niestety niektóre z tych cacek nie jestem w stanie wygrzebać w Internecie.

W każdym razie, to jedyne tego typu kolczyki w mojej kolekcji i bardzo cieszę się, że je mam. Dawno temu, gdy dostałam je w prezencie, nie byłam do nich szczególnie przekonana, ale z wiekiem dotarło do mnie, że bardzo, ale to bardzo się lubimy i do siebie pasujemy. To kolczyki na specjalną okazję. Wyjątkową randkę, uroczystość, wyjście do teatru. Obowiązkowo do stylowej małej czarnej w akompaniamencie Chanel, Mademoiselle oraz czerwonej szminki. Takie połączenie jest według mnie idealnie seksowne.


BRANSOLETKA

Gdy myślę o tej kategorii, to wiem jedno - dawniej byłam prawdziwą maniaczką bransoletek. Nosiłam ich dużo, często i chętnie. I chętniej sięgałam po srebro, zwłaszcza na początku swojej sroczej drogi. Teraz jestem dużo bardziej zakochana w złocie, do którego podobno trzeba dojrzeć. Ja jednak uważam, że po prostu trzeba odnaleźć takie modele biżuterii, które będą nas zachwycać - wtedy nieistotny jest kruszec, z jakiego powstała. Ta bransoletka oczarowała mnie od samego początku. Te konkretną z kolekcji Queen B znajdziecie tutaj.  I mimo swojego miodowego wzoru, dość nietuzinkowego, jest według mnie idealna do codziennych, zwykłych stylówek. Zwłaszcza, gdy nie mam ochoty na dobieranie do niej czegoś nie-wiadomo-jakiego.  I mimo że jest piękna, i mimo że ją kocham - uważam, że ma ogromny minus: ZAPIĘCIE. Niemal z cudem graniczy zapięcie jej samodzielne, bo kółeczko jest tak małe, a łańcuszek tak wyliczony, że prawie nie daje możliwości manewru. A nawet przy pomocy osób trzecich nie jest to prosta rzecz. Także YES, jeżeli to czytasz, zmień zapięcie, bo jest do bani.

NASZYJNIK

Nie jestem jeszcze przyzwyczajona do tego rodzaju biżuterii i tak naprawdę nie znalazłam jeszcze żadnego łańcuszka, który rozkochałby mnie w sobie na tyle, że mocno chciałabym go nosić codziennie. Marzy mi się coś nieco dłuższego od tego, co prezentuję Wam na zdjęciu, ale nadal w minimalistycznym klimacie. Jeśli uda mi się znaleźć coś sensownego, na pewno podzielę się z Wami radosną nowiną.

Ten kupiłam jeszcze zanim weszła moda na nazywanie ich celebrytkami - czego kompletnie nie rozumiem. Różowe złoto mówiło wtedy do mnie najgłośniej i poszukiwałam czegoś, co  nada się do sweterka, czy sukienki. Niestety łańcuszek ten nie jest już produkowany, więc nie podam Wam bezpośredniego linku do jego zakupu, jednak śmiało możecie dostać wiele podobnych do niego. W poszukiwaniu takich ażurowych elementów wybrałabym się na zakupy do WKruk. Tam najczęściej decyduję się na zakupy biżuteryjne. Choć, warto powiedzieć, że "decydowałam się". Teraz coraz częściej doceniam małe, polskie firmy i twórców, którzy tworzą unikatowe akcesoria.


W tej kategorii postanowiłam również dodać broszkę-pin, która noszona jest przeze mnie bardzo często właśnie w taki sposób, jaki widzicie na zdjęciu. Po prostu w zastępstwie naszyjnika, mam wrażenie że idealnie pasuje do prostych swetrów oraz do prostych, eleganckich sukienek. Motyw ważki bardzo mi się podoba, a tę złoconą wersję jeszcze dostaniecie na stronie Animal Kingdom - w przeciwieństwie do kolczyków, nie jest edycją limitowaną. 


No i na koniec małe pytanie. Może byłybyście zainteresowane taką biżuteryjną wishlistą? Mnie przydałby się taki wpis (usystematyzowałabym sobie konkretne wybory i nie zapomniałabym o żadnym), a wydaje mi się, że mógłby to być ciekawy temat. Co myślicie?

Nosicie na co dzień biżuterię? Wolicie srebro, czy złoto? 

Pielęgnacja ciała zamknięta w jednym pudełku - Clochee, Body Care Set

Friday, December 21, 2018 -


Kto tak, jak ja drży na myśl o tym, że sezon grzewczy mam już pełną parą? I mimo że w domu panuje przyjemne ciepełko, moja skóra nie lubi się z tą porą roku. Staram się włączać do pielęgnacji trochę więcej produktów z bogatą formułą. Zasadę "lekka konsystencja - dobre działanie" wprowadzam zarówno w pielęgnację ciała, jak i twarzy. Dziś jednak chciałabym Wam opowiedzieć o tym, jak dbam o swoją skórę pod prysznicem i zaraz po nim. 

O marce Clochee już u mnie słyszeliście. Pisałam o kilku produktach do pielęgnacji twarzy, które miałam okazję testować we wpisie tutaj. Już wtedy wiedziałam, że będę chciała sprawdzić jeszcze kilka produktów tego producenta. Tym razem padło jednak na jeden z zestawów świątecznych. W asortymencie dostaniecie trzy warianty: do oczyszczania twarzy Facial Cleansing Set(89zł), w którym znalazł się relaksujący płyn micelarny oraz łagodzący tonik antyoksydacyjny; do nawilżania twarzy Facial Skin Care (199zł), w którym znalazło się serum odżywczo-odmładzające oraz krem przeciwzmarszczkowy na dzień. I mamy też zestaw do pielęgnacji ciała Body Care Set [109zł], gwiazda dzisiejszego wpisu, w którym znalazł się orzeźwiający olejek do mycia ciała oraz lekki balsam nawilżający. Każdy z tych zestawów skrywa w sobie dwa uzupełniające się nawzajem kosmetyki, które zapakowano w prezentowy kartonik. Co więcej, sam zestaw naprawdę się opłaca, bo jak możecie się domyślać, cena jest promocyjna i dwa kosmetyki kupione oddzielnie wyniosłyby nas więcej. 

Zestaw Clochee, Body Care Set 

W zestawie Clochee, Body Care Set  znajdziecie balsam oraz olejek pod prysznic. W niebieskim kartoniku, który solidnie zabezpiecza oba produkty, skryto tajemnicę idealnie gładkiej skóry. Orzeźwiający olejek do mycia ciała stał się w tym roku moim ulubieńcem. Z resztą, nie tylko moim. Po szybkim przejrzeniu czeluści Internetu, znalazłam całe mnóstwo pozytywnych opinii pod jego adresem. I wcale mnie to nie dziwi. Olejek delikatnie oczyszcza skórę, przy okazji ją pielęgnując. W składzie znajdziemy między innymi ekstrakt z pomarańczy, winogron oraz ogórka. Za odpowiednie nawilżenie odpowiadają również dwa oleje - sezamowy oraz ze słodkich migdałów. Najbardziej jednak podoba mi się w nim jego zapach. Kocham Earl Grey i powiem szczerze, że mogłabym mieć takie perfumy. Nosiłabym je chyba codziennie!


Lekki balsam nawilżający, o zapachu pomarańczy i chili, to hit! Jego zapach długo utrzymuje się na skórze, a lekka konsystencja wchłania się w mgnieniu oka. Formuła jest przyjemna i dostarcza umiarkowanego nawilżenia - takiego w sam raz na aktualne potrzeby mojej skóry. W składzie znajdziemy również olej ze słodkich migdałów oraz kompleks kwasów tłuszczowych omega 3,6,9. Te ostatnie odpowiadają za intensywną regenerację skóry, tak potrzebną, gdy za oknem zima. To już drugie opakowanie w moich zbiorach. Co prawda, jeszcze nie skończyłam pierwszego, ale jestem już na dobrej drodze, żeby niebawem się to stało. Sam produkt jest dla mnie wielofunkcyjny. Nie przepadam za tłustymi kremami do rąk, dlatego używam tego kosmetyku również w tej formie. Stoi sobie u mnie przy umywalce w łazience i za każdym razem, gdy myję ręce, staram się pamiętać też o tym, żeby wmasować choćby jedną pompkę w skórę dłoni.


Oba produkty wyposażone zostały w pompkę, co uważam za najrozsądniejszą decyzję w tej kwestii. Nie lubię babrać się w słoiczkach balsamów i taka forma odpowiada mi najbardziej. Jest higienicznie, ale przy okazji bardzo praktycznie.

Cieszę się, że udało mi się trafić na te dwa produkty. Podejrzewam, że gdyby nie to, wciąż szukałabym ideału na zimowe wieczory. Jeśli się zastanawiacie, gdzie dostaniecie produkty Clochee – podpowiadam! Punkty stacjonarne możecie odwiedzić w Szczecinie (ul. Ks. Bogusława X 10/2) oraz w SPA w Warszawie (ul. Nowolipki 13). I jeszcze w sklepie online.

A jak Wy dbacie o swoje ciało o tej porze roku? 

Charlotte Tilbury, Filmstar Bronze & Glow

Sunday, December 9, 2018 -


Nie powiem, ile czasu zajęło mi napisanie tej recenzji, ale niech podsumuje mnie termin zakupu tego kosmetyku. Jego pierwsze użycie przypada na mniej więcej marzec tego roku. Mogę więc śmiało powiedzieć, że wiem o nim już niemal wszystko i moja opinia jest recenzją z krwi i kości. Dlatego dzisiaj nastał ten dzień i zajmiemy się moim najdroższym kosmetykiem w zbiorach (i równocześnie jednym z moich top of the top), Charlotte Tilbury Filmstar Bronze & Glow Face Sculpt Highlight Contour Palette. 


Jego złote opakowanie jest po prostu prześliczne. Nie dość, że marka stawia na detale (zarówno kartonikowe opakowanie jest dopracowane w każdym szczególe, jak i np. na lusterku widnieje mała gwiazdka). Przyozdobione złotymi promieniami, skrywa w sobie dwa produkty do makijażu twarzy. Pięknie wytłoczone pudry dają nieskazitelny efekt. Szampański, odrobinę brzoskwiniowy, lekko beżowy rozświetlacz daje piękny blask, który nazwać można połyskiem. To zdecydowanie kosmetyk skierowany do tych z Was, które lubią stawiać na naturalnie wyglądającą skórę. Jest zaskakujący, bardzo elegancki i subtelny, ale równocześnie daje zauważalny efekt.

Strona z bronzerem, to ideał dla takich bladziochów, jak ja. Ma w sobie odpowiednią ilość ciepłych i chłodnych pigmentów, dzięki czemu zarówno lekko opala, jak i konturuje. Nie wygląda brudno na skórze, dodaje jej blasku i koloru. Tak, jak rozświetlacz, ma trochę drobinek, których nie widać bezpośrednio na twarzy, a które to równocześnie dają bardzo zdrowo wyglądający efekt. 


Lubię używać tego produktu również do makijażu oczu, zwłaszcza gdy nie chce mi się za bardzo starać. Wtedy makijaż jest pięknie spójny i nie ma prawa źle wyglądać. Bronzer ląduje w załamaniu powieki, rozświetlacz na ruchomą powiekę oraz w wewnętrzny kącik, a ja przy minimum pracy i wysiłku, wyglądam naprawdę świetnie (nieskromnie mówiąc :D ). Nie ukrywam też, że uważam go za swój ulubieniec w kwestii makijażu twarzy. Sięgam po niego praktycznie ciągle, czasami zmieniając go na przelotne romanse, po których szybko wracam. Jest niespotykanie wydajny. Mam go już blisko rok, a wciąż nie widzę w nim dna (i tfu, tfu, mam nadzieję, że jeszcze długo go nie zobaczę). 

Jest tylko jedna wada tego kosmetyku. Jego zawrotna cena - 49 funtów. Nie jest trudno sobie policzyć, że w Polsce produkt ten będzie kosztować około 300-350zł. To sporo, jak na jeden kosmetyk, choć powiem szczerze, że nie żałuję żadnej wydanej na niego złotówki. Tak, jest drogi, ale kupujemy tutaj coś więcej, niż tylko świetnej jakości produkt, z którego - gwarantuję - będziecie zadowolone każdego dnia. To również ukłon w kierunku próżnej strony kobiecej duszy, tej która chce pławić się w złotym luksusie, chce sobie kupić produkt, którego używają największe nazwiska na świecie. I chce wyglądać, jak błyszcząca bogini z wybiegów Victoria's Secret. 

na policzkach duo od CT

Charlotte Tilbury, to marka, na którą chrapkę ma chyba każda kobieta na świecie. Ideą stojącą za tymi kosmetykami jest przede wszystkim podkreślanie urody - nigdy "przebieranie się" przy użyciu makijażu. Focus na skórę i luksus bijący nie tylko z opakowań, ale też na twarzy modelek, które noszą makijaż CT jest zniewalający. 

Podobno - bo to nie jest jeszcze potwierdzone info - marka pojawi się w przyszłym roku w Polsce. Nie ekscytujcie się tym jeszcze za mocno, PR Manager Sephora Polska jeszcze nie powiedział, że to pewne na 100%. Nie mniej, CT pojawiła się w tym roku w Sephorze hiszpańskiej oraz niemieckiej. Można więc śmiało przypuszczać, że Polska może być jedną z kolejnych destynacji. 


W swoich zbiorach mam jeszcze jeden produkt od Charlotte i jest to kultowy już odcień szminki, czyli Pillowtalk. Z chęcią napiszę Wam o niej trochę więcej przy kolejnej okazji. 

Dajcie znać, czy czekacie na pojawienie się CT w Polsce! Macie jakieś kosmetyki tej marki? 

LE VOLUME RÉVOLUTION DE CHANEL

Monday, November 19, 2018 -

chanel-le-volume-revolution-de-chanel-tusz

LE VOLUME RÉVOLUTION DE CHANEL, to nowość na rynku kosmetycznym, o której nie mogłabym tutaj nie wspomnieć. Dlatego po kilku tygodniach intensywnych testów, mogę Wam w końcu powiedzieć, co sądzę o najmłodszym dziecku Chanel.


Poczytaj też o: 

Maskara została zamknięta w klasycznym opakowaniu, któremu nadano nowoczesnego wymiaru. Gładka czerń buteleczki została designersko ozdobiona rysami, które mają nadawać cyberklimatu. Szczyt oczywiście znów przyozdabia wytłoczone logo marki Chanel.

chanel-le-volume-revolution-de-chanel-maskara

To pierwszy raz, gdy tusz do rzęs został wyposażony w szczoteczkę wydrukowaną metodą technologii 3D. Sama szczoteczka jest dość niespotykana, więc śmiało można ją nazwać powiewem świeżości w branży, gdzie wydawać by się mogło, że widziało się już wszystko. Jej specyficzna budowa wyposażona została w nieregularne, ziarniste wypustki, które są tutaj zamiast włosków typowej, klasycznej szczoteczki. Mamy dzięki temu narzędzie, które wydobywa z wnętrza odpowiednią, wystarczającą do jednego użycia ilość produktu.

maskara-Chanel

drogi-dobry-tusz

Jestem fanką klasycznej wersji La Volume de Chanel już od wielu lat. Moja pierwsza styczność z tym tuszem wyjaśniła mi, dlaczego miliony kobiet na świecie ukochały sobie ten kosmetyk. Tym razem, La Volume RÉVOLUTION  de Chanel (169zł/6g) jest kwintesencją tradycji, która poddaje się trendom i progresowi. Wychodzi to w tym wypadku bardzo korzystnie i przyznam szczerze, że efekt na rzęsach mnie powalił. Wiem jednak, że tusz ten zbiera swoje zwolenniczki i przeciwniczki - kilka z Was napisało mi, że nie jesteście zadowolone z efektu. Dostałam jednak dużo więcej wiadomości "na tak" na moim Instagramie i śmiem twierdzić, że walka jest tutaj w stosunku 30:70 dla tych pań, które są zadowolone.


Rzęsy są przede wszystkim mocno rozdzielone i wydłużone. To efekt, na którym zależy mi właściwie najbardziej. Nie mogę też narzekać na ich podkręcenie - szczoteczka sprawia, że naprawdę wydają się być zupełnie inne, niż w rzeczywistości bez grama makijażu. Samo tuszowanie rzęs jest bajecznie proste, choć na początku obawiałam się, że ciężko mi będzie się przestawić na tego typu szczoteczkę. Najlepszą metodą okazała się być ta, która jest sugerowana przez producenta, czyli przeczesywanie rzęs jednym ruchem od nasady aż po same końce, przy okazji wykonywania delikatnego zygzaka. I powiem szczerze, że ta technika wydaje się być najskuteczniejsza. 


najlepszy-tusz-chanel

Nie mogę również złego słowa powiedzieć odnośnie trwałości. Formuła jest idealna od pierwszego użycia (nie musiałam czekać aż tusz odrobinę podeschnie, choć nawet w trakcie używania wydaje się być coraz lepszy). Maskara nie osypuje się w ciągu dnia oraz nie odbija na dolnej powiece, co ostatnio jest dla mnie bardzo istotne (to w kontekście testowania kolejnego, nowego tuszu, aczkolwiek innej marki, o którym na blogu już niedługo).  Zawarte w kompozycji woski (pszczeli oraz ryżowy) zapewniają efekt prawdziwych firanek. Do całości dorzucono jeszcze prowitaminę, którą wzmacnia rzęsy dodatkowo je pielęgnując.

jaki-tusz-najlepszy

Czy na co dzień używacie wysokopółkowych maskar? Znacie tę nowość od Chanel? Co o niej myślicie? 


Givenchy, Rouge Interdit

Tuesday, November 13, 2018 -

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red

Kolorówka marki Givenchy, to dla mnie nowość. Co prawda mam w swoim posiadaniu jeszcze dwa produkty (o jednym z nich napiszę już niebawem), ale poznaję się z tą marką dopiero teraz. Dość późno, jak na moją makijażową  przygodę z kosmetykami. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że dawniej lubowałam się przede wszystkim w snobistycznych produktach kolorowych z logo. I to się nie zmieniło, wciąż je kocham, wciąż testuję, kupuję, sprawdzam. Tylko przestałam o nich pisać i po jednej, bardzo szczerej rozmowie z osobą, z której zdaniem się bardzo liczę w mojej blogowej działalności, doszłam do wniosku, że bardzo odeszłam od tego, w jakim kierunku długo mój blog podążał. Czas do tego wrócić. Dlatego dzisiaj wrzucam Wam opinię o kolejnym produkcie kolorowym, który dostaniecie w tej lepszej sekcji produktowej polskich perfumerii. 


Pomadka Givenchy, Rouge Interdit (145zł) została zamknięta w czarnym, smukłym i bardzo eleganckim opakowaniu z nadrukowanym logo marki. Sam sztyft wyciągamy pociągając za sznureczek, kultowy już element designu pomadek marki Givenchy. Aksamitny materiał pomaga odbezpieczyć produkt, niczym kosmetyczny granat pełen barw. 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red

Jej kolor został okrzyknięty barwą "zakazaną" ( francuskie interdit oznacza właśnie zabroniony). Ozdobiony symbolami gwiazd, choć w pierwszej chwili może i słusznie przypomina o świątecznym klimacie, został zainspirowany również motywami Givenchy Couture. Pomadkę określiłabym, jako satynową. Jej perłowoczerwona barwa na myśl przywodzi mi metaliczny trend, który królował w tym roku podczas Sephora Open Door. Odbijające światło pigmenty mienią się i optycznie powiększają usta. Sam kolor jest intensywny i moim zdaniem bardzo świąteczny. W składzie znajdziemy olejki i odżywczy ekstrakt z czarnej róży. A szminka zapewnia ustom prawdziwy komfort i nawilżenie. 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-czerowna-szminka

Tył sztyftu został przyozdobiony gwiazdami, natomiast front został udekorowany logo marki Givenchy. Klasycznie ścięta pomadka daje komfortowe wykończenie i prostotę aplikacji swobodnie sunąć po ustach. Barwę określiłabym, jako winną czerwień o niebieskim tonie, ale równocześnie neutralnym zabarwieniu. Jest mocna, intensywna, bardzo kobieca i rzucająca się w oczy. Napakowana została błyskotkami, które pozwalają uzyskać efekt metalicznych ust. Nie jest to jednak tani brokat, na próżno więc szukać grubych drobin. Formuła jest delikatna.

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-swatche

W związku z tym, że jest to szminka w sztyfcie o nawilżającym wykończeniu, nie dziwi mnie fakt, że nie mogę jej trwałości porównać na przykład do szminek matowych. Jednak, jeśli jeszcze kiedykolwiek przeczytam w sieci takie porównania i dyskredytację pomadek nawilżających w związku z tym, przysięgam że zejdę na zawał. Kremowe i nawilżające, odżywcze wykończenia nie mają takiej trwałości, niestety. Choć dla mnie -stety. Wolę bowiem piękne i dobrze wypielęgnowane usta oraz pomadkę, którą będę musiała poprawić, niż suche na wiór wargi, a na nich skorupa z kolorowego produktu. Pomadka Rouge Interdit ma satysfakcjonującą mnie trwałość i przede wszystkim, dobrze się "zjada". Pozostawia na ustach trochę koloru, jakby barwiąc usta i nie tworzy dziur oraz prześwitów. Bez problemu daje się dokładać, a jej jedwabista konsystencja nie pozwana na przesadzenie z ilością produktu na wargach. Jestem oczarowana kolorem. Ostatnio wracam do czerwieni! 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-makijaz

Czy zainteresowała Was ta limitowana nowość? Lubicie czasami poszaleć i kupujecie sobie produkty z wyższej półki? 
DO GÓRY