Pędzelki Hulu Brushes - prawdziwa REWELACJA za niewielkie pieniądze!

Monday, July 16, 2018 -


Sporo czasu temu obiecałam Wam, że w końcu napiszę dla Was w post o moich pędzelkach Hulu Brushes. Mam je już kilka dobrych miesięcy i sądzę, że ten czas to właśnie ideał pod względem tego, aby stwierdzić, czy coś warto, czy nie warto kupić. Dlatego dzisiaj przybliżę Wam trochę te modele, które posiadam i opowiem, co o nich sądzę.

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości marki Hulu Brushes miałam okazję przyjrzeć się bliżej całemu zestawowi pędzli do makijażu twarzy i oczu. W przesyłce pr, którą otrzymałam, znalazłam 12 pędzelków, które zostały dobrane w taki sposób, abym bez problemu, swobodnie mogła wykonać idealny makijaż. Marka Hulu Brushes jest stosunkowo młoda, a za tworzeniem tych cudnych kształtów pędzli, stoi nie kto inny, jak Daniel Sobieśniewski. Pewnie większość z Was, która choć odrobinę śledzi świat makijażu wie, że jest to jeden z bardziej uznanych makijażystów w Polsce. Dlatego jeśli za tworzeniem produktu stoi ekspert, ja już wiem, że będzie naprawdę ciekawie! 

I tak jest! Pędzle są niesamowicie miękkie, choć wykonane zostały z różnego rodzaju włosia. Część z nich stworzono z naturalnego włosia kozy, czy kucyka pony, a część jest w pełni syntetyczna. Drewniane trzonki zostały obite srebrnymi skuwkami. 

Pędzle do twarzy Hulu Brushes 

P10, to wielka kulka syntetycznego włosia, która przeznaczona jest do nakładania pudru na całą twarzy lub jej wybrane partie, na przykład do aplikacji bronzera. 

P12, to również pędzel wykonany z syntetycznego włosia. Ten kształt idealnie sprawdzi się do aplikacji podkładu. Takich flat topów według mnie - nigdy dość. 

P20, to skośny pędzel (również wykonany z włosia syntetycznego). Sprawdzi się dobrze w roli narzędzia idealnego do aplikacji bronzera, czy różu. 

P24, to syntetyczna kuleczka, która idealnie nada się do kilku zastosowań. Po pierwsze - fajnie przypudruje okolicę pod oczami - git! Po drugie - można nią precyzyjnie wykonturować kości policzkowe (ale to zadanie dla bardziej wtajemniczonych). Po trzecie - lubię ją do aplikacji różu na policzki. 



Pędzle do oczu Hulu Brushes 

Pędzle do oczu z podstawowej-pierwszej kolekcji, którą miałam niedawno okazję i przyjemność testować, to osiem modeli idealnie stworzonych do modelowania kształtu oka i brwi. Przede wszystkim mamy tutaj aż cztery puchacze. 


P50
, to pędzelek z włosia syntetycznego, do którego jako jedynego, muszę się przyczepić. Ale głównie przez osobiste preferencje. Ma on bowiem krótki trzonek, którya mnie osobiście nie do końca pasuje. Wolę zwykłej, standardowej długości pędzelki, ale wiem, że wielu profesjonalnym makijażystkom, taki rodzaj skuwek jest bardzo przydatny, więc moje "nope" jest pewnie Waszym "yaaas". Można nim fajnie rozblendować cienie w złamaniu i nanieść precyzyjnie rozświetlacz (np. pod łuk brwiowy). Ja jednak przez ten trzonek, rzadko po niego sięgam. 

P32, to pędzelek z naturalnego włosia kucyka pony (what? <3) przeznaczony do blendowania cieni. Dla mnie to jednak pędzelek do wielu zadań. Możecie nim zarówno przypudrować całą powiekę, jak i zaznaczyć załamanie, rozblendować większość cieni, nałożyć coś ciemniejszego w zewnętrznym kąciku, coś jaśniejszego w wewnętrznym, rozblendować dolną powiekę. Tak naprawdę - da się nim zrobić wszystko. I jest niezwykle mięciutki. 

P36, to pędzelek z włosia naturalnego (koziego), który jest już zdecydowanie większą kuleczką do blendowania. Jest wręcz idealny i mogłabym się nim miziać godzinami. Używam go głównie do rozcierania załamania i korygowania wszystkich błędów, jakie tylko popełnię. Kilka ruchów tym pędzlem i nie ma śladu po tym, że przed sekundą przesadziłam z jakimś kolorem. 


P30, to pędzelek z naturalnego włosia koziego, przeznaczony zarówno do blendowania cieni w załamaniu, jak i do aplikacji na dolną linię rzęs. Właśnie tak go najczęściej używam. Od razu nakładam i blenduję dolną linię rzęs za jednym zamachem, nie tracąc czasu, jeśli go akurat za bardzo nie mam.


















Prócz takich miotełek do blendowania cieni, znalazły się też takie modele, jak: 

P44, to pędzel wykonany z włosia syntetycznego. Całkowity hit! To najmniejszy, najcieńszy pędzelek do precyzyjnego modelowania brwi (albo eyelinera), jaki mam w swojej kolekcji. Nie ma sobie równych! Cieniutka Zoeva, to przy nim niezły grubas! Jest ekstra. 

P34, to syntetyczny pędzelek do aplikacji korektora. Najlepiej sprawdza się mi się do nakładania korektora/bazy do tak zwanego makijażu w stylu halo lub do zwyczajnego cut crease. 

P46, to kolejny pędzelek wykonany z włosia kozy. Jego malutki kształt sprawia, że jest wręcz idealną kuleczką, która świetnie sprawdzi się zarówno do precyzyjnego nakładania cieni na dolną powiekę, jak i do zaznaczania zewnętrznego kącika oraz rozcierania górnej linii rzęs. 

P28, to pędzel wykonany z włosia kucyka pony, który idealnie nada się do nakładania cieni na ruchomą powiekę. 


Nie rzucę słów na wiatr mówiąc, że jakość tych pędzli jest na równi (a można nawet i lepsza) niż jakość pędzli Zoeva. Puchacze do blednowania cieni do powiek są moimi absolutnymi ulubieńcami i szczerze przyznam, że nie wyobrażam sobie już bez nich życia. Większość pędzli, które posiadam są teraz traktowane przeze mnie po macoszemu. Hulu zawładnęło moim sercem! 

Prałam je już kilkukrotnie i nic złego się z nimi nie wydarzyło. Włosie się nie gubi, nie zostaje na twarzy, czy na powiekach. Trzonki trzymają się świetnie, napisy się nie ścierają a skuwki trzymają wszystko na swoim miejscu. A do tego, nie wiem, czy wiecie, ale cena tych pędzli naprawdę jest interesująca. Jest bowiem niezwykle przystępna! A jakość, jaką za nią otrzymujemy... Dziewczyny, to wręcz magia! ;) 

Kolekcja pędzli Hulu Brushes wzbogaciła się w nowe modele, których testy dopiero rozpoczęłam. O nich wspomnę Wam na pewno jeszcze nie raz, bo już teraz wiem, że na przykład ten do rozświetlacza, będzie moim totalnym ulubieńcem. 

A teraz dajcie mi koniecznie znać, czy już słyszałyście o pędzlach Hulu Brushes? 

Nowa, rozświetlona kolekcja NABLA DENUDE Collection!

Thursday, July 5, 2018 -



Nabla nie przestaje zaskakiwać, prawda? Dopiero co pokazywałam Wam najnowszą kolekcję Close Up, a już za kilka dni na rynku pojawi się totalna nowość. Dlatego szybciutko zabrałam się do pracy, by jeszcze dziś pokazać Wam najnowszą kolekcję z bliska. W końcu, premiera już za tydzień! 

Kremowe rozświetlacze GLOWY SKIN Extra Glam Highlighter Stick 


W tej wakacyjnej kolekcji pełnej blasku, zaczynamy od kremowych rozświetlaczy w sticku Glowy Skin Extra Glam Highlighter Stick. Część z tych kolorów doskonale nada się do użytku, jako kremowe róże o nietypowych, niestandardowych barwach. Do wyboru jest aż pięć odcieni, które zostały zamknięte w wykręcanym pojemniczku. Design całej kolekcji, jak zwykle zachwyca. Co tu dużo mówić, są to produkty IDEALNE na piękne zdjęcia. Cieliste barwy zostały skontrastowane przepięknym odcieniem rose gold. Dzięki czemu ma się nieodparte wrażenie, że opakowania zostały zanurzone w płynnym złotku. 


Formuła jest bardzo kremowa i jedwabista. Myślę, że sprawdzą się świetnie, jako tak zwany wstęp przed konkretnym rozświetlaczem prasowanym. Ich blask na pewno podbije kolor każdego z kolejnych nałożonych produktów. Dobrze też będą wyglądać solo, jeśli zależy Wam na mokrym, naturalnym efekcie. W opakowaniu znajduje się 5.1g produktu. 


Dostępne kolory Glowy Skin Extra Glam Highlighter Stick, to: 

Maybe Baby, to zgaszona, lekko rudawa brzoskwinia. Zdecydowanie na policzki, jako róż. Myślę, że idealnie sprawdzi się do takich naturalnych, przyprażonych słońcem looków. 

Desert Rose, to jeden ze sticków, które nadadzą się do aplikacji, jako róż do policzków. Jego kolor jest dość nieoczywisty, ponieważ  brązowa podstawa rozświetlacza, została tutaj zmieszana z różówą poświatą. 

Nude Job, to dla mnie kolejny ze sticków, który można śmiało używać, jako róż do policzków. Fajnie sprawdzi się też w roli kremowego cienia do powiek. Jest zdecydowanie bardziej brązowy, więc na skórę twarzy mogą po niego sięgnąć posiadaczki mocniejszej opalenizny. 

Beige Mirage, to kolor który będzie pasować każdej, nawet delikatnie opalonej kobiecie. Jest beżowo, ale w kierunku szampańskiego odcienia złota. Powiem szczerze, że ten odcień niezwykle przypomina mi kolor rozświetlacza Charlotte Tilbury. Jest pięknie i jak z czerwonego dywanu! 

Surreal, to dość niepozorny kolor. W opakowaniu wydaje się być bardzo żółty i nie zachwyca. Jednak po wpracowaniu w skórę ujawnia się nierealne piękno tego koloru. Jest trochę unicorn, ale tak w granicach rozsądku. Jego jasna, cielista podstawa, mieni się w świetle słonecznym na różowo-wrzosowy odcień.

Prasowane rozświetlacze Hightlighter DENUDE Collection


Nowe prasowane rozświetlacze, to coś na co czekałam najbardziej! Jako miłośniczka błysku, aż zapiszczałam, gdy je otworzyłam. Są PRZEPIĘKNE! Już nie mogę się doczekać, aż zacznę ich używać na co dzień, żeby dać Wam znać, czy są warte grzechu. Jednak to co widzę na swatchach na swojej ręce, jest już obietnicą pięknej, makijażowej miłości. Cieliste opakowania rozświetlaczy z kolekcji NABLA DENUDE Collection są kartonowe oraz wyposażone zostały w zgrabnej wielkości lusterko. W opakowaniu znajduje się 10g produktu. 

U mnie rozświetlacze się nie marnują. Kocham je miłością nieograniczoną i jestem świecie przekonana, że nawet te ciemniejsze odcienie w jakiś sposób wykorzystam. Najpewniej, jako cienie do powiek. 



Venus Sand, określiłabym jako najjaśniejszy z kolekcji. Ma w sobie całkiem sporo różowych tonów, dzięki czemu jest chyba najbardziej dziewczęcy. Tak, jak cała czwórka, mieni się w odcieniach złota i daje przepiękną taflę. 

Savage, to bardzo odważny odcień złota. Nieco ciemny, ale biorąc pod uwagę pogodę za oknem i te upały, pewnie tylko ja wyglądam, jak córka młynarza. To odcień idealny do stworzenia makijażu w stylu JLo. 

Wave, to najbardziej szampański z odcieni i wydaje mi się również, że będzie moim ulubionym. 

Sundance, czyli najciemniejszy z dostępnych odcieni. Jest brązowo-złoty, choć widzę w nim odrobinę ciepłych, ceglastych tonów.


Kremowe cienie METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow 

W kolekcji znalazły się też cztery nowe kremowe cienie do powiek METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow. Podczas ujawnienia przez markę NABLA nowości, które będą wchodzić w skład kolekcji, niespecjalnie byłam zachwycona faktem, że pojawią się w niej kremowe cienie. Być może dlatego, że rzadko po nie sięgam. Chyba jednak będę musiała zdanie, bo te cienie wydają się być idealne do odcinania Cut Crease.

Ich opakowania przypominają odrobinę małe błyszczyki. W środku znajduje się aplikator, mięciutka gąbeczka, która pozwala na swobodne wydobycie produktu z opakowania, które jest po prostu przepiękne! Wygląda, jakby ktoś zanurzył je w płynnym złocie. Dół jest już gradientem i dzięki temu widać, jaki kolor cienia znajduje się w środku.


Odcienie METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow, to: 

Lost in Paradise, czyli przepiękny odcień rose gold. Napakowany - tak jak każdy jego kolega - drobinkami. Zapewnia taflę, ale też ujawnia mnóstwo większych drobinek. Przepięknie odbija światło i daje się stopniować. Od lekkiego, pół-transparentnego po mocne, intensywne krycie. 
Golden Hour, to odcień napakowanego złotem brązu. 
Sideral Shell, to bardzo ciekawy odcień różu, który mieni się na lekki, fiołkowy fiolet i ma w sobie całe mnóstwo srebrno-platynowych drobinek. 
Etheral, to szampańskie złoto pozostawione w ciepłej tonacji. 

Pomadki CULT CLASSIC Long-Wearing Lipstick 

W skład nowej kolekcji NABLA DENUDE, weszły też kremowe pomadki CULT CLASSIC Long-Wearing Lipstick. Są oczywiście zamknięte w klasycznym, cielistym opakowaniu. Skuwki zostały zaś pokryte złotem. W opakowaniu dostajecie 3.2g produktu o niezwykle ładnym, słodkim zapachu. 




Dostępne jest pięć nowych odcieni: 

MAGNOLIA, która jest najjaśniejszą z kremowych odcieni nude, które możecie dorwać w tej kolekcji. Zdecydowanie się w niej zakochałam i myślę, że to jest właśnie ten odcień, który podoba mi się najbardziej (choć serce mocniej mi też bije do tej pięknej czerwieni). 
JOLIE, to zgaszony róż, który ma w sobie całkiem sporo tonów mauve. Jest niezwykle kobiecy i będzie pasować do większości typów urody.
BODY LANGUAGE, to najciemniejszy z odcieni nude. Zdecydowany, bardzo intensywny odcień czekolady. 
RED LANTERN, czyli klasyczna czerwień. Chciałabym powiedzieć, że nie mam jeszcze takiej w swojej kolekcji, ale nie wiem, czy bym nie skłamała. Mimo wszystko, wydaje się być dość unikatowa (mówię tak o każdej nowej, czerwonej pomadce, więc mnie nie słuchajcie). Jest neutralna, zatrzymana pomiędzy niebieskimi tonami wybielającymi zęby, a ciepłymi które ożywiają look. 
TOUCH ME, czyli piękny, mleczno-czekoladowy nude. Już na Instagramie mówiłam Wam, że te dwa odcienie cielistości podobają mi się najbardziej, więc nie ukrywam, że będą to moje wybory idealne do katowania na co dzień! 

Konturówki VELVETINE

Do każdej z pięciu nowych pomadek Cult Classic Long-Wearing Lipstick, stworzona została konturówka Velvetine. Każda z nich jest kremowa i dobrze napigmentowana oraz dedykowana swoim odpowiednikom w postaci pomadek i nosi identyczną nazwę, jak pomadka (z wyjątkiem Rosy Magnolia). 


Kosmetyczka i pędzelek do rozświetlacza Highlighter Brush 

W kolekcji NABLA DENUDE Collection znalazły się jeszcze inne nowości. Mam tutaj na myśli malutki pędzelek syntetyczny, który wydaje się być idealny do rozświetlacza oraz cielistą kosmetyczkę, która mimo niewielkich rozmiarów, wydaje się być nawet dość pakowna. Jeśli jednak chodzi o pędzelek, to jestem wstępnie zadowolona z jakości włosia. Nie wiem natomiast co sądzić o skuwce, która wydaje się być bardzo... plastikowa. Żałuję też, że zamiast czerwonego, nie użyto tutaj koloru nude. Ale to już po prostu czepialstwo z mojej strony.  

Cała kolekcja trafi do sprzedaży 12 lipca. Niestety nie znam jeszcze dokładnych cen, jakie będą obowiązywać w Polsce, ale na pewno edytuję post o te dane, gdy już się dowiem. Dostaniecie ją na stronie producenta, a w Polsce dorwiecie ją w takich miejscach, jak na przykład Minti Shop lub Drogeria Pigment. 

Wpadło Wam coś konkretnego w oko? 

MAKEUP MENU: Makijaż jedną marką - AFFECT

Wednesday, July 4, 2018 -


Wracamy z serią MAKEUP MENU! Dawno już tego nie było, zaniedbałam kwestię publikacji makijaży na bloga i pora do tego wrócić! O kosmetykach marki Affect zdarzyło mi się już wcześniej pisać, także jeśli jesteście ciekawe, co sądzę o paletce Naturally Matt, zapraszam na wpis

Jeśli jeszcze nie znacie tej polskiej marki kosmetyków do makijażu, serdecznie Was zachęcam do poznania jej bliżej. Jestem wręcz przekonana, że nie przejdziecie obok niej obojętnie. Głównie ze względu na fenomenalną jakość. 

Jako pierwszy krok makijażu oka zawsze wybieram bazę pod cienie. Nie wyobrażam sobie bez niej funkcjonowania z prostego względu - moje powieki są bardzo wymagające. Nie mam tam idealnej skóry w tym obszarze i wymaga ona szczególnego przygotowania. Tak, aby makijaż trzymał się na tyle długo, na ile da radę. Baza pod cienie Long Lasting Effect, to produkt który został zamknięty w słoiczku. I generalnie, to dla mnie jedyny mankament tego kosmetyku.


Personalnie nie przepadam za korektorami, czy bazami zamykanymi w takich opakowaniach. Głównie ze względu na fakt, że często mam długie paznokcie i nie używam do aplikacji bazy pędzelków. Póki jednak paznokcie są krótkie, nie ma żadnego problemu. Baza jest jedwabiście gładka i dość łatwo wydobywa się z opakowania.  Wklepuję odrobinę w ruchomą powiekę i przechodzę do aplikacji cieni. Szybko zastyga i ładnie chwyta kolorowe produkty, nie powodując przy okazji żadnych plam. To na plus!


Paletką, której użyłam do dzisiejszego makijażu jest oczywiście znana Wam już doskonale Pure Passion. Paletka idealna do wykonywania makijażu ślubnego, jedna z piękniejszych i lepszych na rynku. I nie rzucam tutaj słów na wiatr - cienie Affect są naprawdę fenomenalne i powie Wam o tym każdy dobry makijażysta. Pure Passion powstała przy współpracy z Karoliną Matraszek, bardzo zdolną makijażystką. Jej design został oparty o kartonowe opakowanie, które jest według mnie jednym z najlepszych rozwiązań. Takie opakowania chronią kosmetyki w transporcie, czy podczas upadku, wytłumiając uderzenie. Dlatego ryzyko zniszczenia cieni w środku jest niewielkie. W środku znajduje się dziesięć cieni prasowanych o różnych wykończeniach. Od matu, po kremową i błyszczącą folię. Kolorystyka została zachowana raczej w neutralnych barwach. Znajdziecie tu wszystkie cienie potrzebne do stworzenia cielistego smokey, jak i kilka mocnych cieni akcentowych.  Ze względu na swoje wysokie napigmentowanie, cienie się sypią podczas nabierania pędzlem. Nie jest to jednak jakiś szczególny problem - wystarczy nadmiar cienia nabrać wtedy bokiem pędzla. Sama pigmentacja jest po prostu świetna - co tu dużo mówić, będziecie zachwycone. Zarówno podczas aplikacji pędzelkami cienie nie tracą na intensywności i pozwalają się stopniować, jak i podczas nakładania palcem cieni foliowych (zwłaszcza to piękne złotko), efekt jest fenomenalny. 

Dla podbicia intensywności makijażu użyłam jeszcze pigmentu. Znacie mnie już na tyle, że doskonale wiecie - błysk, to u mnie zdecydowanie konieczność. Nie wahałam się zbyt długo nad wyborem. Chciałam coś połyskliwego, ale równocześnie subtelnego. W waniliowo-różowym odcieniu. Z pomocą przyszedł odcień N-0127.


Do wyrównania kolorytu mojej cery, użyłam nowości marki, czyli podkładu nawilżającego Skin Expert 1. To najjaśniejszy z gamy odcieni, który swym kolorem idealnie pasuje takim bladziochom, jak ja. Jest bardzo fajnie napigmentowany i jego żółte tony spodobają się wszystkim miłośniczkom naturalnie wyglądającej cery, które chcą pozbyć się czerwonych policzków, czy przebarwień. Jego formuła jest lekka i daje się stopniować. Najprzyjemniej nakłada mi się go pędzelkiem typu flat top - uważam, że wtedy można z niego wydobyć maksimum krycia i całkiem ładne wykończenie. Jednak dobrze jest go następnie "przyklepać" jeszcze zwilżoną gąbeczką. 



Podkład przypudrowałam jeszcze moim ostatnim ulubieńcem, czyli pudrem Smooth Finish Pressed Powder w odcieniu D-0003. Szczerzę go polecam do noszenia w torebce. Nadaje się do poprawek w ciągu dnia, nie zmienia koloru podkładu i ładnie stapia się z resztą makijażu. Boli mnie tylko naruszanie struktury tłoczenia. Ten sweterek jest tak piękny, że aż szkoda go dotykać pędzlem :) 



Na szczyty kości policzkowych użyłam wypiekanego rozświetlacza. Produktu, którego nie byłam pewna i podeszłam do niego, jak pies do jeża. Wspomniałam parę zdań wcześniej, że kocham wszystko co błyszczy. A każdy rozświetlacz musi być dla mnie widoczny z kosmosu. Mogą w nim być większe lub mniejsze drobinki - nie przeszkadza mi to. Ma dawać po oczach. 

Byłam więc szczerze zaskoczona mocą Mineral Baked Powder w kolorze T-0003. Ta wypiekana mozaika wielu barw, mieni się na skórze dając przepiękny efekt tafli. Daje się stopniować, więc osiągnąć nim możecie zarówno leciutkie i subtelne rozświetlenie, jak i to mocne, dające o sobie znać z kilometra. Puder ma w sobie drobinki, ale nie jest to gruby brokat, który może przeszkadzać. To coś w rodzaju większych drobinek, mieniących się podobnie do śniegu w zimową noc.




Jestem zachwycona jakością tych kosmetyków i naprawdę z przyjemnością  po nie sięgam. Zwłaszcza po paletkę cieni, jak i puder oraz rozświetlacz. To chyba mój creme de la creme.

Na pewno pojawią się jeszcze pytania, gdzie możecie dorwać kosmetyki polskiej marki. Przede wszystkim na stronie producenta Affect. Z tego co się orientuję, dostępna jest również na stronie drogerii Pigment i tam możecie upolować niezłe promocje.

Znacie kosmetyki marki Affect? 

Marmurkowe zdobienie w kolorze kobaltu!

Saturday, June 30, 2018 -


Takie zdobienia, jak to, które prezentuję Wam dziś na blogu, jest jednym z moich ulubionych. Mam tutaj na myśli jeden lub dwa paznokcie z mocnym zdobieniem akcentowym, podczas gdy cała reszta jest prosta i stonowana. 

Mam nadzieję, że jesteście gotowe na ten jeans! 


Do tej stylizacji użyłam przede wszystkim koloru Semilac, 088 Blue Ink. Ten przepiękny kobalt już sam w sobie jest bardzo mocnym, intensywnym kolorem. Dlatego uznałam, że zdobienie, które wykonam na paznokciach, wyląduje na palcu serdecznym oraz kciuku. Natomiast cała reszta została przeze mnie pokryta dwoma warstwami Blue Ink oraz jedną warstwą Semilac Top Mat Total No Wipe



Następnie zabrałam się za zdobienie, które przypomina coś na kształt marmuru połączonego z jeansem. Bardzo spodobał mi się ten koncept, głównie ze względu połączenia intensywnej barwy kobaltu razem z moim ulubionym lakierem Semilac ever, czyli 135 Frappe. 

Mimo swojego skomplikowanego wyglądu, zdobienie jest bardzo proste. Na większość paznokcia nałożyłam kobalt, a końcówkę pokryłam warstwą beżowego lakieru. Po utwardzeniu dwóch warstw rozpoczęłam zabawę w malowanie nierównych, nieregularnych kreseczek w kolorze białym i czarnym, które miały imitować marmur. Wygląda to skomplikowanie, ale wierzcie mi - nic prostszego! 

Do tego zdobienia potrzebne Wam będą: 
Semilac Blue Ink 
Semilac Frappe 
Semi Art w kolorze białym oraz czarnym

Semilac Top Mat Total No Wipe 


Jestem bardzo ciekawa, czy zdobienie przypadło Wam do gustu! Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, czy lubicie tego rodzaju zdobienia, czy jednak stawiacie na coś bardziej błyszczącego :) 

Najnowsza kolekcja Semilac Celebrate!

Thursday, June 28, 2018 -

semilac-nowa-kolekcja-margaret-aga-wozniak-starak


Dzisiaj miałam ochotę na pokazanie Wam najnowszej kolekcji marki Semilac. Jest kolorowo, jest energetycznie i jest wakacyjnie. A do tego ze świętowaniem w tle! 

5 urodziny Semilac!



Marka Semilac jest już na rynku 5 lat! Kto by pomyślał, że tak szybko to zleciało. I choć mam wrażenie, że są na rynku od zawsze, to muszę przyznać - i mam nadzieję, że sądzicie podobnie - Semilac jest jedyną marką lakierów hybrydowych w Polsce, która jest zawsze o krok od konkurencji. To oni wyznaczają trendy, mówią co będzie modne, uczą jak to zrobić i jeszcze dodatkowo ich produkty są w przystępnych cenach. Dlatego każdy może sobie na nie pozwolić. 

Przez te kilka lat, podczas których miałam okazję testować nowości marki, przerobiłam naprawdę całe mnóstwo kolorów. Moich totalnych ulubieńców znajdziecie we wpisie o moim TOP 5 PRODUKTÓW SEMILAC. 


semilac-kolekcja-margaret-wozniak-starak-probnik

Kolekcja Celebrate

Z okazji świętowania 5 lat istnienia na rynku, marka Semilac przy współpracy ze swoimi dwoma ambasadorkami, wypuściła na rynek nową kolekcję sześciu kolorów w kolekcji Celebrate, które idealnie wpiszą się na klimat letnich, gorących dni. Inspiracją były oczywiście trendy i kolory z wybiegów mody. Margaret oraz Agnieszka Woźniak-Starak stworzyły razem z Semilac kolekcję pełną radości, pozytywnych emocji - idealną do świętowania! Mają one podkreślać kobiecą urodę, słoneczną opaleniznę oraz pozwolić na wyrażanie siebie. 

Oczywiście, standardowo buteleczka lakieru ma w sobie 7ml produktu, a jego cena, to 33zł. Całą kolekcję dostaniecie online na stronie Semilac lub na wyspach w centrach handlowych.
W kolekcji znajdują się kolory: 

bialy-lakier-semilac
530 Delicate White, który jest delikatną wersją odcienia kości słoniowej

zolty-lakier-semilac
531 Joyful Yellow, który jest słonecznym odcieniem żółtego

morelowy-lakier-semilac
532 Kind Apricot, który jest cielistą morelą

koralowy-lakier-semilac
533 Brave Coral,  który jest ciepłym, koralowym różem

blekitny-lakier-semilac
534 Freedom Blue, który jest delikatnym odcieniem niebieskiego nieba

kobaltowy-lakier-semilac
535 Power Cobalt, który jest mocnym, kobaltowym granatem


Będę z Wami szczera. Po tym, jak widziałam zapowiedzi tej kolekcji w sieci, nie byłam do niej przekonana i niespecjalnie się nią ekscytowałam. Zmieniłam jednak zdanie, gdy zobaczyłam te kolory na żywo. Zwłaszcza piękna kość słoniowa i mocny, intensywny kobalt - te kolory krzyczą do mnie mamo! I jak tylko się przeprowadzę do nowego mieszkania i wygrzebię z kartonów, to robię nowe mani! Już postanowione ;) 

Czy jakiś kolor spodobał się Wam szczególnie?

IDEALNY, NATURALNY KOSMETYK NA LATO - BIO MASKI-ESENCJE OD ORIENTANA

Tuesday, June 26, 2018 -

bio-maska-esencja-orientana

Z roku na rok, podchodzę do pielęgnacji coraz rozważniej. Lata lecą, jak szalone i nie ma się co oszukiwać, młodsza już nie będę. Borykam się z kilkoma problemami skórnymi i chociaż wiem, że nie ja jedna, i na pewno są osoby, które mają gorzej ode mnie - jest to dla mnie sprawa, o której nie lubię opowiadać na prawo i lewo. Temat problemów skórnych jest dla mnie bardzo osobisty, intymny, zakrywany pod warstwą podkładu. 

I tak, jak mówię - nie przeżywam żadnej osobistej tragedii. Jednak, nie jestem zadowolona z tego, co widzę w lustrze. I choć wiele osób zazdrości mi stanu mojej cery, ja widzę w niej kilka wad, które spędzają mi sen z powiek. Po pierwsze, borykam się raz w miesiącu z konkretnymi wypryskami hormonalnymi. I mimo że staram się nic z nimi nie robić, muszę przyznać, że za każdym razem pozostawiają one po sobie ślad w postaci pięknego, odznaczającego się przebarwienia. To mój problem numer jeden. Problemem numer dwa jest natomiast wiecznie przesuszona, odwodniona skóra. Wypijam dwa litry wody dziennie, używam kremów na bazie wody, czy kwasu hialuronowego, staram się nie myć twarzy pieniącymi się produktami. Mimo to, ciągle było coś nie tak. 

Kilka tygodni temu wprowadziłam do swojej codziennej pielęgnacji nowy krok. Z całej serii naturalnych BIO MASEK-ESENCJI marki Orientana, moją uwagę przykuła najbardziej wersja Algi filipińskie.  Co prawda, przybliżę Wam dzisiaj wszystkie cztery z produktów, ale to ten stosowałam ostatnio codziennie. Nawet zabrałam go ze sobą do Londynu, na mój wyjątkowy wypad do siedziby Facebooka. Nie potrafiłam się już z nim rozstać! 

naturalne-maseczki-do-twarzy

Orientana, BIO MASKA-ESENCJA

Na stronie internetowej marki Orientana, znajdziecie cztery wersje tego produktu. BIO MASKA-ESENCJA powstała przede wszystkim w oparciu o żel, który uzyskuje się z azjatyckiej rośliny konjac. Głównym zadaniem każdej z czterech dostępnych wersji jest przede wszystkim dogłębne, intensywne i długotrwałe nawilżenie. 
Każda z nich ma w pewnym stopniu podobny, naturalny skład, różniąc się kluczowymi składnikami, odpowiednimi dla różnych typów cery i problemów skórnych. Jednak ich część wspólna, to: żel z rośliny konjac, trehaloza oraz alantoina. 

Jest przeznaczona do cery tłustej i mieszanej. Działa matująco, niweluje widoczność porów, zmniejsza i łagodzi stany zapalne i intensywnie nawilża. 

Przeznaczona do cery wymagającej. Działa naprawczo, regenerująco, ujędrniająco i wygładzająco. Pomaga w usuwaniu blizn i plam. 

Przeznaczona do cery suchej i dojrzałej. Działa przeciwstarzeniowo, pobudza odnowę skóry i wspomaga jej regenerację oraz ujędrnia. 

Przeznaczona do każdego rodzaju cery. Działa łagodząco i przeciwzapalnie, rozjaśnia przebarwienia, koi i odżywia.

Każda z maseczek zamknięta jest w wygodnym i lekkim opakowaniu z pompką, która nie zacina się i wydobywa odpowiednią ilość produktu. W pojemniczku znajduje się 50ml wartościowego kosmetyku. Jego cena, to 58,20zł. To bardzo łatwy w użyciu produkt, który nazwałabym ideałem dla leniwych. Nie trzeba bowiem bawić się w żadne płachty, czekanie aż się wchłonie. Nie, wystarczy wklepać jedną pompkę w oczyszczoną skórę twarzy i dziwić się, jak szybko się wchłania i jak gładką skórę pozostawia.

orientana-nawilzajaca-maseczka-do-twarzy

Dlaczego pielęgnacja wieczorem jest najskuteczniejsza?

Pewnie zadacie sobie pytanie, dlaczego najlepiej takie intensywnie nawilżające produkty stosować na noc. Sprawa jest prosta. Nasza skóra żyje w trybie rytmu dobowego, tak jak my. Jednak, gdy kładziemy się spać, to własnie w tym czasie ona zabiera się do pracy i regeneracji. Nasze komórki stają się najbardziej aktywne w okolicach godziny 23. Pomiędzy 23 a 6 rano zachodzi najwięcej podziałów komórkowych. 

Warto używać produktów, które działają dogłębnie i nie utrzymują się tylko na warstwie naskórka, udając że coś robią. Dlatego kosmetyki, które powinnyśmy stosować do pielęgnacji wieczornej, powinny mieć bogate składy. Natomiast składniki z których są wykonane, powinny wnikać głębiej w skórę. Zwiększona nocą przepuszczalność skóry oraz rozszerzone naczynia krwionośne, to idealne środowisko do walki o odbudowanie zniszczonej czynnikami zewnętrznymi skóry. 

nawilzajaca-bio-maska-esencja-algi-filipinskie

Jak stosować produkty z serii Orientana, BIO MASKA-ESENCJA?

Przede wszystkim, nie ma żadnych wątpliwości, że skóra musi być wcześniej dokładnie oczyszczona. To, jaką metodę oczyszczenia wybieracie, zależy od Was. Ja dokładnie oczyszczam skórę płynem micelarnym, następnie wklepuję niewielką ilość toniku łagodzącego i nakładam na skórę twarzy jedną pompkę BIO MASKI-ESENCJI w wersji Algi Filipińskie. Tak, uwierzcie mi, że jedna pompka produktu zdecydowanie Wam wystarczy. Większa ilość tylko się niepotrzebnie zroluje, a Wy zmarnujecie produkt. Sam kosmetyk jest bardzo lekki, przezroczysty i w swojej konsystencji przypomina żelową emulsję. Jeśli miałyście kiedykolwiek do czynienia z esencjami pochodzącymi z Azji, jest to podobna konsystencja. Właściwie po nałożeniu tego kosmetyku możemy już wybrać się spać, jednak jeśli istnieje w Waszym odczuciu taka potrzeba, możecie dodatkowo nałożyć jeszcze Wasz ulubiony krem na noc. Spróbowałam oczywiście obu metod i z obu jestem zadowolona. W dni, w których potrzebowałam ogromnego nawilżenia, BIO MASKA-ESENCJA grała w duecie z kremem i radziła sobie świetnie, jako tak zwany booster, produkt podkręcający właściwości nawilżające kremu. Solo jest idealna! W dni, w które poziom nawilżenia uznałabym za standardowy, samo użycie tego kosmetyku dawało i daje mi świetny rezultat z rana. 

Żel bardzo szybko się wchłania, zupełnie jakby skóra wypijała go w mgnieniu oka. Nie pozostawia po sobie żadnej lepkiej warstwy, czyli jest totalnym przeciwieństwem tego, czego do tej pory nienawidziłam w takich maskach nawilżających na noc. Zawsze miałam wrażenie, że większość ląduje na poduszce. Moja skóra się pociła. Miałam wrażenie, że jestem brudna a na następny dzień prócz nawilżonej cery, miałam jeszcze w gratisie kilka nowych niespodzianek na twarzy. Tutaj tego nie ma! Produkt wchłania się błyskawicznie, praktycznie w 100%, a skóra pozostaje przyjemnie gładka i ukojona. Pachnie bardzo delikatnie i nie wpływa w żaden sposób na komfort używania. Sam zapach bardzo szybko się ulatnia i po kilku chwilach nie ma po nim śladu. Przez te kilka tygodni używania nie zauważyłam żadnego zapchania skóry, nie wyskoczyło mi też żadne uczulenie (a wierzcie mi, należę do tych osób, u których o alergię nie jest trudno). 

Za to wypowiedzieć się mogę na temat tego, w jakiej kondycji jest teraz moja skóra. Cera wyraźnie poprawiła się pod względem nawilżenia. Rano nie odczuwam już dyskomfortu w okolicach czoła, gdzie mam najbardziej przesuszoną skórę. Przestały też pojawiać się na mojej twarzy suche placki w obrębie policzków. Co więcej, mam nieodparte wrażenie, że odrobinę zmniejszyły się moje pory w obrębie płatków nosa. Po wysypie hormonalnym na brodzie, który mnie teraz nawiedził (duuuużo stresu i zbliżająca się miesiączka mówią same za siebie) pojawiło mi się teraz kilka przebarwień i na pewno sprawdzę też ten kosmetyk pod tym kątem. Jestem ciekawa, czy pozwoli mi na szybsze się ich pozbycie.

co-na-sucha-skore

co-z-pielegnacji-na-lato

Jaką pielęgnację wybrać, gdy przychodzi upalne lato? 

Myślę, że każda z nas o tej porze roku, boryka się z problemem odpowiedniego doboru pielęgnacji. Większość kremów, które stosujemy w pozostałe miesiące, okazują się teraz zbyt treściwe, a skóra jakby "trzyma" je na zewnątrz. Niejednokrotnie miałam wrażenie, że kosmetyki się prawie nie wchłaniają. 

Dlatego wielkim zaskoczeniem były dla mnie Bio Maski-Esencje marki Orientana. Ich niezwykle lekka formuła jest niewątpliwie nowatorska w gatunku produktów-masek. Do tej pory kosmetyki z tej kategorii kojarzyły mi się z treściwymi konsystencjami. Natomiast w tym wypadku, mamy do czynienia z niezwykle lekkimi formułami, które intensywnie nawilżają, ale nie obciążają skóry, są bardzo komfortowe i wręcz idealne na letnie dni. 

Czym jest baza żelowa? 

Produkty z serii Orientana, BIO MASKA-ESENCJA są w prawie 100% naturalne. Ich wyjątkowa baza żelowa, w każdej z czterech wersji, została oparta o konjac. Pewnie kojarzycie tę roślinę z gąbeczek do mycia twarzy. Ma ona jednak całkiem sporo właściwości, które idealnie spisują się w pielęgnacji twarzy. Przede wszystkim, żel ten zapobiega ucieczce nawilżenia ze skóry twarzy, co sprawia, że wszystkie procesy, które zachodzą podczas stosowania maseczki, dzieją się realnie wewnątrz, nie tracąc swoich właściwości. Ponad to, konjac bogaty jest w witaminy A, C, E, K oraz polisacharydy. Stymuluje w ten sposób syntezę kolagenu i elastyny, a tych jak wiadomo... z wiekiem coraz mniej ;)

najlepsze-produkty-orientana

Moją przygodę z Orientaną uważam za udaną. Skóra wyraźnie poprawiła się w kwestii nawilżenia, jest bardziej promienna, a ja pożegnałam moje przesuszone plamy i budzę się rano zadowolona ze stanu mojej cery.

Kosmetyki Orientana dostaniecie na ich stronie internetowej, w wielu sklepach zielarskich, czy drogeriach typu Super-Pharm i Natura. Pełna lista sklepów, gdzie kupić kosmetyki Orientana jest na ich stronie. Polecam szczególnie przyjrzeć się wspomnianym dziś przeze mnie maseczkom. Gwarantuję Wam, że już nigdy nie spojrzycie na tę kategorię produktów kosmetycznych tak samo. Dodatkowo, mam dla Was specjalny kod rabatowy, dzięki któremu kupicie dowolną z tych maseczek o 15% taniej. Wystarczy wpisać hasło: alaiorientana. Ważny jest do 11.07. 

Znacie już te produkty, czy to dla Was zupełna nowość?

DO GÓRY