Jak dorosnę zostanę... kobietą!

Friday, March 8, 2019 -



Cześć Kobiety! 


Dawno nie było u mnie wpisu luźnego, mniej poświęconego recenzjom kosmetycznym. I dzisiaj, z okazji Dnia Kobiet udało mi się złączyć siły z paroma świetnymi babeczkami. Chciałam razem z aGwer, aby w akcji uczestniczyło kilka dziewczyn, które są dla mnie synonimem GIRL POWER. I chciałam też dowiedzieć się, jak wyobrażały sobie bycie kobietą, gdy były małe, czy po prostu co myślą, gdy mówią kobieta.  Z racji tego, że mój blog jest wciąż bardziej beauty, chciałam Wam dzisiaj przedstawić to, co sobie myślałam będąc dzieckiem. 

I mimo tego, że dziś rano obudziłam się z jakąś totalnie niespodziewaną opuchlizną na twarzy i małym paraliżem oka,  staram się, aby wpis ten pojawił się na czas. Bo oczywiście, zupełnie jak zwykle, zostawiłam sobie ten tekst na sam koniec. Przecież za mało mam stresu na głowie i dodatkowy, to coś czego mi teraz bardzo potrzeba, prawda? ;) Dlatego, jak zwykle, rzutem na taśmę - lecę z tym koksem! Lecę, bo muszę napisać ten post, szybko wziąć prysznic, umalować się, ułożyć włosy i zdążyć na 18 na event, który dziś odbędzie się w Szczecinie. Koniecznie zajrzyjcie na moje Stories, bo na pewno wrzucę Wam kilka snapów z tego, gdzie się wybrałam. A będzie... pięknie! 

Kobiecość pachniała dla mnie Chanel Mademoiselle 


Pamiętam, jak powąchałam je pierwszy raz. Mama mojej koleżanki używała ich namiętnie i nie mogłam się ich "nawąchać" na zapas. Jej mama zawsze była zadbana, pięknie ubrana, idealnie umalowana (jak na tamte czasy, żeby nie było ;) ). Wiecie, taka kobieta od stóp do głów. Nie było mężczyzny (ani kobiety), która by się za nią nie obejrzała. Zapach był dla mnie taką wisienką na torcie i wtedy pierwszy raz zwróciłam uwagę na to, że chciałabym tak jak ona, zostawiać po sobie woal zapachu, ciągnąć go jak ogon i przyciągać ludzkie spojrzenia. 


Do Chanel Mademoiselle mam sentyment do dziś. Noszę je oczywiście od lat i jeśli mam być szczera, jest to mój zapach numer jeden. Wydaje mi się, że nigdy nim być nie przestanie. Wiem, że jest sporo zwolenniczek Chanel no5 i że to on kojarzy się niektórym z Was z kobiecością. Mnie jednak ten zapach odpycha. Wolę słodką i figlarną Mademoiselle.

Miłość do zapachów zrodziła się w dzieciństwie, a ja po dziś dzień uważam, że pięknie pachnąca kobieta ma w sobie dwa razy więcej siły, niż zazwyczaj. Dlatego codziennie używam perfum i mam ich naprawdę niemałą kolekcję. Lubię je mieszać, łączyć, bawić się kompozycjami. A bez nich? Czuję się naga.


Czerwona szminka, to krok nie do ominięcia 



Pamiętam też, jak czerwone ślady po szmince na filiżankach kawy sprawiały, że nie mogłam się doczekać tego momentu, gdy będę mogła użyć jej po raz pierwszy i odcisnąć swoje wargi na kawałku porcelany. Zawsze mi się to ogromnie marzyło, a teraz, gdy właściwie każde wyjście na kawę wiąże się z zostawianiem śladu szminki na kubeczku, ta ekscytacja jakość zniknęła. Bardziej dociera do mnie wtedy, że szminka którą mam na ustach albo już przestała na nich być, albo ma naprawdę kiepską formułę i szybko się transferuje ;) Ot, tyle by było z tej magii. 

Mocno wytuszowane rzęsy były must have 


Zawsze też zachwycały mnie kobiece spojrzenia. Już nie chodziło nawet o to, że starsze koleżanki mogły się malować milionami kolorów. Ważne dla mnie były rzęsy. Mocno podkręcone, długie, węglowo czarne. A trzepoczące nimi kobiety zawsze wydawały mi się być pewne siebie. Używały ich przecież do przyciągania wzroku, koncentrowania go na ich spojrzeniu, więc musiały lubić ten ogrom uwagi.
Kultowe aktorki znane były z mocnych makijaży, wyrazistych oczu i marzyłam o tym, jak pewnego dnia będę mogła pomalować się podobnie.
Wiele lat musiało minąć, żebym zrozumiała, że jednak makijaż ma być podkreślaniem urody, a nie malowaniem sobie nowej twarzy, ale cieszę się, że teraz umiem mimo tego braku przesady stworzyć coś, co zadowala mnie w stu procentach (no, czasami w 80 ;) ) 


Wiedziałam, że kobieta może wszystko

Teraz, gdy na karku mam już trochę lat, a mityczna trzydziestka jest naprawdę coraz bliżej, wiem że kobiecość to coś zupełnie innego, niż wyobrażałam sobie będąc dzieckiem. Kobiecość, to siła. Możliwość połączenia pasji i ciężkiej pracy, czerpanie z życia garściami i umiejętność tworzenia wokół siebie ciepłej atmosfery - nieważne gdzie się znajdujemy.

I bycie naturalną, w dobie tego wszystkiego co retuszowane w sieci, naturalność była, jest i będzie dla mnie największą wartością! Wydawało mi się też zawsze, że jako kobieta jestem w stanie zrobić wszystko. Skoro dajemy radę przejść przez ciążę i poród, a potem jeszcze wiele lat ogarniamy dom, rodzinę i tak dalej... no, chyba nie ma takiej rzeczy, której nie dałaby rady zrobić kobieta. Dlatego zawsze wkurzało mnie określenie rzucane komuś, kto jest słaby, że robi coś, jak... baba. Hmm... Całkiem sporo znosimy co miesiąc, hormony nam naprawdę nie odpuszczają, jesteśmy stworzone do tego, aby móc nosić pod sercem nowe życie, często pracujemy na etat i ogarniamy rodzinne sprawy, pniemy się w edukacji, awansujemy w pracy, jesteśmy bardziej zaangażowane emocjonalnie... Robić coś, jak baba, to dla mnie bardziej określenie celujące w fakt, że mamy w sobie naprawdę wiele siły. 



Kochane! Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam, abyście zawsze były sobą!

Zajrzyjcie też koniecznie do dziewczyn, które wzięły udział w naszej zabawie! Dziewczyny, bardzo serdecznie dziękuję Wam za udział w dzisiejszej akcji. Stworzyłyście piękne wpisy <3 

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy wyobrażałyście sobie kiedyś kobiecość? Czy pamiętacie z dzieciństwa, jakieś konkretne sytuacje/przedmioty, które automatycznie kojarzyłyście z dorosłymi kobietami? Dajcie znać! 

Czy warto kupić paletkę Charlotte Tilbury Luxury Palette Pillow Talk?

Monday, March 4, 2019 -


Właśnie siedzę sobie i piszę ten wpis, a sąsiad za ścianą postanowił robić remont. Dokładnie w tym momencie, gdy zaczęłam pisać pierwsze słowa tytułu tego wpisu. Ja to mam szczęście normalnie... 

Obiecałam Wam ostatnio na Instagramie, że podzielę się moją opinią na temat paletki Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk. O tym, że jestem fanką tej marki, wiecie doskonale. Każdy kto zna Alę trochę dłużej wie, że trochę z niej kosmetyczny snob. Co prawda moment zachłyśnięcia się kosmetykami mam już za sobą, jednak niektóre z moich starych przyzwyczajeń zostały ze mną do dziś. W związku z tym po dziś dzień lubuję się w produktach kolekcjonerskich, cieszących oko, sprawiających że serce drży mocniej. 


Sama seria PillowTalk przyniosła słynnej makijażystce niekwestionowany sukces. Zaczęło się od kultowej już konturówki w kolorze, który można określić mianem "my lips but better". Podobno jedna z nich sprzedawana jest na świecie średnio co dwie sekundy! Lekko zgaszony róż, który tworzy piękny odcień zmieszany z beżem, daje cudownie naturalny efekt na niemal każdej karnacji. Pokochały go nie tylko gwiazdy, modelki, ale też miłośniczki makijażu z całego świata. Charlotte nie poprzestała na konturówce i stworzyła pasującą do niej pomadkę, o dokładnie takiej samej nazwie. Co prawda, mam ją już od bardzo dawna, ale skubana nie doczekała się u mnie jeszcze recenzji. Jest mi za to wstyd, serio - dlatego przygotuję materiały do publikacji i w marcu na pewno zobaczycie tę śliczność na łamach mojego bloga. Wracając jednak do tematu pomadki Pillowtalk, chciałam Wam nadmienić, że ona również rozeszła się, jak świeże bułeczki. Co prawda oba te produkty trafiły do sprzedaży na stałe, ale był czas, że naprawdę ciężko było je upolować. 


Marka Charlotte Tilbury jednak nie zwolniła tempa i powstała cała, dedykowana kolekcja kosmetyków do makijażu twarzy, które wpisują się w trend makijażu nude, klasycznego makeup'u, który wydobywa wszystkie najpiękniejsze elementy z naszej osobowości. Na próżno bowiem szukać tutaj kosmetyków, które sprawią, że staniecie się Instagram Baddie. Nie moje drogie, Charlotte Tilbury, to synonim pięknej, świetlistej cery, naturalności, seksapilu i uwodzicielskiego spojrzenia. 
W kolekcji znajduje się jeszcze dwukolorowy róż do policzków, na który nabieram coraz większą chrapkę oraz dzisiejsza gwiazda wpisu - paletka Luxury Palette Pillowtalk. 


Paletka Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk, to dla mnie zaskoczenie, rozczarowanie i zaczarowanie jednocześnie. Dlaczego? Już spieszę Wam tłumaczyć. 
Przede wszystkim ze względu na cenę i na fakt, co otrzymujemy w zamian. Z jednej strony jestem z niej naprawdę obłędnie zadowolona. Z drugiej, czuję się trochę rozczarowana. Zakup ten, to naprawdę niemałe pieniądze. Trzeba bowiem wydać na nią 50 euro. Jak za 4 cienie, to naprawdę całkiem sporo. Co prawda, udało mi się ją upolować taniej, głównie dzięki zakupowi ze zniżką oraz darmowej dostawie. 


Za tę ogromną cenę otrzymujemy produkt w plastikowym pakowaniu. To ono pierwsze rzuciło mi się w oczy tak mocno, że byłam bardzo zaskoczona. Paletka jest mała, więc są tego plusy - jest idealnie kompaktowa i nada się na zabranie w podróż. Równocześnie jednak dopada nas myśl: "Serio? Wydałam tyle pieniędzy na coś tak malutkiego?". Po drugie, jest lekka. I znów, może to być plus, ale poprzez posiadanie porównania do Filmstar Bronze and Glow, jestem niesamowicie zaskoczona. In minus. Wydawało mi się, że otrzymam coś stworzonego na podobny wzór. Wiedziałam, że "złote" wykończenie znajduje się dopiero wewnątrz paletki, ale nie przekłada się ono niestety na efekt wow. W środku znajduje się jeszcze lusterko, ale to wydaje mi się być już standardem. Przy okazji - to bardzo dobre lusterko! Lubię się w nim malować, bo bardzo dobrze przybliża makijaż oka.


Przejdźmy już do samej zawartości, czyli cieni. Bowiem o kosmetyk tutaj chodzi przede wszystkim. W środku znajdują się cztery cienie, które niestety nie mają żadnych nazw. Posiłkować się więc będę barwnymi opisami kolorów, które przyjdą mi do głowy. W lewym górnym rogu znajduje się odcień szampańskiego różu - koloru, który dość mocno przypomina mi część błyszczącą Filmstara, aczkolwiek więcej w nim zdecydowanych tonów różowych i... mniej błysku. To taki typowy kolor idealny na ruchomą powiekę. Ja lubię go nakładać NA inny, matowy cień. Wtedy mam wrażenie, że wygląda najlepiej. W prawym górnym rogu znajduje się mój ulubieniec - cień, którego nawet nie wiedziałam, że szukałam w swoim życiu. Kolor, który niezwykle pięknie komplementuje niemal każdą urodę. Jest to absolutnie kremowy, matowy i pięknie stopniujący się kolor różowego nude. Ideał na co dzień, wierzcie mi! W prawym dolnym rogu znajduje się natomiast lekki, matowy brąz.  Odcień, który może służyć, jako przyciemniacz zewnętrznego kącika, czy rozdymiacz niewidocznej kreski zagęszczającej linię rzęs. Również kremowy i dobrze napigmentowany. W lewym dolnym rogu znajduje się natomiast kolor, który jest moim ogromnym rozczarowaniem... i miłością równocześnie. Ta błyskotka wydawała mi się być piękną folią i jakież było moje zdziwienie, gdy okazała się być... brokatem!  Po prostu, najzwyklejszym w świecie brokatem. Tfu! Źle ubieram to w słowa - wcale nie jest zwykły, jest naprawdę piękny! To typowy rose gold. Jestem jednak niesamowicie zaskoczona, że nie jest to folia. A szkoda, bo takie cienie lubię najbardziej. Nie wygląda korzystnie nakładany pędzelkiem. Ani na sucho, ani na mokro - po prostu żaden nie jest w stanie zaaplikować go w taki sposób, żeby wyglądał tak, jak powinien. Najlepiej sprawdza mi się do tego po prostu palec. Cień nakładam wklepując go w powiekę, tak naprawdę wciskając go i przyklejając te tycie, iskrzące drobinki. Nic się nie osypuje w ciągu dnia, co dziwne, ale i zaskakująco pozytywne.

Generalnie cienie są bardzo dobre, masełkowe i odpowiednio napigmentowane. Nie da się nimi zrobić sobie krzywdy, dają się intensyfikować i ładnie się budują. Nie robią plam, nie są za suche, nie sypią się w paletce. Brokat trochę zaczyna robić się skorupką, ale wszystko dlatego, że nakładam go po prostu palcem, więc pewnie od tego zbija się w takie większe skupiska. Nie przeszkadza to jednak w żaden sposób w aplikacji - nakłada się normalnie, bez żadnych zastrzeżeń.


Mój przepis na udany makijaż przy jej użyciu to tak naprawdę skorzystanie z jaśniejszego, matowego cienia, jako cienia bazowego. Nakładam go na całą powiekę, blenduję w załamanie i nakładam też na dolną powiekę. Następnie ciemniejszym cieniem pogłębiam zewnętrzny kącik i przydymiam trochę linię wodną. Potem nakładam cienką warstwę szampańskiego różu a na sam koniec, KONIECZNIE PALCEM wklepuję cień-brokat. W ten sposób wygląda to wszystko najlepiej, najpiękniej i najbardziej naturalnie. Ideał, naprawdę ideał na co dzień, choć sama paletka nie jest pozbawiona wad. Taki to paradoks... Jeszcze nigdy nie miałam takich odczuć względem jakiegokolwiek produktu. 


Podsumowując, jestem z niej bardzo zadowolona. To zdecydowanie moje kolory, używam jej niemal codziennie i za każdym razem, gdy słyszę komplement na temat makijażu oka - jest to kilka słów o niej. Daje cudnie naturalny efekt, ma przepiękne odcienie nude, które nadają się do codziennego makijażu. Złoty cień drobinkowy, mimo że jest "rozczarowaniem" w kwestii konsystencji, jest prawdziwą bombą na oku. Uwielbiam jego efekt, kocham to jak wygląda na oku i jak pięknie mieni się w ciągu dnia. To gratka dla wszystkich srok. Tych mniejszych i tych większych. 

A jak Wam podoba się paletka Charlotte? Lubicie jej kosmetyki, czy to nie Wasza bajka? 

BEAUTY REGRETS: Tarte, Urban Decay, Fenty Beauty - najgorzej wydane pieniądze EVER!

Thursday, February 21, 2019 -


Przy okazji czyszczenia toaletki, pozbywania się prawdziwej tony kosmetyków, które u mnie tylko leżą, kurzą się i właściwie nie ma szans, żeby je zużyć w pojedynkę, zrodził się pomysł, aby napisać parę słów we współpracy z innymi blogerkami/influencerkami/beauty gurus. 

Dzisiejszy post o tematyce Beauty Regrets jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, jak wiele kosmetyków po prostu mam. Mam i nic więcej. (tak, ta trójka prezentowana dzisiaj, to nie są wszystkie kosmetyki, które leżą sobie i właściwie nic więcej nie robią). Dziwię się jednak sama sobie, że w ogóle skusiłam się na niektóre z poniżej przedstawionych produktów. Jak jeszcze czerwoną szminkę jestem w stanie zrozumieć, w końcu był czas, że nosiłam je niemal codziennie, tak reszta? Jest dla mnie sporym zaskoczeniem! 

TARTE Amazonian Clay Mineral Foundation


Ten zakup był bardzo kręcący mnie emocjonalnie. Pierwsze zakupy w amerykańskiej Sephorze, to było coś świetnego i za każdym razem towarzyszył mi jakiś taki... thrill, zupełnie jakbym czekała na coś niespodziewanego. To były też czasy, gdy naprawdę zachłysnęłam się kosmetykami. Przewalałam na nie całe mnóstwo pieniędzy, nie zważając na to, czy rzeczywiście ich potrzebuję, czy nie. Liczyło się samo posiadanie, konsumpcjonizm. Po prostu. Nie ukrywam też, że byłam bardzo podatna na wpływ tego, co widziałam na angielskim oraz amerykańskim YouTubie. Zachwycał mnie ten świat, ogrom kosmetycznych nowości i perełek, i chciałam być ja te dziewczyny zza wody. Do zakupu podkładu sypkiego Tarte namówiła mnie wówczas essiebutton (naprawdę jestem dinozaurem). Teraz pewnie znana jest Wam wszystkim z nicku Estee Lalonde. Niestety, trochę się zmieniła i już nie potrafi namówić mnie na wszystko tak, jak kiedyś. Tarte Amazonian Clay Full Coverage Airbrush Foundation (pod tym linkiem możecie sobie zobaczyć, ile byłam kiedyś w stanie kupić...) w kolorze Fair Honey kupiłam mimo tego, że nie jestem fanką minerałów. Fakt, nigdy mi się ten produkt nie popsuje, ale sama świadomość tego, że mam coś, na co wydałam naprawdę duże pieniądze leży i nie jest używane - słabo. Same przyznacie, że słabo. Moja cera się z nim nie polubiła, głównie przez wzgląd na to, że mam suchą, wiecznie odwodnioną skórę. Łatwo więc o to, żeby podkreślał u mnie każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę.




URBAN DECAY, VICE LIPSTICK w kolorze MRS. MIA WALLACE

Pamiętam, jak był czas, w którym niemal codziennie nosiłam czerwoną pomadkę. Miałam na to sporą fazę i Wy również kojarzyłyście mnie mocno z takich wyrazistych barw na ustach. Pomadka Vice, na którą kiedyś się zdecydowałam, to przepiękny kolor Mrs. Mia Wallace. Szkoda tylko, że użyłam jej może ze dwa-trzy razy. Była fajna, bardzo podobał mi się ten kolor i wykończenie, ale... fajnie tak kupić sobie pomadkę, żeby jej nie używać?! Pewnie, że fajnie! Genialnie wręcz...  

Urban Decay nigdy nie kręciło mnie jakoś przesadnie mocno, mam może jeden, czy dwa produkty, które uważam za superkosmetyki, ale nigdy nie poszłam z prądem jeśli chodzi o ich kosmetyki. I niestety, Urban Decay Vice Lipstick, Mrs Mia Wallace okazała się być jedną z takich właśnie niewypałów.




FENTY BEAUTY eyeliner w kolorze LATER, CRATER

W 2017 pierwszy raz odwiedziłam Barcelonę. Miasto, które po prostu kocham od pierwszego wejrzenia. Wtedy też do Europy weszła marka Fenty Beauty. Jeszcze nie była dostępna w Polsce, więc nie ukrywam, że gdy weszłam do największej Sephory na naszym kontynencie, rzuciłam się jak szczerbaty na suchary. Dorwałam całkiem sporo nowości Fenty (tutaj link z moimi zakupami z Barcelony). Jedną z nich był właśnie eyeliner, który pochodził z limitowanej kolekcji Galaxy. Zobaczyłam go u Desi Perkins i się po prostu zakochałam.


Zapomniałam jednak, że jestem Polką i daleko mi do latynoskiej urody. Zapomniałam również, że mam totalnie inny kolor skóry, o jej tonie nie wspominając. I zamiast pięknego odcienia nude... wyszło u mnie mniej więcej coś takiego, co widzicie na zdjęciu. Jeden wielki dramat na oku - nie użyłam go chyba nigdy. W sensie, nigdy z nim nigdzie na oku nie wyszłam. Co ja sobie w ogóle myślałam?!

Zapraszam Was jeszcze na wpisy do @Agwer oraz do @BeautypediaPatt
Dzięki dziewczyny za udział! <3 

A Was pozostawiam z kilkoma pytaniami! Czy macie w swoich kosmetycznych zbiorach takie produkty, które leżą i tylko na nie patrzycie? Czy wydałyście kiedyś mnóstwo hajsu na jakiś kosmetyk i okazał się on być totalnym bublem albo po prostu uległyście modzie na daną nowość, która kompletnie miała się nijak do Waszych potrzeb? Jestem bardzo ciekawa! Dajcie znać w komentarzach <3 

Warto skusić się na błyszczyki Fenty? || Fenty Beauty Gloss Bomb Fu$$y oraz Fenty Glow

Monday, February 11, 2019 -


Parę dni temu zapytałam Was na Instagramie (@alamakotaa), czy wolicie zobaczyć wpis o błyszczykach Fenty, czy nowych korektorach. Powiem Wam szczerze, że bardzo zaskoczył mnie wynik ankiety, ponieważ byłam niemal przekonana, że zwyciężą korektory. Nic bardziej mylnego! Porównanie Gloss Bombów od Fenty Beauty okazuje się być dla Was dużo, dużo ciekawsze! 

Dlatego nie ma co się opierdzielać, piszę dla Was właśnie ten post, bo jak znowu zacznę odkładać wszystko blogowe na później, to się zobaczymy dopiero w marcu ;)


W asortymencie marki jakiś czas temu pojawił się nowy odcień kultowego już produktu, błyszczyka Gloss Bomb. Najnowszy kolor nosi przekorną nazwę Fu$$y. Tutaj mała lekcja angielskiego z Alą, ponieważ nie mogę słuchać, jak ktoś czyta to, jako "fusi". Moje drogie, przymiotnik fussy czytamy mniej-więcej jak fasi. Oznacza on natomiast niewiele więcej co wybredny, grymaśny, trudny do usatysfakcjonowania. Myślę, że to całkiem fajna nazwa, jak na błyszczyk, który ma być uniwersalny i pasować do każdego rodzaju karnacji, zupełnie jak dwa poprzednie - Fenty Glow oraz Diamond Milk. 


Mam wrażenie, że cena nieco skoczyła, bo wydawało mi się, że początkowo błyszczyki Fenty Beauty kosztowały około 60zł. Całkiem jednak możliwe, że się mylę. Mam tendencję do wymyślania rzeczy, więc możliwe, że wcale tak nie było, a ja po prostu żyję w przeświadczeniu, że ceny skoczyły ;) W każdym razie, za błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fu$$y zapłacić trzeba 75zł na stronie Sephora.pl. 
Ha! Właśnie sprawdziłam mój poprzedni post, w którym podawałam ceny produktów zaraz przed premierą. I tak! Błyszczyk kosztował wówczas 69zł. Także nie mam omamów. 

Kocham oba - zarówno za kolor, jak i za skład oraz świetny aplikator. Co prawda początki mogą być trudne, zwłaszcza jeśli nie jesteście przyzwyczajone do wielkich aplikatorów. Gąbeczka błyszczyka Fenty Beauty Gloss Bomb w każdej z wersji kolorystycznych jest sporej wielkości i... tak naprawdę jest mega ułatwieniem! Gwarantuję Wam, możecie pomalować usta nawet bez patrzenia w lusterko. 
Sama formuła jest pięknie bogata w masło shea, aczkolwiek równocześnie jest lekka i prawdziwie błyszczykowa. Intensywnie nawilża usta, a przy okazji ładnie wygląda.


Nie musicie się martwić o to, że błyszczyk się rozjedzie poza kąciki - nie ma na to szans. Nie ma też szans na to, żeby się kleił. Usta pokrywa jakby delikatny woal błyszczących drobinek, które nie lepią się nieestetycznie. Konkluzja jest taka, że produkt po prosty świetnie wygląda na ustach każdej kobiety!

Wspominałam Wam o tym już w poprzednim poście, który tyczył się kosmetyków marki Fenty Beauty. Nie byłam przekonana do tego błyszczyka, do momentu w którym nie zaczęłam go używać. Od tamtej pory praktycznie się z nim nie rozstaję i nie ukrywam, że stał się on moim absolutnym, błyszczykowym ulubieńcem. 



Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fenty Glow ma w sobie sporo beżowo-brązowego odcienia. I choć wydawać by się mogło, że może on zyskać miano uniwersalnego - nie uważam, żeby był taki w rzeczywistości. Niestety, prawda jest taka, że nie każdy czuje się dobrze w nudowych, beżowych kolorach. Dlatego cieszy mnie fakt, że marka poszerza swój asortyment o kolory, które będą się nadawać niemal dla każdej z nas. 



W porównaniu do Fenty Glow, Fu$$y ma wyraźnie bardziej różowy odcień, pozbawiony do cna beżowego/brązowego koloru. Na ustach wypada bardzo naturalnie, mam wrażenie, że można pokusić się o stwierdzenie, że to taki kolor prawdziwie uniwersalny dla jasnych karnacji. U mnie wygląda, jak moje usta, ale w lepszej wersji. Oczywiście nie obyło się bez napakowania go milionem drobinek, które pięknie mienią się w świetle dziennym i sztucznym.



Konkluzja jest jedna - warto! Jestem naprawdę zadowolona z  tego produktu i uważam, że nie wtopicie pieniędzy, jeśli go kupicie. Tym bardziej, że można go dorwać w zestawie miniatur razem z mini rozświetlaczem! 

Macie już w swojej kolekcji te błyszczyki? Lubicie je? A może w ogóle nie nosicie takich produktów? Dajcie znać! Koniecznie <3

Moje ulubione kosmetyki do włosów. | Pielęgnacja włosów długich, średnioporowatych i farbowanych.

Tuesday, February 5, 2019 -


Moją pielęgnację włosów zapowiadałam Wam już spory czas temu. Z resztą, widać to po zdjęciach - są jeszcze typowo świąteczno-zimowe, a jakby... zastał mnie już luty! Nie dziwi mnie to, jestem ostatnio bardzo w niedoczasie. Rozpoczęłam nową pracę i absorbuje mnie ona doszczętnie.

Obiecałam sobie jednak, że nie zaniedbam bloga na tyle, żeby się tutaj wiecznie kurzyło i postaram się wrócić na dobre tory publikacji. Potrzeba mi tylko trochę samozaparcia i mam nadzieję, że uda mi się wypracować nową rutynę, która pozwoli mi publikować tak, jak marzyłam o tym na początku mojej blogowej drogi.

Wracając jednak do tematu, bo nie chcę Was zanudzać tym co u mnie słychać, wpadam z postem o tematyce lekkiej, pielęgnacyjnej. Zgłębiając temat, który Was żywo interesuje. Chodzi - jak już widzicie po tytule wpisu - o moje włosy. A właściwie o to, co robię, żeby wyglądały tak, jak wyglądają. 

KONKRETNE OCZYSZCZANIE

W kwestii szamponów na co dzień - tutaj tak naprawdę lecę z tym, co przynosi mi szafka z zapasami. Czasami są to jakieś naturalne produkty, czasami totalnie różne kosmetyki dorwane na promocji w Rossmannie, czy innej drogerii. Nie przywiązuję się do szamponów stosowanych na co dzień. Mają po prostu oczyścić moją skórę głowy, zadbać o to, żeby włosy były czyste i tyle. Nic więcej od nich nie wymagam. Aktualnie stosuję szampon restrukturyzujący marki Dolomiti (pisałam o ich kosmetykach tutaj, a tutaj go możecie kupić w Internetach), ale jeśli zapytacie mnie, czy sięgnę po niego ponownie - nie. Wyznaję zasadę, że na takie produkty totalnie codziennego użytku nie ma sensu wydawać zbyt dużych pieniędzy. Wolę inwestować w produkty do zadań specjalnych. 


Takim właśnie oto produktem do zadań specjalnych jest dla mnie pasta oczyszczająca marki Christophe Robin. Najdziwniejszy, najbardziej zaskakujący i najdroższy produkt do włosów, jaki miałam w kategorii oczyszczanie. Wciąż marzy mi się przetestowanie kosmetyku marki Bumble and Bumble o wdzięcznej nazwie Sunday Shampoo. Takie porządne mycie skóry głowy robię właśnie raz w tygodniu i potrzebuję wtedy czegoś, co naprawdę bardzo, bardzo, baaaaardzo mocno oczyści mi tę strefę. Mam dużo włosów, są grube, ciężkie i nie wyobrażam sobie robić inaczej. Wracając jednak do tego, o czym zaczęłam w tym akapicie - mianowicie kosmetyku marki Christophe Robin, Cleansing Volumizing Paste with Pure Rassoul Clay and Rose Extracts. Gwarantuję Wam, że czegoś takiego jeszcze nie używałyście. Jeśli możecie odwiedzić Sephorę i będzie on w asortymencie - koniecznie poproście o próbkę. Jest to ciemna pasta, w której wyraźnie widać czerwoną glinkę. Nie martwcie się jednak, nie barwi ona w żaden sposób ani skóry głowy, ani włosów. Trochę brudzi prysznic/wannę, ale to nic, czego nie da się zmyć strumieniem wody. Wrażenie jest mniej więcej takie, że w opakowaniu wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z jakimś piaskiem, który pachnie różami (kiedyś hejtowałam ten zapach, a teraz im jestem starsza, tym bardziej różę doceniam. Ale musi być ładna. A ta jest ładna.). Wystarczy naprawdę odrobinka, nie przesadzajcie z jego ilością, bo naprawdę ładnie i gęsto się pieni. Nabieram mniej więcej ilość trzech ziarenek grochu i wmasowuję w skórę głowy. Ważne jest, żeby potraktować ten kosmetyk, jak peeling skóry głowy, czyli postarać się "wejść" nim między pasma włosów, zaraz u ich nasady. Masujemy tyle czasu, ile tylko Wam starczy sił w rękach i spłukujemy tak, jak każdy inny szampon. Włosy po jego użyciu są odbite u nasady, ładnie trzymają "woljum" przez kilka kolejnych dni i są bardzo świeże. Minusem, naprawdę ogromnym jest jego cena - 175zł, to cena w Sephorze i to całkiem grube pieniądze do zapłacenia za jeden produkt. Da radę go jednak upolować dużo taniej - tutaj. Jest natomiast bardzo wydajny, przez to, że nie powinno się go używać codziennie (nie ma co próbować sobie przesuszyć skóry na własne życzenie) oraz naprawdę niewielka ilość robi gęstą pianę. To moje drugie opakowanie i na nim się nie skończy. Wart jest każdej złotówki! (I obiecuję, że na bank wypróbuję w końcu ten Sunday Shampoo ;) ) 

STYLIZACJA I NAWILŻANIE

Jeszcze kilka miesięcy temu nie byłoby szans, żebym zostawiła moje włosy do wyschnięcia samym sobie. Zawsze używałam do tego suszarki i innej opcji po prostu nie widziałam. 

Odkąd używam produktu marki Bumble and bumble, Don't Blow it, zmieniłam swoje podejście. To krem pielęgnujący, którego nie jestem w stanie porównać do żadnego innego produktu do włosów. Teoretycznie nie ma potrzeby używać potem suszarki, ale jeśli jesteście niecierpliwe - nie ma najmniejszego problemu. Faktem natomiast jest, że jeśli tylko użyjecie tego kosmetyku, zakochacie się w nim bez pamięci. Pięknie pachnie (a to dla mnie bardzo ważne, lubię gdy moje włosy ładnie pachną), szybko się wchłania i jest bardzo wydajny. Niewielka ilość wystarczy by pokryć całe włosy (pamiętajcie by robić to jeszcze na mokro!). Następnie skręcamy wybrane pukle i zostawiamy w spokoju albo suszymy suszarką. Włosy same wysychają i wyglądają po prostu bosko! Zapomniałam już, jak wyglądają moje włosy po prostu po suszeniu. Nigdy nie podobał mi się ten efekt, miałam wrażenie że brzydko się puszą i nie wyglądają najlepiej. A teraz w końcu mogę sobie pozwolić na to, żeby nie "stylizować" ich już dodatkowo. W innym wypadku zawsze leciała w ruch jeszcze prostownica.

ROZCZESYWANIE I SUCHE KOŃCÓWKI 

Nie ma niestety u mnie szans na to, aby włosy zostawić samym sobie i nie rozczesywać ich bezpośrednio po myciu. Jeśli tego nie zrobię, mogę być całkowicie pewna, że zrobią mi się na nich dorodne kołtuny, na które poradzą jedynie nożyczki. Dlatego zanim sięgnę po najgorsze narzędzie, chwytam za Amika, The Wizard - prawdziwego czarodzieja, który zabezpiecza moje włosy przed kołtunieniem i sprawia, że ich rozczesywanie to totalny peace of cake! Mam jednak dla Was małą radę - nie spryskujcie nim bezpośrednio włosów, bo łatwo przesadzić z jego ilością. To produkt typowo olejowy, więc warto najpierw wydobyć odpowiednią ilość na dłoń (u mnie to 2 psiknięcia) i wmasować produkt we włosy.


Długie włosy, tak jak moje, mają też to do siebie, że łatwo uszkodzić je mechanicznie. Czy to przy zapinaniu kurtki, gdy wkręcą się w zamek, czy to przy niechcącym szarpnięciu, czy nawet podczas noszenia ich rozpuszczonych (wtedy potrafią łamać się i ścierać o plecy/ubrania). Trzeba o nie odpowiednio zadbać, a w tym wypadku najlepiej sprawdzi się odpowiednie serum na końcówki. Ja od lat jestem wierna jednemu z marki Amika, Oil Treatment, o którym pisałam już Wam na blogu tutaj.  I mimo że po drodze próbuję inne, to i tak ostatecznie wracam do mojego ulubieńca.  A jak się zastanawiacie, gdzie go dostać, to zapraszam tutaj. 



Wrzucam Wam też zdjęcie, jak wyglądają moje włosy z przodu i z tyłu. Możecie sobie też zobaczyć, jak różny wydaje się być ich odcień w zależności od ilości padającego na nie światła. Są grube, ciężkie, długie i dzięki temu dają się pięknie stylizować. Loki utrzymują mi się kilka dni, a pielęgnacja, o której Wam dzisiaj wspomniałam kompletnie ich nie obciąża i pozwala na przedłużenie trwałości stylizacji. Na bank będą pytania, o to skąd mam tę sukienkę poniżej, więc od razu Wam daję znać, że zamówiłam ją ze sklepu ever-pretty.com. Mówiłam Wam już o tym na moim Instagramie (@alamakotaa) i tam też zalałyście mnie falą pytań. Tak, jestem z niej bardzo zadowolona ;) Wzięłam sobie nawet drugą, bardzo podobną tylko bez rękawków, z ładnym dekoltem. Jest dobrze wykonana, porządna, nic złego się z nią nie dzieje i ma całkiem spoko skład (bardzo dużo bawełny). 


Od jakiegoś czasu stosuję też zabieg laminowania włosów. Wprawdzie nie jestem pierwszą osobą, która na to wpadła, ale pomyślałam sobie, że może macie ochotę poczytać o moich doświadczeniach z tym związanych oraz o tym, jak przygotować się do tego zabiegu tak, aby miał najlepsze skutki. Trochę już go robię i nauczyłam się paru tricków, które ułatwiają mi robotę. Dajcie znać w komentarzach, czy macie ochotę poczytać o laminowaniu (galaretkowaniu) włosów, czy galaretki to tylko konsumujecie ;) 

Dajcie koniecznie znać, czy któryś ze wspomnianych przeze mnie kosmetyków zdarzyło się Wam już używać. Jestem też bardzo ciekawa, czy macie jakieś pielęgnacyjne perełki godne polecenia - czekam na Wasze komentarze! 



Dolomiti - naturalna marka pielęgnacyjnych kosmetyków premium

Thursday, January 10, 2019 -

Dolomiti-naturalna-pielęgnacja-kosmetyki

O marce Dolomiti nie słyszałam nic do momentu końcówki zeszłego roku. Byłam na wykończeniu moich kosmetyków do pielęgnacji twarzy z Clochee i postanowiłam sięgnąć po coś nowego w wydaniu kompleksowej pielęgnacji jedną marką. Zdecydowałam się na serum, krem pod oczy oraz krem do twarzy. I dzisiaj chcę z Wami zamienić parę słów na ich temat. 

Marka Dolomiti, którą dostaniecie na iKosmetyki.pl, to włoska marka posiadająca w swoim asortymencie kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ciała, włosów oraz zapachy. Założono ją dosłownie kilka lat temu, a jej naturalne składy powodują zachwyt wśród konsumentek. Dlatego z niemałym zainteresowaniem podeszłam do tej nowości - przede wszystkim dla mnie. 

Dolomiti-krem-przeciwzmarszczkowy

Największym hitem okazał się być dla mnie krem Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream 24h (335zł/50ml). Zamknięty w małym słoiczku krem przeciwzmarszczkowy potraktowałam, jako remedium na moje aktualne problemy skórne. Gdy za oknem zima (choć w Szczecinie jesień), a w mieszkaniach panuje kult grzejnika, moja skóra zaczyna szaleć. Przypominam Wam, że jestem posiadaczką skóry mieszanej, przetłuszczającej się w strefie T, ale równocześnie z dużą skłonnością do przesuszeń - głównie przez wieczne odwodnienie. Szukałam więc czegoś bardzo treściwego, konkretnie nawilżającego, na kształt ochronnego woalu. Czegoś, co sprawi, że moja skóra poczuje się lepiej. 

dolomiti-krem

Krem Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream, to intensywnie nawilżający płaszczyk dobroci z włoskich gór. Jest przeciwzmarszczkowy i  bogaty w składniki aktywne. Producent zaleca stosowanie go na noc, ale nie ukrywam, że dla mnie był i wciąż jest krokiem głównym zarówno podczas pielęgnacji dziennej, jak i nocnej. W składzie znajdziemy między innymi masło shea, olej makadamia, woda z Dolomitów, ekstrakty z alg morskich oraz komórki macierzyste pozyskane z szarotki alpejskiej. Ten ostatni ze składników ma za zadanie silnie regenerować i odżywiać skórę. Sam krem ma konsystencję dość osobliwą. Jest lekki, ale równocześnie bogaty, nieco oleisty, ale nie do końca. Jeszcze nigdy nie miałam do czynienia z takim kremem-opatrunkiem, więc powiem szczerze, że ciężko mi tę konsystencję porównać do czegoś innego. Wiem natomiast, że jest to jego zdecydowany plus. To ideał na zimne miesiące w Polsce. Jestem bardzo zadowolona z efektów, jakie dzięki niemu zauważam na mojej skórze. Co więcej, zrobiłam sobie kilkudniową przerwę od używania kosmetyków Dolomiti (ze względu na wyjazd na święta) i szybko tego pożałowałam. Kremy, które przez ten czas podkradałam mamie, okazały się być za słabe i nie dawały mi tego długotrwałego komfortu, który gwarantuje mi Dolomiti, Anti-Aging Facial Cream. Co tu dużo mówić, chyba znalazłam ulubieńca wśród kremów... 

Dolomiti-nawilzajace-serum-do-twarzy

Sparowałam go sobie z Dolomiti, Plant Stem Cells Serum (335zł/50ml). To również serum przeciwzmarszczkowe, a ja chciałabym Wam przypomnieć, że w tym roku skończę 28 lat, więc już nie ma na co czekać - trzeba działać. A jest z czym... niestety. Serum zostało zamknięte w wygodnej, malutkiej buteleczce, która skrywa w sobie kosmetyk-marzenie. Ma bowiem w składzie liposomy lecytyny sojowej, które zwiększają transport substancji aktywnych. W składzie znajdziemy również dąbrówkę rozłogową (ma właściwości napinające), witaminę E oraz kwas hialuronowy, który pięknie nawilża i ujędrnia skórę. Kosmetyk świetnie współgra z kolejnym krokiem, którym jest wyżej wspomniany przeze mnie krem. Plant Stem Cells Serum ma lekką konsystencję, która wchłania się w mgnieniu oka i pozwala na swobodne przejście do dalszej części pielęgnacji, mając pewność, że kolejne produkty zadziałają lepiej w tym duecie.

dobry-krem-pod-oczy-silnie-nawilzajacy-dolomiti-naturalny

Na sam koniec zostawiłam krem pod oczy Dolomiti, Eye Contour Cream (160zł/50ml), który ma działanie liftingujące. W jego składzie ponownie znajdziemy wodę z włoskich gór oraz roślinne komórki macierzyste z szarotki alpejskiej. Najważniejsza okazuje się być dla mnie tutaj konsystencja tego kremu, która ponownie, jak w przypadku kremu do twarzy, totalnie mnie oczarowała. Głównie dlatego, że krem ten jest lekki, a podczas wklepywania w skórę jego konsystencja zaczyna przypominać coś w kształt esencji. Wiecie - wodnista, ale jakby gęstsza. Bardzo łatwo i szybko się wchłania, nie pozostawiając nieprzyjemnego, tłustego filmu pod okiem. Mam też wrażenie, że to jak do tej pory, najlepszy i najsilniej działający nawilżająco na tę okolicę krem, jaki było mi dane używać. Nawilżenie, jakie dostarcza mojej skórze, utrzymuje się na naprawdę długie godziny. Z chęcią wrócę do niego po wykończeniu tej buteleczki, możliwe nawet że już na stałe. 

Wszystkie z tych kosmetyków z powodzeniem stosuję rano i wieczorem. Śmiało mogę je również polecić pod makijaż, bo spisują się w tym wydaniu fenomenalnie! 

jaki-szampon-do-suchych-wlosow-dolomiti

dolomiti-zapachy-dla-kobiet-dla-mezczyzn-dolomia

Dolomiti pozowoliło mi się również odkryć w dwóch kolejnych płaszczyznach - zapachów oraz pielęgnacji włosów. Skusiłam się na restrukturyzujący szampon Dolomiti,Restructuring shampoo - Szampon restrukturyzujący (110zł/200ml), który przeznaczony jest dla osób z suchymi i zniszczonymi włosami. Ma bardzo delikatny zapach i nada się do stosowania na co dzień. To raczej coś dla tych z Was, które borykają się z problemem przesuszonych włosów (głównie przez zabiegi stylizacyjne), ale potrzebują równocześnie czegoś co oczyści ich skórę głowy, nie podrażniając jej przy okazji. Całkiem w porządku szampon. Dotarły też do mnie perfumy. A właściwie woda toaletowa. Dolomiti, Dolomia woda toaletowa (430zł/100ml) oczarowują już samym designem. Szklana, bardzo ciężka buteleczka zamykana na korek, który ma się wrażenie - jest z kamienia. Nawiązuje tym samym do miejsca, z którego pochodzi, czyli Dolomitów, ale też zapachu, który skrywa w środku, czyli czegoś dla silnych i nowoczesnych osób. Sama woń jest totalnie unisexowa, dlatego jeśli mamy na sali kobiety, które kochają takie lekko męskie zapachy - bingo! Mężczyźni też powinni być zadowoleni, ponieważ zapach ten jest bardzo klasyczny, zniewalający i ciepły. W składzie znajdują się bergamotka, modrzew, sosna limba oraz ambra. Ideał dla obu płci na zimne miesiące, klasyczne płaszcze i grube swetry. 


Skombinowałam Wam rabat na stronie iKosmetyki.pl. Po zapisaniu się do newslettera przez ten link, zgarniecie 22% zniżki na wszystkie kosmetyki dostępne na stronie. Nie jestem też samolubna - będziecie mogły wygrać mój ukochany krem do twarzy już niebawem. Także już teraz trzymam za Was kciuki i mam nadzieję, że będziecie zadowolone z konkursu ;) 

Wyświetl ten post na Instagramie.

🤔Dziewczyny, tak zupełnie szczerze - używacie naturalnych kosmetyków do pielęgnacji twarzy, czy raczej nie skupicie na tym żadnej uwagi? 🌿 Ja dawniej kompletnie nie zwracałam na to uwagi, ale jakoś tak, samoistnie moje kosmetyczne wybory zaczęły się skłaniać ku pielęgnacji naturalnej. Wciąż nie zrezygnowałam stuprocentowo z innych kosmetyków, ale nie ukrywam, że moje podejście zmieniło się diametralnie w porównaniu do tego, jakie decyzje podejmowałam kiedyś. 👉🏻Na blogu wrzuciłam Wam właśnie post o kosmetykach włoskiej marki Dolomiti, którą dostaniecie na @ikosmetyki.pl 💙 Pytałam Was, czy znacie tę markę w zeszłym roku i duża cześć z Was nie miała bladego pojęcia, o czym mowa. Dlatego dzisiaj zbiorczy post z recenzjami trzech kroków pielęgnacyjnych według Dolomiti. To pielęgnacja w moim mniemaniu bardziej premium, ale o naturalnych składach. Testuję je już od kilku tygodni i powiem tyle - takiej petardy jeszcze nie miałam! Ideały na zimne miesiące, mocno nawilżające i kompleksowo działające kosmetyki Dolomiti skradły moje serce. A właściwie w końcu ukoiły moją biedną, przesuszoną skórę 💙Więcej znajdziecie w linku w bio ☺️ #dolomiti #naturalnapielęgnacja #pielegnacjatwarzy #pielegnacja #pielęgnacja #skincare #ikosmetyki #ecofriendly #kosmetyki #naturalskincare #eco #fromnature #serum #krem #krempodoczy #kremdotwarzy

Post udostępniony przez Ala ma kota (@alamakotaa)

Dajcie mi koniecznie znać, czy znacie kosmetyki Dolomiti, czy jest to dla Was nowość. Jestem też bardzo ciekawa, jak podchodzicie do sprawy pielęgnacji kosmetykami naturalnymi. Zwracacie na to uwagę? Stosujecie kosmetyki naturalne, czy nie jest to dla Was priorytet?

Hity 2018 - ulubione kosmetyki do makijażu

Tuesday, January 8, 2019 -


'2018 was a year of realizing stuff.'
Powiedziałabym to chcąc zacytować klasyka - Kylie Jenner, ale temat dziś przeze mnie poruszany będzie zdecydowanie lżejszy, niż zajście w ciążę i urodzenie małej Stormie. Dzisiaj pogadamy sobie o moich ulubionych kosmetykach 2018. Zaczniemy od kolorówki, bo ją lubię najbardziej, chociaż nie ukrywam, że w tym roku odkryłam parę pielęgnacyjnych perełek, o których chętnie Wam wspomnę. To w następnym poście. Dzisiaj o makijażu.


TWARZ

W kategorii najlepszego podkładu 2018 wybieram zdecydowanie Deborah Milano Extra Mat Perfection i mój matowy wybawiciel. Nie zliczę ile buteleczek zużyłam (chyba ze cztery), a mam ze trzy w zapasie, więc... to musi być po prostu ulubieniec. Wiem jednak, że coś zaczyna mi się w głowie znów przestawiać i nieśmiało spoglądam w kierunku jakiegoś rozświetlającego (i niematującego) podkładu, więc chyba 2019 poświęcę na poszukiwania ideału w tym kontekście. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie na tym podkładzie mogłam najbardziej polegać. Jest ultratrwały, ultralekki, pięknie wygląda przez cały dzień i nie mam mu NIC do zarzucenia
Niezmiennie kochałam go też w połączeniu z najlepszą bazą, jaką miałam do tej pory - Fenty Beauty, Pro Filt'r Instant Retouch Primer. Sprawdza się u mnie fenomenalnie, głównie dlatego, że stanowi dodatkowy krok pielęgnacyjny - to ideał dla takich wysuszeńców, jak ja. Mimo posiadania cery mieszanej mam skłonności do odwodnienia, więc nie istnieje dla mnie określenie "za dużo nawilżenia". Jeśli jeszcze jej nie próbowałyście - gorąco zachęcam. Korektor, to dla mnie odkrycie 2018 - wszystko dzięki aGwer. Podarowała mi go po powrocie z wakacji w Liverpoolu. Byłam szczerze zaskoczona, że jest tak dobry! Collection, Lasting Perfection Concealer, to już staroć i znają go wszystkie YouTube'owe dinozaury. Mnie było dane odkryć go w tym roku i powiem szczerze - jest miłość. 


O tym pudrze właściwie Wam nigdy nie wspominałam, chociaż nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Kosmetyki Marc Jacobs, to dla mnie często hit or miss, jednak tym razem udało mi się trafić na naprawdę fajny produkt. Wkurza mnie jednak jego siateczka i fakt, że przez to uwypuklone zabezpieczenie na dole wieczka, nie można swobodnie wysypać sobie na nie pudru. Wolę klasyczne opakowania. Nie mam jednak zastrzeżeń w kontekście samego produktu. Fajnie spisywał mi się w ciągu roku, nadawał się do bakingu i pod oczy. Fajnie wyrównywał cerę, nadając lekkiego efektu blur. 




Kolorytu dodawałam sobie przy pomocy ukochanej paletki Filmstar Bronze & Glow od Charlotte Tilbury. To cudeńko oczarowało mnie na dobre i na co dzień używam jej niemal nieustannie. Wciąż jeszcze nie dobiłam dna (i oby stało się to jak najpóźniej), a wysoki pigment tych produktów pozwalał na sprawny makijaż, przy użyciu małej ilości kosmetyku. Kocham! Kocham za ten glow, za piękną naturalność, za luksus i za to, że poprawia mi samoocenę. 
Brak u mnie w tym roku różu, bo mimo że lubię wciąż NARS Bumpy Ride,  o którym pisałam już chyba tryliard razy, to jakoś w 2018 roku odeszłam odrobinę od stosowania tego kosmetyku. Bardziej skupiłam się na bronzerze oraz rozświetlaczu, które zapewniały mi wystarczający look. I choć bardzo chciałam ograniczyć się do jednego rozświetlaczowego wyboru - nie umiem. Na podium, zaraz obok paletki CT znajduje się też rozświetlacz NABLA w kolorze Wave. Głęboko wierzę, że kolekcja DENUDE trafi na stałe do sprzedaży, a przynajmniej rozświetlacze. To prasowany metal, rozświetlacz najmocniejszy na rynku i naprawdę, nie ma drugiego takiego. PO PROSTU NIE MA. Jeszcze nigdy nie widziałam nic mocniejszego i nie wiem, czy da się ten blask przebić.  

USTA

Zdecydownie pomadka Semilac w kolorze Indian Roses, którą sobie po prostu ukochałam i miałam w zwyczaju nosić naprawdę, naprawdę często. To przepiękny odcień cielistego beżo-różu, który ładnie podkreśla moją urodę i nie ukrywam, że marka zaskoczyła mnie niezwykle pozytywnie tymi właśnie pomadkami. Ich formuła jest naprawdę super! Porównałabym ją do najlepszych, wysokopółkowych matowych pomadek, które są dostępne na rynku.

W międzyczasie na polski rynek zawitały też kosmetyki Fenty Beauty,  a ja mimo moich wcześniejszych obaw, zakochałam się na dobre w błyszczyku Gloss Bomb w kolorze Fenty Glow. Kocham go za jego niesamowitą formułę, intensywny blask i przepiękny efekt miliona drobinek na ustach. Bogactwo masła shea sprawia, że usta są przy okazji pielęgnowane, więc nie można od niego chcieć nic więcej.


OCZY I BRWI

Paletka NABLA, Poison Garden zawładnęła moim sercem, choć jak w prawdziwej miłości, nie obyło się bez wad. Co prawda, ma ona ich według mnie niewiele, a więcej możecie o tym poczytać tutaj, jednak chciałabym wyraźnie powiedzieć, że gdy sięgałam po "jakąś" paletkę do makijażu, z reguły była to właśnie ta paletka. Pierwsza przychodziła mi do głowy i zawsze mogłam stworzyć nią coś super. Zarówno lekki makijaż na co dzień oraz taki mocniejszy, na ciekawsze wieczory. 
Miałam wrażenie, że mój makijaż w tym roku zdominowały kosmetyki NABLA, ale okazuje się, że tylko dwa produkty trafiły na koniec roku do ulubieńców, czyli nie jest ze mną jeszcze aż tak źle. Uff!  Bo już myślałam, że muszę się gdzieś zarejestrować, jako wyznawczyni kultu...


Znów nie potrafię żyć bez maskary Burberry, Cat Lashes. Gdyby nie fakt, że mam miniaturę, a przy okazji otwartych kilka innych, które testuję (oraz parę innych w kolejności), wróciłabym się do Sephory, żeby koniecznie uzupełnić sobie zbiory. Kocham ją za to podkręcenie rzęs oraz fakt, że potrafi je tak utrzymać przez cały dzień. Kocham też za nieosypującą się formułę i długą trwałość. I za superszczoteczkę, która zrobi cudo z każdych, nawet najbardziej lichych rzęs! 


Na brwi stosowałam mój ukochany, "szybki" duet. Kredkę Precisely My Brow od Benefit oraz żel Gimmie Brow. Oba kosmetyki mam w kolorze 03, który jest idealny dla mnie w tym momencie. Nie za brązowy i nie za jasny. W dni, w które nie chciało mi się malować i "robiłam" tylko brwi oraz rzęsy, sięgałam po sam żel. Ma lekki kolor, całkiem dobrą trwałość i moc utrzymania włosków na miejscu. Nie potrzebowałam niczego więcej. Gdy jednak chciało mi się malować trochę mocniej, zawsze używałam do tego duetu. Kredka jest napigmentowana i przyjemnie sunie po skórze. Daje się stopniować i rzeczywiście precyzyjnie maluje. W zespole z Gimmie Brow - naturalnie wyglądające brwi, to pikuś! Polubiliśmy się na dobre ;) 


I to tyle. Chciałoby się powiedzieć, że aż tyle, ale jeszcze pielęgnacja przed nami, także wolę nie przesadzać już dzisiaj ;) Starałam się wybrać tylko te kosmetyki, które rzeczywiście stuprocentowo używałam najczęściej, chociaż ulubieńców mam znacznie więcej, ale przecież nie wysypię Wam tutaj teraz połowy mojego Alexa do wpisu. Bo by było nienormalnie (jakby już nie było ;) ) 

Dajcie znać, jacy są Wasi ulubieńcy zeszłego roku i czy może coś nam się zdublowało ;) Jestem tego bardzo ciekawa! 


DO GÓRY