NARS x Man Ray

Monday, December 11, 2017 -



Dziś pokażę Wam piękny set czterech pomadek marki NARS, który niestety prawdopodobnie nie będzie u nas dostępny. Za to możecie dorwać kilka innych produktów z serii NARS x Man Ray, która to zachowana została w biało-czarnych tonach pod względem designu, ale błyszczy się za to wnętrzami. Prawdziwie Festive!


Poprzednie posty o NARS:
> NARS, Complete Matte Concealer 

Mam w swoich zbiorach jeszcze najnowszą paletkę cieni, ale na recenzję musicie chwilencję poczekać. Nie wyrobiłam się bowiem z napisaniem tekstu, choć zdjęcia mam porobione już od dawna. W dodatku, rzadko mam okazję ją sobie używać, bo na co dzień raczej nie szaleję z makijażem do pracy. Intensywnie sprawdzam ją za to w weekendy i bardzo proszę o jeszcze tydzień-dwa. Wtedy wrzucę Wam moje ostatecznie osądy. 


A teraz to cudo, czyli zestaw czterech aksamitnych pomadek do ust, zamkniętych w złotej, PRZEPIĘKNEJ kosmetyczce z wytłoczonymi ustami. Bardzo mi się podoba, jest niewielkich rozmiarów, idealna na spakowanie kilku najpotrzebniejszych rzeczy i wrzucenie do torebki. Kobiecy ideał. No i jak wygląda! Zazdrość w oczach koleżanek, gwarantowana! 

W środku znajdziecie cztery pełnowymiarowe pomadki, w dość niecodziennych kolorach. Dwa z nich niezwykle przypadły mi do gustu i będę ich używać, dwa inne... no, już niekoniecznie. 
Mamy tutaj do dyspozycji:



  • Endangered Red - bordowa, matowa czerwień. Nie muszę chyba pokazywać palcem, że podoba mi się z całej kolekcji najbardziej. Jest intensywna, bardzo elegancka i krzycząca "jestem tutaj!". 
  • Toundra - to prawdziwie rdzawy kolor. Oczywiście, nie mogło go zabraknąć w satynowym wykończeniu. Czy znajdzie swoje fanki? Nie wiem. Ja osobiście nie jestem nim ani oczarowana, ani nie zrobił na mnie wrażenia, po umalowaniu ust. Taki sobie, meh. 
  • Wild Ways - to mahoń, który ma lekko błyszczące wykończenie. Nie daje pełnego krycia, jak matowe wersje pomadek wspomnianych wcześniej, ale całkiem dobrze wygląda na ustach. Trochę się tego koloru u siebie obawiałam, jednak bądź co bądź uważam, że nie wypada najgorzej. 
  • Spell Bound - jako jedyna jest w błyszcząco-przezroczystym wykończeniu. I choć kolor podoba mi się niezwykle, jest dość trudna w pracy. Niestety na podkładowych ustach wygląda, jakby zastygłam nam na nich pasta do zębów. Najlepiej prezentuje się na naturalnych ustach w towarzystwie balsamu (wtedy nie podkreśla suchych skórek) lub w jako top do innych kolorowych pomadek. Wymaga pracy, więc nie jest prosta w obsłudze, ale ma w sobie coś takiego, że mimo wszystko dobrze mi się po nią sięga. 



Sama forma pomadki jest dość wygodna. Można ją bowiem śmiało temperować i wrzucać do torebki. Przyjemnie się jej używa i nie ma problemu w kwestii wyrysowania idealnego konturu. Jest trwała, choć liczyłam że w macie będę mogła liczyć na jeszcze większą trwałość. Kilka godzin możemy mieć spokój. Nie zdaje jednak próby jedzeniowej - tutaj trzeba liczyć się z faktem, że zniknie z powierzchni ust. Takie ciemne, dość nietypowe kolory mają to do siebie, że w specyficzny sposób schodzą z ust, więc i tutaj trzeba być przygotowanym na ewentualne poprawki w ciągu dnia.


Tak, jak Wam wspomniałam. Pomadki niestety nie są dostępne w polskiej Sephorze. A szkoda! Zestaw w Stanach kosztuje (po przecenie!) 39$, a jego wartość to 99$. Biorąc jednak pod uwagę, że tylko dwie pomadki podobają mi się naprawdę (z czego jedna jest dość trudna w pracy), to warto się skusić tylko ze względu na kosmetyczkę. Oczywiście, jeśli jesteście fankami takich pstrokatych dodatków. No, chyba że do gustu przypadły Wam kolory, których ja nie polubiłam :)

Jak podoba się Wam ta kolekcja? Kupiłybyście ją, gdyby była u nas dostępna?
Dajcie znać w komentarzach! 

Kolekcja, Burberry Festive 2017

Monday, December 4, 2017 -


O tym, że jestem wielką fanką marki Burberry wiecie już od dawna. Wielokrotnie wspominałam Wam o tym na blogu, że ta firma kosmetyczna nie tylko dobrze wygląda, ale też i fantastycznie działa. I taka jest prawda. Za stylowy design powinno się im przyznać same piątki, ale kosmetyki, które możemy sobie u nich sprawić, mają wyjątkowo dobrą jakość. 

Dzisiaj prezentuję Wam, jak wygląda z bliska najnowsza, zimowa kolekcja Burberry Festive 2017. 
Jest totalnie iskrząca i po prostu przepiękna, więc już bez zbędnego gadania, przybliżę Wam trzy nowe produkty. 

Po pierwsze płynny rozświetlacz


Jestem totalną sroką i jak tylko widzę coś błyszczącego, od razu potrzebuję tego w życiu. A te rozświetlające kropelki, potrzebuje w swojej kosmetyczce KAŻDA miłośniczka rozświetlenia na policzkach i nie tylko. Produkt ten bowiem jest wielozadaniowy. Możemy nim swobodnie pobawić się w strobing - tak modny w zeszłym sezonie. Fantastycznie wygląda na szczytach kości policzkowych i w każdym miejscu na twarzy, które chcemy uwypuklić odbijanym blaskiem. Możemy też dodać kilka kropel do bazy pod makijaż, kremu nawilżającego czy po prostu podkładu, tak by stworzyć lekko lśniącą i niezwykle zdrowo wyglądającą cerę. Idealnie sprawdzi się też podczas świątecznych spotkań, czy sylwestrowo-karnawałowych zabaw. Można nim bowiem zaznaczyć dekolt i ramiona. 

Burberry, Illuminating Drops Glow Concentrate w kolorze Metallic Pearl 01 (140zł) jest bardzo napigmentowany, wystarczy więc niewielka ilość by móc cieszyć się piękną taflą. Ma lekko perłowo-biały odcień, który w miarę wmasowywania w skórę i blendowania, przynosi efekt delikatnego złota.



Po drugie cień 

Zimowy makijaż to dla mnie bardzo proste kroki. Idealna cera, rozświetlone policzki i mocny akcent na ustach. Oczu w moim pośpiechu do pracy, praktycznie nie maluję. Staram się jedynie przypudrować powiekę, mocno wytuszować rzęsy i rozświetlić wewnętrzny kącik. Idealnie do tego sprawdza się właśnie nowość Burberry, czyli Eye Colour Contour w kolorze 151 Sheer Gold (125zł). Ładnie mieni się własnie delikatnym złotem i pięknie odbija światło. Łatwo dzięki temu oszukać świat dookoła, że wspaniale się wyspałyśmy i jesteśmy wypoczęte. Formuła jest kremowa i łatwo się rozciera, więc można tym cieniem śmiało zaznaczyć całą ruchomą powiekę i cieszyć się z fajnego makijażu.



Po trzecie pomadka 

Kocham czerwienie, to też nikogo nie dziwi, prawda? Ja nie wiem, jak się to stało, ale mam nieodparte wrażenie, że Burberry stworzyło idealną kolekcję specjalnie dla mnie. Czuję się dość mocno wyjątkowa :D Ale już nie śmieszkując, najnowsza pomadka z serii Full Kisses, ma odcień Deep Crimson (125zł). I właściwie nic więcej nie powinnam dodawać odnośnie jej odcienia, bo właśnie taki szkarłatny jest ten kolor. Jest to limitowana edycja, a więc gratka dla każdej miłośniczki kolekcjonowania różnych czerwieni. 
Sama pomadka ma niezwykle komfortową formułę. Jest przyjemna w aplikacji i tak, jak jej koleżanki z tej serii, pięknie błyszczy. 

A Wam spodobała się ta kolekcja? Chcecie ją zobaczyć w makijażu?
Dajcie znać w komentarzach! 

Ala, a jak zacząć robić piękne zdjęcia na Instagram i bloga? || Radzą Wam aGwer, Miskejt, Agu blog i ja!

Wednesday, November 29, 2017 -


Dawno nie było już żadnej blogerskiej akcji, a ja nie lubię, jak jest nudno (Totalne kłamstwo! Wolę leniuchować i leżeć do góry brzuchem, ale głośno tego nie powiem). Dzisiaj na moim blogu przeczytacie o moich sposobach na robienie zdjęć na bloga, ale też na Instagram. Co więcej, na moich poradach się nie skończy i możecie dziś zajrzeć też na blogi trzech inspirujących dziewczyn: aGwer, Miskejt oraz Agu. Dziś jesteśmy, jak drużyna blogowych Avengersów i przybywamy z pomocą oraz odpowiedziami na najważniejsze i najczęściej zadawane przez Was pytania! 

Pamiętam czasy - Wy pewnie też - gdy jakość zdjęć na blogach się kompletnie nie liczyła. Jakoś tak, temat ten był bardzo spychany na drugi tor. Każda z nas przechodziła pewnie etap używania telefonu, jako aparatu, kiepskiej perspektywy, czy problemów ze światłem. Świat jednak pognał do przodu, a estetyka idealnego życia z Instagrama, przeniosła się na blogi. Nie wyobrażam sobie teraz, aby ktoś traktował moją pracę, jako profesjonalną, gdybym znów robiła zdjęcia, jak na początku swojej drogi. Nie czuję się ekspertem, dość mocno eksperymentuję i miewam lepsze, jak i gorsze dni w tej kwestii. Mam jednak kilka sprawdzonych porad, którymi dzisiaj się z Wami podzielę. 

Gdzie kupować?

Warto wybierać się do sklepów z dodatkami do mieszkania, czy innymi pierdółkami, które śmiało można potem postawić na półce, czy w rogu mieszkania. Przyda się tak naprawdę wszystko. Od doniczek, po kubeczki, druciane, złote kosze, a nawet i lampeczki. Do moich ulubieńców w tej kategorii zaliczam niezmiennie: 

Euro Firany - ten sklep tylko tak kiepsko się nazywa; w środku jest całe mnóstwo pięknych dodatków.

NanuNana, Pepco - tutaj znajdziecie pierdółki do zdjęć, od drewnianych dodatków, po malutkie lampeczki do rozmycia w tle. Jest tanio, niekoniecznie solidnie, ale czasami trafiają się fajne rzeczy. 


Homla, Duka, Home&You, Mensa Home - te sklepy z dodatkami do mieszkania są już trochę droższe, ale polecam je z dwóch powodów. Po pierwsze, na promocjach można tutaj upolować naprawdę niezłe sztuki (zwłaszcza teraz, gdy mamy okres przedświąteczny!). Po drugie, tutaj przy okazji inwestujecie w porządne i stylowe dodatki do domu. Solidna, drewniana taca, idealnie sprawdzi się na fotkach, ale potem może Wam służyć w kuchni. 

Dodatki możecie też wybierać do woli w takich sklepach, jak H&M Home (swoją drogą, wiedziałyście że nazwę tego sklepu po szwedzku czytamy hoem? Dla mnie to nadal haendem ;) ), czy Zara Home. Tam dostaniecie dosłownie wszystko. Dodatki do jadalni, do kuchni, zastawy, lampki, dywany, pościele. Wszystko oczywiście totalnie instagramable. 


Odwiedzajcie regularnie TK Maxxxa, jeśli macie w ogóle ten sklep w swoim mieście. Jest to prawdziwa skarbnica stylowych dodatków do zdjęć, ale też i do mieszkania. Ja w ten sposób zawsze tłumaczę swoje zakupy. "Przecież to się przyda w domu", a że przy okazji pięknie będzie się prezentować na zdjęciach, to inna kwestia ;) 


Aha... I wiecie, nie zapominajmy o Aliexpress. Szykuję dla Was wpis o tym, jakie dodatki warto tam zamówić. Znajdziecie w nim pewnie moje całe polecando, bo nie omieszkam uraczyć Was linkami. Dostaję od Was tyle próśb i zapytań o tę kwestię, jak pokazuję Wam cokolwiek na Insta Stories, że łatwiej mi będzie zrobić dla Was taki wpis raz a porządnie. Tam to dopiero jest impreza! 

Czasami jednak nie trzeba kupować specjalnych dodatków do zdjęć. Wasze otoczenie też może służyć, jako świetne miejsce do zdjęć. Macie gdzieś niedaleko piękną kawiarnię? Na pewno warto się w niej zapytać, czy mieliby coś przeciwko, jeśli pstrykniecie sobie u nich kilka zdjęć. Z reguły nie ma z tym problemu. 


Gdzie się inspirować? 

Zaglądajcie na Instagram i na Pinteresta. Gdy nie mam w sobie choćby grama pomysłu na zdjęcia, robię sobie najpierw małą rundkę po moich ulubionych kontach na Insta. Przydatna jest też opcja zapisywania zdjęć, dzięki czemu bez problemu można do nich wrócić, gdy same mamy czas na fotki. 
Pamiętajcie, jak się inspirować, to najlepszymi! 
Nie słuchajcie też tekstów, że "ooo, to już było, cały Instagram tak wygląda". Podoba się Wam taki a nie inny styl? Lubicie oglądać takie fotki? Tworzenie swoich w tym stylu sprawia Wam wiele radości i satysfakcji? Jeśli choćby na jedno z tych pytań odpowiedziałyście twierdząco, polecam pomachać środkowym palcem całemu światu i skupić się na dalszym doskonaleniu swoich fotek. Po prostu. Robicie zdjęcia przede wszystkim dla siebie, bo to WY macie być zadowolone z efektu. Jak podoba się on Wam, to nie pozostaje nic innego, jak podzielić się nim z publiką. Tyle <3 

Ostrzegam jednak, że i Instagram, i Pinterest, mają swoje dwie ogromne wady. Po pierwsze, możecie się liczyć z tym, że jeśli nie nastawicie sobie minutnika, to spędzicie na nim co najmniej godzinę... Takie piękne zdjęcia można oglądać, oglądać i oglądać w nieskończoność. Po drugie, będziecie chciały sobie to wszystko kupić. A tutaj tak przy okazji mogę Wam polecić korzystanie z usług lokalnych, polskich firm. Fajnie jest je wspierać i cieszyć się produktami, które zostały stworzone przez czyjeś łapki specjalnie dla Was :) 


Co dobrze wygląda na fotkach w okresie jesienno-zimowym? 

Koce, swetry
Tutaj przydadzą się wszystkie grube, dziergane swetry. Stare szaliki, które robiła Wam na drutach babcia. Grube, cieplutkie i milusie koce, którymi opatulamy się o tej porze roku (dobre i tanie są w Pepco, a droższe i bardziej fluffy dostaniecie w TK Maxxach, czy w Home&You). I tak modne ostatnio koce z wełny czesankowej. Drogie to cholerstwo okropnie i wcale nie jest takie mięciusie, na jakie wygląda, ale kurde - same widzicie, jak pięknie prezentuje się to na zdjęciach. (Mój jest z Turkusowej Manufaktury)


Liście, kwiaty, natura

Dobrze sprawdzą się teraz zasuszone liście. Co prawda, coraz ich mniej, ale jeszcze da się je gdzieniegdzie upolować. Więc jeśli w weekend wybieracie się na spacer, to warto przytargać ze sobą taki bukiecik, jak za dawnych czasów, gdy chodziło się do przedszkola. Ludzie się trochę dziwnie patrzą, ale wiecie... czego to się nie robi dla pięknych zdjęć. 
Takie liście możecie też dorwać  w dobrych kwiaciarniach. Co poza tym? Kwiaty doniczkowe, intensywnie zielone, nieśmiertelna gipsówka, białe goździki i róże. 


Bokeh, lampki, świeczki

Komu się nie podoba ten efekt? No komu? Wiadomo, że każdemu. Warto więc wyposażyć się w fajne świeczki (te droższe, czyli Yankee, czy Bath&Body Works, albo tańsze np. DW Home z TK Maxxxa - około 16zł za sztukę, piękne zapachy i fajne opakowania, idealne jako dodatek na zdjęcia). 
W grę wchodzą też światełka, które możecie dostać w każdym sklepie z pierdółkami (tutaj szczególnie polecam NanuNana), a jeśli możecie poczekać na przesyłkę, to zamówcie je na Ali. 


Czego nie radzę? 

Mieszać kilku kompletnie niepasujących do siebie kolorów
Czasami wiadomo na pierwszy rzut oka, że złote dodatki będą kiepsko komponować się ze srebrnym confetti, a czerwone materiały kiepsko zagrają z pomarańczowymi elementami. W takich sytuacjach mniej znaczy więcej. Jeśli decydujecie się na jakiś mocny kolor, najlepiej będzie, jeśli będzie jeden. Unikniecie w ten sposób chaosu i ogólnego wrażenia, jakbyście nie wiedziały co robicie. No, chyba że wiecie co robicie i takie pomieszanie z poplątaniem wyjdzie Wam fenomenalnie. Wtedy chylę czoła! ;) 


Układać rzeczy, jak od linijki 
Wierzcie mi, że tak długo, jak nie prowadzicie profilu na Instagramie, który swoim stylem mogłby wpasować się idealnie w hashtag #nieboperfekcjonistów, nie musicie układać każdego elementu na zdjęciu tak, jakby jego obecność kilka minimetrów od dokładnego umiejscowienia, miała zwiastować koniec świata. Czasami lepiej jest coś rozsypać, rzucić, pokruszyć... Jest bardziej autentycznie, mniej sterylnie i przede wszystkim, swojsko. Musicie pamiętać, że Wasze zdjęcia oglądane są przez ludzi.


Robić zdjęć na siłę 
Nie ma nic gorszego, niż zły dzień do zdjęć. Czasami może to być spowodowane pogodą, która aktualnie nas nie rozpieszcza i co tu dużo mówić, trzeba zacisnąć zęby i poczekać do wiosny, aby za oknem pojawiły się w końcu oznaki pięknej pory roku, która sprzyja zdjęciom. Słońca jest teraz, jak na lekarstwo, a każda z nas, która prócz blogowania, ma na głowie jeszcze pracę, czy uczelnię, wyczekuje weekendów, by w końcu móc zabrać się za pstrykanie fotek. Czasami jest też tak, że po prostu budzimy się i nic nie wychodzi. Mnie też zdarzają się takie dni i im bardziej kombinuję, im bardziej próbuję zrobić jakieś piękne zdjęcia, tym gorzej mi to wychodzi. Wkurzam się wtedy niemiłosiernie i jedyną receptą na takie sytuacje jaką posiadam, jest odpuszczenie. Czasami po prostu nie warto się szarpać z aparatem i odpuścić. Poczekać na lepszy dzień. 

Ufff! Jak ja się cieszę, że w końcu kończymy ten tydzień! Teraz tylko odpoczynek w weekend, choć z mojej strony nastawiony będzie na zmiany - muszę trochę poprzekręcać w moim życiu o 180 stopni. Bo wiecie, już jest „za nudno” 🙈🙈 Czy Wy też macie czasami dość, że inni wymagają od Was miliard rzeczy, a sami nie są w stanie spełnić choćby 5% swoich obietnic? Same here! Dlatego zbliżający się koniec roku uważam za idealną porę do poszukiwań nowych wyzwań 😊 trzymajcie kciuki! 💕 Ostatnio moje konto to same flatlaye, nie? Pokochałam je na maksa ❤️❤️❤️ Wszystkie kosmetyki dostępne w perfumerii @sephorapolska Coraz bliżej do Fenty Beauty ❤️ #fenty #sephora #beauty #makeup #makijaż #flatlay #mybeigelife #wood #kindle #bookstagram #gold #flatlaystyle #kosmetyki #recenzje #nice #cute #follow #best
Post udostępniony przez Alicja Jarząbek | Ala ma kota (@alamakotaa)

Na koniec raz jeszcze odsyłam Was na blogi dziewczyn, na których znajdziecie całe mnóstwo inspiracji do zdjęć i nie tylko:

Agu blogaGwer blogMiskejt

Mam nadzieję, że post przypadł Wam do gustu i czekam teraz na Wasze komentarze! Lubicie robić zdjęcia? Kupujecie już dodatki nie tylko do domu, ale i na zdjęcia? ;) 

Semilac Flash - nowe pyłki Aurora oraz syrenka

Wednesday, November 22, 2017 -


Czy kogoś to jeszcze dziwi, że Semilac zaskakuje nas nowościami praktycznie co chwilę? Jeszcze się dobrze nie pozbierałam z wrażenia przy kolekcji biznesowej, a już wyskoczyły nam lakiery termiczne (jeszcze je Wam pokażę!) oraz trzy nowe pyłki do zdobień, o których to będzie dzisiejszy post. 


Gwarantuję Wam jednak, że kolory te Wam się totalnie spodobają, więc już radzę zapisywać je w notesie. Tak wiecie, w razie czego, jakby Mikołaj nie miał pomysłu na Wasz prezent, a Wy byście chciały być obdarowane :) 




Cieszę się niezmiernie, że Semilac w końcu wypuścił na rynek Syrenkę Mermaid 683. Jej cena to 19zł i jest mocnych rywalem dla marek konkurencyjnych. Ten pyłek wcieramy w lakiery, które pozostawiają warstwę dyspersyjną. Mieni się ona właśnie, jak rybi ogonek, bijąc blaskiem różu, złota i pomarańczu. Nie osiągniecie nią idealnej tafli, ale myślę, że każda z nas kochająca błyskotki, z chęcią przytuli tę nowość Semilaca. 

Aurora Pink 682, to kolor klasycznego różowego złota. Ideał wśród miłośniczek błysku, zwłaszcza tego w pełni modnego. Aurora Gold & Green, to pyłek, który jest mieszaniną złota oraz zieleni. Cena pyłków Aurora, to 33zł. Pyłki te  wcieramy w lakiery bez warstwy dyspersyjnej (np. top no wipe), a następnie zabezpieczamy jeszcze jedną warstwą takiego samego produktu. Dzięki temu osiągamy tak zwany efekt tafli. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli chcecie uzyskać efekt drobinowy, to jak najbardziej, możecie zatopić pyłek w lepkiej warstwie powstałej po utwardzeniu lakieru kolorowego. Sprawdza to się idealnie, jako element biżuteryjny. Najpiękniej prezentują się na kolorach jasnych, kremowych, jednak mieszać i miksować możecie je całkowicie dowolnie. Wcieramy je palcem lub specjalnym aplikatorem. 


Musicie mi tylko wybaczyć brak zdjęć na próbniku. No nie miałam kiedy ich zrobić, ale obiecuję, że w weekend zaktualizuję ten wpis i wrzucę Wam jeszcze zdjęcia, jak produkt prezentuje się na pomalowanych paznokciach. A wierzcie mi, jest bosko! 


A teraz gratka dla każdej miłośniczki tej marki, która pochodzi ze Szczecina lub okolic. Słuchajcie, mam fantastyczne wieści! W otwartej ostatnio nowej części Galaxy, znajdziecie wyspę marki Semilac, w której kupicie każdą nowość, która wchodzi na rynek. Strasznie się cieszę, że w końcu będzie można tę markę dorwać stacjonarnie i myślę, że fanki pięknych paznokci mają się z czego cieszyć. A jeszcze, jakby tego było mało, to w sobotę otwarta została pierwsza szczecińska Akademia Semilac, w której będzie można nauczyć się malowania paznokci od postaw, ale też trudniejszych zdobień czy przedłużania paznokci. No nie powiecie mi, że się nie cieszycie! Ja jestem ogromnie podekscytowana, że teraz już wszystko mamy na miejscu i serce mi rośnie, że marka tak pięknie się rozwija.


A teraz dajcie mi znać, czy takie błyszczące nowości w ogóle Was w sobie rozkochały? Lubicie element biżuteryjny na paznokciach? 

Jo Malone, Fenty Beauty, kolorówka Rituals, czyli moje zakupy z wyjazdu do Barcelony

Monday, November 20, 2017 -


W hiszpańskiej Sephorze oszalałam do reszty. Warto wspomnieć, że Barcelona może się pochwalić posiadaniem największej perfumerii w całej Europie. I nie powiem, dziewczyny, robi niesamowite wrażenie! Jest ogromna! Miałam coś wziąć ze stacjonarnej szafy Hudy, ale odpuściłam. Skusiłam się na nowości Fenty Beauty, które to według plotek i ploteczek, w przyszłym roku pojawią się w polskiej perfumerii. 


Kupiłam bazę Pro Filt'r, która daje nawilżające, ale matowe wykończenie. Do tego wzięłam sobie rozświetlacz Killa Watt w kolorze Lightning Dust & Fire Crystal, a oprócz tego do koszyka wpadł mi jeszcze bardzo ciekawy eyeliner z kolekcji świątecznej Galaxy. Jest w specyficznym kolorze, bo beżowego eyelinera jeszcze nie miałam. Later, Crater zastyga na mat, ale wystarczy odrobinkę go potrzeć, żeby oczom ukazały się błyszczące, złote drobinki! No cudo!!!


Chwyciłam jeszcze próbkę podkładu w jednym z dwóch odcieni, które pasują do mojej skóry. Jeden z nich (120) był wyprzedany, a fantastycznie stapiał się z kolorem mojej cery. 130, który wzięłam by przetestować formułę, choć odcień jest nie w moim guście (ma więcej żółtych tonów, za którymi nie przepadam). Na pewno wrzucę Wam jeszcze jego recenzję. 



Chciałam kupić jeszcze kilka innych kosmetyków, ale wiecie - budżet jest budżet. Nie mogłam go przekroczyć, bo inaczej poszłabym z torbami. 

Dostałam też w prezencie perfumy marki Jo Malone. Mała pojemność (30ml) zapachu Wood Sage & Sea Salt zasiliła moje perfumowe zbiory. Dodam jednak, że zapachy Jo Malone są dość specyficzne, nie dla każdego. Takie... wyrafinowane. To chyba dobre słowo. Są proste kompozycyjnie (z reguły jedna lub dwie przewodnie nuty, które można ze sobą dowolnie łączyć), a co za tym idzie, dają niezwykle duże pole do popisu fankom ciekawych woni. Jestem absolutnie oczarowana ideą marki i sądzę, że na dobre stanę się fanką tych zapachów. Na moim jednym się nie skończy i na pewno kupię ich więcej, mimo dość wysokiej ceny. 


Na koniec jeszcze rzut okiem na kolorówkę Rituals. Tak, na kolorówkę! Byłam w szoku, że posiadają oni kosmetyki do makijażu! Skusiłam się tylko na jeden kosmetyk i był to kremowy rozświetlacz Miracle Limited Eye&Cheek Glow, idealnie nadający się jako produkt do rozświetlania szczytów kości policzkowych albo do makijażu oka. Po zmieszaniu z olejkiem do twarzy, może też służyć jako piękna, rozświetlająca baza pod podkład. I rzeczywiście, glow daje niesamowite! Można je rozblendować do lekkiego blasku, ale i stopniować do totalnie oślepiającego efektu! Genialna sprawa.


I to tyle! Choć poszło na to całkiem sporo pieniędzy, a ja czuję, że będę zadowolona z tych zakupów, to jednak wiecie... chciałabym jeszcze kilka rzeczy, ale wewnętrzna walka o zakupowy minimalizm mi nie pozwala :D

Jesteście ciekawe recenzji tych produktów? Co zainteresowało Was najbardziej?

Jak wygląda pierwszy zabieg depilacji laserowej?

Friday, November 17, 2017 -


Depilacja laserowa, to temat na czasie, choć więcej wokół niego mitów i strachu, niż faktów. Dzisiaj chcę Wam odpowiedzieć na kilka pytań, które zadałyście mi na Instagramie, gdy wspomniałam o tym, że wybieram się na zabieg depilacji laserowej w Szczecinie.

Od lat zbierałam się do tego zabiegu. W zeszłym roku obiecałyśmy sobie z przyjaciółką, że wybierzemy się na niego razem, ale nie wyszło. Jakoś tak, temat umarł śmiercią naturalną. Wiedziałam jednak,  że kiedyś na pewno poddam się temu zabiegowi. Gdy dostałam propozycję współpracy od depilacja.pl bardzo się ucieszyłam i z przyjemnością podjęłam się tego przedsięwzięcia.


Zdecydowałam się na depilację łydek, ale już wiem, że na tym się nie skończy. Umówiłam się bowiem już na kolejną wizytę i mam zamiar pozbyć się niechcianych włosów na udach oraz na bikini. Przyznajcie  się, która z Was nie chciałaby mieć spokoju już do końca życia? Zero wrastających włosków i podrażnień po maszynce. Wygodne wakacje bez golenia nóg i bikini. No błagam Was! Ja na pewno chcę mieć wolne :)

Czym w ogóle jest depilacja laserowa? 

Depilacja laserowa polega na przeniknięciu wiązki laseru do nasady włosa. Laser diodowy LightSheer Duet, to aktualnie najlepszy dostępny laser na świecie. Działa najbezpieczniej i najskuteczniej. Zasysa skórę i strzela wiązką lasera bezpośrednio we włos, który natychmiastowo pali. 

Najlepsze efekty uzyskacie w momencie, gdy jesteście posiadaczkami jasnej karnacji oraz ciemnych włosów (zabawne, że to co było przekleństwem przez całe życie, może okazać się zbawienne podczas zabiegu depilacji! ;) ). Jaśniejsze włoski lub ciemniejsza karnacja też dadzą sobie radę, ale wiązka światła będzie po prostu mniej intensywna. 

Pierwszy efekt powinien być widoczny po trzech tygodniach od zabiegu. Wtedy to pozbywamy się około 15-25% owłosienia. Serie zabiegów wykonuje się w odstępie 6-8 tygodni w zależności od tego, jak szybko rosną Wasze włosy. 


Jak się przygotować?

Przed samym zabiegiem skontaktuje się z Wami pani, która będzie wykonywać zabieg. Zbierze niezbędny wywiad, który pozwoli jej lepiej Was poznać i przygotuje Was odrobinę do tego, jak będzie wyglądać sama depilacja. Najważniejsze jest to, żeby ogolić wybraną partię ciała w dniu zabiegu i nie używać żadnych balsamów, antyperspirantów, kremów i mgiełek do ciała. Skóra musi być po prostu czysta.
Na tydzień przed zabiegiem odkładamy wszystkie produkty światłoczułe, tj.: ziółka i suplementy przyspieszające porost włosów, jak również wit. A oraz C i E. Odpuśćcie sobie również mocne peelingi skóry. Nie radzę też się opalać (solarium, czy po prostu wakacje). Miejsca, w których skóra jest ciemniejsza, traktowane będą lżejszą wiązką laseru i nie przyniesie to takiego efektu, na jaki liczymy. Dlatego warto zastosować się do tych rad i przyłożyć się do odpowiedniego przygotowania. Poinformuje Was o tym również konsultantka. 


Czy to boli?


Tylko odrobinę. W dniu zabiegu wypadła mi niestety miesiączka, która przyszła szybciej niż się tego spodziewałam. Dlatego ból mógł być przez to silniejszy, bo podobno ogólnie nie jest zbyt odczuwalny. Mój porównałabym do równoczesnego wyrwania kilku włosków pęsetą. Jest totalnie do wytrzymania i właściwie czułam go tylko w kilku bardziej unerwionych miejscach. Naprawdę nie ma się czego bać. Wystarczy przyjść na zabieg wypoczętym i nic złego nie powinno się wydarzyć.Tak naprawdę, każda z nas będzie mieć inne odczucia. Agu depilacja łydek nie bolała wcale, aGwer miała podobne odczucia do moich. Polecam się tylko nie stresować, bo nie taki diabeł straszny, jak go malują. Naprawdę nie ma czego się obawiać.



Co wolno, a czego nie?

Oprócz odstawienia produktów, o których wspomniałam wyżej, nie zaleca się tego samego dnia chodzenia w obcisłych ubraniach, wizyt na basenie, siłowni, saunie, czy jazdy na rowerze. Wiecie, trzeba do tego podejść z głową i nie przesadzać. Po zabiegu skóra może być odrobinę podrażniona i napięta. Tak, jakbyście spędziły trochę czasu na słońcu. W partię ciała objętą zabiegiem wmasowany zostanie Wam balsam z aloesem, który załagodzi to uczucie i nawilży skórę. 
Pamiętajcie też, że jeśli partia ciała, którą depilujecie jest wystawiona na słońce, koniecznym będzie codzienne używanie wysokiego SPF (co najmniej 50). Minimalizujecie w ten sposób powstanie ewentualnych przebarwień. 


Za ile i dlaczego tak (nie)drogo?

Ceny na depilacja.pl są naprawdę szałowe! Zajrzyjcie sobie w link i sprawdźcie. Gwarantuję Wam, że się zdziwicie. Do tej pory odkładałam ten zabieg głównie przez jego cenę. Stwierdzałam, że sobie odłożę, po czym okazywało się, że zawsze wyskakiwało coś "pilniejszego". Sieć zapewnia jednak bardzo konkurencyjne ceny! Jeden zabieg na wybraną partię ciała, to 179zł, a oprócz tego możecie też korzystać z pakietów, które naprawdę się opłacają. W Szczecinie salon, w którym wykonacie zabieg, znajduje się na ulicy Wyszyńskiego 37. 

Jak długo utrzyma się efekt?

Efekt powinien utrzymać się na około 4-5 lat. Z tego, co dowiedziałam się od pani wykonującej zabieg, włoski po tym czasie mogą odrosnąć. Ale tak, jak napisałam "mogą", choć wcale nie muszą. Często powodem są zaburzenia hormonalne, ciąża itp. Co ważne, te które postanowią się znów pokazać, będą przypominać włoski dziecka. Będą kruche, łamliwe, delikatne i będzie ich niewiele. Nie obawiajcie się więc, że gąszcz sprzed zabiegu znów Was nawiedzi :)
Generalnie zalecane jest, aby po tych 4-5 latach wykonać jeden, do dwóch zabiegów przypominających. 

Tak, jak Wam wspomniałam, wybieram się na kolejny zabieg w grudniu i na pewno poinformuję Was, czy jestem zadowolona z efektów, gdy już zakończę serię usuwania włosków. Jestem bardzo zadowolona z przebiegu zabiegu. Był komfortowy, a pani, która go wykonywała była bardzo sympatyczna i odpowiedziała na wszystkie moje i Wasze pytania. 

Dajcie mi koniecznie znać, czy macie doświadczenie z depilacją laserową i czy w ogóle chciałybyście poddać się takiemu zabiegowi.
Czekam na Wasze komentarze! 


Idealna pielęgnacja ust w trzech krokach || Lanolips, Erborian oraz frank body - nowości w Sephora

Wednesday, November 15, 2017 -



Rok temu podejmowałam już ten temat na blogu i mogłyście wtedy poczytać o tym tutaj. Dzisiaj wracam do Was z aktualizacją. Jakiś czas temu w mojej kosmetyczce pojawiły się nowości i chciałabym Wam o nich więcej opowiedzieć. Coś polecić, a coś odradzić. 

W perfumerii Sephora zapanował już sezon na intensywną, zimową pielęgnację, a gdy myślimy o tych chłodnych miesiącach, od razu do głowy przychodzą nam problemy z popękanymi ustami. Dlatego warto o tej porze roku wdrożyć specjalny plan, który sprawi, że będziemy mogły cieszyć się cudownie miękkimi, jak gąbeczki wargami. 

Jesienią i zimą chętniej, niż zazwyczaj sięgamy po matowe pomadki. Nie dziwi mnie to w ogóle, bo ciepłe i grube swetry idealne współgrają z mocnymi i matowymi kolorami na ustach. Możemy jednak mieć pewność, że bez odpowiedniej pielęgnacji, prędzej czy później nasze wargi przypominać będą płytę wiórową, a nie #hotlips. 

frank body 

Lip scrub marki frank body, która to spędza właśnie swoje pierwsze tygodnie na polskiej stronie perfumerii, to absolutny hit. Zaczynając od designu opakowania, które to jest spłaszczone do granic możliwości i bardzo fajnie wygląda, po 15ml produktu, który daje sobie radę z każdą suchą skórką. Sam kosmetyk pachnie intensywnie kawowo i ma się ochotę go szybko zlizać z ust. Jeśli jesteście fankami cukierków Kopiko, to coś dla Was. Po minucie intensywnego masażu, można usunąć resztki produktu (lub go po prostu zjeść). Zostawia on delikatnie oleistą warstwę i powiem Wam, że nie jest tym, z czym do tej pory spotykałam się w peelingach do ust. Jest dużo bardziej masełkowaty i mniej "messy" przy użytkowaniu. Jego cena, to 45zł za 15 ml produktu.




Lanolips 

To moje odkrycie i absolutny hit! Jestem zachwycona truskawkową bombą witaminową i mam jeszcze w zanadrzu kilka innych opcji (limonkową, zielone jabłuszko oraz multi-funkcyjny balsam). O wszystkich opowiem jeszcze w osobnym wpisie, jednak na razie męczę jeden i ten sam wariant smakowo-zapachowy, czyli truskawkę. Wiecie dobrze, że kocham wszelkiej maści MOCNO treściwe balsamy do ust. Ten tutaj to coś, co śmiało można nazwać alternatywą dla niedostępnej w Polsce Agave Lip Mask od BiteBeauty. Dobrze wiecie, że kocham mocno nawilżające produkty do ust i wiecznie szuka(ła)m alternatyw dla drogiego zakupu z USA. Na ruszt wrzucałam EOSy, Balmi, olejki do ust i całe mnóstwo innych kosmetyków. Do niedawna, bo teraz już nie szukam - znalazłam!  Sama marka szczyci się faktem, że ich produkty są w 100% naturalne. Balsam do ust nie zawiera sztucznych zapachów, petrolatum, politlenków etylenu, olejków mineralnych i siarczanów. Jest gęsty i treściwy. Przyjemnie pachnie (choć nie spodziewajcie się soczystej, letniej truskawki). Jego cena, to 52zł za 10g produktu.




Erborian


Balsam do ust z pudrowym efektem, to dla mnie absolutna nowość. Daje matowe wykończenie oraz odrobinę malinowego koloru, ożywiając nieco usta i cerę. Pudrowa formuła Matte For Lips wzbogacona olejkiem z kamelii o właściwościach ochronnych. Lekko można go rozprowadzić po ustach, choć będę szczera - jego forma aplikacji (gmeranie w słoiczku) nie należy do najwygodniejszych. Daje jednak przyjemny efekt, choć tylko wizualny. Jako nawilżacz sam w sobie nie sprosta zadaniu. Jednak już jako produkt do naniesienia na usta w ciągu dnia, tak aby nie były gołe, sprawdza się super. Cena jednak jest dość spora, bo za ten koreański wynalazek trzeba zapłacić 89zł za 7g.




I to tyle. Te trzy kroki zapewniają mi wypielęgnowane usta, które idealnie nadają się do nałożenia mocniejszej pomadki. Pamiętajcie jednak, że nieważne, jakich produktów do tego używanie - efekt możecie uzyskać bardzo podobny, jak nie ten sam.

Jest wiele tańszych odpowiedników peelingów do ust, czy balsamów nawilżających, którym to się przyjrzę w najbliższym czasie i na pewno zaprezentuję Wam mój werdykt w tej sprawie!

A teraz, dajcie mi znać, czy znacie którąś z tych nowości i przyznajcie się, jak często robicie peeling ust.
Czekam na Wasze komentarze! 
DO GÓRY