Glossier pod lupą: Priming Moisturizer, Milky Jelly Cleanser oraz Balm Dotcom

Tuesday, May 22, 2018 -

pielęgnacja-twarzy-glossier

Przyszedł wreszcie ten czas, abym w końcu napisała Wam recenzję kosmetyków, które udało mi się dorwać kilka miesięcy temu, a na których to punkcie, oszalało pół Internetu. Jeśli jeszcze nie jesteście zaznajomione z marką Glossier, polecam nadrobić zaległości. Ideą Glossier jest przede wszystkim naturalność i delikatność. Nie miałam jeszcze co prawda do czynienia z ich serią dedykowaną makijażowi, ale niewątpliwie mam na nią ogromną ochotę i prędzej, czy później kilka kosmetyków wpadnie do mojej kosmetyczki. Tego jestem pewna. 

Jak pewnie zdążyłyście zauważyć, kosmetyki te są dość przyjemne dla oka. Stonowany, prosty design, klasyczne fonty, barwy bieli, pasteli, to sposób na zawłaszczenie sobie serc minimalistek, miłośniczek prostoty i blogerek. Nie bez powodu założycielką marki jest bowiem autorka bloga. Dlatego design kosmetyków idealnie wpisuje się też w każdą fotografię produktową, więc posłużyć może idealnie, jako dodatek na zdjęcia na przykład na Instagram. Dość już jednak o wyglądzie - przejdźmy do konkretów.

glossier-krem-pod-podkład-primer

Glossier, Priming Moisturizer 

Tutaj mamy strzał w dziesiątkę! Jako jedyny rozkochał mnie w sobie na tyle, że z chęcią na stałe wpiszę go w swoją pielęgnację i etap przygotowania skóry do makijażu. Żal tylko, że tak ciężko go upolować. Będę się jednak starała o to, żeby zakupić go ponownie. 
Jest superlekki, zapewnia delikatne nawilżenie, którym nawadnia skórę, ale jej nie obciąża. Gra z każdym podkładem, korektorem i pudrem. Przez te kilka miesięcy miałam dla niego niemałe wyzwania, bo jednak produkty do makijażu zmieniały mi się dość często i z żadnym, ale to żadnym kosmetykiem mnie nie zawiódł.
Jego jedyny minus, to zapach. A to jest dla mnie naprawdę duży problem, ponieważ nawet najlepiej działający produkt potrafi mnie zniechęcić swoją wonią i stracę przyjemność z jego używania. Glossier, to dla mnie, jak na razie, marka o nieciekawych zapachach. Teoretycznie jest "bezzapachowy". Jednak w praktyce możecie się spodziewać... hmm... lekkiej stęchlizny? Nie wiem, jak określić zapach produktów bezzapachowych, ale myślę, że same doskonale wiecie, jak pachnie taka nieokreślona rzecz. Na całe szczęście szybko się ulatnia, to kwestia kilku sekund od nałożenia, więc po prostu wstrzymuję na ten czas oddech. Jestem jednak wyczulona na tym punkcie, więc niekoniecznie jest powiedziane, że Wam również nie sprawi on przyjemności.

glossier-krem-pod-makijaż-nawilżający

glossier-nawilżający-primer

Zawiera witaminy A, C, E i kwas hialuronowy. Ma lekką konsystencję, przypominającą odrobinę mleczko. Zapewnia skórze w stu procentach naturalne glow, którego zazdrościć może niejedna kobieta spotkana na mieście. Mam nieodparte wrażenie, że daje mi tak pięknie nawilżoną cerę, jak u małego dzieciaczka. Niejednokrotnie używam go w kombinacji krem na całą twarz (również pod oczy), korektor gdzie potrzeba i puder w strefę T. Nie ukrywam, że na sezon wiosenno-letni, gdzie im mniej produktu na twarzy, tym lepiej, sprawdza się fenomenalnie. Pięknie utrzymuje makijaż i rzeczywiście świetnie nadaje się, jako lekki primer, przedłużający jego trwałość. Dotlenia skórę, natychmiastowo niweluje zaczerwieniania (powstałe w wyniku pocierania skóry przy nakładaniu) i pozwala się dokładać, nie rolując poprzedniej warstwy. Dlatego, jeśli jesteście w jakimś miejscu szczególnie przesuszone, nie ma żadnych przeciwwskazań, aby nałożyć jeszcze jedną warstwę. 

Glossier-żel-oczyszczający

Glossier, Milky Jelly Cleanser 


Z tym produktem ani się nie pokochałam, ani nie znienawidziłam. Jest po prostu jednym wielkim meeh. Spodziewałam się fenomenalnej konsystencji, delikatnego ale skutecznego oczyszczenia i braku wysuszenia skóry. Niestety, to kolejny żel do twarzy, który mnie rozczarował. 
W składzie jednak sama natura + dobroci otaczającego nas świata. Między innymi doszukać możemy się wody różanej, witamina B5, Aquaxyl, Poloxamer (taki sam znajduje się w płynach do soczewek) oraz ekstrakt z żywokostu lekarskiego. Stosujemy go na mokrą skórę twarzy i masujemy. Tworzy się przez to delikatna emulsja, która w żaden sposób nie podrażnia, nawet oczu. Za to duży plus. 

żel-do-demakijażu-glossier

czym-myć-twarz

Do całkowitego zmycia makijażu potrzeba około 4 do 6 pompek produktu. Jest gęsty i rzeczywiście lekko galaretkowaty, ale po rozpoczęciu wpracowywania w skórę twarzy, zamienia się w coś na kształt oleju. Nie radzi sobie z mocnymi tuszami do rzęs i ultratrwałymi pomadkami do ust. To raczej produkt przeznaczony do zmywania lekkiego makijażu dziennego lub do stosowania, jako drugi krok pielęgnacyjny. Mam cerę mieszaną, ale w kierunku przesuszającej się, więc każdy żel do mycia twarzy sprawdzam pod kątem tego, czy znajdzie się w końcu remedium na mój problem naciągniętej i przesuszonej skóry po oczyszczeniu z makijażu. No i niestety, koleżka nie zdaje egzaminu.
Zużyję go, ale nie w ramach produktu do demakijażu wieczorem. Dużo bardziej sprawdza się do delikatnego oczyszczenia twarzy rano (wtedy wystarczy mi nawet i pół pompki produktu).

balm-dot-com-coconut

Glossier, Balm Dotcom 

Na koniec zostawiłam sobie największe rozczarowanie w kategorii balsamy do ust w ostatnich miesiącach. Niejednokrotnie pokazywałam Wam, że jestem ogromną fanką balsamów marki Lanolips, które to fenomenalnie nawilżają usta. Dlatego byłam zawiedziona produktem marki Glossier, Balm Dotcom w wersji kokosowej. Już sam zapach nie do końca polubił się z moim nosem. Można jednak powiedzieć, że jest on wierny, naturalny, dlatego jeśli jesteście fankami wody kokosowej (i jej zapachu), to możecie się z nim polubić. Ja jednak chyba za tą wonią nie przepadam. Zdecydowanie bardziej przepadam za tym podrasowanym chemią. Porównałabym go jednak do zapachu wakacji na plaży. Czuć tutaj kokosa, woń gorącej plaży i wtartego w skórę olejku do opalania. 

balsam-do-ust-glossier

W jego składzie znajdują się same naturalne składniki. Emolient w postaci oleju rycynowego, ekstrakt z otrębów, ekstrakt z liści rozmarynu, czy organicznego owocu Cupuacu. Wzbogacono go również woskiem pszczelim. Nie można narzekać na jego działanie, bo nie zaprzeczę - nawilża. Rzeczywiście nawilża, jednak za 12 dolców, to można sobie w tej kwestii kupić znacznie lepsze produkty. Jest po prostu niewart tych pieniędzy. Jego działanie bowiem jest umiarkowane i raczej próżno w nim szukać rewolucji. 


Całość, jeśli by ją kupować osobno, wyniesie nas 52$. Całkiem sporo, jak na zestaw trzech kosmetyków. Dlatego marka Glossier wymyśliła sobie, że zrobi coś w rodzaju bundle, który kosztuje już tylko 40$. Co się opłaca, biorąc pod uwagę zaoszczędzone 12 dolców, za które można kupić balsam do ust balm dot com. Mimo wszystko jednak, oferta jest atrakcyjna tylko w przypadku, w którym kupujecie kosmetyki stacjonarnie lub przez Internet ze strony producenta. 

Największym problemem marki Glossier jest fakt, że jest niedostępna w Polsce. Niedostępna przede wszystkim na zasadzie oryginalnych zakupów.  W naszym kraju posiłkować się można jedynie zakupami online (ja swój zestaw Glossier dorwałam na stronie Looktop.pl w cenie, o której zaraz wspomnę) lub poprzez zakupy na tak zwaną doczepę, czyli jeśli posiadacie znajomych mieszkających lub wybierających się do Stanów lub Wielkiej Brytanii, możecie spokojnie pokusić się o zamówienie i wybłagać o małe miejsce w ich bagażu. 


Tak, jak wspomniałam wyżej, zestaw trzech produktów Glossier kosztuje 40$. Dzisiejszy kurs dolara, to 3.65zł, więc w przeliczeniu na złotówki wychodzi nam około 146zł. Jak myślicie, ile zapłaciłam za zamówienie na stronie sklepu? Daję Wam trzy sekundy za zastanowienie, biorę po 500zł z konta każdej drużyny i słucham Państwa!
 
<odpowiedź pod tym zdjęciem; jestem ciekawa, czy dobrze strzelicie z ceną - dajcie znać w komentarzach> 

pielęgnacja-twarzy-glossier


Razem z kosztami wysyłki (około 10zł), zapłaciłam za zestaw 250.90zł. Całkiem sporo, no nie? Myślę, że przebitka cenowa jest aż przesadna, choć z drugiej strony rozumiem, że właśnie przez tak wysokie marże sklep jest w stanie się utrzymać. Aczkolwiek... no, przesada. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy, zadowolona jestem tak naprawdę w stu procentach z jednego z tych produktów. Na drugi mam około 50% oddanego serca, a trzeci nie kręci mnie w ogóle, ale z racji wydanych (niemałych) pieniędzy, zużyję bo szkoda. 

Podsumowując, do mojej kosmetyczki z pewnością jeszcze nie raz trafi Priming Moisturizer. Z resztą nie pokochałam się na tyle, aby chcieć ponownie wydać na nie pieniądze. Nadal jednak ciekawa jestem kosmetyków do makijażu i nie kryję, że na pewno skuszę się na kilka kosmetyków. 

A co Wy sądzicie o marce Glossier? Chciałybyście ją sprawdzić, czy jednak nie jest nam ona potrzebna w Polsce?

Co nowego w pielęgnacji? Tołpa, Origins, Belif i inni

Wednesday, May 16, 2018 -



Wiecie dobrze, że nie jestem zbyt wielką fanką pielęgnacji. To znaczy, może nie na zasadzie, że jej nie lubię, czy unikam, ale jakoś tak... więcej przyjemności sprawia mi kupowanie i testowanie nowości makijażowych. Nie ma się jednak co oszukiwać, że już latka nie te, co kiedyś, więc częściej i chętniej sięgam po niektóre sprawdzone już produkty. Zdarza mi się jednak testować nowości również w sferze pielęgnacyjnej i dziś chciałabym Wam pokazać kilka takich produktów, które wzięłam ostatnio w obroty. 


SERUM 
Serum tonizujące marki Pollena-Ewa, Eva DERMO, to coś, co mnie absolutnie rozkochało w sobie od pierwszego użycia. Fakt faktem, nie wyrażam tutaj jeszcze swojej ostatecznej decyzji, bowiem za wcześnie jest by wyrokować już nad jego działaniem. Jest to jednak produkt, którego używa się z niesamowitą przyjemnością. Polecany jest posiadaczkom skóry suchej, wiecznie odwodnionej i nadwrażliwej na czynniki zewnętrzne (czyli takiej, jak moja). W składzie znajduje się ekstrakt z rokitnika (którego kocham! Robi cuda z moimi włosami, a teraz mam nadzieję, że zrobi to samo ze skórą twarzy), alantoinę oraz D-Pantenol. Odrobinę wystarczy wylać na wacik i przetrzeć nim twarz. Dostępny jest nawet w supermarketach (tutaj kłania się Auchan) w zawrotnej cenie 12.99zł. 


KREM DO TWARZY
W tej kwestii przerzuciłam się ostatnio na nowość marki belif, która weszła niedawno do perfumerii Sephora, a która to znana jest ze swoich fenomenalnych składów i działania pielęgnacyjnych serii. Do testów zaciągnęłam krem The true cream - aqua bomb. Jak już doskonale wiecie, jestem posiadaczką cery mieszanej, ale w kierunku suchej. Moja strefa T się przetłuszcza, natomiast cała reszta jest sucha na wiór i zmarszczek zauważam coraz więcej. Działam z tym, jak tylko mogę, dlatego  staram się używać najbardziej nawilżających produktów, jakie istnieją na rynku, a jakie to mogą się sprawdzić również u mnie. Krem belif, The true cream - aqua bomb, to produkt, który bardziej przypomina swoją konsystencją żelową emulsję, niż tradycyjny krem. Otacza jednak skórę pielęgnacyjnym woalem, który wchłania się, ale przy okazji da się go wyczuć. Nie jest to jednak negatyw, wręcz przeciwnie. Bez niego moja skóra czuje się goła, z nim natomiast mam wrażenie, że otacza ją jakaś mikroskopijna warstwa ochronna. Jak na razie jestem mocno na tak! I mam też ochotę na krem pod oczy z tej samej serii.


KREM POD OCZY 
Znalazłam chyba ostatnio fajny patent na skórę pod oczami, która jest sucha na wiór, jednak... mam w zapasie kilka produktów, które wypadałoby zużyć, z czystej ciekawości. I tak męczę ostatnio słoiczek (mam wrażenie, że bez dna) Origins, Ginzing Refreshing Eye Cream to Brighten and Depuff (kto wymyślił tę chwytliwą nazwę?!). Nie bez powodu powiedziałam, że męczę, ponieważ jest to jeden z tych kosmetyków, których nie używam z ogromną przyjemnością. Dlatego pewnie mi się tak ciągnie i dłuży. Jest lekki i rzeczywiście rozjaśnia okolice pod oczami, ale nie robi tego na stałe. Ma w sobie bowiem po prostu nieco białego pigmentu, który chciał-nie chciał działa rozjaśniająco, a do tego dosypano odrobinę brokatu, który to błyszczy udając rozświetloną skórę. Nie nawilża jakoś szczególnie, a żeby poczuć choć odrobinę komfortu pod okiem, zmuszona jestem wklepywać go całkiem sporą ilość. Jestem niestety na nie. 

MASECZKA 
Strasznie się cieszę, że do polskiej Sephory weszła właśnie marka Boscia. Pisałam Wam już o kilku produktach tej marki, które udało mi się dorwać w Sephorze w Stanach. I choć sama tam nigdy nie byłam, jarałam się ogromnie, że mogłam sobie potestować produkty, których w Polsce ciężko było uświadczyć. Dlatego niezwykle dużo przyjemności sprawia mi używanie maseczki Boscia, Luminizing Black Mask, która to jest według mnie Maseczką-Matką. Prekursorką wszystkich czarnych maseczek peel-off, które jakiś czas temu zalały cały Internet. Jest mocno oczyszczająca, nie zna litości dla wągrów i pozbywa się nawet tych najmniejszych. 


PEELING ENZYMATYCZNY
A na sam koniec nasza rodzima marka kosmetyków pielęgnacyjnych, za którą nie przepadam (bez powodu!), a która to... no co tu dużo mówić, powaliła mnie na łopatki swoim peelingiem enzymatycznym. Peeling 3 enzymy z serii dermo face, sebio, to coś nierealnie pięknego i dobrego. Zamknięty jest  w aluminiowej tubce (i już jakoś to działa na psychikę, że przyjemniej się używa). Zawiera enzymy: papainę, bromelainę oraz keratynazę. Przepięknie pachnie, a nałożony grubą warstwą na skórę twarzy szybko zaczyna szczypać i łaskotać. Znaczy się, że działa :) No i po zmyciu go z twarzy nie zobaczycie żadnego podrażnienia, wręcz przeciwnie. Skóra jest oczyszczona i gładka. Jestem zachwycona i już mam drugie opakowanie w zapasie! 


I to na razie na tyle. Z niektórymi z tych produktów zapoznam Was bliżej przy okazji wpisów recenzujących. Dziś mam nadzieję zaspokoiłam Waszą ciekawość tego, co znajduje się w moim beauty stash.

A jakie kosmetyki Wy ostatnio testujecie? Odkryłyście jakiś superprodukt pielęgnacyjny? Czekam na Wasze komentarze! 

Lanvin Modern Princess Eau Sensuelle EDT

Monday, May 14, 2018 -


Lanvin-Modern-Princess

Nowy tydzień zaczynamy z przytupem. Zaprezentuję Wam bowiem nowość marki Lanvin, czyli Modern Princess Eau Sensuelle EDT. 

Nowość w szeregach zapachów dla kobiet od Lanvin, to propozycja dla bardzo silnych kobiet. Wcześniejsza wersja, czyli Modern Princess Eau de Parfum, która została wypuszczona na rynek w 2016 roku, doczekała się właśnie młodszej, trochę odświeżonej siostry. 


Flakon został też przyozdobiony pięknym, oszronionym szkłem.  Modnym już od kilku sezonów i zapewniającym szyk oraz elegancję. Nie wiem, dlaczego, ale oszronione wykończenie buteleczek kosmetyków, działa na mnie, jak lep na muchy. Wydają mi się wtedy bardziej ekskluzywne i mam wrażenie, że cechuje je ponadczasowa klasa. Korek butelki zdobią srebrne pasy warkoczy. 
Sam projekt butelki, to przede wszystkim inspiracja suknią balową, z której słynie Dom Mody Lanvin, a który to podkreśla kobiece krągłości i poprzez brzoskwiniowo-różową kreację, przywołuje do żywych model współczesnej księżniczki. 


Najważniejsze jednak jest to, co znajduje się w środku.
Lanvin, Modern Princess Eau Sensuelle EDT (30ml - 149zł, 60ml - 239zł, 90ml - 319zł), to propozycja dla tych z Was, które kochają nuty kwiatowo-owocowo-drzewne. Zapach jest lekki i iście wiosenno-letni, idealny do zwiewnej sukienki i kapelusza. Świetnie nada się, jako zapach dzienny, typowo do pracy, czy po prostu rześka woń na co dzień. Nuty głowy, to świeży grejpfrut oraz akord zamszowej, soczystej brzoskwini. Serce perfum zostało stworzone z nut kwiatowych, w skład których wchodzą płatki peonii oraz białego jaśminu (czy ja już wystarczającą ilość razy powiedziałam Wam, że kocham jaśmin i jest to mój ulubiony kwiat? Chyba nie, więc wspomnę tylko, że jaśmin jest gwarancją, że zapach się mi spodoba. ZAWSZE.). Nuty bazy zostały oparte o drzewo sandałowe oraz piżmo. Całość jest więc zarówno lekka i orzeźwiająca, ale ma w sobie otulające, kremowe wykończenie, które otacza skórę, niczym jedwab. 


Zapach ma stosunkowo dobrą trwałość. Wszyscy bowiem zdajemy sobie sprawę, że wody toaletowe nie grzeszą swym żywotem na ludzkiej skórze. W tym wypadku, za sprawą ciepłych, drzewnych i słodkich nut bazy, w postaci drzewa sandałowego i piżma, mamy gwarancję pięknie rozwijającego się na skórze zapachu, który godzinami ewoluuje i nie pozwala o sobie zapomnieć, przy okazji będąc delikatnym i niemęczącym. 



Zapachy Lanvin dostępne są wyłącznie w perfumeriach Douglas.  

Czy zaintrygowała Was ta nowość? Jakie są Wasze ulubione zapachy na wiosnę? 

Moje małe zakupy z promocji w Rossmannie

Tuesday, May 8, 2018 -


rossmann-promocje

Moje drogie, chyba nie myślałyście, że przejdę obojętnie koło promocji -55% w Rossmannie? 
Powiem szczerze, że ja sądziłam, że mi się uda. Niestety jednak, sprawa nie pykła i dosłownie rzutem na taśmę, ostatniego dnia promocji, na godzinę przed zamknięciem Rossmanna, postanowiłam poprawić sobie w nim humor, bo chwilę później wyrywałam ósemkę. Na co się skusiłam? 
Już Wam prezentuję! 

Moje zakupy nie są ani ogromne, ani szałowe. Postawiłam za to na kosmetyki, które rzeczywiście mnie zaciekawiły w szafach w Rossmannie, i które jeszcze były dostępne. To był jakby... priorytet :D
Postanowiłam jednak, że tym razem nie wyjdę dalej, niż za szafy Miss Sporty. Ciekawa bowiem byłam propozycji makijażowych marek tańszych, takich jak Wibo, czy Lovely. Na przestrzeni lat zmieniła się im mocno jakość, a nad wieloma produktami słyszę zachwyty, więc musiałam chwycić kilka nowości. 

puder-bambusowy-lovely

Na pierwszy ogień idzie Lovely Bamboo Loose Powder. Ten sypki puder kosztuje bez zniżki 16.59zł. Ma dawać ultra matowe wykończenie i myślałam o nim głównie w kategorii dobrego pudru do strefy T w okresie letnim. Sprawdzę go intensywnie, bo nie ukrywam, że ta strefa zmieniła mi się ostatnio dość mocno i potrafi się nieźle wyświecać. Przy okazji jednak nienawidzę płaskiego matu, więc liczę na choćby odrobinę naturalnego wykończenia. Mam nadzieję, że się to sprawdzi! 

lovely-bronzer-matowy-dark-chocolate

czekoladowy-bronzer

Kolejnym produktem z szafy Lovely, po który sięgnęłam, był bronzer Matte Face Bronzer Dark Chocolate. Jego regularna cena w Rossmannie, to 23.69zł. Przede wszystkim zainteresowało mnie to czekoladowe hasło. Inspiracja w dużej mierze marką Too Faced jednak chyba się nie powiodła, bo na pierwszy rzut... nosa (?) nie wyczuwam w nim tak samo przyjemnej woni, jak w przypadku kosmetyków marki dostępnej w Sephorze. Sprawdzę jednak jego trwałość i ogólne walory estetyczne, to na pewno. Jest dość ciemny, ale ma piękny i mam wrażenie dość neutralny odcień. No i jest matowy! A to do konturowania podstawa.

kredka-do-brwi-wibo

Ostatnią już rzeczą z mojego małego haulu zakupowego, którym poprawiałam sobie humor, jest kredka do brwi Wibo, Feather Brow w kolorze Soft Brown. Jej normalna cena poza promocją, to  15.99zł. Skusiłam się na nią w ciemno, bo polecała ją niedawno Polineja na swoim Instagramie. W związku z tym, że kupiło ją z jej polecenia całkiem sporo dziewczyn i ja się skusiłam. Ba! Poleciałam nawet po bandzie i wzięłam dwie. Stwierdziłam, że za tę cenę, mogę wziąć dwie sztuki, w razie gdyby kredka bardzo mi się spodobała. Tak, żeby mieć zapas ;) 

I to tyle. Sama jestem zaskoczona, że tylko tyle mnie zainteresowało i nie skusiłam się na nic więcej. Dodam jednak, że nie było dostępnym kropelek rozświetlających z Wibo, więc... same rozumiecie ;) 

Przy okazji zapraszam Was na konkurs na moim Instagramie. Do zgarnięcia pomadka i konturówka od Kat von D! <3 A zasady są bajecznie proste! Bierzcie udział! 



Dajcie mi znać, czy macie któryś ze wspomnianych przeze mnie kosmetyków i co o nich sądzicie.
A na co Wy skusiłyście się podczas promki w Rossmannie? 

Roślinne zdobienie na paznokciach

Monday, April 30, 2018 -

roslinne-zdobienie-na-paznokciach

Znacie to uczucie, gdy wypełnia Was chęć zmiany otoczenia? Ja tak ostatnio czułam się praktycznie przez cały miesiąc. To, że w końcu pojawiła się wiosna, nie znaczy, że nie mogę przesadzać i otaczać się zielenią tylko podczas pobytu w parku, czy lesie. 

O nie, nie, moje drogie! Nie ze mną te numery. Nakupowałam całe mnóstwo nowych roślinek do mieszkania. Jestem teraz szczęśliwą posiadaczką dwóch monster i kilku innych badyli. Czaję się jeszcze na jakąś palemkę.   

Ze względu na ten niedobór zieleni oraz konieczność otaczania się nią na wszelkie sposoby, powstało to zdobienie. Pierwsze koty za płoty, powiedziałabym, bo jednak wyszło mi i nie wyszło równocześnie. Monstera na palcu serdecznym wygląda, jak jakiś liść, owszem, ale niekoniecznie tej rośliny. Ta na środkowym wyszła już całkiem, całkiem. Być może dlatego, że zrobiłam jej tylko połowę. 

monstera-na-paznokciach

Kluczem do tego zdobienia jest posiadanie odpowiednich narzędzi i ogromu cierpliwości. Zwłaszcza, jeśli tak, jak ja, bez odpowiedniego przeszkolenia, rzucacie się już na te trudniejsze zabawy w zdobienia na paznokciach. 

Paznokieć środkowy i serdeczny pomalowałam dwoma cienkimi warstwami białego lakieru hybrydowego. Akurat użyłam białej bazy od Sharm Effect, którą utwardziłam, ale nada się każdy biały lakier, nie tylko ten "bazowy". Zabrałam się za zdobienie malując najpierw kontury liścia przy pomocy pędzelka 0-01 oraz Semilac Semi Art w kolorze Green. Gdy już uzyskałam taki efekt, z którego byłam zadowolona (to uwielbiam w hybrydach, czyli możliwość wielokrotnego zmazywania i malowania ponownego zdobień, bez uszczerbku na wykonanym kroku poprzednim, czyli baza+kolor), zabrałam się za wypełnianie wnętrza liścia. Do tego etapu użyłam mieszanki pasty Semi Art Green oraz White. Dodałam też kilka białych linii, tak aby dać listkowi trochę życia. Całość zabezpieczyłam topem, pamiętając o wolnym brzegu paznokcia.  
Nie chciałam, żeby zdobienie było płaskie, więc postanowiłam dodać tutaj jakiegoś błysku. Wiecie, że nie byłabym sobą, prawda? Po prostu kocham wszystko, co się świeci, więc idealna tutaj wydawała się być Aurora. Pyłek w kolorze Gold&Green wtarłam w utwardzony Top NoWipe, który przyjmuje ją, jako lustrzany efekt. Całość ponownie pokryłam topem, w celu zabezpieczenia zdobienia i przedłużenia jego trwałości. 

manicure-z-liśćmi

Na dwa pozostałe paznokcie nałożyłam lakier hybrydowy z poprzedniej kolekcji Semilac PasTells w kolorze 266 Green. Tutaj wystarczyły mi dwie warstwy tego koloru.

Mam nadzieję, że to zdobienie przypadło Wam do gustu. Dajcie mi koniecznie znać, czy też ostatnio szalejecie na punkcie zieleni i chcecie się nią wszędzie otaczać :) 
Udanej majówki!




Maybelline SuperStay Matte Ink: Dreamer, Lover, Pioneer, Ruler || Czy warto wydać na nie pieniądze?

Tuesday, April 24, 2018 -


Miłośniczki trwałych pomadek do ust zadrżały, gdy w sieci pojawiły się informacje, że superprodukt znajdzie się  w szafach szeroko dostępnej marki makijażowej z drogerii. Do tej pory bowiem faktem było, że trwała pomadka równała się drogiej pomadce. Czy to lip kity od Kylie,  o których już kiedyś Wam pisałam, czy to pomadki Huda Beauty, a nawet Kat von D.

Poczytaj:

Maybelline SuperStay Matte Ink, to nowość na rynku, która powoli wkracza do polskich drogerii. Do tej pory sądziłam, że pojawi się w nich w okolicach maja, ale "donosicie" mi na Instagramie, że widziałyście je już w Drogerii Natura oraz w SuperPharm. Pewnie niebawem wszędzie znajdziecie całą gamę kolorystyczną. Na razie w rzutach pojawiają się wybrane kolory.
Jeśli jeszcze mnie nie śledzicie na Insta, to warto to zmienić!



Pamiętajcie jednak, że niezależnie od tego, ile warta jest pomadka, którą macie zamiar nałożyć na usta, nigdy nie będzie wyglądać dobrze, jeśli ich odpowiednio nie wypielęgnujecie. Zwłaszcza w wersjach szminek matowych, należy odpowiednio zadbać o pozbycie się wszystkich suchych skórek, które ujrzą światło dzienne, jeśli nałożycie na nie taki zastygający produkt. Dlatego pielęgnacja, to podstawa. Tutaj pisałam Wam, jak zadbać o usta, aby były idealne. 

Pomadki SuperStay Matte Ink zostały zamknięte w klasycznym opakowaniu. Zakrętka jest w tym wypadku biała, a reszta opakowania zostaje utrzymana w kolorystyce nawiązującej do tego, czego możecie spodziewać się w środku. Każda z pomadek ma na sobie naklejoną dość mocno trzymającą się nalepkę z nazwą. 


Aplikator, z którym mamy do czynienia jest zaprojektowany wręcz idealnie. Mam tutaj na myśli fakt, że jego ścięta końcówka pozwala na precyzyjne wyrysowanie ust. Możecie śmiało zapomnieć o konturówce, nawet w przypadku czerwieni. Jestem tym faktem niezwykle oczarowana! Jak widzicie na zdjęciu, aplikator ma po środku wycięcie, taki jakby "zbiorniczek" na nadmiar produktu, dzięki czemu uchroni on Was przed katastrofą i nie nałożycie go zbyt wiele na wargi. Cena pomadki w Polsce wynosić będzie około 33zł.


KOLORY
Maybelline SuperStay Matte Ink, 10 dreamer - to jeden z jaśniejszych odcieni w gamie kolorystycznej, którą możecie dostać w tej serii. To pudrowy odcień różu, który ma w sobie odrobinę pomarańczowych tonów. Nie będzie się więc nadawać każdej z Was. Zęby wydają się być przy nim trochę żółtawe.
Maybelline SuperStay Matte Ink,  15 lover - to kolor, który dla niektórych będzie idealnym, dziennym nude. Ma w sobie całkiem sporo tonów fiołkoworóżowych, więc na moim typie urody wypada dość ciemno i powiedziałabym, że w kierunku fioletu. Jest chłodny i mocno przypomina mi pomadkę z Kat von D w odcieniu Lovesick.
Maybelline SuperStay Matte Ink, 20 pioneer - to intensywna, bogata i nieziemska czerwień! Idealny odcień, który będzie pasować dosłownie każdemu. Jest mocna, wyrazista i posiada niebieskie tony, dzięki czemu oczywiście odświeża spojrzenie, rozjaśnia cerę, ale przede wszystkim - wybiela zęby! Niezwykle seksowna, przepiękna. Mój ulubieniec.
Maybelline SuperStay Matte Ink, 80 ruler - to jeden z ciemniejszych odcieni w gamie kolorystycznej. Jest neutralny, ale bardzo jagodowy według mnie. To tak, jakbyście zjadły właśnie kubek jagód leśnych (wymieszanych borówek, malin, poziomek i jagód). Usta zabarwiłyby się Wam na podobny kolor. Trochę w nim fioletu, trochę różu, trochę brudnej, brązowej czerwieni.


A teraz najważniejsze, czyli ich trwałość, formuła oraz zmywanie. Otóż, przede wszystkim, muszę Wam powiedzieć o tym, że jest to pomadka matowa, ale nie jest to mat, do którego przyzwyczaiły nas inne marki kosmetyczne. SuperStay Matte Ink niestety trochę się klei i efekt ten nie znika w ciągu dnia. Wydawać by się mogło, że nie będzie to problem, ale jeśli mam być szczera, to nie jest to najbardziej komfortowa formuła, z jaką miałam do czynienia. Lepi się, czuć ją na ustach w ciągu dnia i nie da się o niej zapomnieć. 

Można jednak zapomnieć o poprawkach! Jest praktycznie nie do zdarcia. Jej wytrzymałość na ustach przebija wszystkie pomadki matowe z jakimi miałam do tej pory do czynienia. Nawet czerwienie pięknie trzymają się na ustach, zarówno po kilkugodzinnym noszeniu, jak i tłustym posiłku, czy długich rozmowach. Zjada się bardzo równomiernie i ładnie. Należy ją jedynie doklepać w środku ust, ale to wydaje się być totalnie normalne. 

Nie jestem jednak zadowolona z tego, co robi z moimi ustami. Nie nazwę tego ani przesuszeniem, ani zniszczeniem. Ona po prostu te usta obciąża. Po zmyciu pomadki wieczorem (przy użyciu płynu dwufazowego i sporej ilości cierpliwości) mam wrażenie, że moje usta są podrażnione, jakbym była chora. Nie obejdzie się więc bez porządnego peelingu po oraz mocnego nawilżenia. Tutaj przyda się coś gęstszego i treściwszego od zwykłej pomadki nawilżającej. 

Czy warto wydać na nie pieniądze? 

Myślę, że tak. Za tę cenę zyskujemy naprawdę fajny produkt do ust. Nie jest on pozbawiony wad, ale niewątpliwie jego trwałość zyska niemało fanek. Dla mnie to produkt, którego nie będę chciała używać codziennie przez to zbytnie obciążenie moich ust, ale myślę, że nie raz postawię na czerwień Pioneer na randkę, czy wieczorne wyjście.


Jednak, gdy już jesteśmy w temacie nowości do ust, to wpadnijcie też przeczytać niedawny post o pomadkach matowych Semilac Matt Lips. 

Dajcie mi koniecznie znać, czy któryś kolor wpadł Wam szczególnie w oko oraz czy planujecie zakupy. A może macie już swój egzemplarz?
Czekam na Wasze komentarze! 

Szaleństwo nowości! Charlotte Tilbury, Zoeva, BECCA, Semilac, Maybelline i dużo więcej!

Thursday, April 19, 2018 -

nowe-kosmetyki

Siedzę sobie dziś cały dzień w domu, nie wytykam z niego nosa. I nie bolałoby mnie to tak bardzo, gdyby nie fakt, że za oknem była dziś przepiękna pogoda. Ups, skłamałam. Byłam dziś tylko na szybkich zakupach, bo jednak coś jeść trzeba. 

Jeśli śledzicie moje InstaStories, to wiecie, że wczoraj wyrywałam swoją pierwszą ósemkę. Zostały mi jeszcze do usunięcia dwie, ale to raczej aktualnie dalsza perspektywa. Na pewno na kolejne miesiące. Wczoraj jeszcze byłam twardzielką i nie dawałam się bólowi, głównie przez silne znieczulenie i łyknięcie tabletki przeciwbólowej na wszelki wypadek. Jednak od 5 rano odchodzę od zmysłów i tylko kombinuję, jak pozbyć się tego bólu i paraliżu połowy twarzy. By the way, nie wiedziałam, że o piątej rano już robi się widno! I kurde, gdybym tylko miałam w sobie więcej siły, żeby nie spać w dzień, to może i udałoby mi się budzić tak codziennie. Gorzej, że jestem team ciepłe łóżko. 

Z nudów jednak szukam zajęcia i pomyślałam, że wrzucę Wam na bloga moje nowości kosmetyczne. Taki wpis był chyba ostatni raz wieki temu, więc chyba warto by było przedstawić Wam kilkoro z moich nowych znajomych. Do dzieła!

krem-pod-makijaz-glossier

NAWILŻENIE

Zacznijmy od tego, na czym skupiam się od kilku lat najbardziej. Kiedyś nawilżanie cery uważałam za krok dla naiwniaków, a przypominająca o kremie mama, była jedną z najbardziej irytujących rzeczy w okresie liceum. Na nic było tłumaczenie, że podziękuję jej na stare lata. 

Im jednak jestem starsza, tym bardziej dociera do mnie, że zmarszczki, to nie jest odległa przyszłość, tylko powoli rzeczywistość. Dbam o nawilżenie, tak jak potrafię, choć nie ukrywam, że czasami mojej cery nie rozumiem. Jest bardzo sucha, więc wymaga co najmniej dwóch kroków w nawilżaniu. Pierwszym z nich jest nowe serum marki Filorga Lift Designer Serum. Lekka formuła szybko się wchłania i napina skórę, a metalowy roller wspomaga masaż twarzy. Na razie w fazie testów, ale moje zdanie poznacie niebawem. 

Na dzień stosuję Priming Moisturizer od Glossier. Jestem w nim równocześnie rozkochana, jak i z lekka zawiedziona. Nie wiem, jednak czy jest sens opisywać Wam jego działanie i moje spostrzeżenia po kilku miesiącach używania TUTAJ, we wpisie o nowościach, więc pozwólcie, że potrzymam Was jeszcze chwilę w niepewności i obiecuję z ręką na sercu, że w najbliższych tygodniach powiem Wam, czy warto było zdecydować się na zakup całego trio do twarzy (krem, milk jelly clenaser oraz balm dot com do ust). Niekwestionowanie jednak jest moim numerem jeden, jeśli chodzi o primer pod makijaż! 

Na koniec okolice oka, czyli rozświetlający krem pod oczy od Origins. GinZing ma za zadanie rozświetlić i zredukować obrzęki. Zachwytów nad nim nie będzie, to wiem już teraz. Jest ultralekki, dobrze sprawdza się pod makijażem, ale nawilżenie niestety jest na niskim poziomie. Przynajmniej w moim przypadku. Zużyję jednak do końca, bo nie lubię marnować produktów. 

czarna-maska-na-pory-boscia

ZŁUSZCZANIE

Marka Boscia już niedługo pojawi się w perfumerii Sephora. Nawet nie wiecie, jak się  z tego powodu cieszę! Jest to moja ukochana marka pielęgnacyjna i niezwykle się jaram, że w końcu będzie można kupić ich produkty i u nas. Do tej pory musiałam sobie je sprowadzać z zagranicy. Na razie wejdzie tylko seria oparta o aktywny węgiel *wypatrujcie oczyszczającego żelka do twarzy <3
Czekam jednak na moment, w którym pojawią się też kosmetyki nawilżające. Zwłaszcza toniki z atomizerem z serii botanicznej. Czarna maska peel off ma za zadanie zminimalizować widoczność porów i oczyścić je z zanieczyszczeń i wągrów.

Peeling enzymatyczny marki Tołpa to u mnie totalna nowość. Głównie dlatego, że na kilka dobrych lat przestałam używać peelingów jakichkolwiek. Czy to mechanicznych, czy enzymatycznych. Wracam jednak do tego kroku pielęgnacyjnego z podkulonym ogonem. Same maseczki oczyszczające niestety nie dają rady. 

maska-do-wlosow-na-noc

WŁOSY

Maska do włosów Bumble and Bumble While You Sleep Demage Repair Masque, to produkt, który dzisiaj sprawdzę na swoich włosach pierwszy raz. Podobno działa cuda! O innym produkcie z tej serii pisała Agnieszka WhitePraline . Po moim mocnym farbowaniu włosów (jeśli nie śledzicie mojego Instagramu, dużo Was omija! ) chcę teraz jeszcze mocniej, niż dotychczas zadbać o moje końce. Długie włosy, jak moje, mają tendencję do tego, aby się rozdwajać i uszkadzać mechanicznie. A po rozjaśnianiu, wiadomo, trzeba o nie odpowiednio zadbać. Dlatego uzbroić się muszę w cierpliwość i dobrej jakości produkty do włosów. 

Na tę zmianę czekałam ponad rok! I czy muszę cokolwiek tłumaczyć? 😁😎 Po lewej widzicie moje włosy niefarbowane przez ponad rok! Kolor się sprał, choć z daleka wyglądał wciąż fajnie, to włosy straciły „to coś”, a miliard siwych włosów, które widziałam w lustrze, doprowadzał mnie do szału. Potrzebowałam zmiany, jakiegoś szaleństwa i koloru, który mnie odmieni. Wczoraj zaszalałam i zdolny @radoslawross sprawił, że wiosna przyniosła dla mnie zmiany 💛 Pozbyłam się moich siwych baby hair, a ciepły odcień zamieniliśmy na chłodniejszy blond. Wyszło niezwykle naturalnie! Włosy mam, jak z Pinterestu 💛 Dzisiaj kręcę loki 🔥 #włosy #włosomaniaczka #wlosomaniaczka #beauty #hairmakeover #hair #blondhair #pinterestinspired #pinteresthair #nowewlosy #newhair #newhaircut #blonde #blondombre
Post udostępniony przez Alicja Jarząbek | Ala ma kota (@alamakotaa)

Do grona nowości włosowych dołączył jeszcze szampon z czerwoną glinką od marki Christopher Robin, która niebawem pojawi się w perfumerii Sephora. Jeszcze musimy na nią trochę poczekać. Po kilku użyciach jestem zadania, że jest to naprawdę dziwny i ciekawy produkt.

szampon-christopher-robin-sephora

Jest jednak głęboko oczyszczający, więc użycie raz na dwa tygodnie, to maksimum. Przynajmniej w moim przypadku. Szybko bowiem przesuszyłam sobie nim skórę głowy i nabawiłam się swędzącego skalpu. Wszystko za sprawą faktu, że jest to niezwykle oczyszczający produkt, dzięki któremu pozbędziemy się wszelkich nagromadzonych produktów, gwarantując sobie efekt "skrzypiących" włosów. Dlatego nie popełniajcie mojego błędu - tylko raz na jakiś czas! Teraz będę używać go tylko raz w miesiącu, bo nie chcę zbyt szybko pozbyć się farby. 

nowe-pomadki-semilac-maybelline

USTA

O jednych nowościach już Wam niedawno pisałam. Są nimi bowiem Semilac Matt Lips , których prezentację pięciu kolorów możecie podziwiać w ostatnim wpisie. Zabieram dwa odcienie ze sobą na weekend do Warszawy, na konferencję Meet Beauty. Będę albo nude girl (bez takich myśli!) w wersji Indian Roses, albo mocno podkreślę swoją obecność kolorem Ruby Charm.

Pomadka Charlotte Tilbury Revolution Matte Lipstick w odcieniu Pillowtalk, była totalnym spełnieniem próżnego marzenia. Nie wspomnę, że marzy mi się znacznie więcej kosmetyków tej marki, ale na razie rozsądek wygrywa. Skusiłam się jednak na dwa produkty, w tym właśnie pomadkę w kolorze nude, którą mam nadzieję nosić codziennie.

Deborah Milano zaskoczyła mnie w tym miesiącu przesyłką PRową, która pozwoli mi wykonać praktycznie cały full face makeup. I chyba coś takiego dla Was stworzę, bo sądzę, że jest to marka zdecydowanie godna uwagi, choć nie jest tak popularna, jak inne. Ja mam jednak wśród jej asortymentu kilkoro ulubieńców, jak np. puder+podkład, ale też pomadki, o których pisałam Wam już kiedyś tutaj. Teraz sprawdzę dwa nowe odcienie!

Maybelline Matte Ink, których recenzję przeczytacie w przyszłym tygodniu. Pokażę Wam na ustach cztery odcienie, którą są według mnie najładniejsze z całej kolekcji i będziecie mogły same zadecydować, czy warto się na nie skusić, gdy pojawią się na półkach drogerii w maju.

Sephora rzuciła mi też wyzwanie w używaniu ich nowych ultra błyszczących, żelowych błyszczyków, które idealnie sprawdzą się wiosną i latem. Na razie moją miłością jest zdecydowanie odcień 01 Perfect Nude, który w połączeniu z pomadką Indian Roses od Semilac tworzy duet perfekcyjny!

puder-patrick-starr


CERA

Podkład Maybelline Fit Me w wersji nawilżającej/rozświetlającej udało mi się dorwać w Niemczech. Mieszkanie w Szczecinie jest jednak zaletą i to niemałą. Czekam jednak na moment, w którym pojawi się on w naszym Rossmannie. Wersja matująca nie przypadła mi jakoś szczególnie do gustu. Jest ok, ale bez szału. Jednak posiadaczki cery suchej, tak jak ja, powinny przyjrzeć się tej pozycji zdecydowanie bardziej. Jest to według mnie jeden z lepszych podkładów w drogerii. Jestem oczarowana.

Baza Mat & Blur Touch od Givenchy, to nowość. Jestem jej jednak bardzo ciekawa, bo jej forma (stick), to dla mnie coś, z czym do tej pory nie miałam do czynienia. Mam nadzieję, że sprawdzi się w mojej wyświecającej się w ciągu dnia strefie T oraz poradzi sobie z ukryciem rozszerzonych porów. Testy jednak dopiero rozpocznę, więc dam Wam znać, gdy już będę wiedziała, czy jest to produkt godny uwagi. Trzymam jednak mocno kciuki, bo przydałby się mi kosmetyk, który sprawiłby, że mogłabym zapomnieć o świecącym nosie.

nowy-puder-sypki-becca

Puder Becca Hydra-Mist Set&Refresh miał być totalną nowością na rynku kosmetycznym. Do perfumerii trafi w lipcu (o ile się nie mylę). Spodziewałam się istnego szału, bo ma w sobie aż 50% zawartość wody i aplikowany pędzlem, daje uczucie niezwykłego odświeżenia. Niestety... jego testy na razie wypadają wręcz tragicznie. Obrzydliwie zbiera się w zmarszczkach, każdy podkład się pod nim warzy, efekt ciasta gwarantowany.  Jeszcze sprawdzę go w innych kombinacjach, ale na razie wypada tragicznie. Nie wspomnę o fakcie, że na rynku nie jest to żadna nowość. Lata temu miałam coś podobnego z Revlonu. Notabene, produkt ten sprawdzał się super...

puder-z-woda-becca-odswiezajacy

Puder MAC, Patrick Starrr, to kosmetyk, który zapragnęłam ze względu na zamiłowanie jego twórcy do bejkingu. Wiedziałam, że to będzie hit. No i wiecie co? Na razie jest to dla mnie wielkie, ale to wielkie rozczarowanie. Pięknie wygląda pod oczami, fajnie utrwala makijaż (ale strefa T i tak żyje własnym życiem), ale... no, ma sporo wad. W tym jedną ogromną. Opowiem Wam więcej w osobnej recenzji. Na ten moment mam mocno mieszane uczucia i chyba nie polecam.

bronzer-charlotte-tilbury-bronzer-sephora

Puder brązujący Sephora Collection w odcieniu 01 Light, to produkt, który pozwoli na matowe wykonturowanie  policzków, ale równocześnie niepozbawienie cery blasku. Letnie glow gwarantowane! W ogóle, czy to tylko moje wrażenie, czy produkty Sephora Collection z sezonu na sezon są coraz lepsze i ciekawsze?

Filmstar Bronze&Glow Charlotte Tilbury, to ponowny zakup z powodu kosmetycznego chciejstwa, które musiało się w końcu wydarzyć. Chodziłam i dumałam nad nim już jakieś dwa lata. No i jakoś tak wyszło, że się zdecydowałam. Produkt kosztuje krocie, ale musicie mi przyznać, każde snobistyczne serce będzie ukontentowane ilością luksusu, jaki kupuje. Jestem zakochana!

zoeva-pedzle-do-oczu-i-twarzy

pedzle-zoeva-sephora

OCZY 

Zoeva Rose Golden, to kolejny zestaw pędzli tej marki, który mam okazję sprawdzać. Wszystkie chyba wiemy, że są to jedne z lepszych pędzli na rynku, po które sięga większość maniaczek makijażu. 

nowa-paletka-cieni-zoeva

Za to paletka Caramel Melange, której nie miałam jeszcze okazji testować, to dla mnie makijażowa nowość. Jestem jej jednak bardzo ciekawa, bo w sieci widziałam mnóstwo swatchy tych pięknych, złotych odcieni. Wydaje się być właściwie idealną paletką dla mnie, miłośniczki takich błysków i ciepłych tonów.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam! Ten post, to istny tasiemiec, zarówno pod względem tekstu, jak i zdjęć! Wszystkim, którzy dotrwali do tego momentu gratuluję :D
A teraz dajcie mi znać, czy coś Was zaciekawiło i na co Wy ostatnio się skusiłyście. Czekam na Wasze komentarze!
Części z Was mówię też do zobaczenia w ten weekend! Widzimy się na Meet Beauty <3 

Matowe pomadki Semilac Matt Lips - czy warto się na nie skusić?

Monday, April 16, 2018 -

plynne-pomadki-semilac

Jakiś czas temu kurier zapukał do mych drzwi i przyniósł totalną nowość, czyli pomadki marki Semilac. Tak, tak, jeśli uważnie śledzicie social media marki, to pewnie już doskonale wiecie, że wkracza ona aktualnie na podbój świata makijażowego. 

Do tej pory kojarzona była głównie z lakierami do paznokci, więc nie bez powodu ta nowość okryta jest niemałym zainteresowaniem. Matowe szminki, to początek przygody z makijażem twarzy, którego coraz więcej będziemy mogli się spodziewać w zbliżających się miesiącach. 

semilac-nowosci-szminki

Matowe pomadki w płynie Matt Lips od Semilac, to produkty zamknięte w standardowym, klasycznym opakowaniu, okrytym logo marki. Dziś przedstawię Wam pięć kolorów przewodnich kolekcji, czyli: Indian Roses, Pink Rose, Ruby Charm, Pink Cherry oraz Sexy Red. 

Każdy z kolorów pomadek, które wkroczyły właśnie na rynek, koresponduje z odcieniami, które znaleźć możecie w ofercie lakierów hybrydowych do paznokci. Czyż nie jest to genialny pomysł? Taki sam kolor na paznokciach i na ustach! Ja jestem urzeczona. 


Opakowanie zawiera 6.5 ml produktu i kosztuje 35.90zł. Wyposażone zostały w standardowy aplikator, który często znajdziecie zarówno w płynnych szminkach, jak i korektorach. Jest wygodny i pozwala na swobodne rozprowadzenie produktu tak, aby idealnie wyrysować kontur ust. Pomadki możecie kupić na stronie internetowej Semilac, bądź na wyspach w galeriach handlowych. 


Indian Roses, czyli przybrudzony nude, w którym widać wyraźnie różowe tony
Pink Rose, czyli jasny, ciepły odcień różu 
Ruby Charm, czyli przepiękna, neonowa fuksja
Pink Cherry, czyli mocna i silna, ciemna jagoda
Sexy Red, czyli jasna czerwień

semilac-indian-roses-swatch

Indian Roses, to mój absolutny faworyt, który nieustannie noszę na swoich ustach. Podoba mi się tak bardzo, że nawet nie ciągnie mnie do nałożenia w końcu pomadki Charlotte Tilbury w odcieniu Pillowtalk, która czeka na swoją kolej. Indian Roses, jak widzicie na swatchu, ma całkiem sporo różowego tonu, jednak mój typ urody, to jak trafić coś w rodzaju pecha na loterii. Po różowych, jasnych tonach ani śladu. W moim wypadku takie beżowe pomadki wyglądają ciemniej, niż na większości dziewczyn. Nie zmienia to jednak faktu, że znakomicie czuję się w tym kolorze i towarzyszy on mi niemal codziennie. Dobrze łączy się też z błyszczykami! To znaczy, że pomadka nie znika pod wpływem mokrego produktu, tylko podbija jego odcień, bądź drobinki, nie tracąc na trwałości. 

semilac-pink-rose-swatches

Pink Rose, to przygaszony róż utrzymany w ciepłych tonach. Jest delikatny, dziewczęcy i nada się do większości makijaży dziennych. Nie zwraca mocno uwagi, ale równocześnie jest wyraźny. 

semilac-ruby-charm-swatches

Ruby Charm, to intensywna, neonowa wręcz fuksja. Na myśl przywodzi mi dawną miłość, czyli Ole!Flamingo z Bourjois, którą niegdyś nosiłam niemal non stop w okresie letnim. I czuję, że podobnie będzie z tym kolorem. Ruby Charm wydaje się być idealnym wyborem do wszystkich letnich, jasnych i zwiewnych stylizacji. Do wypadów nad morze, czy na festiwale muzyczne. 

semilac-pink-cherry-swatches

Pink Cherry, to ciemna jagoda, czyli not my kind of jam... Kolor jest piękny i fajnie sprawdzi się jesienią, czy zimą. Dość mocno przypomina mi znaną każdej miłośniczce mocnych ust,  z MACa. Ja jednak nie jestem przekonana ostatnio to takich odcieni, choć Flat Out Fabulous kiedyś nosiłam, jak szalona. Teraz jednak stronię od fioletów i zdecydowanie częściej sięgam po stary, dobry nude, który nigdy mnie nie zawodzi. Jak mocniejszy kolor, to albo czerwień, albo mocna fuksja.  

semilac-sexy-red-swatches

Sexy red, to mocna, idealna czerwień, którą wyraźnie podkreślicie swoją osobowość. Jest dość jasna, ale ma na szczęście niebieskie tony, dzięki czemu śmiało może po nią sięgać każda z nas. Wybielone zęby gwarantowane. 

Formuła jest niezwykle lekka i przyjemna. Nie skłamię mówiąc, że jest to jedna z najbardziej komfortowych formuł matowych pomadek, jakie posiadam. Naprawdę dobra pigmentacja pozwala na pomalowanie ust już przy pierwszej aplikacji. Właściwie nie potrzeba dokładać produktu z opakowania. No chyba, że po prostu macie taki kaprys. Daje się pięknie łączyć z innymi kolorami, zastyga na mat, ale niezwykle komfortowy w noszeniu. Nie wysusza ust na wiór, choć pozostaje na nich na długie godziny. 

Zjada się równomiernie i nie wygląda przy tym źle, więc ukontentowane będą zarówno miłośniczki mocnych, wyrazistych kolorów, których nie brak w gamie Semilac Matt Lips, jak również te z Was, które ukochały sobie beżowe usta. 

matowe-pomadki-semilac

Dajcie mi koniecznie znać, czy któryś kolor wpadł Wam szczególnie w oko i czy planujecie zakup najnowszych pomadek marki Semilac, Matt Lips. A może już macie swoją?
Czekam na Wasze komentarze! 
DO GÓRY