beGlossy Hello 2017!

Friday, January 20, 2017 -


Styczniowe pudełeczko beGlossy mnie naprawdę zaskoczyło. Dopiero co otworzyłam drzwi kurierowi i szczerze mówić, nie spodziewałam się niczego fantastycznego. Podeszłam do edycji z tego miesiąca z czystą kartą. I co? I - według mnie - jest szał! <3 

Przede wszystkim, w pudełeczku beGlossy Hello 2017! znalazło się ujędrniające serum MOKOSH "Pomarańcza". Podczas składania zamówienia na pakiet lub subskrypcję wystarczy wpisać hasło PrezentOdAli i do Waszej przesyłki zostanie dołączony właśnie ten produkt. Świetnie! 


Najwięcej miejsca w pudełku zajmuje zdecydowanie maseczka Moisture + Comfort od Garniera /8,99zł/. Miałam już okazję przetestować niebieską wersję (jest super!), a teraz na pewno z przyjemnością wypróbuję wersję różową, która przeznaczona jest dla cer suchych i wrażliwych. Maski w płachcie to temat nośny i bardzo na czasie. Osobiście bardzo Wam je polecam. Nawilżenia nigdy za wiele! 


W pudełku znalazł się też krem ochronny do rąk od Farmony /7.00zł/. Jest to zimowy kosmetyk przeznaczony do ochrony i pielęgnacji dłoni podczas mrozów i niskiej temperatury. Powiem szczerze, że jestem go bardzo ciekawa. Nie mogę wyjść na prostą z moją skórą, która mocno szaleje przez te temperatury za oknem i ogrzewanie w domu. Także myślę, że ten krem będzie miał niemałe wyzwanie, żeby moje dłonie znów były gładkie. 


W pudełku znalazł się tylko jeden kosmetyk kolorowy. Jest nim miniatura tuszu do rzęs Mascara Infinito od Collistar /99zł/. Producent zapewnia, że jej unikatowa formuła pozwala na jednoczesne pogrubienie, podkręcenie i wydłużenie rzęs, a specjalna szczoteczka, wykonana z delikatnego elastomeru, dokładnie pokrywa rzęsy tuszem i je modeluje. Jestem bardzo ciekawa, czy mi się sprawdzi. Zwłaszcza, że jest to bestseller marki. 


Wracamy jednak do pielęgnacji. W pudełeczku znalazła się kolejna nowość na rynku, czyli Basil Elemnet, maska wzmacniająca Bazylia + Agran /29.99zł/. Powiem szczerze, że jestem jej bardzo ciekawa. Jednym z moich noworocznych i kosmetycznych postanowień było intensywne dbanie o włosy. Dlatego ostatnimi czasy przykładam się do nakładania odżywek, maseczek i wszystkich innych rzeczy. Maska ta jest przeznaczona też do skóry głowy i ma zapobiegać wypadaniu włosów. 


Jako prezent dodano tym razem próbkę produktu  Perfect Me od Wella Professionals EIMI. Jest to lekki lotion nadający włosom efekt wygładzenia. 


Trzecią i ostatnią już nowością w pudełku jest żel micelarny z Garniera. Jeśli śledzicie uważnie mój Instagram, wiecie że wczoraj pytałam Was, na jaki micel powinnam się teraz zdecydować. beGlossy przyszło do mnie z pomocą i teraz będę testować ten delikatny żel micelarny, który przeznaczony jest do demakijażu całej twarzy, ale też do standardowej pielęgnacji. Jestem go baaaaaaaardzo ciekawa! Żel micelarny z Sephory bardzo mi się podoba, wiec mam nadzieję, że właśnie patrzę na narodziny idealnej i tańszej alternatywy w tym temacie!


Osobiście uważam to pudełko za bardzo, ale to bardzo udane. Wszystkie produkty mnie ciekawią i znalazłam w nim kilka kosmetyków, które naprawdę mają szansę okazać się fantastyczne. Oby tak było! ;)


Co sądzicie o całym pudełku? Dajcie znać w komentarzach! 

Jedna szminka - trzy zastosowania

Sunday, January 15, 2017 -


Znacie to pytanie, które często zadaje się dziewczynom, które kochają makijaż?
Jeśli trafiłabyś na bezludną wyspę i mogłabyś zabrać ze sobą tylko dwa kosmetyki, co by to było?
Wertując moje kosmetyczne zbiory doszłam do jednego wniosku, jednym z nich byłaby na pewno szminka.

1. SZMINKA

To akurat jest oczywiste. Szminka służy przede wszystkim do tego, żeby używać jej na ustach. Nie odkryłam tutaj żadnej Ameryki, dlatego myślę, że nie będę się zbytnio rozwijać w tym temacie oprócz tego, że nie zawsze trzeba używać szminki o pełnym kryciu z jej producenckim przeznaczeniem. Czasami, takie intensywne barwy lubię nakładać na usta wklepując je czy to palcem, czy prosto ze sztyftu, a następnie odbijać nadmiar produktu w chusteczkę, co sprawia, że na ustach pojawia się naturalnie i bardzo seksownie wyglądający tint.

2. RÓŻ

Dobra pomadka może służyć, jako kremowy róż do podkreślania policzków. Wygląda w ten sposób niezwykle naturalnie, ponieważ (jeśli jest nawilżająca), odbija pięknie światło i daje wrażenie bardzo zdrowej, nawilżonej cery nastolatki. Taka kombinacja, czyli pomadka plus róż do policzków sprawia, że nie musimy się martwić o to, czy kolor ust pasuje do koloru różu i odwrotnie. Dlatego wszystkim tym z Was, które na co dzień borykają się z problemem tego typu i jeśli nie potraficie dobrać odpowiednich barw, które zaaplikujecie w te dwa miejsca, oto moja złota rada. Jedna pomadka rozwiąże Wasze wszelkie problemy w tej kwestii.


3. CIEŃ DO POWIEK!

I tutaj wirtualnie widzę Wasze skrzywienie twarzy! Tak, dobra pomadka może być też stosowana jako cień do powiek Te różowe znakomicie sprawdzą się dla niebieskookich, które chciałyby bardziej podkreślić swoje spojrzenie i dać światu do zrozumienia, że ich kolor oczu jest naprawdę intensywny. Śliwki fajnie sprawdzą się u zielonookich. A klasyczne cielistości są neutralne na każdej powiece. Dlatego, jeśli bardzo się Wam spieszy, wystarczy szybciutko wklepać odrobinę pomadki palcami i dokładnie ją rozetrzeć. W przypadku tych mniej napigmentowanych pomadek, nie musicie się martwić o żadne plamy. Polecam też delikatnie przypudrować powieki odrobiną transparentnego pudru już po aplikacji.


Istotne byłoby na pewno dobranie odpowiedniego koloru. Jednak, jeśli ten sam odcień trafiłby na moje usta, policzki oraz powieki, na pewno sprawiłby, że makijaż wyglądałby bardzo spójnie. Dlatego, bez dwóch zdań, myślę że postawiłabym na jakiś lekki, ciepły róż.

A jaki byłby Wasz wybór? Co zabrałybyście ze sobą na bezludną wyspę, gdybyście musiały się ograniczyć do dwóch produktów?

Chanel, Chance Eau de Perfume

Thursday, January 12, 2017 -


W tym roku otrzymałam swój pierwszy prezent świąteczny od Chanel. Współpracę z tą marką uważam za spełnienie marzeń i ogromny sukces. Nie wiem, jaki rok 2016 był dla Was, bo dla mnie był naprawdę... dziwny, ale mimo tego, że 2017 witam z radością i nadzieją, że w końcu będzie dobrze, to kończący się rok przyniósł parę znaczących zmian w moim życiu, kilka przełomowych chwil i wartościowych rozwojowo sytuacji. 

Przesyłki od Chanel, to zawsze klasa sama w sobie. Znakomicie zapakowane tekturowe torebki z uroczą, czarną wstążeczką z logo marki. Tym razem, w świątecznej przesyłce otrzymałam uroczy prezent, który znakomicie wpasował się w moje gusta zapachowe. 




Zapach określany jest przez producenta, jako drzewno-orientalny. Zamknięty został w okrągłym flakonie, który ozdobiony jest metalowym wykończeniem. Wygląda bardzo elegancko i powiem szczerze, że klasyka opakowań Chanel trafia w moje serce kosmetycznej snobki. 

Chance to zapach radosny, pełen energii. W jego składzie wyraźnie wyczuwalny jest jaśmin (mój ukochany kwiat i składnik perfum), różowy pieprz i ambrowa paczula. Kompozycję dopełnia nuta wanilii i białego piżma, które sprawiają, że zapach pięknie układa się na skórze, tworząc swoisty woal miłej woni. 

Woda perfumowana jest jedną z najtrwalszych i powiem Wam szczerze, że na mojej skórze utrzymuje się niezwykle długo. Zapach znakomicie rozwija się w ciągu dnia, nabierając głębi i ciepła. 


Linia Chance trafia idealnie w olfaktoryczne doznania kobiet młodszych oraz starszych, silnych, niezależnych, które uwielbiają czuć się kobieco i czasami chcą zaszaleć. Zapach ten poprawia mi nastrój i bardzo lubię go używać w dni, w których czuję, że wszystko będzie szło po mojej myśli. To taki zapach sukcesu. Lub właśnie szansy na ów sukces.

Chanel Chance występuje we flakonie o trzech pojemnościach. 35ml/319zł  50ml/439zł oraz 100ml/599zł. 


Jest to zapach, którym pachnę nieprzerwanie od początku tego roku. Nawet teraz, podczas krótkiego, kilkudniowego wyjazdu do Warszawy z Agnieszką, jedynym zapachem jaki miałam ochotę zabrać do swojej torebki, było właśnie Chance. Nawiasem mówiąc, jeśli macie ochotę śledzić naszą wycieczkę, to wpadajcie na nasze InstaStory >> aGwer >> Ala ma kota 

Poczytajcie też  o: 
>> Chanel, N°5 L'Eau

Jaki jest Wasz ulubiony zapach od Chanel?

Najnowsza paletka cieni The Balm, Appetite

Thursday, January 5, 2017 -


paletka-cieni-the-balm-appetite

W moje ręce trafiła niedawno najnowsza paletka marki The Balm o nazwie Appetite.  Jeśli kiedyś zapytałybyście mnie, czy lubię tę markę, odpowiedziałabym, że nawet, nawet, ale nie ma szału. Jednakże, na przestrzeni lat, okazało się, że bardzo odpowiada mi jakość cieni, które oferuje marka. Chociaż kiedyś uważałam Mary-Lou za rozświetlacz idealny (poczytacie o nim tutaj), tak teraz wszystkie doskonale wiemy, że błysk Mary jest za słaby. Na rynku jest znacznie więcej, ciekawszych propozycji. 

W każdym razie, w swoich zbiorach dotychczas miałam dwie paletki The Balm i byłam z nich równie zadowolona. Chociaż Meet Matt(e) Trimony podoba mi się zdecydowanie bardziej. Oczywiście, z racji tego, że ma więcej kolorów, które można używać na co dzień. Brakowało mi w niej jednak odrobiny błysku. Tak, wiem. Zdaję sobie sprawę, że jeśli paletka cieni stworzona jest, jako matowa, to próżno szukać tam błyszczących drobinek. Jednak, moje srocze serce, nie mogło w związku z tym nazwać jej paletką idealną. 

paletka-cieni-the-balm-appetite

paletka-cieni-the-balm-appetite

paletka-cieni-the-balm-appetite

Czy Appetite będzie idealna - nie wiem. Na razie nie mogę się wypowiedzieć w tej kwestii, chociaż już widzę, że ostatni rząd cieni będzie bardzo rzadko przeze mnie wykorzystywany. Nie widzę siebie do końca w tych kolorach, aczkolwiek są one ciekawe. Moimi typami z paletki są natomiast:  Bruce Schetta, Mac Encheese (na co dzień) oraz Tate R. Tots, Rocky Road-Icecream i Chris P. Bacon, jako element błysku i szaleństwa na wieczór. 

Ale najpierw sprawy techniczne. W paletce znajduje się dziewięć cieni o różnym wykończeniu. Pierwszym rzędem rządzą maty, środkowym - metaliczne odcienie, a ostatnim - lżej połyskujące drobinki. Ich nazwy są przezabawne, jak zawsze z resztą. The Balm słynie już z zabaw słowem, dlatego nie obyło się bez tego i tym razem. Moim ulubieńcem jest zdecydowanie Chris P. Bacon, zarówno fonetycznie, jak i w rzeczywistości :D 

paletka-cieni-the-balm-appetite

Wszystkie cienie bardzo dobrze ze sobą grają i "trójkami" jesteśmy w stanie stworzyć makijaż kompletny. Oczywiście, nikt nie zabrania nam eksperymentować, więc nie bójcie się sięgać po różne kombinacje. Jednakże, znajdziecie tutaj praktycznie wszystko: cielistą, matową barwę do podkreślenia łuku brwiowego, średni brąz w chłodnej tonacji do załamania powieki i błyszczącą taflę do powieki ruchomej oraz wewnętrznego kącika. 

paletka-cieni-the-balm-appetite

Jestem bardzo zadowolona z jej jakości. Cienie są fantastycznie napigmentowane, pięknie się blendują i nie tracą przy nakładaniu pędzlem. Te "metaliczne" ze środka radzę jednak wklepywać palcem na ruchomą powiekę. Wtedy efekt jest najpiękniejszy i najbardziej przypomina taflę (zwłaszcza przy odcieniu Tate R. Tots). Chociaż, jeśli mam być szczera, to zaskakuje mnie, że na palcu pozostaje bardzo dużo cienia. On oczywiście przykleja się do powieki, ale wydaje mi się, że mógłby to robić bardziej. Nie znalazłam jednak jeszcze sposobu by uzyskać taki efekt, jaki satysfakcjonowałby moje srocze oko w stu procentach. Cienie będą idealne zarówno dla profesjonalistek (które cenią sobie mocną pigmentację), jak i dla początkujących dziewczyn (które nie do końca wiedzą, jak bawić się kolorami a chcą uzyskać dobre efekty). Co prawda, cienie są suche i lubią się pylić, ale nakładane na powiekę nigdy mi się nie osypują. Znakomicie wyglądają przez cały dzień. A ja ostatnio zrezygnowałam z bazy pod cienie (nakładam tylko cieniutką warstwę korektora do wyrównania kolorytu).

paletka-cieni-the-balm-appetite

paletka-cieni-the-balm-appetite

Paletka jest mała i poręczna. Znakomita na wyjazdy. W środku znajduje się lusterko, którym spokojnie można się wspomóc podczas robienia całego makijażu. Nie bądźcie jednak zaskoczone tym, że napis EAT UR <3 OUT, to tylko nakładka. Cienie nie są w kształcie literek, chociaż sam pomysł z nakładką uważam za bardzo fajny. Nie ukrywam też, że to właśnie tym ta paletka zwróciła moją uwagę. Dostaniecie ją w każdym Douglasie w cenie 185zł oraz taniej w drogeriach internetowych (tutaj jednak nie dam sobie ręki uciąć, że kupujecie oryginał. The Balm bardzo często lubi być podrabiany). 

Poczytajcie też o: 

No i jak? Podoba się Wam ta paletka? 

Postanowienia noworoczne

Monday, January 2, 2017


Pewnie tak, jak ja, nie możecie już patrzeć na Waszą tablicę na Facebooku, która jest zawalona postanowieniami noworocznymi. Jakoś tak, mniej więcej do końca grudnia nie miałam nawet pomysłu na moje postanowienia na 2017. Działo się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie 2016 dał mi tak w kość, że nie chciałam nic planować. Czułam się przybita. Jednak, gdy przyszedł Sylwester, a ja byłam w naprawdę szampańskim nastroju, postanowiłam że spiszę małą listę rzeczy, które postaram się doprowadzić do końca w tym roku.

1. Nauczyć się francuskiego

O nauce francuskiego marzę cale życie. W mojej rodzinnej miejscowości nie było szans na naukę dodatkowego języka. Podstawa w szkołach: rosyjski, niemiecki i angielski, to coś co musiało mi wystarczyć. I chociaż z rosyjskiego pamiętam, że sofa to dywan i że zapałki były ulubionym słowem kolegów, a z niemieckiego nic nie wybije mi z głowy regułki, której nauczyłam się na pamięć przed klasówką (obudzona w środku nocy wyrecytuję te trzy zdania bez mrugnięcia okiem :)), tak jedynym językiem, w którym czuję się bardzo dobrze, bardzo płynnie - jest angielski. Nie wiem właściwie, dlaczego dopiero teraz postanowiłam, że zacznę się poważnie uczyć francuskiego. Już kiedyś chodziłam do szkoły językowej (angielski), ale powolutku szukam dobrej szkoły w Szczecinie, której kurs w pełni mnie usatysfakcjonuje. Wiem, że lekko nie będzie, jeśli naprawdę chcę się nauczyć dobrze mówić w tym języku, ale się nie poddam.

2. Czytać więcej książek

2017, to rok, w którym w końcu kupię czytnik. Nie zrobiłam tego jeszcze, ale decyzja już zapadła. Zaraz po tym, jak trafi w moje ręce nowy laptop (jestem zmuszona do wymiany), zrobię wszystko, żeby następny w kolejce pokazał się u mnie czytnik.
Chcę wrócić do czytania, bo bardzo to kiedyś lubiłam. A nie ukrywam, że taszczeniu ze sobą ciężkich  książek mnie mocno zniechęca. Dlatego czytnik będzie dla mnie idealnym rozwiązaniem. Chcę też wrócić do czytania po angielsku, bo zawsze w ten sposób uczyłam się dodatkowo języka

3. Zejść o rozmiar niżej

Ci, którzy mnie znają i widzieli mnie na żywo, wiedzą, że do najszczuplejszych nie należę. Co tu dużo mówić. Nie będę owijać w bawełnę - jestem gruba! A kiedyś nie byłam. Kiedyś miałam talię osy i się sobie nie podobałam. Dziewczyny są głupie ;) W każdym razie, mimo że jestem na takim etapie samoakceptacji, że nigdy nie czułam się bardziej kobieca i seksowna, nigdy nie dbałam tak o siebie i nie starałam się wyglądać, jak prawdziwa kobieta, to nie czuję się dobrze z moimi kilogramami. I mimo że staram się wyglądać najlepiej, jak mogę, to wagi nie ukryję. Dlatego, zamiast stawiać przed sobą cel, żeby schudnąć nagle 30kg, stawiam mniejszy, szybciej osiągalny i równocześnie będący moim pierwszym krokiem w walce o powrót do dawnej figury. Mianowicie, chcę zejść z rozmiaru 44 do rozmiaru 42 i daję sobie na to 4 miesiące. W kwietniu się z tego z Wami rozliczę i jeśli nie pochwałę się wtedy jeansami, czy sukienką w mniejszym rozmiarze, to możecie mnie oficjalnie nazwać lamą :)

4. Instagramowe wyzwanie #365

Chcę być bardziej regularna w moich działaniach w social mediach, ale też chcę sobie rzucić wyzwanie kreatywności. Na pewno będą zdarzać się dni, w których nie będę mieć weny na zrobienie zdjęcia albo światło nie będzie ze mną współgrać. Chcę przełamać swoje bariery, rzucić się na głębszą wodę i zacząć MYŚLEĆ podczas robienia zdjęcia. Chcę też szukać inspiracji i dodatków do zdjęć w otaczającym mnie świecie.

5. Wyjechać na spontaniczne wakacje

W tym roku nie chcę zrezygnować z wakacji za granicą. 2016 nie dał mi na to okazji, ale w tym roku muszę się gdzieś wybrać. Inaczej zwariuję. Potrzebuję się zgubić w obcym mieście, mieszkać przy klimatycznej uliczce, jeść w ulubionej knajpce lokalnych ludzi. Zwiedzać, obetrzeć stopy, opalić nos, zapełnić kartę pamięci w aparacie i poczuć to, co czuje się w kompletnie obcym miejscu. Mimo że to uczucie zawsze mnie przeraża, to kręci mnie równocześnie.

I to tyle. Tylko tyle albo aż tyle. Mam nadzieję, że Wy rownież macie jakieś kreatywne wyzwania i postanowienia  na 2017. A za rok, przebijemy sobie piątkę, gdy uda nam się je zrealizować :)

IOPE Air Cushion Natural Glow SPF 50+ PA+++

Thursday, December 29, 2016 -


Kiedyś miałam już jeden podkład w gąbeczce. Był to dosłownie największy z możliwych, makijażowych niewypałów. W moim posiadaniu był Lancome, Miracle Cushion Foundation. Podkład-dramat. Zapewniać miał znakomite wykończenie drugiej skóry. Delikatne krycie, nawilżenie, a w rzeczywistości - były tylko smugi i ciastolina. Nie polecam. Nie jest wart nawet złotówki. 

Luksusowe marki wzorują się na azjatyckim trendzie makijażowym (jak i pielęgnacyjnym), który zawojował serca miłośniczek kosmetyków. Dlatego coraz częściej wśród asortymentu marek selektywnych, znaleźć można gąbeczkowe podkłady, róże i tinty. Ja jednak postanowiłam sięgnąć do źródła i sprawdzić na własnej skórze, jak sprawuje się oryginalny podkład BB od Iope, Air Cushion Natural Glow SPF 50+ PA+++, który dostać możecie na stronie Jolse.com

Iope-air-cushion-natural-glow

Przy okazji, rozwieję Wasze wątpliwości, które z pewnością macie, gdy patrzycie na tę dziwną nazwę produktu. Co to jest to całe "PA+++"? 
Ja również zrobiłam na początku wielkie oczy, ale poszperałam trochę w Internecie i już wiem. Mianowicie, Korea (jak i cała Azja) słynie ze swojego zamiłowania do zwalczania przedwczesnych oznak starzenia. Walka o młodą cerę jest nieustanna. Azjatki nie od dziś, jako sekret swojej idealnej, młodej cery, uważają codzienne stosowanie filtra przeciwsłonecznego. Od tego właśnie jest SPF. Pięćdziesiątka, bo mniejsze wartości, to tak trochę kiepsko :) Natomiast skrót PA+++ oznacza ochronę przeciwsłoneczną UVA.

Iope-air-cushion-natural-glow

Nadmienię, jak przy okazji wszystkich recenzji produktów pielęgnacyjnych i przeznaczonych do makijażu całej twarzy, jakiej cery jestem posiadaczką. Mianowicie, borykam się z przetłuszczającą się strefą T oraz suchą skórą policzków i czoła. Mającą tendencję nawet do przesuszeń. Wiem też, że produkty takie niekoniecznie muszą się sprawdzić na mojej cerze, która z racji dwóch kompletnych skrajności, potrafi zrobić sobie niezłe żarty z podkładu w ciągu dnia. 

Iope-air-cushion-natural-glow

Produkt aplikujemy przy pomocy dołączonej gąbeczki. Będę z Wami jednak szczera - rzadko z niej korzystam.* Dużo częściej sięgam po mój ulubiony pędzel do podkładu, czyli Full Coverage Face Brush od Bobbi Brown. Następnie, z racji tego, że uwielbiam wykończenie beautyblendera, stempluję nim kilka razy po twarzy i pozbywam się nadmiaru produktu. 

Sam kosmetyk ma małe krycie, które daje się ładnie budować do średniego. Cienka warstwa podkładu pozwala mi na ładne wyrównanie kolorytu cery i uzyskanie jednolitej barwy twarzy i szyi. Radzi sobie z mniejszymi i większymi zaczerwienieniami, chociaż nie jest w stanie dokładnie zakryć mojego pękniętego naczynka na policzku. Tutaj niestety muszę posiłkować się korektorem. 

Produkt w cenie regularnej kosztuje 42$.  Jednak, bardzo często można dostać go ze sporą zniżką (nawet do 15$). Paczka z Korei szła do mnie około dwa tygodnie, więc czas oczekiwania, to również nie są długie miesiące. Podczas zakupu dostajemy dodatkowy wymienny wkład. W związku z czym, otrzymujemy 2x15g produktu. To spora oszczędność, biorąc pod uwagę fakt, że za podobną cenę możemy otrzymać tylko jeden wkład z logiem marki selektywnej.

Produkt zamknięty jest w plastikową, aczkolwiek wytrzymałą puderniczkę, która w środku ma całkiem porządne lusterko i miejsce na wymienny wkład. Dokupowanie samego wypełnienia, czyli podkładu w gąbeczce i wymienianie go w puderniczce wielorazowego użytku, jest bardzo ekonomiczne. I bardzo mi się ten pomysł podoba. Nie podoba mi się jednak fakt, że nie jesteśmy w stanie "naocznie" ocenić, jak wiele produktu zostało nam w opakowaniu. 

*jeśli już, to podczas poprawek w ciągu dnia. 

Iope-air-cushion-natural-glow

Iope-air-cushion-natural-glow

Miękka gąbeczka bez problemu "oddaje" produkt na akcesorium, którego używamy podczas aplikacji produktu. Sam kosmetyk zachwycił mnie. Nie jest ideałem, ponieważ wymaga poprawek w strefie T w ciągu dnia. Liczyłam się jednak z tym, że będę niezadowolona i zdruzgotana efektem, jaki otrzymam na twarzy. Jednakże, był i jest on czymś, do czego w makijażu na co dzień dążę. Delikatnie rozświetlona skóra, błyszcząca i jędrna. Lekko wyrównany koloryt, prześwitujące niedoskonałości - które wcale mi nie przeszkadzają. Prawdziwy efekt drugiej skóry. 

Bałam się też, że produkt będzie mi "osiadał" na skórze. Inne koreańskie kremy bb, z którymi miałam do czynienia, niestety spływały mi z twarzy, kompletnie nie stapiały się z moją skórą i miałam wrażenie, jakby "siedziały" na niej. Tutaj na szczęście nie ma takiego uczucia. Produkt znakomicie scala się z moją skórą. 


Produkty koreańskie powoli, ale skutecznie zajmują moje serce. Planuję więc potestować ich znacznie więcej, skupiając się raczej na tych "lepszych" składowo markach. I liczę, że już niedługo wrócę do Was z propozycją makijażu twarzy całkowicie wykonanego kosmetykami z Azji. Bo o tym, że regularnie będę się z Wami dzielić informacjami o produktach pielęgnacyjnych, jestem przekonana doskonale. Ten konkretny kosmetyk kupicie tutaj.

Macie swój ulubiony produkt pochodzący z Azji?

Chanel N°5 L'HUILE CORPS

Tuesday, December 27, 2016 -


Klasyczna piątka ma rzeszę zwolenniczek i przeciwniczek. Jej odświeżoną wersję L'Eau mogłyście już poznać bliżej u mnie na stronie. Tutaj odsyłam Was raz jeszcze do przeczytania kilku słów na temat tego zapachu - zapraszam KLIK. Osobiście, jeszcze nie skusiłam się na zakup klasycznej wersji tej woni. Uważam, że jestem jeszcze na nią za młoda i być może kiedyś, w przyszłości, przy odrobinie cierpliwości, uda mi się odkryć jej piękno.

chanel-no5

Najnowszy, limitowany olejek do ciała marki Chanel, czyli N°5 L'HUILE CORPS, to propozycja dla każdej wielbicielki kultowego zapachu oznaczonego numerem pięć. 



Konsystencja przywodzi na myśl suche olejki do ciała. Jest delikatny, skóra bardzo szybko go absorbuje i raz-dwa relaksuje. Zamknięty został w ekskluzywnej buteleczce z oszronionego szkła. Jego pojemność to 200ml. Flakon oczywiście nie tylko cieszy oko właściciela. Będzie znakomicie wyglądać na toaletce, jako element dekoracyjny. By ułatwić proces aplikacji, wyposażony został w atomizer. Sam produkt jest bardzo lekki i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze, która po użyciu jest miękka, nawilżona i pachnąca. 

chanel-no5

Zapach ładnie układa się na skórze. Mam wrażenie, że jest lżejszy i słodszy od perfum. Dla mnie, osoby która za numerem pięć nie przepada, jest zdecydowanie do przełknięcia. Co więcej, pokuszę się o stwierdzenie, że jest w nim coś, co mnie intryguje i zachwyca. Być może dzieje się tak dlatego, że w miarę z upływem czasu, zapach nabiera słodyczy.

Markę Chanel znajdziecie w sieciach perfumerii Douglas oraz Sephora, jak również w ekskluzywnych perfumeriach niszowych.

beGlossy, Frozen Queen

Monday, December 19, 2016 -


Nowe, grudniowe pudełko beGlossy, nosi nazwę Frozen Queen i miało być świątecznym spełnieniem marzeń. Bardzo podoba mi się fakt, że pudełeczko tym razem zostało zmienione i jest prawdziwie zimowe. Nie bawiono się tym razem w dodatkowe, ilustrowane tekturki, tylko stworzono nowe pudełeczko, w śnieżynki. Świetny pomysł! 


Zawartość pudełka w tym miesiącu jest bardzo na plus. Powiem Wam, że jestem szczerze zadowolona z tego, co znalazłam w środku. Zwłaszcza, że do beGlossy dorzucono mnóstwo rabatów, a z tego na peelingi Body Boom mam zamiar skorzystać. 


AUBE, Serum pod oczy Epidermal Growth Factor RENAISSANCE 
49.99zł/ 15ml 
Chyba nie będę jedyna, która powie teraz, że w życiu nie słyszała o tej marce. Kosmetyki AUBE, to dla mnie totalna nowość.  Seria, którą widzicie w moim pudełeczku, zawiera w sobie epidermalny czynnik wzrostu, który poprawiając grubość naskórka, zapobiega wiotczeniu skóry oraz zmarszczkom. 

GOT2BE Puder do włosów dodający objętości Powder'ful 
18.99zł/ 10g 
Ten produkt zdecydowanie pójdzie w świat. Miałam go już kiedyś i rzeczywiście, dodaje on ekstremalnej objętości. Ja jednak nie jestem fanką wykończenia oraz tego, jaki daje efekt. Chociaż, działania mu odmówić nie mogę :) 

Schwarzkopf, Live Pastel Spray 
20.99zł/125ml 

Mój egzemplarz trafił do mnie w kolorze Cotton Candy. Nie ukrywam, że bardzo się z niego ucieszyłam. Spray z formułą pastelowych pigmentów zapewni jasnym włosom modne, cukierkowe kolory, idealne na wyjątkowe okazje i w karnawale. Jestem tego produktu bardzo, ale to bardzo ciekawa. A teraz, gdy moje włosy są znacznie jaśniejsze niż kiedyś (chociaż poczekam pewnie na odważniejszą wersję intensywnego blondu), takie pastele będą wyglądać super. Na pewno się odważę. 



PANTENE 1 minute Wonder Ampoule
4.99zł/15ml 
Magiczna, jednominutowa ampułka z Panten, ma cudownie odbudować włosy bardzo zniszczone. Przywraca blask i nawilżenie. Oczywiście, podejrzewam, że żeby efekt zdrowych włosów się utrzymał, trzeba podtrzymać kurację i zużyć kilka takich ampułek, ale jeśli ta jedna przyniesie natychmiastowy, zauważalny efekt, na pewno zdecyduję się na więcej. I Was wtedy o tym poinformuję. Moje końcówki są ostatnio dramatycznie przesuszone i rozdwojone. Na moje własne życzenie, bo nie dbam o włosy tak, jak powinnam. Mam jednak zamiar to zmienić i przyłożyć się do pielęgnacji włosów, z sercem. 


Uriage, maseczka Roseliane oraz regenerująco-ochronny krem do rąk Bariederm
58.90zł/40ml ; 27.90zł/50ml

Uriage bardzo lubię i właściwie zawsze, z podkulonym ogonem wracam do ich wody termalnej. Każdego lata. I dużo bardziej cieszę się z kremu do rąk, niż maseczki do twarzy. Moje dłonie są ostatnio tak przesuszone, że przyda im się naprawdę porządna dawka nawilżenia. I jeśli jest na rynku coś, co temu zapobiegnie, to będę bardzo szczęśliwa. Niestety, wiele kremów nie odpowiada mi przez swoją tłustą konsystencję. Dlatego, zobaczymy jeszcze, jak sprawdzi się u mnie Bioderma. 

Mokosh, ujędrniające serum Pomarańcza
69zł/12ml 
Serum to jest podobno idealne dla każdego rodzaju cery. Jest w stu procentach naturalne, więc każda fanka takich kosmetyków, powinna się ucieszyć z jego obecności w pudełku. Zawiera cenne olejki - arganowy, z wiesiołka, ze słodkich migdałów. Ma intensywnie regenerować i nawilżać skórę twarzy, przywracając jej elastyczność. Oleiste formuły, to moje odkrycie w tym roku. Kiedyś stroniłam od olejków, a teraz wręcz przeciwnie. Bardzo chętnie zapraszam je do swojej pielęgnacji. Jestem więc bardzo ciekawa, czy Mokosh się u mnie sprawdzi. 

Co prawda, dwie rzeczy nie załapały się na zdjęcie, a ja sobie zdałam z tego sprawę właśnie teraz. Aczkolwiek, wspomnę Wam o nich, mimo wszystko. W pudełeczku znalazła się jeszcze próbka perfum Marc Jacobs, Decadence Divine oraz próbka najnowszej bazy rozświetlającej z Golden Rose. Nie muszę chyba przypominać, że jestem wielbicielką błysku, więc jest to dla mnie nie lada gratka!

Podsumowując, muszę Wam powiedzieć, że jestem zadowolona z zawartości pudełka w tej edycji. Ta duża ilość pielęgnacji bardzo mi się podoba, tym bardziej, że w większości trafiona jest w punkt.

A jak Wam się podoba ta edycja? Jesteście zadowolone?

Shiseido, Eudermine

Wednesday, December 14, 2016 -


Cześć!
Jeśli czytacie ten wpis, to właśnie okazało się, że Blogger postanowił się nade mną zlitować! Nie wierzę w to, ale dopadł mnie jakiś totalny pech i niestety, ale wyszła straszna chała z mojego publikowania przez cały tydzień #winterweek. Zaczęło się od tego, że po prostu zniknął mi mój wpis o tym, jaką wishlistę chciałabym w tym roku zrealizować na święta. Tak po prostu, ot tak, zniknął nie wiedzieć czemu. Potem było już tylko gorzej. Blogger nie dodawał mi żadnego wpisu, mimo próbowania naprawdę na wiele sposobów. Ostatecznie, zaczynam się coraz bardziej zastanawiać nad przejściem na wordpressa. Ale już dość stękania, ważne że wszystko już "działa". Przechodzimy do wpisu!

Ostatnio mocno zainteresowałam się metodami pielęgnacji, które są stosowane przez Koreanki. Azjatycki rytuał piękna bardzo mi odpowiada i w związku z tym, postanowiłam mocno zadbać o swoją cerę, która - nie oszukujmy się - młodsza już nie będzie. Widzę, że pojawiają się u mnie zmarszczki mimiczne, głównie te, które sygnalizują światu, że lubię się uśmiechać. No, ale wolałabym ich uniknąć, dlatego robię teraz co mogę, żeby tylko pozbyć się nieestetycznych linii. 

Dzisiaj opowiem Wam o Euderminie od Shiseido oraz o wpływie dodatkowego kroku w pielęgnacji.

Poczytajcie też o innych kosmetykach Shiseido
> o zapachu Ever Bloom EDT
> o najnowszym serum do twarzy i kremie pod oczy Bio-Performance LiftDynamic
oraz o azjatyckich maseczkach Elizavecca


Eudermina, to pierwszy produkt stworzony przez Shiseido. Ma już ponad 100 lat! Przez producenta nazywany jest tonikiem. Dla mnie jednak, to po prostu emulsja pielęgnacyjna, która doskonale się wchłania. Za 125ml tego produktu trzeba zapłacić 185zł.

Szklana butelka w szkarłatnym kolorze zamykana jest koreczkiem, który na myśl przywodzi drogocenne rubiny w biżuterii. Jej kształt i etykieta, zachowane zostały w zgodzie z duchem kultury azjatyckiej. Jest prosto, wyrafinowanie i wysoce estetycznie. Esencji tej można również używać na dowolne partie ciała, również jako zapach. Relaksuje on bowiem wonią piwonii zroszonych deszczem. Nie utrzymuje się jednak tak długo, jak klasyczne perfumy. 

Nie radzę nakładać jej najpierw na wacik. Dla mnie mija się to z celem. Niepotrzebnie tracimy produkt. Osobiście wylewam kilka kropel tego produktu na dłonie, rozcieram go między nimi i wmasowuję w skórę twarzy oraz dekolt. Robię to jednak zaraz po oczyszczeniu twarzy (nie wycieram twarzy ręcznikiem). Ten dodatkowy krok w pielęgnacji ostatnio wiele u mnie zmienił. Widzę różnicę w poziomie nawodnienia mojej skóry, która choć nadal jest jeszcze przesuszona, to nie jest to taki dramat, jaki przeżywałam w niedalekiej przeszłości. I chyba znalazłam wreszcie receptę na udaną pielęgnację. 

A Wy? Używacie toniku/esencji?

Makijaż świąteczny #WINTERWEEK

Wednesday, December 7, 2016 -


makijaz-swiateczny

Świąteczny makijaż, to dla mnie co roku ta sama zabawa. Nic się w tej kwestii nie zmienia i mam nadzieję, że przez najbliższy czas się też nie zmieni. Kocham świąteczny klimat, więc staram się w stu procentach dopasowywać do panującej aury. 

Mój wygląd jest zawsze zwieńczony czerwoną szminką, ale co wcześniej? 
Używam bardzo nawilżającej bazy pod makijaż, która daje mi efekt nawilżonej i świetlistej cery. Następnie nakładam ulubiony o tej porze roku podkład marki Shiseido, który łączy w sobie właściwości kremu pielęgnacyjnego. Już Wam kiedyś o nim pisałam TUTAJ.

makijaz-swiateczny

Używam kremowego produktu do konturowania z NARSa, którym delikatnie zaznaczam kości policzkowe, po czym sztyftem rozświetlającym z Revlonu, zaznaczam wszystkie miejsca na twarzy, które chcę, aby skupiały światło. Nie żałuję sobie jednak rozświetlacza i na kremowy produkt nakładam zaraz później prasowany rozświetlacz z Wibo, który kocham już od bardzo dawna - klik. Ten sam produkt wklepuję w powieki palcem, by uzyskać intensywny blask. Zacieram tylko granicę załamania powieki beżowym cieniem. Linię rzęs zaznaczam brązowym eyelinerem NARS i rozcieram go, by uzyskać efekt zagęszczenia. Tuszuję rzęsy maskarą Volume Million Lashes Fatale od L'Oreal. Brwi, to jak zwykle cień z ABH

makijaz-swiateczny

Na policzki nakładam jeszcze lekką ręką, odrobinę różu Air Blush w kolorze Kink&Kisses od Marca Jacobsa. A na usta? Na usta wędruje królowa wieczoru. Najpierw obrysowuję wargi konturówką do ust z Golden Rose. One sprawdzają mi się najlepiej od lat. Następnie dokładnie zaznaczam usta pomadką Vice Lipstick w kolorze Mrs. Mia Wallace od Urban Decay, którą na pewno na dniach pokażę Wam z bliska. 

makijaz-swiateczny

makijaz-swiateczny

makijaz-swiateczny

Układam włosy, robię lekkie loki i zakładam sukienkę. Taki makijaż zajmuje mi naprawdę niewiele czasu, a jest niezwykle efektowny. I zwraca uwagę. A na tym właśnie mi zależy. Chcę dawać wszystkim do zrozumienia, że naprawdę postarałam się podczas przygotowań do kolacji, a tak naprawdę zajęło mi to pół godzinki bez większego wysiłku.

To już trzeci dzień naszego świątecznego wyzwania!
Wpadajcie na blogi dziewczyn!


A jaki Wy planujecie makijaż? 
DO GÓRY