Nowości Semilac, kolekcja PASTELLS i nowe pyłki Flash Galaxy

Thursday, July 20, 2017 -


Semilac wypuścił niedawno cudowną kolekcję lakierów hybrydowych, które od samego początku skradły moje serce. Jestem zaskoczona i oczarowana, tym bardziej, że spodziewać by się po mnie mogło, że to wcale nie będzie w moim stylu. A jednak! 


Najnowsza kolekcja Semilac, PasTells, to aż dziewięć nowych odcieni, które zainspirowane zostały naturą i otaczającą nas przyrodą. Z resztą, pewnie same widzicie na próbniku, że są to kolory lata. Soczyste niebieskości, mięta, słoneczne kolory - tak podsumowałabym tę kolekcję. 


Oczywiście, zaraz po SemiSferze, na której miałam okazję być, postanowiłam zrobić sobie nowe paznokcie. Tym razem zaszalałam i na moich dłoniach noszę teraz kolorystyczne ombre (każdy paznokieć ma inny kolor). Zauważyłam też, że do pełnego krycia, wystarczą dwie cieniutkie warstwy lakieru. Nie nakładałam żadnego lakieru podkładowego pod te odcienie. 


YELLOW 263, czyli słoneczny odcień mieszanki żółtego i pomarańczowego.

LEMON 264, czyli cytrynowa żółć, która jest odrobinę kwaśna, ale subtelna. Widać w niej dodatek zielonej skórki. 

MINT 265, który jest moim absolutnym ulubieńcem wśród miętowych odcieni. Do tej pory większość mi się podobała, ale zawsze brakowało mi tego czegoś. I to jest odpowiedź na moje oczekiwania.  

GREEN  266, czyli zieleń, która ma sobie nadal całkiem sporą ilość mięty.

TURQUOISE 267, czyli piękny i niezwykle intensywny turkus. 

LIGHT BLUE 268, czyli niezwykle subtelny odcień niebieskiego nieba. 

JUST BLUE 269, czyli niebieski zmieszany z odrobiną turkusu.

WARM BLUE 270, czyli kolejna niebieskość, choć tym razem utrzymana bardziej w ciepłych tonacjach.

MEDIUM BLUE 271, czyli mieszanka niebieskiego i fioletowego, to najbardziej hipnotyzujący odcień z całej kolekcji. Od samego początku wpadł mi w oko i uważam, że wygląda fenomenalnie w macie, co z resztą możecie zobaczyć poniżej. 


Do asortymentu marki doszły również nowe pyłki do zdobień. Na moim Instagramie pokazywałam Wam je od razu, więc polecam bardzo serdecznie dodać mnie do obserwowanych, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście :)



Dziewięć nowych pyłków zainspirowanych galaktycznym błyskiem, które mienią się na mnóstwo kolorów. W kolekcji znajdują się zarówno barwy lekkie, opalizujące na kilka innych odcieni, jak i solidne, konkretne kolory, które są niezwykle intensywne. 

Nakładać je można zarówno na warstwę dyspersyjną jak i top no wipe. Uzyskuje się wtedy inne efekty, ponieważ na mokrej i klejącej warstwie pyłki tworzą rozgwieżdżony efekt błysku, natomiast na topie no wipe, otrzymujemy holograficzny efekt tafli. 

Najlepiej jest je wcierać przy pomocy silikonowego narzędzia służącego Silicon Brush do aplikacji Flash Galaxy. 


Każdy z małych słoiczków zabezpieczony jest dodatkowo specjalnym separatorem, dzięki czemu pyłki nie brudzą całego opakowania. Co ważne, polecam przy nich nie kichać i nie oddychać zbyt intensywnie - bardzo się pylą, więc możecie w ten sposób zmarnować odrobinę produktu. 

Cena jednego opakowania, to 33zł. 




Moimi faworytami są niewątpliwie butelkowa zieleń 660, fioletowe złoto 662 oraz mieniąca się na różowo barwa 668. Chyba widać, że brakuje mi trochę jesieni, prawda? ;) 

Lakiery i pyłki Semilac, dostaniecie na stronie internetowej: TUTAJ

Powiedzcie mi, co sądzicie o tych nowościach. Spodobały się Wam nowe kolory? A może urzekły Was błyskotki? 


Origins, Plantscription Powerful Lifting Concentrate

Tuesday, July 18, 2017 -


O pielęgnacji wypowiadam się Wam tutaj bardzo rzadko, chociaż w sumie nie wiem dlaczego. Im jestem starsza, tym lepiej się w tym temacie czuje. Pewnie przez namnażające się zmarszczki, które powoli zaczynam zauważać. 
Problemem w moim przypadku jest - oprócz postępującego czasu - sucha z natury skóra (choć cerę mam mieszaną) oraz ekspresja. Z mojej twarzy wyczytać możecie wszystko. Często się dziwię, mrużę oczy i uśmiecham.


Pierwsze zmarszczki powoli zaczynają mnie dołować, więc staram się działać na wiele sposobów, żeby na starość nie przypominać rodzynka. Gdy w ręce wpadł mi koncentrat-serum Plantscription Powerful Lifting Concentrate marki Origins (265zł/30ml), byłam do niego nastawiona dość sceptycznie. Liftingujące produkty jeszcze nigdy nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. DO TERAZ. 


Używam go już od kilku miesięcy, więc opinię o nim już malutką mam. Producent obiecuje, że zapewnia ono promienny wygląd, natychmiastowe napięcie skóry i wzmocnienie jej struktury. Zgodzę się z natychmiastowym napięciem skóry. Efekt ten mnie niesamowicie zaskoczył! W ciągu kilku sekund skóra staje się przyjemnie napięta i... czuć różnicę. Nie powiem Wam jednak, czy rzeczywiście unosi ono owal twarzy. 

Serum wyjmuje się z opakowania przy pomocy pipety. Plastikowa buteleczka szczelnie chroni produkt i wygląda dość elegancko. Podoba mi się lekkość tego kosmetyku. Zarówno pod względem wyjazdowym (nie zajmuje dużo miejsca), jak i konsystencji, która jest jedwabista i szybko się wchłania.

Ma delikatny, subtelny zapach, który szybko się ulatnia, nie pozostawiając po sobie śladu. Produkt można stosować zarówno rano, jak i wieczorem, chociaż ja najczęściej sięgam po niego wieczorami. Wtedy mam wrażenie, że działa najlepiej, gdy wspiera inną, treściwą pielęgnację, której używam.

Rano używam go od święta, czyli gdy wiem (i widzę w lustrze), że moja skóra potrzebuje dodatkowego kopa. Dawno nie polubiłam się z żadnym serum tak mocno, dlatego jestem zaskoczona, że przypadło mi do gustu na tyle, że nie wyobrażam sobie już bez niego mojej kosmetyczki. Po wykończeniu buteleczki, na pewno zakupię kolejne opakowanie (no, chyba  że skusi mnie w perfumerii jakiś inny produkt ;) #zakupoholiczka) 


Jestem z niego bardzo zadowolona i zastanawiam się, czy znacie jakieś inne produkty z takim natychmiastowym efektem liftingu. Może coś mi polecicie? 

Produkt dostępny jest w perfumerii Sephora.

Nigdy nie mów nigdy! | Depilator Braun Silk épil 9

Wednesday, July 12, 2017 -


Wspominałam Wam już o tym na moim Facebooku, że dawno, dawno temu miałam jedno podejście do depilacji przy użyciu depilatora. Jak się domyślacie, byłam wtedy młodziutka, nie wiedziałam z czym to się je i chciałam pozbyć się włosów na nogach. Co więcej, podkradłam wtedy depilator mamie. Lata temu nie było tak nowoczesnych sprzętów, więc możecie się domyślać, że po jednym (niepełnym, bo tak naprawdę tylko rozpoczętym) zabiegu, postanowiłam nigdy więcej nie tknąć tego straszliwego przedmiotu. 

Moje życie mogłabym skwitować jednym wielkim "and here we are". Często zarzekam się, że czegoś nie zrobię, a potem... potem same widzicie. Dzisiaj chcę Wam przybliżyć moją przygodę i powrót do depilatora. 


Braun Silk épil 9


Depilator Braun Silk épil 9, to nowość na naszym rynku. Jego wersji w Polsce jest już kilka, ale ta jest najnowsza i wzbogacona o kilka innowacyjnych rozwiązań. Nie ma sobie równych wśród konkurencji i aktualnie jest to najszybszy i najbardziej dokładny depilator Braun, jaki jest dostępny w sprzedaży. Oczywiście, doskonale sobie zdajecie sprawę z tego,  że regularne stosowanie takiego urządzenia pozwala na cieszenie się gładką skórą aż do czterech tygodni. Wszystko oczywiście zależy od cyklu wzrostu włosa i jego grubości. Ja jestem dopiero po drugim zabiegu i mogę powiedzieć,  że pierwszy pozwolił mi cieszyć się gładką skórą nóg przez trzy tygodnie. Jestem jednak posiadaczką bujnego i ciemnego owłosienia. Zazdroszczę więc wszystkim blondynkom, których włosy są praktycznie niewidoczne. Ma to jednak swoje plusy, przez to bujne owłosienie na nogach, nie mam też co narzekać na kondycję włosów na głowie. Także COŚ ZA COŚ :) Poza tym, nie oszukujmy się, po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja, a sam proces depilacji z zabiegu na zabieg jest coraz mniej bolesny.



W każdym razie, depilator Braun 9961V Silk-épil 9, to najszybszy i najbardziej precyzyjny depilator Brauna. Jest wyjątkowy i wyposażony w 40 pęset o różnej wielkości, dzięki czemu może wyrywać nawet 4-krotnie mniejsze włoski, z którymi nie radzą sobie inne metody depilacji, takie jak na przykład wosk. I tutaj taka mała rada z mojej strony. Zauważyłam, że zdecydowanie łatwiej jest mi depilować swoje nogi jeśli dzień/dwa wcześniej zrobię porządny peeling (pozbywamy się w ten sposób martwego naskórka i zapobiegamy wrastaniu włosków) a następnie ogolę nogi golarką, tak by wszystkie mogły urosnąć we względnie jednym tempie. Wtedy proces depilacji depilatorem jest zdecydowanie szybszy i łatwiejszy. Urządzenie jest wyposażone w światełko, które wspomaga cały proces. Dzięki czemu widoczne są nawet najmniejsze włoski. Można go też używać na mokro, pod prysznicem. I powiem szczerze, że ta forma podoba mi się podczas depilacji pach, gdzie moja skóra jest bardzo wrażliwa i potrzebuje dodatkowego "wsparcia" w postaci strumienia ciepłej wody. 

Jak widzicie na zdjęciu, szeroka głowica wyposażona została także w specjalne wypustki, które delikatnie masują skórę i zmniejszają uczucie dyskomfortu. I jest to jedna z tych rzeczy, które według mnie w opcji depilacji przy użyciu depilatora, jest po prostu super! 




Całe SPA

Zestaw Silk-epil 9 ma kilka specjalnych końcówek, które pozwalają na przeprowadzenie zabiegów upiększających we własnym domu. Niebieska szczoteczka, widoczna na zdjęciu, przeznaczona jest do głębokiego peelingu i masażu skóry. Fioletowa jest przeznaczona do delikatnego peelingu, więc zadowolone powinny być wszystkie z Was, które mają bardzo delikatną skórę ciała. Najbardziej spodobała mi się jednak końcówka do delikatnego masażu, która pozwala na totalny relaks przy okazji polepszając krążenie. Ukochałam sobie to urządzenie i potwierdzam - skóra po zabiegu jest przyjemnie mięciutka i wygląda zdrowiej. 

W zestawie znajduje się jeszcze szczoteczka do oczyszczania twarzy, która wyposażona została w dwie wymiennie końcówki. Ma za zadanie oczyszczać skórę twarzy z makijażu oraz zanieczyszczeń i robi to 6 razy lepiej, niż ręczne oczyszczanie. Jak już jesteśmy w temacie twarzy, to chciałabym Wam zwrócić uwagę, że do depilatora dołączane są też nakładki przeznaczone do depilacji twarzy, które umożliwiają usuwanie na przykład wąsika. 

Ja nie wyobrażam sobie wrócić na stałe do depilacji woskiem. Zawsze mnie podrażniał i zawsze coś było nie tak. Na razie, choć to tak naprawdę wrażenie po dwóch zabiegach, nie jest może ostateczną opinią, ale... chyba nie muszę Wam tłumaczyć, że jestem naprawdę bardzo, bardzo zadowolona.

Zestaw jest do kupienia na stronie www.braun.pl, a jeśli zdecydujecie się na jego zakup tutaj do końca lipca, otrzymacie voucher o wartości 200zł do Esotiq!

Przyznajcie się! Jaka metoda depilacji jest dla Was najlepsza? Korzystacie z depilatorów Braun? 

Buzzoole

Wielka premiera tego roku - Kat von D

Monday, July 10, 2017 -


Już pewnie widziałyście, że Sephora przygotowała w tym roku niemałą niespodziankę dla wielbicielek makijażu. Do perfumerii w Polsce wchodzi bowiem nowa marka, czyli Kat von D. 

Nie jest to dla mnie nowość, bo jako miłośniczka wszelakiego rodzaju "kosmetyków niedostępnych w Polsce", lubuję się w kupowaniu rzeczy, które w moich oczach zwiększają swoją wartość kilkukrotnie, jeśli ich zdobycie jest dla mnie jakimś wyzwaniem. Dlatego kilka kosmetyków Kat von D miałam już okazję przetestować. 

Jak się jednak domyślacie, do tej pory nie zrecenzowałam chyba żadnego z nich. Chociaż! Chwila, zerknę w wyszukiwarkę na blogu... Nope, recenzji nie było żadnej. Trafiło się za to kilka postów, w których wspominałam o paru produktach. 

Tutaj w haulu zakupowym chwaliłam się moim szaleństwem w amerykańskiej Sephorze. Jak tak na to patrzę, to byłam nienormalna i teraz chyba bym takich wielkich zakupów nie zrobiła. Chociaż wiecie - wpuśćcie mnie do perfumerii, a w 3 minuty dobiję do 0zł na koncie ;)

Tutaj w ulubieńcach chwaliłam Tattoo Liner, a w poście z makijażem na Halloween użyłam go do stworzenia trójwymiarowego pająka. Trafił też do jednego Makeup Menu. 



Miałam okazję sprawdzić też maskarę Immortal Lash 24 Hour Mascara, która sprawdziła mi się dość kiepsko. Pamiętam, że niespecjalnie trafiła do mojego serca i średnio wyglądała na moich rzęsach. Także gdy marka wejdzie na stałe do perfumerii (pod koniec września), nie będę po nią biec i Wam również polecam się wstrzymać z jej zakupem :) 

Co znalazło się w tak zwanej Goodie Bag? Jesteście ciekawe? No to proszę bardzo! 
Przyjrzymy się tym nowościom wspólnie, bo nie ukrywam, że większość jest dla mnie atrakcyjna. 

Na pierwszy ogień idzie oczywiście paletka do konturowania Shade + Light, którą wszystkie doskonale znacie. Ciekawostka! W Sephorze będą dostępne pojedyncze pudry, jako wymienne wkłady, co uważam za superpomysł. Paletka do konturowania to produkt, po który sięgam rzadko, jakoś najczęściej chwytam po pojedyncze produkty i mam swoich faworytów w kwestii bronzerów. Nie mogłam jednak się oprzeć i musiałam sprawdzić, czy rzeczywiście produkt jest godny uwagi. I wiecie co? JEST. Na razie to pierwsze wrażenie, ale nie ukrywam, że jestem zachwycona pigmentacją i delikatnością tych pudrów. Cudo! 


O eyelinerze Ink Liner w kolorze Bukowski wspominałam na moim InstaStories. Ta zieleń nie do końca wpisuje się w moje klimaty kolorystyczne, ale zobaczymy, jak się spisze jesienią. Może akurat się zakocham :) 

Kocham wszelkiego rodzaju pudry sypkie, więc transparentny Lock-It Setting Powder już poszedł w ruch. Nie mogło być inaczej. Jest bardzo mięciutki i drobno zmielony, jakby satynowy. Spodobał mi się od samego początku, ale zobaczymy, jak się będzie sprawować przy dłuższym używaniu. 



Do testów szminek trafiły się pomadka Everlasting Liquid Lipstick w kolorze: Lovesick oraz konturówka Everlasting Lip Liner w odcieniu Lovecraft, a także dwie pomadki kremowe Studded Kiss Lipstick w kolorach A Go-Go i Wolvesmouth. Wszystkie oczywiście przetestuję pod każdym możliwym kątem, jaki tylko się da. Uwielbiam szminki, więc matowe nowości, to dla mnie zawsze nie lada gratka. Zobaczymy, czy to coś godnego uwagi :)


A na koniec zostawiłam pędzelek Lock-It Setting Powder Brush oraz połyskliwy cień-pigment
Metal Crush w kolorze Black. Chyba się ze mną zgodzicie, że wyglądają ciekawie. 


Dajcie mi znać o czym chcecie poczytać w pierwszej kolejności. Jaka recenzja Was interesuje najbardziej? I dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy jesteście podekscytowane, że Kat wchodzi do perfumerii w Polsce :) 


8 podcastów, których warto posłuchać

Thursday, July 6, 2017 -


Hej! Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami czymś, co totalnie odmieniło moje życie. Co prawda, nie może Was nigdy dziwić widok mojej osoby ze słuchawkami na uszach, ale... zdradzę Wam w końcu, czego tak naprawdę słucham. W przerwie od tego, gdy nie chce mi się już przesłuchiwać moich playlist na Spotify, działam na moje szare komórki podcastami. 

Nienawidzę być wśród ludzi, sama. Nie przepadam za tym, że bardzo naruszają moją strefę komfortu, nie szanują bezpiecznego dystansu i nie przejmują się, czy mi przeszkadzają, czy nie. Dlatego często odcinam się od świata zewnętrznego słuchawkami i czymś przyjemnym, co absorbuje moją uwagę. W momencie, gdy potrafię zainteresować się czymś na tyle by nie denerwować się całym światem, jestem wygrana. 

Podcasty, to nie tylko dobra metoda na zabicie nudy. To także świetna rzecz rozwijająca nas samych i poszerzająca horyzonty. Aha, bo jeśli nie wiecie, to podcastem nazywamy audycję, taką w stylu radiowej, którą autorzy cyklicznie wrzucają do Internetu. Dzisiaj chcę Wam przedstawić kilka, które naprawdę zasługują na uwagę. Część z nich jest dostępna tylko w języku angielskim, za to każdy z nich jest za darmo, więc posłuchać może ich dosłownie każdy. Zaczynamy! 

1. SERIAL (ang)

Ale nie czytany po polsku, jak serial M jak Miłość, tylko sirial, jak serial killer. I właściwie już Wam zdradziłam, o czym jest ten podcast. Swego czasu był niezwykle popularny na Zachodzie i wcale się temu nie dziwię. Znakomicie trzyma w napięciu i doczekał się już drugiej części. Stworzony został przez dziennikarkę radiową z USA, Sarah Koenig. W jej audycji dowiadujemy się wszystkich szczegółów jej rocznej analizy sprawy morderstwa Hae Min Lee, której sprawa była na ustach Amerykanów przez długi, długi czas. Jej chłopak został skazany na dożywocie, chociaż do dziś powtarza, że jest niewinny. Posłuchajcie i sami zdecydujcie, czy się z nim zgadzacie. Uwaga! Podcast nie raz przyprawi Was o gęsią skórkę. 

Muszę Wam wspomnieć o Włodku, mojej jutubowej miłości. Kocham jego sposób rozumowania, jego umysł, spojrzenie na świat. Nie zgadzam się w każdej kwestii, ale to jeden z tych ludzi, którzy poszerzają moje horyzonty i zawsze zwracają uwagę na coś  nowego, aspekty o których sama bym nie pomyślała. Jego audycja ON AIR odbywa się tak naprawdę również na YouTubie oraz Facebooku, gdzie nadaje ją na żywo, ale zawsze można do niej wrócić. Chociażby na Soundcloudzie. W każdym razie, Włodek zaprasza do siebie przeróżne osobistości świata mediów zarówno tych masowych, jak i mniejszych. Ludzi ciekawych świata i dla świata. Jego kilkugodzinne rozmowy (bo nie są to wywiady, to ważne!) zawsze poruszają interesujące tematy. Nigdy się z nim nie nudzę. 

3. MY DAD WROTE A PORNO(ang)

Czy ja muszę coś dodać? Chyba nie... Chyba już wszystko wiadomo. W każdym razie i tak Wam wytłumaczę. Audycja Jamiego Mortona, to opowieść o tym, jak w jego rękach znalazł się egzemplarz porno napisanego przez jego 60-letniego ojca. Nie wiem, jak Wy, ale ja najchętniej spaliłabym to w piecu i udawała, że nigdy tego nie widziałam. Dobrze obrazowałby mnie też mem z ludzikiem wydłubującym sobie oczy mikserem. O tak. Jamie natomiast postanowił przeczytać porno-twórczość ojca na głos i podzielić się nią ze światem. Ubaw po pachy gwarantowany, więc przygotujcie się na niekontrolowane wybuchy śmiechu. 

4. CALL YOUR GIRLFRIEND(ang)

To podcast dla dziewczyn. Nie ma co bawić się w namawianie faceta, czy kumpla, żeby to odsłuchał. Staniki, okresy, prawa kobiet, codzienne bolączki i radości. Kumpele na odległość rozmawiają tutaj o wszystkim, co nas otacza i dzieje się na świecie, a dotyczy kobiet. Warto sprawdzić, jeśli jesteście fankami lekkich form opowiadających o trudnych czasem tematach. 

5. Zombie vs. Zwierz

To wciąż aktualny polski podcast, który warto zauważyć. Paweł Opydo i Kasia Czajka, w każdy piątek prezentują nowy, półgodzinny odcinek na tematy różne. Czasami jest zabawnie, czasami poważnie. Zawsze jednak można liczyć na inteligentny żart albo elokwentny wywód. Kto zna Opydo ten wie, że to czego chwyta się ten człowiek, złe być nie może. Dlatego pozycja ta jest istotna dla każdego fana mądrej gadki!

6. Mała wielka firma 

Czyli kolejny polski podcast, którego nie powinien sobie odmówić żaden przedsiębiorca, bloger, czy osoba lubująca się w tematach szeroko pojętych mediów (nie tylko społecznościowych). Paweł Tkaczyk i Marek Jankowski, to twórcy tej audycji. Możecie u nich liczyć na sporą dawkę wiedzy i mnóstwo przykładów z ich zawodowego życia, które chętnie opisują dzieląc się sposobami na budowanie marki.

7. SOCIAL MEDIA EXAMINER PODCAST (ang)

Jeśli choć odrobinę interesujecie się tematem mediów społecznościowych i marketingu, bez problemu rozpoznajecie tę nazwę. Portal, na którym poczytać można o wszelakich nowinkach dotyczących świata mediów, ma również swój podcast, który wart jest uwagi przede wszystkim ze względu na poruszane tam treści. Głównie nowości, które zalewają rynek i sposoby na ich ogarnięcie.

8. PRO BLOGGER PODCAST (ang)

To jedna z najdłuższych pozycji, które Wam dzisiaj sprzedaję na tacy. Liczy już bowiem blisko 200 odcinków. Istotna jest jednak dla każdego blogera, który profesjonalnie podchodzi do swojej pracy i nie boi się określać jej tą nazwą. Praktyczne porady, dobre wskazówki i wiele wiedzy, to coś co charakteryzuje audycje autorstwa Darrena Rowse'a, australijskiego blogera z sukcesem na ramieniu.

Na razie to tyle, ale obiecuję Wam, że jeszcze nie raz wrócę do Was z tym tematem. Wiem, że podcasty, to skarbnica wiedzy, więc nie zamierzam nie dzielić się z Wami moimi odkryciami. A teraz czekam na Wasze komentarze!
Znacie podcasty, o których dziś wspomniałam? A może kompletnie o nich nigdy nie słyszałyście? Dajcie znać!

Benefit, Roller Lash Mascara | Podkręcający tusz do rzęs

Tuesday, July 4, 2017 -

benefit-roller-lash-mascara-tusz-do-rzes-podkrecajacy

Jakiś czas temu zapowiadałam Wam, że na blogu regularnie będą pojawiać się recenzje maskar, które trafiają w moje ręce. W ten sposób zrecenzowałam Wam już maskarę Burberry, Cat Lashes oraz Pupa Vamp! Definition. 

Dzisiaj przyszła pora na tusz marki Benefit, który nosi nazwę Roller Lash Mascara. Swoją przygodę z tuszami tej marki już miałam i nie wspominam dobrze They're Real. Wyglądała u mnie okropnie. Ta skusiła mnie jednym - podobno każdy kto nienawidzi They're Real, kocha Roller Lash. 

benefit-roller-lash-mascara-tusz-do-rzes-podkrecajacy

Taką miniaturę, którą Wam pokazuję na blogu, można kupić sobie na stronie Sephory. Jej cena wynosi wtedy dokładnie 63zł za 4g produktu. Jednak, maskara ta w regularnej wielkości i cenie wynosi odpowiednio 8.5g oraz 139zł. Silikonowa szczoteczka dobrze rozczesuje rzęsy i powiedziałabym, że poza tym, że jest lekko zakrzywiona, to nic w niej nadzwyczajnego nie zauważyłam.

benefit-roller-lash-mascara-tusz-do-rzes-podkrecajacy

Producent twierdzi, że z tym tuszem zapomnieć możemy o zalotce. I same z resztą widzicie, że na zdjęciu moje rzęsy są wyraźnie podkręcone i uniesione. Piękny efekt. Niestety, wolałabym tylko, żeby masakra miała jeszcze dodatkowe wydłużenie. A tak to niestety, nie ma szału. Co prawda, pięknie podkręca rzęsy i efekt ten utrzymuje się dosłownie cały dzień, ale przez to, że nie jest spektakularnie czarna albo spektakularnie wydłużająca - nie robi na mnie takiego wrażenia, jak na innych. A szkoda! 


benefit-roller-lash-mascara-tusz-do-rzes-podkrecajacy

Każda kolejna warstwa tuszu niestety skleja rzęsy i nie wygląda estetycznie. Nie mówiąc już o tym, że wtedy je obciąża i zaczyna się nieładnie kruszyć. Zostaję więc przy jednej warstwie. Jest w porządku, ale jak na tę cenę, spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. 

Macie swoje ulubione maskary? Co sądzicie o maskarze Roller Lash z Benefitu?
Dajcie mi znać w komentarzach!

Jak być bardziej produktywną? | 6 sposobów na pracę, która przynosi efekty

Tuesday, June 27, 2017 -


Te lifestylowe posty coś mi ostatnio dobrze idą, no nie? Chyba się trochę zmieniam... A razem ze mną, zmienia się też mój blog. Nie ukrywam, że nie jestem już tą dziewczyną, którą byłam, gdy pisałam swój pierwszy post. Lata temu, ponad cztery. Szmat czasu.

Teraz mam już blisko 26 lat, mimo że nie czuję się na nie kompletnie. Nie będę jednak dzisiaj poruszać tematu mojego kryzysu ćwierćwiecza. Ale obiecuję, a właściwie grożę Wam - jeszcze do niego tutaj wrócę!

Dzisiaj jednak o moich sposobach na lepszą produktywność.

1. Ubierz się.

Nie ma nic gorszego, niż praca w dresie, czy piżamie. Jeśli do komputera usiądziesz tak samo ubrana, jak chodzisz w luźny dzień po mieszaniu albo kładziesz się do łóżka - sama pod sobą kopiesz dołek. Nie ma sensu ubierać się może w garnitur, czy białą koszulę, ale warto wcisnąć się w ciuchy, w których wyszłabyś na zewnątrz bez zastanowienia się, czy nie wyglądasz, jak model z wybiegu designera hipsterów. To pomaga też w przeniesieniu swojego umysłu w stan pracy - zdecydowanie łatwiej myśleć wtedy o tym, że TERAZ PRACUJĘ, a potem MAM CZAS DLA SIEBIE. Im lepiej rozgraniczysz te dwie rzeczy, tym sprawniej będzie Ci szła praca.

2. Umaluj też.

Nie omijam makijażu, chyba że naprawdę nie potrzebuję go zrobić. Wiadomo, że warto dać cerze odpocząć, nie oszukujmy się. Nie mam też codziennie ochoty na mocny makijaż, w którym nie pomijam żadnego kroku. Jednak, na co dzień, gdy wystarcza mi cienka warstwa podkładu, puder, róż, kredka do brwi i maskara, to naprawdę - niecałe 5 minut roboty, a ja czuję się znacznie lepiej. Zwłaszcza, że czasami moje cienie pod oczami wyrażają więcej, niż chciałabym aby wiedział o mnie wszechświat.

3. Porządne śniadanie + kawa

Jeśli odmówisz sobie śniadania i przełożysz je na później, to nie będziesz myśleć przy komputerze o niczym innym. A to chyba nie o to chodzi, żeby ślinić się na myśl o jedzeniu. Dlatego polecam dzień zacząć od zajęcia się najważniejszą sprawą, czyli sobą. Ma być sycąco, ale bez przesady, żeby też nie obciążyć żołądka z samego rana. Dobre, owocowe smoothie, czy jajko z awokado powinno dać radę. Polecam o sobie nie zapominać!

4. Pomodoro

To moja ulubiona technika pracy. Dzięki aplikacji w telefonie z łatwością znajdziecie czas zarówno na pracę, jak i odpoczynek. Zegarek odlicza Wam czas na jedno i drugie. Z reguły ustawiam sobie blok 25 minut pracy i 5-7 minut przerwy. Co ważne, w trakcie pracy nie robię nic innego, ale nie omijam też przerwy! Jak wybija jej czas, odkładam wszystko na bok, nawet jeśli nie skończyłam jeszcze swojego zadania. Głowie też trzeba dać odpocząć i pozwolić jej nabrać sił.

5. Internetowy ban!

Wierzcie mi, jestem mistrzynią prokrastynacji. Sądzę, że gdyby nie to, że mama się pomyliła i dała mi na drugie Karolina, to miałabym pomiędzy imieniem i nazwiskiem właśnie to słowo! Znajdę miliard sposóbów na przesunięcie terminu, zaczęcie pracy później i tak dalej. Nie wiem, dlaczego SAMA SOBIE to robię, ale to chyba jakiś chromosom, który ni cholery nie chce przestać przejmować kontroli nad moim życiem. Wystarczy chwila na Facebooku, żebym przeszła z oglądania głupiego filmiku, na portal ze śmiesznymi obrazkami (tak, jestem Mirabelką #pdk), a skończyła na the best of Ron Swanson w Parks&Rec lub kompilacji filmików z najśmieszniejszymi tekstami u Jimmiego Fallona. Och, kocham Lip Sync Battle i Hashtags. Równie zdradliwy jest też Netflix. Dlatego wiecie co najlepiej zrobić?
Dać sobie bana! Nie ma żadnego używania Internetu w innym celu, jak praca plus ewentualny research, ale tylko taki, który naprawdę pomaga Wam wykonać zadanie. Warto też przełączyć telefon w tryb samolotowy. Mnóstwo czasu tracę przez powiadomienia z Instagrama, czy telefony koleżanek - najpierw praca, później przyjemności.

6. Zanim zaczniesz nowe, skończ to co zaczęłaś!

To chyba najważniejsza z zasad bycia produktywną. I choć z pozoru błahostka, okazuje się być najtrudniejsza do zrobienia. Mnóstwo w moim życiu niedokończonych spraw. Niełatwo jest mi ogarnąć swój kalendarz, gdy do mojej głowy wpada miliard pomysłów na minutę. Spisuję je, ale często o nich zapominam. Nie ukrywam jednak, że staram się, jak mogę, aby kończyć jedno i dopiero wtedy zaczynać drugie. W ten sposób jestem najbardziej produktywna, bo wiem już że coś mam za sobą i mogę się w pełni poświęcić kolejnym wyzwaniom. Dla blogerek może to być rada, by nie rozpoczynać pisania kilku postów na raz - jeden w danej chwili wystarczy. I dopiero, gdy uda się Wam napisać ostatnie zdanie, rozpoczynajcie zabawę w następny.

Mam nadzieję, że Wam dzisiaj odrobinę pomogłam i znalazłyście w tym wpisie kilka rad, które wdrożone w życie, pomogą Wam być bardziej produktywnymi.
Jakie Wy macie metody na pracę? Dajcie znać w komentarzach, bo ja ostatnio mam problemy ze zorganizowaniem mojego czasu!

Becca, First Light Priming Filter - najlepsza baza rozświetlająca

Thursday, June 22, 2017 -

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Marka Becca weszła niedawno do perfumerii Sephora i już zdążyła podbić serca Polek. Nic dziwnego, w końcu stawia przede wszystkim na rozświetlenie. I nie mam na myśli tutaj tylko kultowych już odcieni rozświetlaczy, ale też szereg innych produktów przeznaczonych do makijażu twarzy, które mają za zadanie nadać cerze promiennego wyglądu. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Dzisiaj opowiem Wam kilka słów o bazie pod makijaż First Light Priming Filter, która skradła moje serce od pierwszego użycia. Zamknięta jest w szklanej buteleczce, skrywającej w sobie 30ml produktu, a jej cena na stronie Sephory, to 139zł. Niestety, sukcesywnie zostaje wykupowana, więc nie jest łatwo ją upolować. Szronione szkło, to trend w designie produktów kolorowych i nie ukrywam, że i tym razem się to sprawdza. Wyposażona jest w wygodną pompkę, która dozuje odpowiednią ilość produktu. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Jej zapach jest cytrynowy i bardzo rześki. Przyjemnie odświeża zmęczoną cerę. Niebieskawy odcień znika po rozprowadzeniu produktu na twarzy, więc się nie martwcie o wygląd kosmitki. Kolor ten ma za zadanie zniwelować wszelkie tony szarości, z którymi boryka się przemęczona cera. Baza jest tak naprawdę przy okazji produktem pielęgnacyjnym, ponieważ działa jak pobudzająco-nawilżające serum. Jest więc idealnym produktem pod makijaż dla każdej z nas, która ma problem z przesuszoną skórą. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze. Jestem nią naprawdę oczarowana. Nie przedłuża jakoś fenomenalnie trwałości makijażu, bo jednak - nie jest bazą do zadań specjalnych, ale nie ukrywam, że jako dodatkowe nawilżenie sprawdza się świetnie. W końcu, makijaż wygląda najlepiej na wypielęgnowanej cerze, a First Light Priming Filter na pewno w tym pomaga. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Macie swoje ulubione bazy pod makijaż? Lubicie rozświetlający makijaż?
Dajcie mi znać w komentarzach!

Kiehl's Rosa Arctica Eye | Najlepiej nawilżający krem pod oczy, jaki miałam

Tuesday, June 20, 2017 -

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

O tym, że Kiehl's jest jedną z marek pielęgnacyjnych, które lubię i cenię, doskonale wiecie. Co prawda, nie wielbię jej bezgranicznie, bo trafiło mi się już kilka kiepskich produktów, ale za Midnight Recovery Concentrate oraz Over-Night Biological Peel kocham tę markę ogromnie.  Dziś chcę Wam przedstawić krem pod oczy, Rosa Arctica Eye.
 kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

Marka nazwała go na stronie balsamem pod oczy, ale ja powiem szczerze, że do balsamu jest mu bardzo daleko. Jego konsystencja bowiem ma zdecydowanie gęstą strukturę. Przypomina więc bardziej masło, bardzo zbite. Nie jest to jednak w żaden sposób przytyk - takie treściwe konsystencje bardzo mi odpowiadają. Lubię mocne nawilżenie, a okolice moich oczu - wiecznie przesuszone - nie posiadają się z radości, gdy sięgam po ten kosmetyk. 

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

W słoiczku znajduje się 14ml produktu (189zł). Ja już dawno przestawiłam się na wyjmowanie go specjalną szpatułką, ponieważ nie wyobrażam sobie grzebać w nim palcami. I nie mam tutaj na myśli nieumytych dłoni. Po prostu, znacznie łatwiej nabiera się go takim przyrządem niż ślizga palcem milion razy, by zdobyć odpowiednią ilość produktu. 
Jego właściwości są nieocenione. Przyjemnie nawilża i wygładza okolice oka. Zawsze, gdy nałożę go więcej na noc (robię sobie taką "kurację" kilka razy w miesiącu), makijaż wygląda od razu lepiej, a moje oczy są wypoczęte i piękne. 
W jego składzie znajduje się Skwalan, czyli wysokiej jakości szlachetny olejek nawilżający pozyskiwany z oliwek, olejek z brzozy papierowej oraz ekstrakt z róży arktycznej. Ta ręcznie zbierana w bułgarskich górach roślina jest jedną z najbardziej odpornych na świecie. Naukowcy do dziś twierdzą, że przetrwała ona całą epokę lodowcową. Ma też wiele właściwości pielęgnacyjnych i w kremie pod oczy, ma za zadanie chronić i stymulować nowe komórki do działania.

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

To już mój drugi słoiczek tego kremu i przyznam szczerze, że jestem z niego bardzo zadowolona. Okolice oka znacznie lepiej wyglądają z nim, niż bez niego. Pierwszych zmarszczek nie uniknę, ale staram się, jak mogę, żeby moja wiecznie przesuszona cera już nie martwiła się o nawilżenie. Polecam Wam ten krem znacznie bardziej, niż wersję z awokado, która po pewnym czasie przestała na mnie działać cokolwiek. Pisałam Wam o nim kiedyś tutaj. Wtedy jeszcze się lubiliśmy. 

Znacie jakieś produkty Kiehl's? Macie swoich ulubieńców?
Dajcie mi znać w komentarzach!


Jak edytuję moje zdjęcia na Instagramie | Lista przydatnych aplikacji do obróbki zdjęć

Monday, June 12, 2017 -


najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

Postanowiłam przybliżyć Wam trochę temat tego, jak obrabiam swoje zdjęcia, które widzicie na moim koncie na Instagramie. Jeśli jeszcze mnie tam nie śledzicie - zapraszam serdecznie pod ten link @alamakotaa. Tak się złożyło, że jestem tam znacznie częściej niż na blogu i nie ukrywam, Instagramowicze mają ze mną lepiej. 

Dzisiejsze aplikacje odsyłają Was do linków, z których możecie je bezpiecznie pobrać. Podlinkowałam jednak wszystko do iTunes'a, z racji tego, że sama na co dzień korzystam z dobrodziejstw systemu iOS. Dwie z tych appek są płatne, zarówno w wersji na Androida, jak i iOS. Reszta dostępna jest całkowicie za darmo i bez problemu może je pobrać każdy. Zaczynamy!

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

Lightroom 

Lightroom, to moja miłość. Od kiedy pokochałam robienie zdjęć w RAWach i zrozumiałam, jak wiele można naprawić na komputerze, nie mogę wyjść z podziwu. JAK TO JEST MOŻLIWE? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Mimo posiadania tego programu na kompie, korzystam też z darmowej aplikacji na telefon, na której dopieszczam zdjęcia. Czasami mimo obróbki komputerowej widzę, że coś mi nie gra - jest za ciemno/za jasno. Wtedy sięgam po ten program i wszystko naprawiam. Zdjęcia nie tracą na jakości, a efekt końcowy jest najlepszy z możliwych. 

Facetune (płatna)

Nie kryję tego, że zdarza mi się poprawiać mój wygląd na zdjęciach. Staram się jednak znaleźć w tym umiar i przede wszystkim, nie robię tego za każdym razem. Czasami po prostu widzę, że bomba na pół twarzy psuje efekt i skupia za bardzo na sobie uwagę, gdy najbardziej powinny być widoczne oczy, czy usta. Narzędzie do usuwania nieprzyjaciół z twarzy, może też przydać się podczas czyszczenia tła i produktów! Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że miałam na jakimś przedmiocie paproszek, który umknął mi podczas robienia zdjęcia, ale wyszedł cudownie na fotce. Ta aplikacja sprawdza się też super w przypadku wybielania białych elementów na zdjęciu. Wiecie, czasami coś jest białe, ale jednak poszarzałe, czy lekko żółte. Wtedy z pomocą przychodzi Facetune, który pozwala na rozjaśnienie tych obszarów. Ludzie wybielają sobie w niej zęby, a ja wybielam tło. Zdjęcia są wtedy spójne i nadają się idealnie na Instagram.

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram


Snapseed 

Ooo, posłuchajcie o niej! To jedna z aplikacji, której używam na milion sposobów i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, jak dobrze radzi sobie w przypadku szeroko pojętej obróbki zdjęć. Nie ukrywam, że sięgam po nią głównie wtedy, gdy chcę na zdjęciu stworzyć jakiś chwytliwy napis. Wtedy bez mrugnięcia okiem mogę zrobić napis, który w zupełności mnie satysfakcjonuje, wybierając wśród kilku z dostępnych opcji układów i fontów. Świetna sprawa. 

Procreate (płatna)

Tej aplikacji używam bardzo rzadko, ale chciałam Wam o niej wspomnieć. Co prawda, jej lepsza wersja śmiga dobrze na iPadzie Pro, ale z racji tego, że go nie posiadam - posiłkuję się tworzeniem małych pierdół na moim telefonie. Przez chwilę sądziłam, że wywaliłam na nią niepotrzebnie pieniądze i w sumie nadal myślę o niej podobnie. Mimo to, widzę jaki ma potencjał i jak wiele można w niej stworzyć. Nieskończona ilość pomysłów może zostać przelana na wirtualny papier i zostać później wykorzystana do tworzenia elementów graficznych na zdjęciach. Fajna sprawa dla tych z Was, które lubią się kreatywnie wyżyć i szukają czegoś, co pozwoli przejąć kontrolę nad zdjęciem w stu procentach. 

Vsco

Nie rozumiem tego zachwytu nad tą aplikacją, chociaż ostatnio znów na nowo próbuję się do niej przekonać. Chyba po prostu nigdy nie byłam specjalną fanką gotowych filtrów dodawanych do zdjęcia. Szczerze mówiąc, zawsze lubię sobie sama pokręcić guziczkami, które pozwalają na dostosowywanie zdjęcia do moich oczekiwań. W tej aplikacji znajdziecie jednak mnóstwo opcji aby dodać do zdjęcia więcej ciepła, ochłodzić je, zmniejszyć lub zwiększyć kontrast. Dużo w niej można zrobić, a przede wszystkim, można kontrolować wygląd feedu - jeśli jesteście w ogóle świrnięte na tym punkcie. Miałam w swoim życiu epizod, w którym sądziłam, że wszystkie zdjęcia na moim profilu muszą być spójne. Teraz trochę mi się pozmieniało, choć czuję, że obsesja na tym punkcie znów się zbliża. 

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

I to tyle, właśnie takich aplikacji używam na co dzień do obróbki moich zdjęć na Instagramie. Zdradźcie swoją tajemnicę idealnych zdjęć. Używacie któregoś ze wspomnianych przeze programów? 
Czekam na Wasze komentarze!
DO GÓRY