Jak wygląda pierwszy zabieg depilacji laserowej?

Friday, November 17, 2017 -


Depilacja laserowa, to temat na czasie, choć więcej wokół niego mitów i strachu, niż faktów. Dzisiaj chcę Wam odpowiedzieć na kilka pytań, które zadałyście mi na Instagramie, gdy wspomniałam o tym, że wybieram się na zabieg depilacji laserowej w Szczecinie.

Od lat zbierałam się do tego zabiegu. W zeszłym roku obiecałyśmy sobie z przyjaciółką, że wybierzemy się na niego razem, ale nie wyszło. Jakoś tak, temat umarł śmiercią naturalną. Wiedziałam jednak,  że kiedyś na pewno poddam się temu zabiegowi. Gdy dostałam propozycję współpracy od depilacja.pl bardzo się ucieszyłam i z przyjemnością podjęłam się tego przedsięwzięcia.


Zdecydowałam się na depilację łydek, ale już wiem, że na tym się nie skończy. Umówiłam się bowiem już na kolejną wizytę i mam zamiar pozbyć się niechcianych włosów na udach oraz na bikini. Przyznajcie  się, która z Was nie chciałaby mieć spokoju już do końca życia? Zero wrastających włosków i podrażnień po maszynce. Wygodne wakacje bez golenia nóg i bikini. No błagam Was! Ja na pewno chcę mieć wolne :)

Czym w ogóle jest depilacja laserowa? 

Depilacja laserowa polega na przeniknięciu wiązki laseru do nasady włosa. Laser diodowy LightSheer Duet, to aktualnie najlepszy dostępny laser na świecie. Działa najbezpieczniej i najskuteczniej. Zasysa skórę i strzela wiązką lasera bezpośrednio we włos, który natychmiastowo pali. 

Najlepsze efekty uzyskacie w momencie, gdy jesteście posiadaczkami jasnej karnacji oraz ciemnych włosów (zabawne, że to co było przekleństwem przez całe życie, może okazać się zbawienne podczas zabiegu depilacji! ;) ). Jaśniejsze włoski lub ciemniejsza karnacja też dadzą sobie radę, ale wiązka światła będzie po prostu mniej intensywna. 

Pierwszy efekt powinien być widoczny po trzech tygodniach od zabiegu. Wtedy to pozbywamy się około 15-25% owłosienia. Serie zabiegów wykonuje się w odstępie 6-8 tygodni w zależności od tego, jak szybko rosną Wasze włosy. 


Jak się przygotować?

Przed samym zabiegiem skontaktuje się z Wami pani, która będzie wykonywać zabieg. Zbierze niezbędny wywiad, który pozwoli jej lepiej Was poznać i przygotuje Was odrobinę do tego, jak będzie wyglądać sama depilacja. Najważniejsze jest to, żeby ogolić wybraną partię ciała w dniu zabiegu i nie używać żadnych balsamów, antyperspirantów, kremów i mgiełek do ciała. Skóra musi być po prostu czysta.
Na tydzień przed zabiegiem odkładamy wszystkie produkty światłoczułe, tj.: ziółka i suplementy przyspieszające porost włosów, jak również wit. A oraz C i E. Odpuśćcie sobie również mocne peelingi skóry. Nie radzę też się opalać (solarium, czy po prostu wakacje). Miejsca, w których skóra jest ciemniejsza, traktowane będą lżejszą wiązką laseru i nie przyniesie to takiego efektu, na jaki liczymy. Dlatego warto zastosować się do tych rad i przyłożyć się do odpowiedniego przygotowania. Poinformuje Was o tym również konsultantka. 


Czy to boli?


Tylko odrobinę. W dniu zabiegu wypadła mi niestety miesiączka, która przyszła szybciej niż się tego spodziewałam. Dlatego ból mógł być przez to silniejszy, bo podobno ogólnie nie jest zbyt odczuwalny. Mój porównałabym do równoczesnego wyrwania kilku włosków pęsetą. Jest totalnie do wytrzymania i właściwie czułam go tylko w kilku bardziej unerwionych miejscach. Naprawdę nie ma się czego bać. Wystarczy przyjść na zabieg wypoczętym i nic złego nie powinno się wydarzyć.Tak naprawdę, każda z nas będzie mieć inne odczucia. Agu depilacja łydek nie bolała wcale, aGwer miała podobne odczucia do moich. Polecam się tylko nie stresować, bo nie taki diabeł straszny, jak go malują. Naprawdę nie ma czego się obawia



Co wolno, a czego nie?

Oprócz odstawienia produktów, o których wspomniałam wyżej, nie zaleca się tego samego dnia chodzenia w obcisłych ubraniach, wizyt na basenie, siłowni, saunie, czy jazdy na rowerze. Wiecie, trzeba do tego podejść z głową i nie przesadzać. Po zabiegu skóra może być odrobinę podrażniona i napięta. Tak, jakbyście spędziły trochę czasu na słońcu. W partię ciała objętą zabiegiem wmasowany zostanie Wam balsam z aloesem, który załagodzi to uczucie i nawilży skórę. 
Pamiętajcie też, że jeśli partia ciała, którą depilujecie jest wystawiona na słońce, koniecznym będzie codzienne używanie wysokiego SPF (co najmniej 50). Minimalizujecie w ten sposób powstanie ewentualnych przebarwień. 


Za ile i dlaczego tak (nie)drogo?

Ceny na depilacja.pl są naprawdę szałowe! Zajrzyjcie sobie w link i sprawdźcie. Gwarantuję Wam, że się zdziwicie. Do tej pory odkładałam ten zabieg głównie przez jego cenę. Stwierdzałam, że sobie odłożę, po czym okazywało się, że zawsze wyskakiwało coś "pilniejszego". Sieć zapewnia jednak bardzo konkurencyjne ceny! Jeden zabieg na wybraną partię ciała, to 179zł, a oprócz tego możecie też korzystać z pakietów, które naprawdę się opłacają. W Szczecinie salon, w którym wykonacie zabieg, znajduje się na ulicy Wyszyńskiego 37. 

Jak długo utrzyma się efekt?

Efekt powinien utrzymać się na około 4-5 lat. Z tego, co dowiedziałam się od pani wykonującej zabieg, włoski po tym czasie mogą odrosnąć. Ale tak, jak napisałam "mogą", choć wcale nie muszą. Często powodem są zaburzenia hormonalne, ciąża itp. Co ważne, te które postanowią się znów pokazać, będą przypominać włoski dziecka. Będą kruche, łamliwe, delikatne i będzie ich niewiele. Nie obawiajcie się więc, że gąszcz sprzed zabiegu znów Was nawiedzi :)
Generalnie zalecane jest, aby po tych 4-5 latach wykonać jeden, do dwóch zabiegów przypominających. 

Tak, jak Wam wspomniałam, wybieram się na kolejny zabieg w grudniu i na pewno poinformuję Was, czy jestem zadowolona z efektów, gdy już zakończę serię usuwania włosków. Jestem bardzo zadowolona z przebiegu zabiegu. Był komfortowy, a pani, która go wykonywała była bardzo sympatyczna i odpowiedziała na wszystkie moje i Wasze pytania. 

Dajcie mi koniecznie znać, czy macie doświadczenie z depilacją laserową i czy w ogóle chciałybyście poddać się takiemu zabiegowi.
Czekam na Wasze komentarze! 


Idealna pielęgnacja ust w trzech krokach || Lanolips, Erborian oraz frank body - nowości w Sephora

Wednesday, November 15, 2017 -



Rok temu podejmowałam już ten temat na blogu i mogłyście wtedy poczytać o tym tutaj. Dzisiaj wracam do Was z aktualizacją. Jakiś czas temu w mojej kosmetyczce pojawiły się nowości i chciałabym Wam o nich więcej opowiedzieć. Coś polecić, a coś odradzić. 

W perfumerii Sephora zapanował już sezon na intensywną, zimową pielęgnację, a gdy myślimy o tych chłodnych miesiącach, od razu do głowy przychodzą nam problemy z popękanymi ustami. Dlatego warto o tej porze roku wdrożyć specjalny plan, który sprawi, że będziemy mogły cieszyć się cudownie miękkimi, jak gąbeczki wargami. 

Jesienią i zimą chętniej, niż zazwyczaj sięgamy po matowe pomadki. Nie dziwi mnie to w ogóle, bo ciepłe i grube swetry idealne współgrają z mocnymi i matowymi kolorami na ustach. Możemy jednak mieć pewność, że bez odpowiedniej pielęgnacji, prędzej czy później nasze wargi przypominać będą płytę wiórową, a nie #hotlips. 

frank body 

Lip scrub marki frank body, która to spędza właśnie swoje pierwsze tygodnie na polskiej stronie perfumerii, to absolutny hit. Zaczynając od designu opakowania, które to jest spłaszczone do granic możliwości i bardzo fajnie wygląda, po 15ml produktu, który daje sobie radę z każdą suchą skórką. Sam kosmetyk pachnie intensywnie kawowo i ma się ochotę go szybko zlizać z ust. Jeśli jesteście fankami cukierków Kopiko, to coś dla Was. Po minucie intensywnego masażu, można usunąć resztki produktu (lub go po prostu zjeść). Zostawia on delikatnie oleistą warstwę i powiem Wam, że nie jest tym, z czym do tej pory spotykałam się w peelingach do ust. Jest dużo bardziej masełkowaty i mniej "messy" przy użytkowaniu. Jego cena, to 45zł za 15 ml produktu.




Lanolips 

To moje odkrycie i absolutny hit! Jestem zachwycona truskawkową bombą witaminową i mam jeszcze w zanadrzu kilka innych opcji (limonkową, zielone jabłuszko oraz multi-funkcyjny balsam). O wszystkich opowiem jeszcze w osobnym wpisie, jednak na razie męczę jeden i ten sam wariant smakowo-zapachowy, czyli truskawkę. Wiecie dobrze, że kocham wszelkiej maści MOCNO treściwe balsamy do ust. Ten tutaj to coś, co śmiało można nazwać alternatywą dla niedostępnej w Polsce Agave Lip Mask od BiteBeauty. Dobrze wiecie, że kocham mocno nawilżające produkty do ust i wiecznie szuka(ła)m alternatyw dla drogiego zakupu z USA. Na ruszt wrzucałam EOSy, Balmi, olejki do ust i całe mnóstwo innych kosmetyków. Do niedawna, bo teraz już nie szukam - znalazłam!  Sama marka szczyci się faktem, że ich produkty są w 100% naturalne. Balsam do ust nie zawiera sztucznych zapachów, petrolatum, politlenków etylenu, olejków mineralnych i siarczanów. Jest gęsty i treściwy. Przyjemnie pachnie (choć nie spodziewajcie się soczystej, letniej truskawki). Jego cena, to 52zł za 10g produktu.




Erborian


Balsam do ust z pudrowym efektem, to dla mnie absolutna nowość. Daje matowe wykończenie oraz odrobinę malinowego koloru, ożywiając nieco usta i cerę. Pudrowa formuła Matte For Lips wzbogacona olejkiem z kamelii o właściwościach ochronnych. Lekko można go rozprowadzić po ustach, choć będę szczera - jego forma aplikacji (gmeranie w słoiczku) nie należy do najwygodniejszych. Daje jednak przyjemny efekt, choć tylko wizualny. Jako nawilżacz sam w sobie nie sprosta zadaniu. Jednak już jako produkt do naniesienia na usta w ciągu dnia, tak aby nie były gołe, sprawdza się super. Cena jednak jest dość spora, bo za ten koreański wynalazek trzeba zapłacić 89zł za 7g.




I to tyle. Te trzy kroki zapewniają mi wypielęgnowane usta, które idealnie nadają się do nałożenia mocniejszej pomadki. Pamiętajcie jednak, że nieważne, jakich produktów do tego używanie - efekt możecie uzyskać bardzo podobny, jak nie ten sam.

Jest wiele tańszych odpowiedników peelingów do ust, czy balsamów nawilżających, którym to się przyjrzę w najbliższym czasie i na pewno zaprezentuję Wam mój werdykt w tej sprawie!

A teraz, dajcie mi znać, czy znacie którąś z tych nowości i przyznajcie się, jak często robicie peeling ust.
Czekam na Wasze komentarze! 

Sposób na każde zdobienie, czyli zestaw Semi Art od Semilac

Friday, October 27, 2017 -



Jeśli chodzi o zdobienia paznokci, to zawsze wydawało mi się, że nie mam zbyt dużych zdolności. 
Nadal tak uważam, aczkolwiek wiele ćwiczę i staram się poprawić nieco swoje skillsy, które choć odbiegają od tych, które posiadają profesjonalistki, to i tak wystarczają mi na co dzień. Małymi kroczkami zdobywam sobie ten świat i mam nadzieję, że kiedyś dojdę do takiej wprawy, że malowanie wzorków nie będzie wprawiało mojej ręki w rezonans. 


Zestaw Semi Art od Semilaca, to gratka dla każdej miłośniczki zdobień paznokci. I choć tak naprawdę są przeznaczone do profesjonalnego użytku w salonach kosmetycznych, to czujcie się zaproszone do zabawy! Można go bowiem dostać na stronie internetowej marki w cenie 228zł. W jego skład wchodzi 12 kolorów. 




Każda z miłośniczek zdobień na paznokciach, tych mniej i bardziej skomplikowanych, znajdzie w nim coś dla siebie. Zestaw Semi Art dostajemy zapakowany w ekskluzywne pudełeczko, zamykane na magnes. Ma piękne tłoczenie i równie solidnie wykonane jest w środku. Pięknie zdobi i sądzę, że nie byłoby wstydem, trzymać je na wierzchu swojej toaletki. 


Kolorowe żele Semilac zostały stworzone z myślą o tym, aby do zdobień podchodzić totalnie kreatywnie. Możecie bowiem mieszać je ze sobą nawzajem, z kolorowymi lakierami hybrydowymi, z Hardami. Od koloru, do wyboru. Ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia. 
W zestawie znajdziecie następujące kolory: czarny, biały, złoty, srebrny, żółty, fioletowy, czerwony, zielony, niebieski, amarantowy, burgundowy oraz brązowy.




Należy pamiętać, że są to bardzo napigmentowane produkty, dlatego nie należy stosować zbyt dużych ilości podczas jednej aplikacji, przez co produkt może się nie utwardzić tak, jak byśmy sobie tego życzyły. Istnieje bowiem tutaj taka sama zasada, jak podczas korzystania z lakierów hybrydowych. Less is more, czyli moje drogie, lepiej dołożyć w małych kroczkach, niż zepsuć swoją pracę przez niecierpliwość. 




Poniżej zostawiam też małą ściągawkę, jak długo powinny być utwardzane te produkty. Jak wspomniałam, cechuje je wysoki pigment, a co za tym idzie, inny czas utwardzania: 

lampa UV LED 6 W – 60 + 45 sek.
lampa UV LED 9 W – 60 sek.
lampa UV LED 24 W – 30 sek.
lampa UV LED 36 W – 30 sek.
lampa UV LED 24/48 W – 60 sek.
lampa UV 36 W – 120 sek.




Do ich mieszania najlepiej sprawdza się Semilac Art Holder, który to pozwala na swobodne zabawy z kolorami. Szklany okrąg ma wystarczającą powierzchnię, aby móc zabawić się w małego artystę. W asortymencie marki znajdziecie również szereg pędzelków, które umożliwiają stworzenie szerszych i cieńszych linii. Gwarantuję Wam, że się zakochacie! 


Macie swoje patenty na zdobienia paznokci? Chcecie zobaczyć, co wyczarowałam na wzornikach przy użyciu Semi Artów?

Jak mnie poniosło podczas promocji w Rossmannie...

Wednesday, October 25, 2017 -


Ostatnia promocja w Rossmannie, skłoniła mnie do poczynienia pewnego rodzaju zakupów. Dwa kosmetyki, na które się zdecydowałam, to tak naprawdę zakup ponowny, ponieważ udało mi się sięgnąć dna w tubce podkładu L'Oreal Infallible. Tym razem jednak zdecydowałam się na odcień jaśniejszy, bardziej odpowiadający mojej cerze w okresie jesienno-zimowym. Mowa tutaj o kolorze 11 Vanilla. Lubię ten podkład za piękne wykończenie. Daje lekki mat, ale nie pozostawia buzi płaskiej. Nie podkreśla przesuszonych miejsc, pięknie się utrzymuje i nie mogę na niego narzekać. 

Drugim uzupełnieniem był Wibo, Diamond Illuminator. Niektórzy mówią, że powinnam być ambasadorką tego produktu :) Świeci się na moim policzku, jak miliony monet, a ja nie umiem bez niego żyć. Notabene, jest to pierwszy w mojej blogerskiej karierze rozświetlacz, który udało mi się zużyć w całości. 

Zdecydowałam się też na dwie nowości w mojej kosmetyczce. Podkłady, rzecz jasna, ponieważ ukochałam sobie ostatnio tę dziedzinę makijażu. Kusiły mnie dwie pozycje. Marka Maybelline zachwyca mnie korektorem Fit me!, więc postanowiłam zdecydować się na wypróbowanie podkładu z tej samej serii. Jestem ciekawa czy mi się sprawdzi tak samo, jak mniejszy kolega pod oczami, z którym to miałam love-hate. Na początku go nie lubiłam, a potem się zakochałam do tego stopnia, że teraz muszę kupić kolejne opakowanie. 

Do mojej kosmetyczki trafił jeszcze podkład Rimmel, Wake me up w kolorze 010 Light Porelain. Zawsze chciałam go sobie sprawić, ale jakoś nie było mi po drodze z nim, z Rossmannem, z promocjami. Teraz, gdy w szafie w końcu znajdował się jaśniutki odcień, postanowiłam wypróbować, czy mi się w ogóle spodoba. No i na razie muszę przyznać, że jest zacnie. Nie wiem tylko, czy będzie tak na dłuższą metę, ale się okaże. 

Dajcie mi koniecznie znać, co Wy kupiłyście sobie podczas promocji w Rossmannie i czy jesteście zadowolone ze swoich zakupów.
Macie może któryś z kosmetyków, które sobie kupiłam? 

Moja wyjazdowa kosmetyczka

Monday, October 23, 2017 -



Wyjechałam w cholerę! Tak, w momencie, gdy czytacie ten wpis, najprawdopodobniej jestem już na miejscu. Wybrałam się do Barcelony i spędzę tutaj 9 ciepłych i słonecznych dni. A teraz pokażę Wam, co ze sobą zabrałam... 

Kosmetykowo biorę minimum, to niezbędne rzecz jasna. Przede wszystkim krem nawilżający, który mnie ostatnio po prostu w sobie rozkochał! Mam tutaj na myśli oczywiście Rexaline Derma, który to męczę nieustannie i w kółko Wam o nim mówię na InstaStories. 

Zapomniałam wrzucić do fotki SPF 50, ale nie martwcie się, w momencie pisania tego wpisu (sobotni wieczór), filtr od Bare Minerals już leży spokojnie w kosmetyczce. Jako podkład - mój niezawodny ulubieniec czyli L'Oreal Infallible. W kwestii zakrycia cieni pod oczami, brwi oraz błysku na policzkach, będę ufać marce Burberry. Puder, to kwestia przymusu... nie mam niczego prasowanego, co aktualnie kocham, a sypkich produktów ze sobą brać nie będę. Bez przesady. Do konturowania i dodawania sobie życia: NARS, Bumpy Ride oraz MAC, Harmony


Co do oczu? Nic. Tylko maskara od Marca Jacobsa. Miniatura, która walała mi się po szafkach i w końcu pora ją napocząć i sprawdzić, czy jest spoko. Jeśli weźmie mnie na większy makijaż (w co wątpię), to postawię w tej kwestii na odrobinę bronzera z Maca w załamanie i błysk cienia Wet&Dry od Burberry. Tak, jak właściwie robię to dość często na co dzień, gdy nie mam czasu na makijaż do pracy. 

Do ust - błyszczyk. A właściwie coś na kształt błyszczyka-olejku. Bardzo przypomina mi moją maskę do ust z Bite Beauty, choć tak jak mówię - tylko przypomina. BB jest treściwsza w swej konsystencji. Nie pachnie jednak tak pięknie, jak nowość w Sephorze, Lanolips. Truskaweczka, jak się patrzy! 

I to tyle! Po co mi więcej? No właśnie! Podejrzewam, że i tak w większości przypadków nawet nie będę sięgać po makijaż, ale... przezorny, zawsze ubezpieczony!

Ala, a jak Ty robisz takie loki?

Friday, October 20, 2017 -



Za każdym razem, jak pokazuję się Wam na InstaStories, dostaję mnóstwo pytań o to, gdzie, jak, czym, kiedy i za ile. Dlatego dzisiaj postanowiłam zebrać w kupę kilka moich ostatnich patentów na to, jak układam włosy i jak sobie z nimi radzę.

Może na początek krótka ich historia i specyfikacja. Mam mnóstwo włosów. Rosną, jak szalone, niczym się nie wspomagam a ich i tak jest wiele. Są względnie grube i mocne, niestraszne im zabawy w suszarkę i prostownicę. Regularnie je farbuję, ale i podcinam, bo jednak - co jak co, ale tak długie włosy nie wytrzymają żyjąc sobie na własny rachunek.

Od kilku lat mam cudownego fryzjera, który z moją głową zrobił totalny porządek. Nie wyobrażam sobie zdradzić Maćka z kimkolwiek innym. To jest właśnie ta osoba, u której siadam na fotelu i nie boję się, że coś zrąbie. Odmienił mnie ogromnie i wszystko wymyślił sam. Nie musiałam mówić, czego chcę - on wiedział, że najlepiej będzie, jeśli sprawi, że będę mieć swoją, lepszą wersję siebie.
Z resztą, co tu dużo mówić - zerknijcie sobie na moje zdjęcie sprzed lat (np. tutaj), gdy jeszcze bawiłam się w samodzielne farbowanie albo bywanie u przypadkowych "fryzjerek" i po, gdy w moim życiu pojawił się fryzjer-cudotwórca :) Prawda, że dwie kompletnie inne osoby?

Na co dzień katuję moje włosy dość intensywnie. Nie bawię się w nadmierne chuchanie i dmuchanie, ale jednak przywiązuję znacznie większą wagę do tego, co się dzieje na mojej głowie. Dlatego regularnie używam maseczki i odżywki. Nie ruszam się też z domu bez olejku do włosów.

> odżywka Aussie

Przypadkowo trafiła do mojej kosmetyczki i jakoś tak bardzo się polubiłyśmy, że zostaje na stałe. Jest gęsta i treściwa, ale nie obciąża moich włosów. Czasami zdarzało się, że zwykłe odżywki sklejały moje włosy i mimo porządnego spłukania, po kilku godzinach miałam wrażenie, że włosy myłam tydzień temu. Ta tego nie czyni, dlatego chwała jej za to! Z mojej perspektywy, jest to produkt godny polecenia, aczkolwiek nadal szukam czegoś, co mi zrewolucjonizuje  :)


>Maseczka Amika

Kocham ją za cudowny skład i piękne działanie. I choć nie nakładam jej na zbyt długo, to zawsze moje włosy są po niej miękkie i lejące. A właśnie taki efekt kocham najbardziej. Moje średnioporowane włosy nie są z natury błyszczące i gładkie, dlatego muszę im pomagać przy pomocy takich właśnie specyfików. Jednak, ostatnio mam wielką ochotę na maseczkę od Anwen, którą w najbliższym czasie na pewno zakupię.

> Olejek Kerastase i olejek byNature

Olejek z Kerastase stosuję już od bardzo dawna, ale buteleczka dąży do denka. Dlatego szukałam powoli jakiegoś zamiennika i zastanawiałam się wciąż, na co się w tej kwestii zdecydować. Chciałam, żeby olejek ładnie pachniał, bo jednak - kocham, gdy moje pukle noszą jakiś zapach. Zdecydowałam się na produkt marki byNature. Jego wadą jest na pewno opakowanie, które ma pipetę - strasznie to niewygodne i nie jestem zachwycona.  Wolę pompki, jak w przypadku olejku Kerastase, który to z "olejkiem" z prawdziwego zdarzenia ma niewiele wspólnego.


> Oczyszczanie

Szampon, to u mnie kwestia wyboru. Czasami używam Bumble and Bumble, czasami decyduję się na Syoss, czy inny, tańszy. Nigdy nie zostałam przy żadnym przez więcej, niż jedną butelkę. Zmieniam je, jak faceci zmieniają dziewczyny, więc nie wiem, czy kiedyś trafię na taki, który będzie ze mną całe życie. Pokochałam ten z B&B, ale nie widzi mi się wydawać ponad 100zł za butelkę szamponu i szczerze powiedziawszy, to nie do końca wiem, co z tym fantem zrobić :) Chyba trzeba po prostu więcej wydać, skoro tak bardzo mi się podobał. Mam też ochotę na ich oczyszczający szampon w wersji Sunday, który podobno pozbywa się WSZELKICH zanieczyszczeń ze skóry głowy. A to by mi się przydało.
Ostatnio używam szamponu marki ALBA, który dorwałam w TK Maxxxie. Skusiła mnie duża pojemność (litr), dobra cena (ok. 60zł), pompka i fakt, że jest to szampon naturalny. Rzeczywiście dobrze oczyszcza moje włosy, ale niestety efekt utrzymuje się u mnie max na 2 dni, przy czym drugiego dnia, pod wieczór, mogłabym już używać suchego szamponu. Nie polecam, ale też nie odradzam, bo mimo faktu, że nie włosy nie są po nim świeże przez najbliższe pół roku, to dzięki niemu pozbyłam się suchego, swędzącego skalpu. Olej kokosowy robi mi dobrze! 

> LOKI

I teraz temat, o który zawsze mam najwięcej pytań. Ala, jak Ty układasz te włosy? A no... normalnie :) Chwytam za prostownicę Remingtona, którą kupiłam lata temu, za jakieś małe pieniądze w Realu. Dałam za nią może jakieś 60zł, więc nie są to krocie, ale jestem bardzo zadowolona z jej działania.
Chwytam niewielkie pasma moich włosów i mniej więcej na wysokości ucha, wywijam je prostownicą o 180, a czasem nawet i 360 stopni. Potem zjeżdżam nią powoli w dół. Powtarzam na każdym pasemku, po czym przeczesuję włosy szczotką o grubych ząbkach. Trochę sprayu utrwalającego fryzurę i gotowe!
Naprawdę, taka fryzura trwa jakieś 5-10 minut a efekt jest szałowy. Nie myślcie więc, że spędzam przed lustrem długie godziny w tym temacie.

Podoba się Wam efekt końcowy?
Dbacie o swoje włosy na co dzień?

Czy warto kupić NARS, Soft Matte Complete Concealer?

Wednesday, October 18, 2017 -


NARS, Soft Matte Complete Concealer, to produkt, w którym zakochał się amerykański YouTube. Czy jest to jednak korektor idealny? Według mnie, nie. 

Zacznijmy od tego, że najzwyczajniej w świecie, nie jestem fanką kremowych korektorów. Kojarzą mi się one bowiem z ciężkim i niezbyt naturalnie wyglądającym kamuflażem. Tutaj jednak nie ma mowy o przeciążeniu. 

Nie radzę jednak nakładać go w okolice oka - dla mnie ta konsystencja kompletnie nie nadaje się w te rejony. No, chyba że macie idealnie gładką skórę, bez żadnych zmarszczek albo chcecie po kilku godzinach wyglądać po prostu źle. Nie rozumiem w związku z tym wszystkich youtuberów, którzy nakładają go pod oczy. Dla mnie to katastrofa!



Uważam, że nadaje on się do maskowania przebarwień, czy wyprysków na twarzy. Jest to zdecydowanie produkt do właśnie takich zadań. Dobrze stapia się z podkładami, odpowiednio z nimi współgra i wygląda naturalnie, nieciężko. Daje lekkie, matowe wykończenie, które wygląda, jak druga skóra. 

Posiadam trzy odcienie tego korektora: Light 1 Chantilly, Medium 1 Custard, Medium 2 Ginger. 
To wymieszany ze sobą Chantilly i Custard tworzy idealny odcień mojej skóry, która to równocześnie jest turbo jasna, ale i żółta przy okazji.



Opakowanie, to klasyczny słoiczek, zamykany wieczkiem z logo marki. Jak zwykle, mamy tu do czynienia, z charakterystycznym dla NARSa wykończeniem, czyli gumowym opakowaniem. Korektor jest lekki i nadaje się również do zabrania na wyjazdy z miasta. Trochę się jednak brudzi, bo po pierwsze - opakowania NARSa już tak mają. A po drugie, jednak trzeba w nim trochę pogrzebać palcem. 

Ogólnie, jestem z niego zadowolona, ale nie uważam przy okazji, żeby był to korektor na tyle rewolucjonizujący moją kosmetyczkę, żebym teraz radziła Wam, jak najszybsze odwiedzenie sklepu. Nieee, jest fajnie, ale bez szału. Zwłaszcza, że cena, to 155zł za sztukę. A to całkiem sporo, nie sądzicie?

Dajcie mi znać, czy macie go w swoich zbiorach i co o nim sądzicie!

Ulubieńcy ostatnich tygodni: Burberry, Sin Skin, MUR, Semilac i inni

Monday, October 16, 2017 -


Dawno nie pojawili się na blogu żadni ulubieńcy. Jak co miesiąc starałam się robić u siebie taki cykl, tak teraz nie zbieram ulubieńców na siłę, tylko odczekuję kilka tygodni, żeby rzeczywiście mieć o czym napisać, zamiast powielać w kółko te same produkty. Dzisiaj w takim razie zapraszam Was na wpis o moich perełkach ostatnich tygodni. 

Perfumy

W tej kwestii, gdy przychodzi jesień i zima, ja na nowo wracam do zapachów cięższych i słodszych. Lubię bowiem pachnieć, jak cukierek. Victor & Rolf, Flowerbomb, to mój stary ulubieniec i chyba pierwsze tak słodkie perfumy, jakie sobie kiedykolwiek kupiłam. Nie wąchałam ich niestety w innych, odpicowanych wersjach, więc nie wypowiem się na temat edycji specjalnych tego zapachu. Mnie cieszy klasyk i to do niego wracam z przyjemnością. Jest cukierkowy, kobiecy, niezwykle seksowny. I dodaje mi pewności siebie!


Makijaż

Burberry Wet&Dry Shadow w kolorze Nude, który możecie dostrzec też na zdjęciach w tym wpisie. Użyłam go do jednego z makijażu, który jeszcze nie wylądował na blogu, jednakże - zakochałam się! Efekt jaki uzyskałam na sucho, bardzo mi się spodobał. Głównie dlatego, że jest to nietuzinkowy kolor, którego jeszcze w swojej kolekcji cieni nie posiadałam. Niby nude, a jest w nim trochę srebrnej zieleni khaki. Jest ciekawie, jest błyszcząco i jest niezwykle subtelnie, naturalnie i dziewczęco. Burberry ma w swojej kolekcji makijażowej mnóstwo perełek, naprawdę. 

Makeup Revolution - trio do konturowania męczyłam w ostatnich tygodniach nieustannie. Nie wiem, co się stało, że na bok poszedł rozświetlacz z Wibo oraz róż z Narsa, ale znalazłam im godne następstwo (co nie oznacza, że z nich totalnie zrezygnowałam!). Rozświetlacz ma bowiem znacznie więcej różowo-srebrnych tonów, które szczerze powiedziawszy, wyglądają KOZACKO na policzku! Mieni się niesamowicie mocno i wszystkie miłośniczki konkretnego błysku, powinny być usatysfakcjonowane równie bardzo, co ja. Róż natomiast jest bardzo zbliżony kolorystycznie do mojego ulubieńca z NARSa i chyba Wam machnę porównanie na blogu! 

Puder sypki SinSkin, to jak na razie jedyny produkt tej marki, jaki mi się spodobał na tyle, żebym chciała się z Wami podzielić moją opinią  na jego temat. Podoba mi się szata graficzna marki, podobają mi się pomysły, ale niestety, w niektórych przypadkach jest kiepsko. Jednak, jeśli już mnie trochę śledzicie, to wiecie, że pudry sypkie lubię najbardziej w swej kategorii. Ten ma niestety dwie wady - ma kolor, więc uważajcie z niektórymi podkładami i korektorami, bo ich kolor może się zmienić. Ma też dramatycznie nielogiczne opakowanie. Wieczko posiada bowiem lusterko, na które wysypujemy puder. W związku z tym jest wiecznie brudne i wygląda nieestetycznie. Opakowanie - jak dla mnie - nadaje się do poprawy, bowiem ktoś tutaj nie przemyślał sprawy. Jednak sam produkt jest super! Drobno zmielony, puszysty, pięknie utrwala makijaż i daje satynowe wykończenie. Jestem na tak! 

Po długich miesiącach zakochania w maskarze od Burberry, Cat Lashes, postanowiłam sięgnąć po coś z niższej półki. Zadowolenie przyniosła mi maskara Catrice, Glam&Doll w zwykłej, standardowej wersji. Ma silikonową szczoteczkę, którą z łatwością można wyczesać rzęsy od nasady aż po same końce. Nie skleja, nie osypuje się, dobrze utrzymuje podkręcenie i jest naprawdę fajna. I tania, bo nie kosztuje kroci, jak jej koleżanka z półki marek selektywnych. 

Powróciłam też do mojej miniatury NARS, Bound. To jeden z tych odcieni, które nazwać mogę śmiało: "my lips but better". Jest niezawodny, przepiękny i sprawia, że moje usta wyglądają fenomenalnie. Nadaje lekki kolor, nawilża je i sprawia, że wyglądają na pełne i błyszczące. Ta miniatura jest już u mnie na totalnym wykończeniu, więc powolutku szykuję się do zakupu pełnowymiarowego produktu. Nude idealny, któremu polecam się przyjrzeć!  


Włosy

byNature Coconut Hair Oil używam tak naprawdę od niedawna. Jego recenzja
 na pewno jeszcze się tutaj pojawi, bo nie ukrywam, że nie jest to produkt pozbawiony wad. Trzeba z nim bowiem być bardzo ostrożnym. Jednak, używany jako olejek do włosów, ale też jako kuracja nawilżająca na noc - spisuje się fenomenalnie. Pięknie pachnie (a to akurat ogromnie lubię) oraz przyjemnie nawilża moje suche końcówki. Ostatnio coraz bardziej przyglądam się pielęgnacji moich włosów, więc powolutku staję się włosomaniaczką. 


Paznokcie


O Semilac, White Lime wspominałam Wam już podczas pisania ostatniego posta, w którym to przedstawiłam ultrałatwe zdobienie paznokci. Kolekcja biznesowa wpadła mi w oko, zupełnie jak Wam. Takie klasyczne kolory są mocno w moim stylu. Lekko cytrynowa biel, to kolor, który szczególnie skradł moje serce. Pięknie wygląda na paznokciach i sprawia wrażenie, że dłonie są niezwykle zadbane. Jest naprawdę wart uwagi. 

Moi ulubieńcy z ostatnich tygodni, to zbitek w większości nowych produktów w mojej kolekcji. Cieszy mnie to, bo przy okazji mogę Wam polecić jakieś nowości. Miałam bowiem wrażenie, że ostatnio kręciłam się wokół tych samych produktów. Nie ma oczywiście w tym nic złego, bo jednak jest to potwierdzenie miłości do tych kosmetyków, jednak wiecie - fajnie by było, jakby na blogu nie wiało nudą, prawda? ;) 

Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy któryś z tych produktów znajduje się również w Waszym serduszku. 

MAKEUP MENU: Pierwsze half cut crease

Friday, October 13, 2017 -


Zaczęłam ostatnio eksperymentować przy makijażu. Co prawda, jest to tak naprawdę intensywne eksperymentowanie przy makijażu oka i gwoli ścisłości, jest to mejkap na bloga i social media, ale się liczy. Na co dzień nadal maluję się w moim zestawie obowiązkowym, czyli podkład+puder+brwi+rzęsy+rozświetlacz i coś na usta. Lubię siebie w takim lekkim, naturalnym wydaniu i z tego co widzę po wiadomościach od Was, Wam również się taka wersja mnie podoba. Fajnie! Bardzo mnie to cieszy, ale to nie zmienia faktu, że chcę się rozwijać. 

Nigdy nie nazywałam siebie żadną specjalistką od makijażu, ale bawić się nim lubię. I chciałabym wskoczyć na wyższy level umiejętności. A niby jak inaczej mogę to zrobić, jak nie poprzez metodę prób i błędów? No właśnie! 

Zaczęłam próbować stworzyć cut crease. Nie mam do tego idealnej powieki, więc łatwo nie jest. Nie mam też jeszcze umiejętności, żeby wyglądało to tak, jakie mam wyobrażenie w mojej głowie. Na razie jest po prostu ok i mam nadzieję, że z czasem dojdę do perfekcji. 


Makijaż, który wykonałam do dzisiejszego MAKEUP MENU, to tak naprawdę wykorzystanie w dużej ilości paletki Huda Beauty w wersji Rose Gold Edition. Te wszystkie fioleciki mocno do mnie ostatnio przemawiają, więc nie mogę się od nich odkleić. I choć nie uważam, że jest to paletka bez wad (jej recenzja jeszcze ukaże się na blogu), to jednak niektóre z kolorów są hipnotyzujące. Jako cień rozświetlający, użyłam koloru Rose Gold dostępnego w asortymencie marki Glam Shadows. To piękny cień, prawie że foliowy. 

Na zdjęciach widzę wiele niedociągnięć. Wciąż mam problem z równym pomalowaniem oczu. Gdy robię makijaż wydaje mi się, że oczy tworzą lustrzane odbicie. Podczas robienia zdjęć jednak wychodzi na jaw prawda, jaką jest fakt, że jeszcze długa droga przede mną. Muszę też przyzwyczaić moje oczy do większego gmerania przy nich, ponieważ mam problem podczas mocniejszych makijaży ze łzawieniem. A jak się domyślacie, to może zepsuć wszystko - zwłaszcza eyeliner (nawet Kat von D) w wewnętrznym kąciku. Powolutku też uczę się przyklejać rzęsy - to moja największa bolączka, bo nie ukrywam, że nie jest to dla mnie prosta sprawa. Jednak, jakoś się to ostatnio udaje. Podobno trening czyni mistrza, prawda? ;) W tym makijażu użyłam modelu Monica dostępnego w Visage Shopie. 

Dajcie mi koniecznie znać, co sądzicie o mojej makijażowej zabawie! Czy Wam się podoba, czy też niekoniecznie. No i czekam na Wasze sugestie, co powinnam poprawić, bo - nie ukrywam - słowa krytyki też się przydadzą. W końcu chcę się czegoś nauczyć! ;) 

Najnowsza kolekcja Semilac, Business Line w akcji i ultrałatwe zdobienie!

Wednesday, October 11, 2017 -


Moje drogie! Widzę, że najnowsza kolekcja Semilaca przypadła Wam bardzo do gustu. Nie dziwi mnie ten fakt. Tak, jak ja zakochałyście się w białym designie buteleczek oraz stylowych kolorach, idealnych do pracy. W najnowszy post klikacie, jak szalone! 

Dzisiaj postanowiłam Wam przybliżyć dwa kolory, które użyłam do aktualnego mani. Jest szybko, łatwo i przyjemnie. Dlaczego? Bo ja również czasami nie mam cierpliwości! :) 
Do tego manicure użyłam: 


Gwarantuję Wam, że całość nie zajmie Wam więcej, jak 20 minut. Każdy z paznokci pokryłam dwoma warstwami lakierów z serii Business Line. Postawiłam na liliowy odcień szarości w połączeniu z limonkową bielą. Nie mam problemu z kryciem - uważam, że dwie warstwy spełniają moje oczekiwania i nie potrzebowałam używać białego podkładu. Każdy z paznokci (prócz palca serdecznego), pokryłam cieniutką warstwą Topu Mat Total no wipe, który skradł moje serce. Nie tylko gwarantuje fenomenalne, matowe wykończenie, ale również daje wygodę. Nie trzeba go bowiem przemywać cleanerem, aby uzyskać matowy efekt. Cały proces odbywa się jeszcze pod lampą. Cudo! 


Na koniec zostawiłam sobie paznokieć palca serdecznego, którego pokryłam cieniutką warstwą Base Clear z serii Sharm Effect. Następnie przy pomocy wykałaczki naniosłam kilka nieregularnie usytuowanych kropeczek w kolorze Brown z tej samej serii lakierów hybrydowych. Pozwoliłam lakierowi się "rozlać" i utworzyć fantazyjny wzorek. Całość pokryłam jeszcze warstwą matowego topu, tak aby cały manicure był spójny. 


Jak się Wam podoba zdobienie? Macie już swoje pierwsze kolory z kolekcji Business Line? 

DO GÓRY