Pupa Vamp! Definition Mascara

Wednesday, March 22, 2017 -

pupa-vamp-definition-mascara

Ostatnio mówiłam Wam, że częściej będę wrzucać recenzje tuszów do rzęs. Przy okazji wpisu o Cat Lashes od Burberry stwierdziłam, że trzeba Wam pokazać więcej tego typu produktów, którymi się zachwycam, bądź nie. 

Dzisiaj pogadam sobie o tuszu, do którego mam dość mieszane uczucia. Trudne jest określenie tutaj swojej opinii, bo najzwyczajniej w świecie nie do końca wiem, o czym myśleć. Pupa Vamp! Definition Mascara, to nowość marki, dostępna w perfumerii Douglas. Jej cena to 75zł. Już po samej nazwie łatwo jest wywnioskować, że ma ona zwiększać objętość rzęs.

pupa-vamp-definition-mascara

Ma wygodną, silikonową szczoteczkę, która nabiera idealną ilość produktu. Ma krótkie włoski, które rzeczywiście pozwalają na wygodną aplikację oraz precyzyjne rozczesanie rzęs. Jak widzicie na zdjęciu, koncentracja tuszu pojawia się na wysokości nasady rzęs. W tym miejscu produkt się przykleja najbardziej i sprawia, że rzęsy wyglądają na bardzo gęste. Niestety, nie mogę powiedzieć, że fenomenalnie je wydłuża, w tej kwestii brak efektów. 

Ale, kocham ją za brak osypywania oraz trzymanie podkręcenia przez cały dzień. Dosłownie cały dzień rzęsy są sprężyste i pięknie wywinięte.

pupa-vamp-definition-mascara

Jej dodatkowa zaleta? Świetny skład, który został przebadany oftalmologicznie i nadaje się dla osób o wrażliwych oczach oraz noszących soczewki. Dla mnie to plus, bo podczas wiosennych alergii muszę uważać na to, jak i czym robię makijaż.

Jest fajna solo, ale ja lubię jej używać w połączeniu z czymś, co daje mi świetne wydłużenie. W duecie wygląda znacznie lepiej.

pupa-vamp-definition-mascara

A jaka jest Wasza ulubiona maskara? Podoba Wam się efekt Pupa Vamp! Definition Mascara?
Dajcie znać w komentarzach!

4 najlepsze balsamy i olejki nawilżające do ust!

Monday, March 20, 2017 -

nawilzajace-produkty-do-ust-revlon-kiss-balm-artdeco-pupa-clarins

Cieszę się, że wczorajszy wpis przypadł Wam do gustu. Dzisiaj już jednak wracam do standardowej tematyki, którą poruszam na mojej stronie. Kosmetyków nigdy dość, dobrze o tym wiecie.

W związku z tym, że ostatnio coraz rzadziej sięgam po matowe pomadki, na dobre zaczynam zaznajamiać się ze wszystkimi w mojej kolekcji, które mają błyszczące i nawilżające wykończenie.
I to właśnie takie lekkie formuły trafiają na moje usta. Ze szczególnym uwzględnieniem balsamów i olejków. Chciałabym Wam przybliżyć 4 produkty do ust, które służą mi ostatnio na zmianę.

Clarins, Moisture Replenishing Lip Balm, 15ml 75zł
Znacie go doskonale, bo to jeden z najpopularniejszych produktów nawilżających. Tubka 15ml kosztuje 75zł i można ją dostać w perfumerii Douglas. Jego regeneracyjne właściwości oparte są o wosk różany, masło shea, olejek ryżowy oraz ceramidy.  To świetny produkt przed i po mocnej szmince. Lubię też nakładać jego grubszą warstwę przed snem. Wtedy budzę się rano z pełnymi, wolnymi od podrażnień warg.

Mimo że ten produkt wygląda, jakby był lakierem do paznokci, to nie jest. Za 6 ml tego olejku trzeba zapłacić 57.90zł i dostaniecie go również, tylko w Douglasie. Jego wygodny aplikator pozwala na szybkie rozprowadzenie produktu na ustach. Dlatego właśnie nadaje się na wrzucenie go do torebki i szybkie poprawki w ciągu dnia. Z trzech dostępnych kolorów, posiadam nr 4, który ma w sobie odrobinę pomarańczowo-czerwonego tintu, który jest niezwykle subtelny na ustach. W składzie znajduje się olejek z pestek malin (podobnie, jak w przypadku kultowego olejku Clarinsa, który już mi się skończył, a ja obiecałam nie kupować sobie na razie żadnych kosmetycznych pierdół, dopóki nie zużyje swoich zapasów). No i pięknie się błyszczy, zapewniając ustom prawdziwą taflę wody. A taki efekt bardzo lubię.

Olejek z limitowanej kolekcji marki Pupa, pokazywałam Wam już kiedyś na blogu. Jest dostępny w czterech różnych kolorach, ale u mnie widzicie numer 001 Sunny Honey, który na ustach praktycznie nie daje żadnego koloru. Jedyne czym się wyróżnia, to mocna, błyszcząca tafla.  Do dostania był w Douglasie za 66zł. Podobnie, jak produkt Artdeco, zawiera w składzie olejek z pestek malin, który intensywnie nawilża i odżywia spierzchnięte wargi. Nadaje się do torebki, ale nie polecam go, jako kuracja nawilżająca na noc. W tej kwestii zdecydowanie stawiam na balsamy i maski. Olejki są dobre w ciągu dnia.

Na koniec nowość w perfumerii Douglas, czyli Revlon, Kiss Balm. Jego cena to 21.99zł. Dostępny jest w czterech kolorach/smakach i zapachach. Dzisiaj pokazuję Wam Tropical Coconut, który prócz SPF 20 (świetnie na wiosnę/lato!), pachnie zupełnie, jak pinacolada. I tak też smakuje! Jest słodziutki i noszenie go, to sama przyjemność. Co w składzie? Oczywiście olejek z pestek malin. Już chyba wszystkie nauczyłyśmy się, że to świetny produkt nawilżający :) Prócz olejku z pestek malin, dodano też olejek z pestek winogron oraz granatu. Tropical Coconut nie ma koloru, ale reszta z rodziny daje na ustach delikatny efekt. Jako jedyny z pokazywanej dzisiaj rodzinki, jest w formie sztyftu, ale kompletnie mi to nie przeszkadza. Formuła pozwala na szybką aplikację w ciągu dnia, a dzięki temu śmiało można go wrzucić do torebki albo w kieszeń kurtki. To coś w stylu pomadek ochronnych, więc nawilżenie jest raczej krótkotrwałe, ale smak i zapach tego produktu, wynagradza każdą ponowną aplikację. 


Te produkty ostatnio noszę na zmianę w mojej torebce. Tak naprawdę wrzucam do niej co mam pod ręką, więc nie mam w tej kwestii ulubieńca. Wszystkie lubię z taką samą siłą.  A Wy? Też nosicie w torebce miliard produktów do ust? Jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk do pielęgnacji w tej kwestii? 
Dajcie znać w komentarzach! :)

Ulubieńcy ostatnich tygodni i kilka przemyśleń

Sunday, March 19, 2017 -


Poczułam, że muszę sobie pogadać. Nie to, że nie mam w życiu prywatnym do kogo ust otworzyć. Po prostu, jakoś tak, czuję że dzisiaj jest ten dzień, w którym siadam przed komputerem i zamiast pisać Wam kolejną recenzję, czy kolejne porady, chciałabym podzielić się paroma ulubieńcami i przemyśleniami. 

U Agi od zeszłego tygodnia możecie śledzić serię #niedzielnik. Porusza tam tematy związane z blogowaniem, ale nie tylko. To taka odskocznia od profesjonalnego podejścia do bloga i forma pamiętnika. Powiem Wam szczerze, że jakiś czas temu, sama zastanawiałam się nad wprowadzeniem na bloga podobnej serii. Nie jestem jednak jeszcze przekonana, czy to dla mnie dobry czas na to, aby takie treści poruszać. Myślę, że z biegiem czasu, pewnie jeszcze w tym roku spróbuję wystartować z czymś podobnym. Jednak, teraz postawiłam sobie dwa, zupełnie inne priorytety. 

Przywróciłam serię #MAKEUP MENU, która kiedyś regularnie pojawiała się na mojej stronie. Czas więc wrócić do tego, co było dobre i sprawiało mi radość. Co piątek będziecie mogły śledzić u mnie makijaże, które robię na co dzień, od święta, testując nowe produkty, czy techniki. Mam nadzieję, że będziecie zadowolone. Zaczęłam z przytupem, bo niebieskie oko, to wyjście z mojej strefy komfortu - wpadajcie je zobaczyć!

Chcę też wrócić do regularnego publikowania treści. Za bardzo zaniedbałam tę kwestię na mojej stronie, a jednak to jest podstawa przy prowadzeniu bloga. Trochę mi wstyd i przed sobą, i przed Wami. Co jak co, ale przychodzicie tutaj nie po to, żeby widzieć wpis raz na kilkanaście dni, tylko częściej. Trzy razy w tygodniu, poniedziałek-środa-piątek, tak widzę regularne pisanie. I tyle razy w tygodniu będziecie widzieć wpis na mojej stronie. 

O wzięciu się za siebie

Ile można... powiedzcie mi, ile można zaczynać i kończyć dietę. Ile razy można zaczynać chodzić na siłownię i potem nagle szukać miliarda wymówek, czy na tę siłownię jednak nie pójść? Mam za sobą czas, w którym zamiast ruszyć tyłek, ciągle znajduję coś ważniejszego od tego, żeby w końcu poczuć się lepiej. Już nie chodzi o samą wagę, a o to, żebym naprawdę miała lepsze samopoczucie i więcej energii. Dlatego, po raz milionowy próbuję wrócić. Teraz wymyśliłam inne podejście i mam nadzieję, że uda mi się w nim wytrwać, czyli: "Siłownia jest priorytetem. Dopiero po niej mogę się umawiać na inne rzeczy.". I pora w tym wytrwać, przestać się tłumaczyć sama przed sobą. I płacić za nieobecności ;) 

W Szczecinie zamknięto sklep Promod. Jestem tym faktem niepocieszona, bo zrobili to totalnie z zaskoczenia. Akurat, gdy niespełna pół roku temu udało mi się go "odkryć" i dorwać kilka sukienek, które mogę określić już mianem ulubionych. W związku z likwidacją sklepu, cały towar był wyprzedawany pięćdziesiąt procent taniej. W ten sposób, prócz kilku fatałaszków, udało mi się złapać zamszową torebkę, którą widzicie na zdjęciu. Pochodzi ona z nowej kolekcji i jest na wiosnę, jak znalazł. Kolor też w moim stylu, chociaż jest dostępna w kilku innych wariantach. No i jest malusia, a mieści całkiem sporo moich rzeczy - tych najpotrzebniejszych, wiadomo. Klucze, telefon, błyszczyk... te sprawy. Same wiecie. A cena? Regularna 79.90zł, a ja zapłaciłam połowę. Chyba się opłacało :) 

W mojej torebce ciągle znajduje się Lancome, Juicy Shaker. Kojarzy mi się z wiosną na tyle, że nie potrafię się z nim rozstać. Mój odcień, czyli Berry Tale kiedyś już pojawił się na blogu - tutaj. Ma leciutką formułę, która nawilża usta i dodaje im odrobiny koloru. Chwilowo daleko mi do matowych pomadek, szukam lekkich i połyskliwych szminek, olejków, czy balsamów. A ten produkt po prostu się sprawdza. 


Gipsówka, liść eukaliptusa i marmurowa mata 

Udało mi się wreszcie dorwać dodatki do zdjęć w tym stylu, który jest kompletnie mainstreamowy. Idę za tłumem, jak ślepa w tej kwestii, ale nie mogę się oprzeć temu, jak wygląda gipsówka oraz liście eukaliptusa na fotkach. No i powiem szczerze, że kilka badyli w wazonie, chyba podoba mi się bardziej, niż duże bukiety kwiatów. Kosztują grosze, a wyglądają super. Przynajmniej czuję teraz u siebie wiosnę. 

Podkładkę w marmurowy wzór dostaniecie w salonach DUKA. Świetnie wygląda na fotkach i cieszę się z jej zakupu. Moje zabawy z brystolem chyba powoli idą w odstawkę. Za rogiem wiosna, więc mam coraz większą ochotę na jasne kompozycje, a czarny kawałek papieru, do takich nie należy. Poza tym, podkładka jest plastikowa i już nie muszę się martwić, że moja niezdarna ręka coś na nią wyleje.

Muzycznie 

Ostatnio słucham namiętnie kawałków sprzed lat. Nie tylko tych z lat 80., 90., ale też zahaczam o kilka dobrych i naprawdę wiekowych piosenek. Starship- nothing's gonna stop us now, to coś co nieustannie siedzi mi w głowie i nucę to w przerwach na piosenki z bajek Disneya :) W ucho wpadł mi też John Lennon i jego Jealous Guy. Lubię wracać do jego muzyki. Jakoś tak, bardzo mnie relaksuje. 

Muzyka mnie uspokaja i odcina od świata. W tej kwestii niezawodnie sprawdzają mi się moje słuchawki od Sudio Sweden. Bardzo dobrze wygłuszają świat zewnętrzny, a to dla mnie ostatnio ważne. Słucham wszędzie, gdzie się da, nawet przez kilka minut. Nie przepadam za ludźmi w miejscach publicznych, więc to dla mnie dobra metoda na wyciszenie. Przy okazji, pamiętajcie, że macie na nie 15% rabatu, jeśli podczas składania zamówienia wpiszecie kod ALICJA15. 

Któregoś razu trafiłam ponownie na piosenkę Beyonce, All Night, która pochodzi z najnowszej płyty Lemonade. Oczywiście, jestem wkurzona, bo nie jest dostępna na Spotify, więc w którymś momencie po prostu o niej zapomniałam. Jednak, ten utwór szczególnie mi się spodobał. Słuchanie go przez dwa dni, dosłownie na okrągło, mówi samo za siebie, prawda? 

Przy okazji, przesłuchiwania kawałków Beyonce, trafiłam ponownie na Flawless, który zapewne doskonale znacie. W połowie piosenki użyte są słowa Chimamandy Ngozi Adichie, nigeryjskiej pisarki i feministki, które brzmią w ten sposób: We teach girls to shrink themselves, to make themselves smaller. We say to girls:"You can have ambition, but not too much.You should aim to be successful, but not too successful. Otherwise you will threaten the man". Because I am female, I am expected to aspire to marriage, I am expected to make my life choices always keeping in mind that marriage is the most important. Now marriage can be a source of joy and love and mutual support. But why do we teach girls to aspire to marriage and we don't teach boys the same? We raise girls to each other as competitors, not for jobs or for accomplishments, which I think can be a good thing but for the attention of men. We teach girls that they cannot be sexual beings in the way that boys are. Feminist: the person who believes in the social, political, and economic equality of the sexes."

Tutaj znajdziecie link do jej wystąpienia podczas Tedx Talks. I właściwie, chciałabym Was z tymi słowami zostawić, ale muszę dodać do nich kilka swoich przemyśleń. Jakiś czas temu nie uważałam się za feministkę, a bynajmniej nie w takim sensie, jak rozumiałam to słowo kiedyś. Kojarzyło mi się negatywnie, z osobą, która za wszelką cenę chce udowodnić, że jest lepsza od mężczyzny, że go nie potrzebuje do życia i jest on sprawcą wszelkich krzywd przeciwko kobietom. Znacie pewnie to powiedzenie, że feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść pralkę na 3. piętro. Znacie też pewnie wyrażenie, że feministka, to kobieta, która jest na tyle brzydka, że żaden mężczyzna jej nie chce i dlatego walczy o swoje "prawa". 

Dzisiaj tylko liznę ten temat, bo jest zbyt szeroki i za bardzo powoduje on u mnie podniesienie ciśnienia. Zaczyna mnie to po prostu wkurzać. W towarzystwie nieznanych mężczyzn, zdarza mi się czasem, że przez któregoś zostaję zignorowana. Reszta jest godna podania ręki i przedstawiania się - kobieta traktowana jest, jak powietrze. Słyszałyście pewnie ostatnie słowa Korwina-Mikkego w Parlamencie Europejskim. Albo tekst, że ktoś zachowuje się, jak baba. Albo, że powinnam już mieć dziecko, być zaręczona, po ślubie... cokolwiek, co jest społecznie akceptowalne i ogółowi się udało. Wkurza mnie to, że kobieta ma mieć zaprogramowane w głowie, że jej największym osiągnięciem życiowym będzie wyjście za mąż. Ma to być dla nas najważniejsza rzecz. 

Nie mówię tutaj, że małżeństwo jest złe - nie, jeśli udało Ci się trafić w życiu na kogoś, kto jest cudownym partnerem, świetnie! Mam tutaj jednak na myśli ten wzrok politowania, gdy ktoś dowiaduje się, że mam 25. lat, jestem sama, nie mam dziecka. Jakbym miała trąd. Jakby na moim grobie po śmierci miało być napisane "Alicja, nie udało jej się w życiu, bo nie miała dziecka/nie wyszła za mąż". Wiecie o co mi chodzi? 

Bardzo zgadzam się ze słowami pisarki. I jakiś czas temu, nie uważałam siebie za feministkę. A na pewno nie w takim sensie, jak mi się wydawało. Im jednak jestem starsza, tym bardziej denerwuje mnie, że zdarzają się sytuacje, w których ktoś nie chce traktować mnie na równi z innymi. I dzisiaj już wiem, że chodzi tutaj o to, żebym miała takie same prawa, jak mężczyzna. Nie muszę chcieć z nich korzystać, ale muszę je mieć. 

Mam nadzieję, że Was szczególnie dzisiaj nie zanudziłam i post się Wam spodobał. Dajcie mi znać w komentarzach, czy było ok :) Liczę też na kilka Waszych ulubieńców ostatnich tygodni. Może macie swój ulubiony serial, albo film?

Ja zmykam robić zupę z soczewicy. Oby tym razem się udała :) 


MAKE-UP MENU: Out of the Blue

Friday, March 17, 2017 -


Gdy pisałam Wam ostatnio o moich nowych, ulubionych kredkach do oczu z Marca Jacobsa, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że powinnam sięgnąć po tę niebieską w kolorze Out of the Blue, która patrzyła na mnie od dłuższego czasu. Kilka lat temu, namiętnie nosiłam niebieski eyeliner wiosną i tak sobie pomyślałam, że pora sobie przypomnieć zasady robienia kresek na powiece. Może w wydaniu wiosennym?


Na powiece mam też dwa cienie GlamShadows. Odcienie, których użyłam, to Dominikana oraz Cytrynowa Mgiełka. Nie jestem fanką nazw tych kosmetyków, ale przyznam szczerze, że jakość tych cieni naprawdę mnie oczarowała. Odkąd trafiły w moje ręce, używałam ich niemal codziennie. Są fenomenalnej jakości, a przy tak niskiej cenie... to po prostu ideały! 



Na całą powiekę ruchomą oraz powyżej załamania, nałożyłam puchatym pędzlem cień Cytrynowa Mgiełka. Jest to specyficzny kolor, o dość niewielkim pigmencie, który blednie podczas rozcierania, ale daje się intensyfikować. Ma w sobie coś z cytrusowej skórki, to prawda. I wygląda, jak mgiełka. Trochę w nim błękitu, trochę żółtego, co w połączeniu (pewnie pamiętacie to z lekcji plastyki w podstawówce) daje odrobinę zieleni. 

W wewnętrznym kąciku oraz na środku powieki wklepałam cień Dominikana, który jest przepięknym turkusem o intensywnie błyszczącym wykończeniu. To błękit ze złotym refleksem. Wklepałam go opuszkiem palca, by osiągnąć maksymalny błysk bez konieczności używania cienia na mokro. Myślę, że się ze mną zgodzicie, że na środku powieki mieni się niesamowicie!

Kreskę wykonałam przy użyciu kredki do oczu Highliner Gel Eye Crayon od Marca Jacobsa, w kolorze Out of the Blue. Najpierw wyrysowałam szkic kreski przy użyciu precyzyjnego pędzelka, a następnie wypełniłam kontur kredką. To było arcyłatwe!

Jak Wam się podoba taka odważna propozycja? Włączacie trochę koloru do swojego makijażu na wiosnę?

Najlepsza satynowa pomadka w płynie - Burberry, Liquid Lip Velvet

Wednesday, March 15, 2017 -

burberry-liquid-lip-velvet

O tym, że jestem miłośniczką mocnych kolorów na ustach, chyba już doskonale wiecie. Niejednokrotnie bowiem pokazywałam Wam przeróżne barwy na moich ustach.Tutaj na przykład pokazywałam Wam pomadki Artist Rouge z MUFE. A w tym wpisie mogłyście poczytać o matowych pomadkach od Kylie Jenner, Raz nawet zaszalałam i pokazałam Wam sposób na brokatowe usta! 

Dzisiaj nie będzie inaczej. Znowu szalejemy. Tym bardziej, że znalazłam coś, co swoim kolorem przypomina mi bardzo mocno konturówkę z MACa w odcieniu Heroine. 

Burberry jakiś czas temu zdominowało mojego bloga. Miałam okazję przyjrzeć się tej marce bezpośrednio i przetestować praktyczną większość asortymentu. Nie ukrywam w związku z tym, że jestem niektórymi produktami autentycznie oczarowana. Może nie każdym, ale większością. I część z nich już mogłyście zobaczyć na mojej stronie. 
Tutaj pisałam Wam o maskarze Cat Lashes, która robi z moimi rzęsami dosłownie cuda. A tutaj przedstawiłam Wam większość produktów, których użyłam do przekształcenia makijażu dziennego w makijaż wieczorowy - klik. No i nie mogę pominąć wisienki na torcie, czyli cienia Wet&Dry w kolorze Gold, który na dobre wyparł wszelkie inne błyszczące świecidełka na mojej powiece.

burberry-liquid-lip-velvet

Ale przejdźmy już do rzeczy, bo się rozgadałam, a gwiazdą dzisiejszego wpisu jest przecież pomadka Liquid Lip Velvet o numerze 45, czyli Brilliant Violet (135zł). Wszystkie kosmetyki Burberry dostępne są stacjonarnie jedynie w CH Arkadia w Warszawie. Można je jednak spokojnie zamówić ze strony Sephory, która ma na tę markę wyłączność. 

Do asortymentu weszło czternaście odcieni tego cuda do ust. Zacznę może od tego, że jak zwykle, zachwycam się w tym przypadku przede wszystkim opakowaniem. To ono, jako pierwsze mocno mnie do siebie przyciągnęło moją uwagę. Już taka jestem ;) Motyw szronu obecny jest wśród nowości większości marek luksusowych. Nie przeszkadza mi to kompletnie, efekt bowiem wygląda obłędnie. 

burberry-liquid-lip-velvet

Kolor, który Wam dzisiaj prezentuję, to mieszanka różu z fioletem, która fantastycznie podbija moją, czyli niebieską tęczówkę oka. Dzięki temu, że kolor ten ma w sobie niebieskie tony, zęby wydają się być bielsze, a cera bardziej porcelanowa. Producent podkreśla, że wyróżnikiem na tle innych pomadek w płynie na rynku, jest jej wyjątkowa, puszysta konsystencja. I właściwie, jeśli mam być szczera, to jest w niej coś z musu, który jest ultralekki, ale i intensywnie napigmentowany równocześnie. Nie osiągnie się nią pełnego matu, to bardziej satyna. Szminka nie zastyga na ustach, w związku z czym, nie przesusza warg, jest przez cały czas bardzo komfortowa i kremowa. Nie ma się co martwić o to, że po całym dniu noszenia takiego produktu, będzie trzeba użyć maski do ust na noc. Formuła jest bardzo komfortowa i przyjemna. Zjada się równomiernie, chociaż trwałość ma na dobrym poziomie. Kilka godzin, to u niej norma. Nie przechodzi jednak próby posiłkowej - wtedy znika, ale pozostawia na ustach lekki tint. 

Jestem z niej zadowolona. Zwłaszcza z koloru, który jak dla mnie - idealnie nadaje się na wczesną wiosnę i lekkie makijaże oczu. 

Co o niej sądzicie?

Najlepsze kredki do oczu - Marc Jacobs, Highliner Matte Gel Eye Crayon

Monday, March 13, 2017 -

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

To jedna z gorących nowości zbliżającego się sezonu wiosennego. Jeszcze nigdy nie zachwyciła mnie żadna kredka do oczu, do tej pory. Jeszcze nigdy nie byłam oczarowana jej wyglądem zewnętrznym, do tej pory. I jeszcze nigdy nie byłam zakochana w formule, do tej pory. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Kredki do oczu traktowałam zawsze po macoszemu. Niby coś tam się w mojej kolekcji znajdowało, ale zawsze były to albo brązy: NARS z kolekcji dla Sarah Moon, o której mogliście poczytać we wpisie prezentującym kolekcję (tutaj), jak i w poście o "dorabianiu" sobie sztucznych piegów (tutaj) oraz MAC (w tej kwestii niezawodony dla mnie był Teddy, ale gdzieś mi się zawieruszył)  albo beżowe kredki na linię wodną, które szczerze powiedziawszy, poszły ostatnio w odstawkę totalnie. Używam ich tylko przy okazji robienia mocnych, ciemnych i intensywnych, wieczorowych makijaży, które - w związku z tym, że jestem zwierzęciem kanapowym i w weekendy mam bardziej laptop party, niż party w klubie - zdarzają mi się niezwykle rzadko. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

O kredkach od stylowego Marca, wspominałam Wam już we wpisie o 5 rzeczach, których nauczył mnie codzienny makijaż. Mówiłam Wam też o nich na moich instagramowych live'ach. Jeśli jeszcze nie obserwujecie mnie na Insta, to polecam Wam to zmienić. Dużo u mnie kosmetycznych nowości :) Znajdziecie mnie tutaj @alamakotaa

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Wracając jednak do tematu, najnowsze kredki do oczu Marca, noszą nazwę Highliner Matte Gel Eye Crayon i posiadam je w trzech wersjach kolorystycznych: Brown(ie) (0.5g/89zł), który jest ciepłym, czekoladowym brązem, Fine(wine), który można nazwać winnym burgundem oraz Out of the Blue, który jako jedyny jest odważnym kolorem, bo jednak intensywny kobalt, to coś wykraczającego poza strefę komfortu. Jednak, wraz ze zbliżającą się wiosną, mam coraz większą ochotę na to, żeby używać tego koloru. Jeszcze się nie odważyłam, ale na dniach na pewno to zmienię. Najczęściej jednak sięgam po kolor Fine(wine), który jest czymś niesamowitym, w połączeniu z cieniami z paletki Sweet Peach. To on, najczęściej ląduje na mojej powiece, jako króciutka kreska, zrobiona przy pomocy skośnego pędzelka albo roztarta chmurka przy linii rzęs. 


marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

W pierwszej kolejności jednak sięgałam i wciąż sięgam po kolor Brown(ie). Na dni, w których mój makijaż oka ograniczam do minimum (czyli rozświetlacz na powiekę ruchomą, bronzer i odrobina różu w załamanie i zaznaczona linia rzęs), jest ideałem. Z resztą, same zobaczcie jak wygląda niżej!

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Jako jedyny nie z kolekcji matowej, pokazuję Wam kolor Blacquer, który nosi nazwę Highliner Gel Eye Crayon(0.5g/95zł). Ma on w związku z tym bardziej błyszczące wykończenie, choć nie aż tak mocne. 

marc-jacobs-highliner-matter-gel-eye-crayon

Wszystkie kredki łączy perfekcyjna formuła. Warto jednak spieszyć się podczas ich nakładania, bo rozcieranie jest możliwe tylko przez krótki czas. Kredki bardzo szybko zastygają i są nie do ruszenia. Niestraszne są im łzy, wysoka temperatura, pot - schodzą dopiero podczas wieczornego demakijażu. I chwała im za to! Bo wyglądają przez cały dzień tak samo intensywnie, jak w momencie ich nakładania. Jestem oczarowana i nie zamienię ich już na żadne inne.

Do dostania w perfumerii Sephora!

Szybko zdradziłam moje dotychczasowe ulubienice w tej kwestii, ale te kredki naprawdę nie mają sobie równych. A Wy? Macie je na oku? Czy jednak pozostajecie wierne swoim ulubieńcom? 

4. urodziny bloga i OGROMNE rozdanie z paletkami Too Faced!

Thursday, March 9, 2017 -

Cześć dziewczyny! 
4 lata... dokładnie 4 lata temu opublikowałam swój pierwszy wpis na blogu. Nie było to pierwsze założenie konta na bloggerze, ale jednak - postanowiłam wtedy prowadzić bloga, o którym mieli usłyszeć wszyscy. I może, jeszcze wszyscy o mnie nie słyszeli, ale jestem dumna z drogi, którą przebyłam. 

To, co blog mi sprezentował, to możliwości.  Poszerzenia moich horyzontów, spotykanie mądrzejszych ode mnie ludzi i czerpanie wiedzy z ich doświadczeń. To także nabranie więcej dystansu do siebie, do otaczającego mnie świata i kilkukrotne dostanie po tyłku. Jakiś czas temu mocno zastanawiałam się nad zamknięciem bloga, ale nie! Kiepskie chwile są już za mną, a ja postanowiłam skupić się tylko na tym, co robię. By być zadowoloną z efektu, z bloga i z siebie. 

Makijaż

Nie ukrywam, że zakładając bloga, mało wiedziałam o makijażu i tym, jak powinnam się malować. Kreski eyelinerem były dla mnie czarną magią, a podkład jakiego używałam (Revlon Colorstay) w ogóle nie był tym, czego powinnam szukać. Brwi... Przemilczę je, ok? ;) Tak będzie lepiej. 
I gdyby nie to, teraz na pewno bałabym się sięgać po kolorowe cienie do powiek. W życiu nie zrobiłabym sobie czarnego smokey i nigdy nie zdecydowałabym się na noszenie czerwonej szminki. A ona przecież jest moim znakiem rozpoznawczym. 

Hobby

Blog, to również pasja. Kiedyś kupno kosmetyku mnie tak nie ekscytowało. Teraz, za każdym razem gdy sprawię sobie coś nowego, koniecznie muszę to obfotografować z każdej strony. I właśnie fotografia stała się dla mnie pewnego rodzaju odskocznią. Czasami bywają dni, że po prostu "muszę" porobić zdjęcia. Lubię to  i progres, jaki widzę (a nietrudno zerknąć na posty sprzed 3 lat ;)), to często rzecz niezwykle łechtająca moje ego. Nie ukrywam, że nie czuję się fotograficznym ekspertem. Do tego jeszcze daleka droga, aczkolwiek nie boję się podejmować ryzyka i chcę być w tym coraz lepsza. Kiedyś robiłam zdjęcia telefonem, teraz - lustrzanka, to przedłużenie mojej ręki. I bawi mnie fakt, że z aktualnych zdjęć, z których jestem zadowolona, pewnie za kilka lat będę drzeć łacha zupełnia, jak teraz spoglądam na moje początki :)

Znajomości

Gdyby nie to, że cztery lata temu, podjęłam dość ryzykowną decyzję, żeby zacząć pisać w sieci i się "wymądrzać", nie poznałabym kilku dobrych duszyczek. Nie miałabym teraz najlepszej przyjaciółki pod słońcem, czyli aGwer, z którą jesteśmy już jak bliźniaczki syjamskie. Nie organizowałabym z nią wspólnie naszych blogowych tygodni, w których biorą udział fantastyczne babeczki. Dziewczyny, które z przyjemnością wspierają się nawzajem i nie rzucają sobie kłód pod nogi.
Nie miałabym okazji poznać kilku osób wirtualnie, z którymi doskonale się rozumiemy i mam wrażenie, że mimo dzielących nas kilometrów, jesteśmy podobnymi osobami. I co najważniejsze, nie miałabym Was - czytelniczek, z którymi mogę wymieniać się doświadczeniami. Radzić Wam, ale też słuchać tego, co macie mi do powiedzenia. To jest naprawdę dla mnie ważne. 
Dlatego, gdybym mogła się cofnąć w czasie, decyzja o założeniu bloga na pewno zostałaby na swoim miejscu. Jestem dumna z tego, w jakim znalazłam się teraz miejscu i jak wiele jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że to były dla Was równie dobre lata ;) 



A teraz konkurs! 

Wraz z polską Sephorą, zorganizowałam dla Was fantastyczną akcję. Do zdobycia jest JEDNA z PIĘCIU paletek Sweet Peach, marki Too Faced! Konkurs odbywa się na moim facebookowym fanpage'u. Link przekierowujący znajduję się tutaj i w zdjęciu z paletkami :) 

Zasady są bajecznie proste, wystarczy odpowiedzieć na jedno, krótkie pytanie! 
Trzymam za Was kciuki, bo nie ukrywam, że jest to jedna z tych paletek, za którą dam sobie obciąć rękę! 

Burberry, Cat Lashes Mascara

Tuesday, March 7, 2017 -

burberry-cat-lashes-mascara

Makijaż Burberry na dobre zdominował moją codzienną kosmetyczkę. Z przyjemnością sięgam po te kosmetyki każdego dnia. Zachwyca mnie nie tylko ich design, ale przede wszystkim jakość. Jakość, która jest naprawdę fenomenalna. 

Rzadko, naprawdę rzadko zachwycam się tuszami do rzęs. W swoim życiu znalazłam tylko kilka takich, z których byłam naprawdę zadowolona. Na palcach jednej ręki mogę je zliczyć. I teraz, powiem szczerze, że znalazłam jeden z tych, do których z przyjemnością będę wracać w przyszłości.

burberry-cat-lashes-mascara

Mascara Cat Lashes /135zł/7ml/ od Burberry w kolorze 01 Jet Black, to mój ulubieniec do makijażu zarówno dziennego, jak i wieczorowego. Pozwala ona bowiem na uzyskanie dwóch, niezwykle kobiecych i niezwykle seksownych efektów.

burberry-cat-lashes-mascara

Ten pierwszy, to rzecz jasna lekkie podkreślenie rzęs, które idealnie sprawdzi się w makijażu do pracy, czy do szkoły. Jest lekko i dziewczęco, ale równocześnie intensywnie! Jej formuła pozwala na swobodne dokładanie warstw, dzięki czemu nietrudno o uzyskanie prawdziwie uwodzicielskiego spojrzenia pełnego głębi. To prawdziwe kocie oko!

Ten drugi, do możliwość dołożenia maskary w ciągu dnia, aby nadać spojrzeniu jeszcze więcej dramaturgii, intensywnej czerni rzęs i wyostrzyć makijaż oka.

burberry-cat-lashes-mascara

Rzęsy, w obu przypadkach, są rozdzielone, wydłużone i podkręcone od nasady aż po same końce. Oko optycznie zostaje powiększone, otwarte i wyrazistsze. Bardzo elastyczna szczoteczka wykonana została z polimeru (elastomer). Jej kształt przypomina odrobinę klepsydrę i jest niezwykle użyteczny. Końcówka pozwala na szybkie podkreślenie zewnętrznego kącika. Formuła jest bardzo lekka, dzięki czemu rzęsy nie są obciążone w ciągu dnia. Wręcz przeciwnie! Są miękkie i elastyczne, pozwalając w ten sposób na poprawki w ciągu dnia (jeśli zdecydujecie się na przykład na pogłębienie makijażu).

burberry-cat-lashes-mascara

burberry-cat-lashes-mascara

Maskara nie osypuje się i nie odbija na dolnej powiece. Jestem autentycznie - zachwycona. Chylę czoła i mam nadzieję, że reszta tuszy do rzęs Burberry okaże się równie świetna.

Ogólnie, na blogu bardzo rzadko pojawiają się maskary i powiem szczerze, że musi się to zmienić. Mam kilka ciekawych pozycji, które muszę Wam przybliżyć. Takich z wyższej, jak i z niższej półki. I niech dzisiejszy post będzie rozpoczęciem serii recenzji o maskarach do rzęs ;) 

Co sądzicie o Cat Lashes od Burberry? Jaka jest Wasza ulubiona maskara?

TAG 7 urodowych grzechów głównych

Sunday, February 26, 2017 -


#1 Chciwość
Najdroższy kosmetyk, jaki kupiłaś. Najtańszy kosmetyk, jaki posiadasz.

Najdroższy produkt, jaki kupiłam to chyba Meteoryty od Guerlain. Co prawda, mam na swoim koncie też Contour Kit od Anastasii, który kosztował mnie jakieś 300zł, więc powinnam tutaj uznać własnie ten produkt za najdroższy, ale jakoś tak, w moim mniemaniu, znacznie bardziej bolało mnie serce przy wydawaniu pieniędzy na rozświetlające kuleczki. 

Najtańszy będzie oczywiście rozświetlacz z Wibo, Diamond Illuminator. Mój ukochany i chyba nie ma na rynku lepszego od niego. Więcej pisałam o nim już kiedyś tutaj. 

#2 Gniew
Których kosmetyków nienawidzisz, a które uwielbiasz? Jaki kosmetyk był najtrudniejszy do zdobycia?

Uwielbiam rozświetlacze i intensywne, matowe pomadki. Od tej strony już mnie chyba dobrze znacie. Z resztą, już  nie raz spotkałam się z opinią, że kojarzę się Wam z mocno pomalowanymi ustami. I dobrze, bo właśnie takie lubię :) 

Najtrudniejszym kosmetykiem do zdobycia był olejek do ust Clarins. O moich przygodach pisałam  Wam już jakiś czas temu. 

#3 Obżarstwo
Jakie produkty kosmetyczne są według Ciebie najsmaczniejsze?

Od razu do głowy przychodzi mi czekoladowa paletka do makijażu oczu od Too Faced, Chocolate Bar. Chociaż, jestem raczej w obozie osób, które twierdzą, że pachnie ona, jak kakao, a nie jak prawdziwa tabliczka czekolady. Na drugim miejscu takich smacznych kosmetyków, postawiłabym olejek do ust z Clarinsa. Jego jagodowa wersja, to coś co zawsze mam ochotę schrupać!


#4 Lenistwo
Których produktów nie używasz z lenistwa?

Eyelinery - to zawsze była moja słabość. Niby, jak sobie o nich przypomnę, to wracam do malowania kresek. Jednak, na co dzień nie mam na to kompletnie ochoty. Za dużo pierdzielenia się z faktem, że nie mam idealnej powieki i natury nie oszukam. Kreska u mnie nigdy nie będzie wyglądać tak, jak bym chciała. 
Masła do ciała, balsamy i te sprawy, to też rzeczy, które omijam szerokim łukiem. Nie przepadam za nawilżaniem skóry ciała, więc staram się używać nawilżających produktów pod prysznicem. 


#5 Duma
Które kosmetyki dają Ci najwięcej pewności siebie?

Czerwona pomadka. Zawsze, ale to zawsze, gdy mam mocno pomalowane usta (i wiem, że mogę liczyć w stu procentach na szminkę, którą akurat noszę), czuję się znacznie pewniej. Co prawda, mam tak nie tylko w przypadku czerwonych ust, ale też przy okazji innych, mocnych i wyrazistych kolorów, które podkreślają moją urodę. Kto by pomyślał, że kiedyś czerwone usta sprawiały, że byłam zawstydzona. Teraz? Teraz dam się za nie pociąć :) 

#6  Pożądanie
Jakie atrybuty uważasz za najatrakcyjniejsze u płci przeciwnej?

U mężczyzn, oczywiście prócz takich klasycznych cech, na które chyba każda z nas zwraca uwagę - mam tutaj na myśli bycie zadbanym, czystym mężczyzną z niemałym intelektem! Kształtna pupa i kaloryfer, to sprawa drugorzędna ;) - zwracam ogromną uwagę na zapach. Męskie perfumy są w stanie mnie omamić i to właśnie zapachy często kojarzą mi się z miejscami/osobami/wspomnieniami. Nie jednokrotnie już zdarzyło mi się pytać przypadkową osobę, czym pachnie. A że do męskich zapachów mam ogromną słabość, to często możecie mnie spotkać w alejce z perfumami dla płci przeciwnej w perfumerii :) 


#7 Zazdrość
Jakie kosmetyki najbardziej lubisz dostawać w formie prezentów?

Perfumy, perfumy i... luksusowe kosmetyki, do których wzdycham. W tej kwestii jestem prosta! Zawsze ucieszę się z nowego, słodkiego lub kwiatowego zapachu, czy uzupełnienia ulubieńców. Nowe duo do konturowania od Toma Forda? Pewnie! Czekam! <3 

Dziękuję bardzo za zaproszenie do tego TAGu A piece of Ally  oraz Paulinablog. Wpadajcie na blogi dziewczyn, żeby zobaczyć, jak odpowiedziały na pytania! 

A teraz pytanie do Was!
Jaki jest Wasz najdroższy kosmetyk? Czekam na odpowiedzi w komentarzach :) 

Bardzo dziękuję za udział w akcji wszystkim dziewczynom, które przez cały tydzień publikowały makijażowe posty pod hashtagiem #makijażowelove. Nasze wspólne akcje blogerskie są dla mnie i dla aGwer czymś nieocenionym. Bardzo się cieszymy, że chętnie z nami współpracujecie i zawsze z radością przyjmujecie nasze pomysły. Dzięki dziewczyny za Waszą pracę! <3

A Wy wpadnijcie jeszcze poczytać, co ciekawego przygotowały dla Was dziewczyny na ostatni dzień #makijażowelove :)

Jak zmienić makijaż dzienny w wieczorowy?

Friday, February 24, 2017 -

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Marką Burberry zachwycam się już od dawna. Wiecie o tym doskonale, jeśli regularnie śledzicie mnie w moich kanałach social media (przy okazji - zajrzyjcie na mój Instagram!). Bardzo odpowiada mi estetyka marki, głównie przez piękne opakowania, na które najzwyczajniej w świecie lecę. 

Jestem snobką, jeśli chodzi o kosmetyki i ich wygląd. Nigdy tego nie ukrywałam i nie zamierzam się tego wstydzić, że kupuję oczami. Design produktów, to coś na czym naprawdę bardzo mi zależy. Lubię ładne rzeczy i cieszę się, gdy ich estetyka wpisuje się w moje gusta. Dlatego Burberry dość szybko zaskarbiło sobie moje serce. 

Kosmetyki, które dzisiaj Wam prezentuję, pozwoliły uzyskać mi dwa efekty w makijażu, do jakiego dążę. I przy okazji, chcę Wam też pokazać, że lekki i świeży makijaż dzienny, bardzo łatwo przekształcić w coś mocniejszego, seksownego i idealnego na wieczór. 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

To na czym najbardziej zależy mi podczas porannego makijażu, który ma wytrzymać cały dzień, to jego nienaganny wygląd oraz sprawienia wrażenia, że tak promienna się już obudziłam. Dlatego nie wyobrażam sobie żeby w jakikolwiek sposób ominąć tutaj mieszankę rozświetlającej bazy pod makijaż Burberry, Fresh Glow Luminous Fluid Base w kolorze Nude Radiance No.1 (189zł), w połączeniu z Burberry, Fresh Glow Foundation w kolorze No.11 Porcelain (225zł). Taki duet sprawdza mi się idealnie, gdy chcę dostarczyć cerze dodatkową porcję blasku i nawilżenia. Pod oczami użyłam trochę rozświetlającego korektora Burberry, Sheer Concealer w kolorze 02 (163zł), a całość przypudrowałam najbardziej jedwabistym pudrem, który mi się kiedykolwiek trafił, czyli Burberry, Nude Powder w kolorze 12 Ochre Nude (205zł). Jestem nim szczerze oczarowana, a o to w kwestii pudru ciężko. Co prawda, jest to typowy puder wykończeniowy, nadający się do poprawek w ciągu dnia, ale nie gwarantuje supermatu. I dobrze, dzięki temu efekt jest bardzo naturalny. 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Policzki, to w tym wypadku odrobina bronzera Burberry, Warm Glow Natural Bronzer w kolorze 03 Nude Glow (185zł) oraz różu Burberry, Light Glow Blush w kolorze 07 Earthy Blush (195zł) - i nad tym ostatnim pochylę się na sekundę. Jego bardzo naturalny odcień sprawia, że jest kosmetykiem o dwóch funkcjach. Co prawda, nada się jako róż właściwy, ale nie ukrywam, że nie ma najmniejszego problemu, żeby stosować ten kosmetyk również, jako bronzer. Jest delikatny, bardzo naturalny i wygląda fenomenalnie. 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Jako rozświetlacza użyłam cienia do powiek Burberry, Eye Color Wet&Dry Glow Shadow w kolorze 001 Gold Pearl. Głównie dlatego, że marka nie posiada jeszcze stałych rozświetlaczy w asortymencie, aczkolwiek... ptaszki ćwierkają, że niedługo ma się to zmienić! Cień Gold Pearl już Wam pokazywałam na blogu ostatnio tutaj. Zachwycałam się tam nim wtedy i nie będę powielać swoich słów raz jeszcze. Wygląda fenomenalnie nałożony na powiekę na sucho, czy na mokro i nadaje się do nakładania na szczyty kości policzkowych. Czy można od tego produktu wymagać czegoś więcej? Dla mnie to kosmetyczne spełnienie marzeń. Za brwi odpowiada kredka Burberry, Effortless Eyebrow Definer w kolorze 03 Ash Brown  (129zł), która ma najprzyjemniejszą ze szczoteczek do wyczesywania brwi. Miałam już kilka kredek tego typu i ta odpowiada mi najbardziej. Rysik może być odrobinę problemowy dla osób, które jeszcze nie potrafią dobrze wyrysować swoich brwi. Jest po prostu szeroki i wymaga wprawy, ale sam kosmetyk jest bardzo trwały, i pozwala na stopniowanie efektu - to mi się bardzo podoba. 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Do lekkiego makijażu oczu, użyłam paletki czterech cieni do powiek Burberry, Complete Eye Palette w kolorze 12 Nude Blush (239zł), które swoimi brudnymi różami i fioletami pozwalają uzyskać lekki makijaż oka, idealny dla niebieskookich dziewczyn. Przy górnej linii rzęs nałożyłam delikatnie Burberry, Effortless Blendable Kohl w kolorze 03 Chestnut Brown (94zł) i  roztarłam tę linię małym, kuleczkowym pędzelkiem. Wytuszowałam jeszcze mocno rzęsy tuszem Burberry, Cat Lashes Mascara (135zł). No i na koniec usta - wisienka na torcie, czyli Burberry, Full Kisses w kolorze Nude Blush (126zł). Pomadka, która swoją kremowością zachwyci każdą miłośniczkę idealnych produktów do ust. Jest lekka, ma przyjemny pigment i dość dobrze się utrzymuje. Oczywiście, jak na pomadkę kremową, bo nie oczekujmy od niej trwałości pomadki matowej. Ja jestem jednak oczarowana jej kolorem, który - według mnie - niezwykle do mnie pasuje. Dlatego też ostatnio namiętnie jej używam. Trafiła już do torebki! 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Makijaż wieczorowy, to tak naprawdę intensyfikacja kilku produktów użytych wcześniej. Właśnie za to spodobały mi się te kosmetyki. Z łatwością się nimi pracuje, pozwalają na dokładanie kolejnych warstw. Maskara Cat Lashes jeszcze pojawi się na mojej stronie, w bliższej recenzji. To Wam gwarantuję! Jest fenomenalna i na razie nie potrafię wyjść z podziwu, jak dobrze rozdziela i podkręca moje rzęsy. Jestem oczarowana! 

Zaczęłam jednak od mocniejszego przypudrowania twarzy, tak aby mieć pewność, że podkład utrzyma się na niej lepiej. Następnie dołożyłam zarówno mocniejszą ręką bronzer, jak i róż. Nie żałowałam też rozświetlacza - tutaj to akurat chyba jest to oczywiste. Makijaż wieczorowy ma zwracać uwagę, a błysk sprawdzi się w tej sytuacji fenomenalnie. 

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Do zintensyfikowania makijażu oczu, użyłam najpierw cieni w kredce Eye Colour Contour w kolorze 112 Rosewood i 106 Pale Copper (126zł). Są to kremowe cienie, które pozwalają na uzyskanie mocniejszego efektu końcowego (chociaż tak naprawdę bez problemu mogą służyć, jako samodzielny makijaż oka). Ja jednak postanowiłam nałożyć je na górną oraz dolną powiekę, aby następnie wklepać w to miejsce cień właściwy - z paletki użytej wcześniej. Na dolnej powiece użyłam fioletowej części paletki, dzięki czemu podkreśliłam swój naturalny kolor tęczówki i nadałam makijażowi wieczorowego wyrazu. Beżem zaznaczyłam mocniej załamanie powieki a na jej powierzchnię ruchomą wklepałam jeszcze więcej cienia w kolorze Gold.

kosmetyki-do-makijazu-burberry

Na ustach pojawiła się tym razem błyszcząca czerwień o niebieskich podtonach, z tej samej serii pomadek Full Kisses, choć tym razem w kolorze Military Red. Jest to oczywiście barwa, która idealnie wybiela zęby, nawet w przypadku posiadaczek aparatu ortodontycznego. 

Co sądzicie o kosmetykach marki Burberry? Jaka wersja makijażu - dzienna, czy wieczorowa - podoba się Wam najbardziej?

To kolejny wpis z naszej serii makijażowego tygodnia #makijażowelove.

Wpadajcie też na blogi dziewczyn! 
DO GÓRY