Używaj całych serii kosmetyków! Mary Kay i #GlowandTellPolska

piątek, 31 lipca 2015 -




Używanie kosmetyków w zestawach przynosi znacznie lepsze efekty, niż używanie różnych serii. Dlaczego? Dajemy w ten sposób naszej cerze możliwość zapoznania się ze składnikami, które znajdują się w kosmetykach. Znacznie szybciej zobaczymy efekty, jeśli będziemy stosować np. serię żel myjący-tonik-krem i maska, niż sam tonik lub sam krem. Kosmetyki z jednego zestawu są, jak pracownicy firmy. Im lepszy tworzą zespół, tym mniej korzyści przyniesie nam ich rozdzielanie, a już na pewno zmniejszy to ich efektywność. 

Dlatego Mary Kay Polska postanowiło uświadomić Polkom, jak ważne jest stosowanie produktów w zestawach. Ważnym aspektem jest też tutaj fakt, że czasami mamy problem z określeniem, co w naszej pielęgnacji zaczyna przynosić nam korzyści, a co psuje stan naszej cery. W ten właśnie sposób, możemy się tylko domyślać, czy to nowe serum sprawia, że dostajemy wysypki, czy może jest to nowy krem. W rezultacie, musimy używać produktów osobno by dowiedzieć się, co jest sprawcą nieprzyjemności. W całych zestawach łatwiej o precyzję i bardzo szybkie efekty. 

W skład serii Botanical Effects wchodzą: 
  • żel oczyszczający
  • tonik odświeżający 
  • nawilżająca emulsja
  • nawilżająca maseczka 



Żel oczyszczający Botanical Effects


Świetnie sprawdza się z moją Foreo Luną. Nie jest bardzo gęsty, a mimo to niewielka ilość wystarcza, by zaczął się świetnie pienić. Ta wydajność działa na jego wielki plus. Oczyszczanie mogę określić, jako średnie, ale w kierunku mocnego. Jeśli borykacie się na co dzień z przesuszeniami, to ten żel może być dla Was odrobinę za mocny. W innych przypadkach, będzie ok. Ja mam cerę mieszaną, ale policzki potrafią mi się nieźle przesuszyć, więc działam tym kosmetykiem bardzo ostrożnie. Po umyciu cera jest gładka i aksamitna. 

Cena: 59zł


Tonik odświeżający Botanical Effects


To mój ulubiony produkt z całej serii. Jestem nim zachwycona z jednego, ale istotnego dla mnie powodu. Jest nim forma, w jakiej się znajduje. Już wiecie, że ja uwielbiam toniki, które są w sprayu (mam tutaj na myśli mojego ulubieńca z Ameryki, Boscia). 
Sam tonik świetnie odświeża cerę. Czasami używałam go bezpośrednio na twarz (jest w tym świetny zwłaszcza, jeśli pogoda za oknem sugeruje, że przyszło prawdziwe lato). Producent zaleca jednak stosowanie go najpierw na wacik, a potem na cerę. Przyjemnie odświeża skórę po umyciu jej żelem i przygotowuje do następnego kroku pielęgnacyjnego. 


Cena: 59zł



Emulsja nawilżająca Botanical Effects

Z nią mam takie love-hate ralationship. Z jednej strony jestem zadowolona, bo świetnie się wchłania, jest leciutka i naprawdę, potrzeba minuty by skóra wypiła ją w całości, pozostawiając przyjemne uczucie nawilżenia i sprężystości skóry. Z drugiej strony, to dla mnie kosmetyk tylko na okres wiosenno-letni. Mam wrażenie, że jesienią i zimą będzie dla mnie zbyt słaby. Wtedy potrzebuję znacznie większego nawilżenia, niż to, jakie jest w stanie mi zagwarantować ten produkt. Mimo to, jestem z niego bardzo zadowolona. A jego wielką zaletą jest fakt, że świetnie sprawdza się pod makijażem. Zauważyłam, że od czasu, gdy używam tej emulsji przed nałożeniem podkładu, po prostu lepiej wyglądam w ciągu dnia, a makijaż dłużej się utrzymuje. 

Cena: 79zł


Maseczka nawilżająca Botanical Effects


Nie przepadam za maseczkami. Nie! Maseczki lubię, ale nie lubię ich zmywać. Dlatego trochę kręciłam nosem, zanim użyłam jej pierwszy raz. Później już się zakochałam, więc z chęcią po nią sięgam. 
Maseczka jest dość gęsta. Ma się wrażenie, jakby nakładało się na twarz glinkę. Łatwo się rozprowadza, chociaż ja polecam Wam pędzelek do używania maseczek. Taka forma aplikacji jest według mnie najlepsza, nie marnuje zbyt dużej ilości kosmetyku i pozwala na równomierną aplikację bez brudzenia sobie rąk. A co najlepsze, maseczka dobrze się zmywa. Nie sprawia większych problemów, jest wygodna w używaniu. A po zmyciu, twarz pozostaje gładka i promienna, nie ma mowy o przesuszeniu.

Cena: 64zł


Jak oceniam całą serię?

Spisała się u mnie na piątkę. Jestem bardzo zadowolona z całości i wiem, że szybkie efekty działania mogłam zaobserwować właśnie dzięki temu, że używałam całej linii, a nie tylko jednego produktu. Moim osobistym faworytem jest tonik, ale cała reszta spisała się naprawdę świetnie.
Nie narzekam na jakieś wielkie zmiany trądzikowe na mojej cerze, a te produkty mnie niczym nie zapchały. Cera jest jasna, promienna, wypoczęta i przyjemnie nawilżona. Aż błyszczy. Kosmetyki mają delikatny, bardzo przyjemny dla nosa zapach.

Polecam serię osobom, dla których jest dedykowana, czyli młodym kobietom, których cera jest mieszana, bądź tłusta i potrzebuje odświeżenia.

Opakowania są bardzo poręczne i zawierają spore ilości produktów (np. emulsja ma aż 88ml!). Ich estetyczny i bardzo delikatny design, wpisuje się w moje preferencje. Nie zagracają toaletki, ładnie wyglądają w łazience i po prostu cieszą oko. 


#KONKURS #GLOWANDTELLPOLSKA


Moje drogie, a teraz zapowiedź konkursu, który lada chwila wystartuje. Myślę, że każda z Was chciałaby wypróbować taki zestaw na sobie i chciałam Wam powiedzieć, że będziecie miały ku temu okazję. Otóż, do wygrania będą 3 zestawy kosmetyków Mary Kay, które będziecie mogły wybrać sobie same, w zależności od Waszych potrzeb i preferencji. Zasady konkursu będą bardzo proste - trzeba będzie odpowiedzieć na jedno, krótkie pytanie. Regulamin znajdziecie tutaj. I zacierajcie łapki, bo startujemy niebawem :)
A jeśli jeszcze nie wiecie, na jaki zestaw byście się zdecydowały w razie wygranej, to tutaj znajdziecie wszystkie dostępne w ofercie. Sprawdźcie, jaki nada się dla Was najbardziej. 

Kawa, kawa, kawa! Semilac, 029 Espresso

czwartek, 30 lipca 2015 -


Ostatnio naprawdę wiele u mnie tematu paznokciowego. Dzieje się tak z prostego powodu. Mam jakaś ogromną ochotę na zabawy z kolorami na paznokciach. 

Jakoś się tak wydarzyło, że mimo tego, że teraz kompletnie nie ma takiej pogody na czekoladę na paznokciach, to zapragnęłam ją mieć. I mimo tego, że uważam, że ten kolor, to esencja wszystkiego, czego może pragnąć kobieta jesienią i zimą (oprócz szarości), to nie mogłam się powstrzymać.

Ponosiłam kolor przez tydzień, ale tylko dlatego, że teraz miałam ochotę na nudziaka, więc nie macie się co obawiać. Formuła Semilacu jest fenomenalna i nie ma mowy o tym by bać się o swoje paznokcie w ciągu najbliższych dwóch-trzech tygodni. Jedyną rzeczą, która może skłonić do tego by zapragnąć nowego mani jest fakt, że paznokcie rosną, a odrost bywa widoczny. Nie ma jednak mowy o tym, że lakier odpryskuje, staje się matowy, czy nieestetyczny. Nie! Jest tak samo błyszczący i piękny przed samym zmyciem, jak ma to miejsce zaraz po wykonaniu nowego manicure'u.


Czekolada i kawa 

029 Espresso (możecie go kupić tutaj) kojarzy mi się tak naprawdę bardziej z czekoladą, niż z kawą, ale właściwie, jak mu się tak bliżej przyjrzeć, to ma w sobie nuty palonego ziarna kawy. To przepiękny, intensywny brąz, który na zdjęciach wychodzi zdecydowanie jaśniej, niż wygląda na żywo. W rzeczywistości można się pokusić o stwierdzenie, że jest tak intensywny i mocny, że niedaleko mu do czerni.

Bardzo mi się podoba i na pewno będę po niego z ogromną przyjemnością sięgać jesienią oraz zimą. Właśnie wtedy będę miałam ogromną fazę na takie brązy, szarości itp. I wydaje mi się, że nie będę jedyna, bo Wy pewnie macie podobnie. Prawda?



Spodobał się Wam?

 

Semilac, Mardi Gras - hybryda idealna

wtorek, 21 lipca 2015 -


Mardi Gras 034, to chyba najlepiej sprzedający się lakier hybrydowy Semilacu. Można w ciemno stwierdzić, że nie ma kobiety, której się ten kolor nie podoba. I może te słowa, które wypowiem będą dość... mocne, ale jeśli na świecie miałby zostać tylko jeden kolor, i to ja miałabym prawo wyboru, zdecydowałabym się właśnie na ten. 

O tym, że kocham fiolet mówić nie muszę. Wiele rzeczy, którymi się otaczam jest w tym kolorze. Lubię fioletowe szminki, obudowy na telefon, mam nawet koc w tym kolorze. Dlatego nie dziwi mnie to, że tak chętnie sięgam właśnie po ten kolor hybrydy. Nie skłamię też, że za każdym razem, gdy zmieniam kolor na coś innego, w mojej głowie dochodzi do batalii, czy czasami nie nałożyć Mardi Gras raz jeszcze. 


Nie do końca fiolet


Mardi Gras 034, to nie do końca czysty fioletowy kolor. Ma w sobie domieszkę różu, który odpowiednio zmieszany, tworzy z nim idealną barwę fuksji. Kolor jest nieoczywisty. Sprawia wrażenie zmiennego, jak kobieta. W świetle dziennym potrafi przybierać barwy bardziej różowe, fuksjowe, by wieczorami zamieniać się w intensywny fiolet. I zbiera mnóstwo komplementów! Wierzcie mi, każdy zwraca na niego uwagę i każdemu się podoba. Zachwytom nie ma końca.

Przez tę jego zmienność, bardzo ciężko uchwycić jego barwę na zdjęciach. Starałam się, jak mogłam, aby oddać Wam rzeczywiste barwy, ale niestety ukazuje się mocno zero-jedynkowo. Dlatego gorąco polecam Wam zapoznać się z nim na żywo, jeśli tylko macie ku temu okazję. 

Nosi się tak, jak każda inna hybryda Semilacu, czyli... pięknie ;) Dwa tygodnie spokoju, błyszczących paznokci, przepięknego koloru i zachwytów. Hybrydy, to naprawdę dobra inwestycja.


Ten kolor możecie kupić tutaj. 

Wam też się podoba?


Semilac Mint i ratowanie złamanego paznokcia!

czwartek, 16 lipca 2015 -


Mięta, to kolor, który dominuje w mojej garderobie oraz rzeczach, którymi się otaczam, zwłaszcza wiosną i latem. Dlatego tak mocno kojarzy mi się z ciepłymi miesiącami i dobrym samopoczuciem. I właśnie teraz sięgam po nią najczęściej. 

Na hybrydy przestawiłam się jakiś czas temu. Nie ukrywam, że nie mam zamiaru wrócić do normalnych lakierów. Właściwie nie wiem, dlaczego trzymam jeszcze pudełeczka z lakierami Essie i resztą, bo... prawdopodobieństwo zejścia się jest bardzo niskie ;) 

Hybryda ląduje zarówno na paznokciach dłoni, jak i stóp. I jest tak wygodna, że naprawdę nie mam ochoty wracać do poprzedniego sposobu malowania paznokci. Tak, kolor pozostaje niezmienny przez około dwa tygodnie, ale nie przeszkadza mi to, bo daje mi to komfort, że nic mi nie odpryśnie, nic się nie zniszczy. Manicure jest idealny przez całe dwa tygodnie i jedyne, co przeszkadza, to odrost. Nawet błysk lakieru pozostaje taki sam, a kolor się nie odbarwia, jak w przypadku innych (według mnie gorszych) lakierów hybrydowych. 


Złamany? 

Ostatnio złamałam paznokieć. Niestety, było to z mojej winy. I tak cud, że nie stało się gorzej. W każdym razie, nie chciałam rezygnować z długich paznokci i ich wszystkich skracać, więc uznałam, że w ruch pójdzie Semilac Hard, do którego ostatnio przekonałam się bardziej, niż przy poprzednim wpisie. Teraz już wiem, jak go używać, żeby nie wyglądał na taki "gruby" i stara prawda życiowa się sprawdziła - trening czyni mistrza. Wpis o nim tutaj .

W każdym razie, nałożyłam na paznokcia (od spodu zabezpieczyłam go szablonem, który pozwolił mi ładnie "skleić" paznokieć) małą ilość Semilac Hard, którą utwardziłam, jak normalny każdą inną hybrydę w lampie. Na zdjęciu widzicie przed i po. Po wyjęciu z lampy spiłowałam górną warstwę, tak by wyrównać płytkę i by nie było żadnych wybrzuszeń. Nie uwieczniłam już tego na zdjęciu.

I gotowe! Kolejne dwa tygodnie bez zniszczonego paznokcia. Mogę spać spokojnie i nie martwić się, że moje paznokcie będą musiały być drastycznie skrócone. Prawda, że wygodne?  


Czas na miętę! 


Mnie akurat trafiła się trochę felerna buteleczka, bo aplikator w postaci pędzelka jest trochę irytująco wykrzywiony, ale to pewnie wada fabryczna. Nie przeszkadza to jednak w nakładaniu koloru, więc nie mam problemu, żeby pokryć równomiernie płytkę paznokcia. Mięta ma to do siebie, że wydaje się trochę smużyć, ale wierzcie mi, to tylko takie wrażenie. Manicure wychodzi mi zawsze idealny. 


W każdym razie, miętowe kolory, które do tej pory lądowały na moich paznokciach, były piękne z reguły przez dzień-dwa. Zwłaszcza Essie, który kochałam i nienawidziłam równocześnie, miał do tego tendencję. Po paru dniach były widoczne mikrouszkodzenia, pęknięcia, delikatne odpryski. Hybryda jest pięknie błyszcząca, soczyście intensywna i po prostu idealna do momentu, w którym zapragniemy nowego koloru.



Semilac Hard kupicie tutaj KLIK
Semilac Mint 022 kupicie tutaj KLIK

Lubicie hybrydy? Czy kompletnie nie przekonuje Was ta idea?


Już się nie boję samoopalacza! Vita Liberata!

poniedziałek, 13 lipca 2015 -



Cześć! 

Ale była cisza na blogu, no nie? Trochę ostatnio mi ciężko wygospodarować czas na to, żeby spokojnie dla Was popisać. Obiecuję jednak poprawę. W każdym razie, zapraszam Was na mój fanpage i Instagram. Tam jestem aktywna i możecie mnie śledzić na bieżąco. 

Dzisiaj jednak o produkcie, który zmienił moje postrzeganie samoopalaczy. Nie powiem, zawsze miałam z nimi problem. Bałam się, że porobię sobie nieestetyczne zacieki, że będzie potem wszystko źle wyglądać, że będę pomarańczowa albo że samoopalacz opali mnie na heban. 


Vita Liberata! 


Do Vita Liberata, pHenomenal 2-3 week tan mousse podchodziłam, jak pies do jeża. Było mi dość ciężko wyobrazić sobie fakt, że moje nogi w końcu nie będą blade, a ja nie będę latem wyglądać, jak córka młynarza. Mam niestety ten problem, że moje nogi są białe, jak mąka. Wiecznie białe. Tak, nawet po godzinach spędzonych na słońcu i długich prób opalenia się, one nadal są białe. 

Pianka, bo taką formę ma ten samoopalacz, pozwala na równomierne nałożenie za pomocą specjalnej rękawicy Tanning Mitt. I powiem Wam szczerze, że w niej leży ogromna część sukcesu. Na jedną nogę potrzebuję około 7 pompek produktu. Dzięki rękawicy mogę uzyskać taki efekt, na jakim mi zależy. Wierzcie mi, jeśli do tej pory używałyście do aplikacji samoopalacza tylko rąk, to pora to zmienić. I właśnie ta rękawica zrewolucjonizuje ten aspekt życia. Jest po prostu najlepsza. I można zapomnieć o tym, że po wszystkim trzeba starannie zmyć resztki produktu z dłoni, czy - nie daj Boże! - zza paznokci.


Jak nakładam samoopalacz?


Szybko wpracowuję produkt w ciało, za pomocą kolistych ruchów rozsmarowuję piankę i mogę być pewna, że nie będzie żadnych zacieków, brzydkich plam, czy czegoś podobnego. Nie, pianka rozprowadza się idealnie. Co ważne, wysycha! Więc nie ma się czego bać. Wystarczy zarzucić na siebie jakieś lekkie spodenki i robić przez około 3-4 godziny to, na co mamy ochotę. Nie brudzi otoczenia, nie musicie się bać, że najbliższe 4 godziny spędzicie na stojąco ;) 

Po wszystkim wskakujecie pod prysznic i zmywacie produkt z ciała. Szybko się to robi, nie ma większych problemów. Taka opalenizna utrzyma się od 4 do 7 dni. Jeśli jednak chcecie by efekt utrzymał się dłużej, bo nawet do trzech tygodni, to wystarczy powtórzyć zabieg raz lub dwa razy w ciągu doby. Opalenizna naprawdę pięknie się trzyma i schodzi równomiernie. Używam tego produktu już dość długo i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jest wydajny. 

Na plus też działa piękny i w 80% organiczny skład tego kosmetyku. Zapomnijcie też o jakichkolwiek obawach o nieprzyjemny zapach. Ten samoopalacz obala wszelkie stereotypy na temat tego typu produktów. Zero brzydkiego zapachu, ani w trakcie aplikacji, ani po. Nie czuć go na skórze. 


Za ile?


Pianka kosztuje 169zł za 150ml. Rękawica 29zł. Drogo, ale warto. Naprawdę warto wydać na to wszystko każdą złotówkę. To inwestycja w przepiękną, naturalnie wyglądającą opaleniznę. W komfort jej noszenia oraz przyjemną aplikację. Dla mnie nie do zastąpienia. I wiem, że w moich kosmetycznych zbiorach pojawi się na stałe. Nie wyobrażam sobie już lata bez tych produktów.


Brąz! 

Tak, teraz mogę pochwalić się przepiękną opalenizną. To najbardziej naturalny efekt, o jakim można marzyć! Kolor opalenizny jest idealnym odcieniem, lekko słoneczny, czekoladowo-brązowy, marzenie każdej kobiety. Wybrałam sobie kolor medium, który uważam za najlepszy dla większości z nas. Jest nie za mocny, ale daje satysfakcjonujący efekt. 

W Polsce produkty Vita Liberata dostaniecie w perfumerii Sephora, która ma na nie wyłączność. Klik!

No i co powiecie? Czujecie się zainteresowane? Zmieniłyście swoje zdanie na temat samoopalaczy? Ja się w końcu przekonałam! W każdym razie, czekam tylko, żeby do Polski wkroczyło jeszcze płynne światło tej samej marki i będę szczęśliwym człowiekiem ;) 

Make up menu - czerwiec

czwartek, 2 lipca 2015 -


Hej! 

Tak, jak wspominałam, planuję wprowadzić na bloga serię podpatrzoną u zagranicznych blogerek. Ogromnie podoba mi się pomysł pokazywania makijażu, który najczęściej wykonywałam w danym miesiącu. Zawsze przy okazji mogę się wypowiedzieć w minirecenzji na temat jakiegoś kosmetyku. Ponarzekać, że coś jest nie tak albo się pozachwycać. 

W każdym razie, czerwiec dał mi nieźle w dupę i nie chciało mi się spędzać godzin przy makijażu. Owszem, naprawdę lubię się malować, ale czasami jest tak, że chce się ten makijaż ograniczyć do absolutnego minimum. Czerwiec równał się też dla mnie z wieloma wyjazdami (a lipiec wcale się nie zapowiada inaczej ;)), więc nie chciałam też zabierać ze sobą miliona rzeczy. Co ratowało mnie z opresji i sprawiało, że nie dawałam po sobie poznać, że makijaż zajął mi 5 minut? 

Clarins, Instant Concealer 01

Nie wiem dlaczego tak długo czekałam z jego zakupem. Nie jestem w stanie tego racjonalnie wyjaśnić, po prostu się nie da. Jaki jest? Fenomenalny. Bardzo kremowy, ale nawilżający. Ładnie stapia mi się z cerą, chociaż może minimalnie się odcina (jak ktoś ma naprawdę dobre oko ;)). Co prawda staram się go rozblendować na maksa i chyba mi się udaje. A, bo nie wspomniałam! Teoretycznie jest do używania na przebarwienia, świetnie się też sprawdza pod oczami. Ma ładne krycie i naturalne wykończenie. Nie potrzeba go zbyt wiele. I właśnie dlatego, często lądował u mnie "na całej twarzy". To znaczy, że rozcierałam go w miejscach, w których potrzebowałam go najbardziej i tyle. Podkład poszedł na razie na bok. 


KIKO, Precision Eyebrow Pencil

Bez brwi z domu nie wyjdę. I nie, nie mam parcia na to, żeby były idealne, od linijki i sztuczne. Trochę je wypełniam, przeczesuje szczoteczką, żeby wyczesać nadmiar produktu i nie kombinuję z nimi jakoś szczególnie. Ważne, żeby miały w miarę podobny kształt i nie były zaokrąglone lub przesadnie wypełnione.
I tak, wiem, że jest w jednej trochę prześwit, ale wierzcie mi, że mam aktualnie na brwi totalne whatever.


Maybelline COLORdrama, 05 Light it up

Ukochana w ostatnim czasie. Piękna, intensywna czerwień, która dość długo utrzymuje się na ustach. Nie znika z nich brzydko i jest komfortowa. Może nie nawilża ust, ale ich też nie wysusza. Daje satynowe wykończenie, optycznie wybiela zęby i... no, po prostu ją bardzo lubię :) 


Bourjois, Rose D'or

Maluszek, który daje efekt zdrowej cery. Porównam go niedługo z Orgasmem z NARSa i nie będę Wam nawet teraz nic wspominać o tym, że ten wypada znacznie lepiej ;)
Jest wydajny, ładnie pachnie nawet na policzkach, długo się utrzymuje. Nic więcej mi nie trzeba. 

Bourjois, Silk Edition Powder

Czymś musiałam utrwalać tę kremową formułę korektora z Clarinsa. Uwielbiam ten puder i już powoli sięgam dna. Jest taki delikatny i nie wygląda pudrowo na twarzy. Mój absolutny ulubieniec. Jestem w nim ogromnie zakochana i nie ukrywam, że będzie to miłość na lata.

Maybelline, Lash Sensational Mascara

Mnie sprawdziła się świetnie. Daje mi efekt rzęs, na którym mi zależy. Ładnie trzyma podkręcenie, nie osypuje się w ciągu dnia i nie odbija na powiekach. Robi z moimi rzęsami cuda, chociaż ostatnio nie ma za bardzo z czym robić cuda, bo rzęsy mi się trochę przerzedziły i teraz je faszeruję nową odżywką na rynku. Mam nadzieję, że się sprawdzi i będę mieć firanki. 

Wibo, Diamond Illuminator

Latem zwracam uwagę na rozświetlacze jeszcze bardziej, niż o innych porach roku. Przecież słońce tak pięknie świeci i widać wszystkie te cudowne drobinki, które nakładam na szczyty kości policzkowych. Ten tani rozświetlacz jest chyba najlepszym jaki miałam. Lubię go zdecydowanie bardziej, niż rozświetlacz z theBalm, a cała reszta innych, które posiadam, poszła w odstawkę. Jest idealny na dzień i na wieczór. Pasuje do mojej bladej karnacji. Trafiał nie tylko na szczyty kości policzkowych, bo nakładałam go też na powieki. Trochę skłamałam, bo używałam też minimalną ilość bronzera w załamaniu, żeby coś tam się jednak zadziało, ale... to mikroskopijne ilości były ;) 

W każdym razie, jeśli jeszcze go nie macie, to nie wiem, na co czekacie, ale ja na Waszym miejscu gnałabym do Rossmanna!


A całość prezentowała się na twarzy właśnie w ten sposób. 

Jaki makijaż lądował na Waszej twarzy w zeszłym miesiącu? Czy już stawiacie na lekkie produkty? Ja ostatnio wyciągnęłam z szuflady kremowe róże. Coś czuję, że będą one rządzić moim światem w tym miesiącu ;) 

Ulubieńcy czerwca

niedziela, 28 czerwca 2015 -



Czerwiec mija i właściwie się już z tego ogromnie cieszę. Jeszcze nigdy w życiu ten miesiąc nie dał mi popalić tak, jak w tym roku. I mimo tego, że zawsze dobrze mi się kojarzył, bo był dla mnie miesiącem rozpoczynającym wakacje, piękną pogodę, jak i przynoszącym mnóstwo niespodzianek związanych z moimi urodzinami, tak w tym roku naprawdę odetchnę z ulgą, gdy w końcu będzie lipiec. Mam ogromne nadzieje, że będzie dla mnie lepszym miesiącem i uporam się z paroma problemami, które mam w głowie. 

Za chwilę przyjeżdżają do Polski rodzice i spędzimy fajne wakacje, zwiedzając kilka ciekawych miejsc. Nie mamy zamiaru siedzieć na tyłku, więc w tym roku wybierzemy się na pewno w polskie góry i zahaczymy o Pragę albo Wiedeń, jeszcze ostatecznie nie zdecydowaliśmy. Spędzimy też kilka dni razem w Szczecinie, a pod koniec miesiąca wybieram się do Gdyni i razem z Agnieszką będziemy się dokształcać i integrować na See Bloggers.

Jutro jadę do Warszawy na event Shiseido, który zapowiada się bardzo obiecująco, więc zabieram ze sobą aparat. Chciałabym przenieść Was w to miejsce i pokazać Wam, jak wyglądają takie spotkania od kuchni. Mam nadzieję, że moje zdolności zza aparatu podołają, bo w terenie się jeszcze dobrze nie spisałam. Chyba będę jechać na automatycznych ustawieniach ;) 

Na początku miesiąca chciałabym też wybrać się na szybką wycieczkę do Poznania. Muszę w końcu zjeść prawdziwy ramen ;) 

6. lipca wybieram się też na włosową metamorfozę. Chyba zabiorę ze sobą aparat, żeby pokazać efekt przed i po. Jak dobrze pójdzie (a mam naprawdę wielkie nadzieje i oczekiwania), to podzielę się z Wami namiarami na świetnego fryzjera w Szczecinie. 

I dobra, dość tego co u mnie, mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Czułam jednak, że muszę Wam wspomnieć o paru rzeczach. Przejdźmy jednak do tego, co jest kluczem dzisiejszego wpisu, czyli kosmetycznych ulubieńców miesiąca. 



KIKO, Precision Eyebrow Pencil

To absolutnie moja ulubiona kredka do brwi. Nie ma niczego lepszego na rynku. Nawet Brow Wiz z Anastasia Beverly Hills się jej nie równa. Ma idealny kolor dla mnie, ale też nie obyło się bez rzeczy, które mnie w niej denerwują. Szkoda, że nie jest automatyczna, jak ABH i nie ma też tak dobrej szczoteczki do wyczesywania nadmiaru produktu z włosków. Cała reszta - idealna.


YSL, Tint-in-oil, nr 8

Czekam, naprawdę czekam, aż pojawi się ta seria w Polsce. Olejek pięknie wygląda na ustach, nadaje im fajny kolor i zostaje na nich, tak jak prawdziwy tint. Przy okazji ma idealny aplikator, dzięki któremu aplikacja jest dziecinnie prosta, nawet bez lusterka. A zapach! Nie ma osoby, która by się nim nie zachwycała. 

MAC, Pigment Vanilla

Stosunkowo krótko w mojej kosmetyczce, ale miłość rozkwitła dość szybko i nie mam zamiaru z niej rezygnować. Ląduje na moich powiekach praktycznie codziennie. A jak nie na powiekach, to chociaż w wewnętrznych kącikach, by rozświetlić spojrzenie. Cudak! 

KIKO, cień w kredce, 05

To również dość niedawny zakup, ale już zdążyłam się w nim zakochać. Idealna ilość brązu, zmieszana z różowymi tonami, to coś po co naprawdę często i z ogromną chęcią sięgam. Dobry na co dzień, ale też na wieczory w klimacie randki. Pięknie się mieni, szybko nakłada, ładnie blenduje i jest długotrwały. 

L'Oreal, Brow Artist Plumper

Chyba nie ma lepszego żelu do brwi w drogeriach, niż ten. Po prostu nie ma. Daje lekki kolor, ale to co w nim mnie urzekło, to to, że naprawdę trzyma moje niezdyscyplinowane brwi w ryzach przez cały dzień. Raz zaaplikowany, nie pozwoli się im ruszyć choćby o milimetr.



Wibo, Diamond Illuminator

To mój ulubiony rozświetlacz. Ląduje na policzkach dosłownie codziennie. Przebił dla mnie każdy inny rozświetlacz i uważam, że za taką cenę, powinna go mieć każda z nas. Jest po prostu fenomenalny. 

Karaja, róż 01

Kocham. Po prostu kocham tę mozaikę kolorów. Niedługo pokażę Wam ją z totalnego bliska, bo jest tego warta. Róż jest intensywnie napigmentowany, pięknie wygląda na policzkach i ląduje na nich praktycznie codziennie. 

Maybelline, Lash Sensational

Wiem, że niektórym z Was się nie sprawdził, ale u mnie spisuje się najlepiej. Nie osypuje się w ciągu dnia, nie odbija mi się na powiekach, ładnie trzyma podkręcenie zalotką. Daje mi właśnie taki efekt rzęs, na jakim mi zależy.

Stella McCartney, Stella EDT

Uwielbiam te perfumy! Po prostu uwielbiam! Są lekkie, świeże, kwiatowe. Idealne na wiosenne i letnie miesiące, w których chcemy pachnieć świeżo i dziewczęco. Stella, to świetna propozycja dla kobiety w każdym wieku. A jej zapach wydaje się być zadowalający wiele nosów. No i te kropeczki na opakowaniu!

Maybelline, COLORdrama, 520 Light it up

Idealna czerwień, która świetnie współgra z moją, dość jasną karnacją. Jest fenomenalna. Mat, który oferuje jest bardziej po satynowej stronie, ale nic nie szkodzi. Jest bardzo miękka i ładnie się nakłada. Dodatkowo, nie ma żadnego problemu, żeby ją poprawić w ciągu dnia. Szkoda tylko, że wymaga temperowania. 


Maybelline, Dream Lumi Touch Concealer

Postanowiłam sobie, że będę go używać w tym miesiącu, bo jakoś odepchnęłam go na bok. Z niewiadomych mi przyczyn. Troszkę szkoda, ale nic się nie poradzi czasem na to, że coś nie zwracamy uwagi. Mimo to, że się do niego zmusiłam, to jestem z niego dość zadowolona. Trochę martwi mnie lichy wybór kolorystyczny, ale może producent coś z tym zrobi. 

Make Up For Ever,  Full Cover Concealer

Pod moje oczy się nie nadaje. Jest zbyt tępy w obsłudze, zbyt ciężki i ogólnie, nie na te rejony. Za to na niedoskonałości sprawdza się świetnie. Ja ostatnio zakrywam nim przebarwienia i naczynka, i właśnie w tej roli spisuje się wyśmienicie. Pięknie stapia się z cerą, długo utrzymuje krycie. Jestem zadowolona. 

Clarins, Moisture Replenishing Lip Balm

Ostatnio dość intensywnie nawilżam moje usta. Wzięłam się za nie mocno, bo zdarzało mi się je zaniedbywać. Na noc używam maski BiteBeauty, ale do torebki powędrował właśnie ten błękitny przyjemniaczek. To mój absolutny ulubieniec pod względem 




I to tyle! Znacie coś z moich ulubieńców? Polecacie lub odradzacie któryś z produktów?
Mam nadzieję, że  czerwiec minął Wam fantastycznie i macie ciekawe plany na wakacje. Chętnie je poznam! ;)

Całe mnóstwo nowości!

środa, 24 czerwca 2015 -



Cześć! Ostatni czas obfituje u mnie w sporo zakupów i nowości kosmetycznych. Powoli łapię się za głowę, bo... no niestety, zaczyna mi brakować miejsca ;) Postanowiłam jednak pokazać Wam takie 80% tego, co ostatnio do mnie trafiło. Jest tego (niestety i stety) więcej, ale uznałam, że pokażę Wam tylko te produkty, które były albo moimi zakupami, albo mocno, bardzo mocno mnie kręcą. Każdy inny produkt doczeka się recenzji, jeśli tylko na to zasłuży. 


ZOEVA

Pędzelki są prezentem od mojej mamy. Miała być nowa torebka, ale nie mogłam sobie upatrzeć nic konkretnego na stronie Wittchena, więc powiedziałam jasno "mamo, chcę pędzelki!" ;) Zdecydowałam się na zestaw 12 pędzelków do oczu marki Zoeva, w kolorze Rose Golden, który przychodzi w porządnie wykonanej kosmetyczce. Bardzo się z niej cieszę. Do tej pory miałam tylko jeden pędzelek z Zoevy, ten do bronzera. Wzdychałam do nich naprawdę długo i w końcu są moje. A jak wiecie, pędzelków nigdy za wiele.  





KARAJA

Byłyśmy ostatnio z Agnieszką w Warszawie na spotkaniu z marką ProNails oraz Karaja. Dostałyśmy trochę nowości, ale... czy ja muszę w ogóle cokolwiek mówić? Przecież dobrze wiecie, że ten róż, który widać na zdjęciu skradł moje serce w pierwszym momencie, w którym go zobaczyłam. Jest przepiękny, fenomenalnie napigmentowany, bardzo podoba mi się zabawa mozaiką kolorów... no i opakowanie! Je zobaczycie przy okazji bliższej recenzji. 


KONTIGO

W drogerii Kontigo, którą odwiedziłam z Agą specjalnie dla Sylwii, z którą spędziłyśmy fajne chwile w Warszawie, dałam się namówić... no, po prostu dałam się namówić i wcale nie trzeba było mnie zbyt długo prosić ;) Jestem łatwa. 

Kupiłam róż i rozświetlacz marki MOIA. Dwie bomby pigmentu! Naprawdę, trzeba z nimi uważać, ale wydają się świetne. Dorzuciłam sobie też żel do brwi z Essence, bo jak wiecie, mam obsesję na punkcie moich brwi i lubię o nie dbać. Może nie wychodzą mi za każdym razem idealne, ale... nie wyjdę z domu bez brwi i tyle. Ten żel ma być chyba czymś na kształt Gimmie Brow z Benefitu. Jak się sprawdzi - na pewno dam znać.
Wydając 30zł w drogerii, można było skorzystać z 60% rabatu na zapachy. Nie pozostałam obojętna, skusiłam się na zapach, który dostałam od kogoś lata temu, jeszcze w liceum. Bardzo go lubiłam, ale jakoś nigdy nie kupiłam ponownie. Dlatego uznałam, że taka okazja drugi raz się pewnie nie trafi, więc skorzystałam z promocji. Wybrałam zapach Halle by Halle Berry.



URBAN DECAY

Dużą, a tak szczerze mówiąc, to ogromną bazę pod cienie Urban Decay dostałam od Agnieszki w ramach prezentu urodzinowego. Miałam już mniejszą wersję travel size, którą kupiłam jakiś czas temu w Norwegii i byłam bardzo zadowolona z tej bazy, więc prezent, jak najbardziej trafiony ;) Ta pewnie starczy mi do końca życia!



MAC


W MACu nie poszalałam. To znaczy, kupiłam coś, bo nie mogłam wytrzymać i wiecie... być w Warszawie i nie kupić nic w MACu, to po prostu grzech! Dlatego skusiłam się na mały pigment Vanilla, który udało mi się kupić naprawdę fuksem. Wszystkie wiemy, jak szybko się rozchodzi, a ten w małych pojemnościach, to już w ogóle. Od momentu zakupu noszę go nieustannie i jestem w nim zakochana. 
Skusiłam się też na płyn do mycia pędzli, który nie kosztował kroci, a mój z Sephory się już prawie skończył. Czasami zdarza mi się kogoś pomalować, więc nie chcę używać brudnych pędzelków na kimś innym. Często też po prostu zastępuje mi to szybkie mycie. Trochę minus za to, że nie ma atomizera, ale zostawiłam sobie opakowanie po płynie z Sephory, do którego po prostu go sobie przeleję. 



KIEHL'S Clearly Corrective Dark Circle Perfector SPF 30


Zawędrowałyśmy z Agą do Arkadii. Wierzcie mi, nasz trip do Warszawy był pełen śmiesznych sytuacji, ale nie o tym ;) W każdym razie, jak już znalazłyśmy sklep Kiehl'sa, w którym Aga chciała sobie kupić krem pod oczy z avocado (niedługo o nim napiszę, bo mam go już trochę i oszalałam na jego punkcie), to zapytałam, czy nowość marki jest już dostępna w Polsce. I okazało się, że tak! Krem CC, który ma SPF30 i sprawdza się idealnie, jako dodatkowe nawilżenie tej wrażliwej strefy, jaką są okolice oczu, daje również leciutkie krycie. Musiałam go mieć w swoim życiu. Wiecie, blogerki mają trochę inaczej połączone zwoje w mózgu i nawet, jak czegoś nie potrzebują, to to kupią. Krem powinien już być dostępny w sklepach. 


KIKO


Wpadłam też, jak po ogień do Kiko. Szybko przebiegłam sklep i dorwałam zapas mojej ulubionej kredki do brwi, którą uważam za najlepszą, jaką kiedykolwiek miałam. Brow Wiz się przy niej chowa, ale niestety - ta nie jest automatyczna, trzeba ją temperować, co akurat jest wkurzające. No i nie ma fajnej szczoteczki do wyczesywania włosków. Nie można mieć wszystkiego - niestety.
Dorwałam też cień w kredce, w kolorze 05. Jest prześliczny i nieustannie ląduje na mojej powiece. Jest pomieszaniem brązu z różo-fioletem, dodatkowo pięknie się błyszczy. <3 


FOREO LUNA MINI I BRUSHEGG



W końcu spełniło się moje marzenie! Mam Foreo Lunę w wersji mini. Zdecydowałam się na tę w kolorze fioletowym, bo... to mój ulubiony kolor. Lubię też inne, ale fiolet always in my heart ;) Ten maluszek od dawna chodził mi po głowie, więc nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo szczęśliwa jestem, że go mam. Oczywiście już poszła w ruch, a ja zastanawiam się, jak mogłam wcześniej bez niej żyć. Jest po prostu genialna. 

Do fioletowej rodzinki dołączył też BrushEgg, który mam nadzieję, że pomoże mi się szybciej uporać z praniem pędzli. Wczoraj miał pierwszą próbę i na razie... na razie jeszcze nie wiem, czy się pokochamy. Zobaczymy po dłuższym używaniu. 



Były jeszcze zakupy w Bath&Body Works, a nową świeczkę możecie podziwiać w tle zdjęć. zdecydowałam się na zapach Sea Island Cotton. Wpadło też do koszyka kilka nowych żeli antybakteryjnych do dłoni, na których punkcie mam po prostu obsesję. 

I to by było na tyle. Za jakiś czas pewnie pojawi się kolejny haul, bo mam do wykorzystania kartę prezentową do Douglasa i przyjeżdżają rodzice na wakacje, więc pewnie wskoczę z mamą do paru sklepów, żeby jej coś poradzić, a ostatecznie wyjdę też z czymś dla siebie. 

Miałyście coś z moich nowości? Coś wpadło Wam w oko? O czym poczytacie najchętniej?

Secrets of beauty nad morzem!

sobota, 20 czerwca 2015


Hej! 
Moi drodzy! Przyszła pora podzielić się z Wami fotkami ze spotkania w Jastrzębiej Górze, w którym brałam udział. Razem z Agnieszką wybrałyśmy się nad morze i spędziłyśmy świetny czas. Bardzo nam się podobało. 


Wyjazd trwał trzy dni. W piątek się zakwaterowaliśmy, przywitaliśmy i zapoznaliśmy z osobami, których do tej pory nie znaliśmy. W sobotę czekał nas dzień pełen wrażeń. Były warsztaty (i to one podobały mi się najbardziej!). 

Zrobiłyśmy własny krem. Tak, same! Nie wiedziałam do tej pory, jak się to robi i powiem Wam, że jest to świetna zabawa. Bardzo podobała mi się zabawa w małego chemika, więc nie było nudy. Żeby wszystko wyszło tak, jak trzeba, oczywiście czuwała nad nami osoba, która się na tym znam. Marka Biolonica przygotowała dla nas właśnie taką atrakcję. Trafioną w punkt!








Z Craft'n'Beauty stworzyłyśmy własne woski zapachowe. Jak wiecie, jestem ambasadorką marki, więc już znałam metodę zabawy woskami i olejkami zapachowymi. Niemniej jednak, kolejny raz poczułam się, jak alchemik, gdy mieszałam różne zapachy tak, żeby powstał jeden, satysfakcjonujący mój nos. A woski dodatkowo tężeją wyglądając, jakby pokrywał je szron, więc było na co popatrzeć. 







Marka Gosh przygotowała dla nas świetną atrakcję, w postaci zapoznania się z nowymi markami, które wchodzą na polski rynek. Jest to Elegant Touch (doklejane paznokcie) i Eylure (sztuczne rzęsy). Nie powiem, zabawy było mnóstwo, zwłaszcza wtedy, gdy po raz setny próbowałam przykleić sobie rzęsy i sprawy w swoje ręce musiała wziąć Agwer, bo ja już nie dawałam rady :D W każdym razie, nadal jestem zdania, że najlepiej się czuję i najlepiej wyglądam w połówkach. Dlatego w domu nożyczki poszły w ruch. 









W sobotę wieczorem było jeszcze ognisko i mnóstwo śmiechu z dziewczynami z pokoju obok, czyli Sylwią Weak Point, Magdą z bloga 77gerda i Moniką z bloga Moniszona. Było prześmiesznie, przezabawnie i aż szkoda, że tylko jeden wieczór spędziłyśmy w ten sposób. Potem oczywiście usiadłyśmy w kółeczku i zaczęłyśmy oglądać sobie nawzajem nasze kosmetyki ;) 

A w niedzielę trzeba było wracać :)

Poniżej możecie poznać marki, które obdarowały nas fajnymi rzeczami. Tak, jak mówiłam - coś tam dla Was się też znajdzie ;) 



Dostałyśmy trochę nowości i innych przyjemnych prezentów. Bądźcie jednak czujne, bo ja już wiem, że na pewno jest kilka z nich, którymi się z Wami podzielę. Nie będę samolubem ;) 

Świetnie się bawiłam, naprawdę. Ośrodek, w którym byłyśmy, czyli Natura Park w Jastrzębiej Górze, okazał się być bardzo przyjemnym miejscem. Miejscem, w którym znalazło się mnóstwo przestrzeni dla tylu żądnych wiedzy blogerów.

Na koniec jeszcze wspomnę, że organizatorem spotkania był Michał z bloga Twoje Źródło Urody, któremu należą się ogromne gratulacje i podziękowania. Za to, że udało mu się to wszystko doprowadzić do skutku oraz za to, że udało mu się okiełznać tyle pełnych energii kobiet ;) Dzięki Michał! 


Fajnie było się wyrwać od codzienności, chociaż na chwilę. Pogoda nam dopisała, humory również. Oby następne edycje były takie same ;) 



DO GÓRY