Jak być bardziej produktywną? | 6 sposobów na pracę, która przynosi efekty

Tuesday, June 27, 2017 -


Te lifestylowe posty coś mi ostatnio dobrze idą, no nie? Chyba się trochę zmieniam... A razem ze mną, zmienia się też mój blog. Nie ukrywam, że nie jestem już tą dziewczyną, którą byłam, gdy pisałam swój pierwszy post. Lata temu, ponad cztery. Szmat czasu.

Teraz mam już blisko 26 lat, mimo że nie czuję się na nie kompletnie. Nie będę jednak dzisiaj poruszać tematu mojego kryzysu ćwierćwiecza. Ale obiecuję, a właściwie grożę Wam - jeszcze do niego tutaj wrócę!

Dzisiaj jednak o moich sposobach na lepszą produktywność.

1. Ubierz się.

Nie ma nic gorszego, niż praca w dresie, czy piżamie. Jeśli do komputera usiądziesz tak samo ubrana, jak chodzić w luźny dzień po mieszaniu albo kładziesz się do łóżka - sama pod sobą kopiesz dołek. Nie ma sensu ubierać się może w garnitur, czy białą koszulę, ale warto wcisnąć się w ciuchy, w których wyszłabyś na zewnątrz bez zastanowienia się, czy nie wyglądasz, jak model z wybiegu designera hipsterów. To pomaga też w przeniesieniu swojego umysłu w stan pracy - zdecydowanie łatwiej myśleć wtedy o tym, że TERAZ PRACUJĘ, a potem MAM CZAS DLA SIEBIE. Im lepiej rozgraniczysz te dwie rzeczy, tym sprawniej będzie Ci szła praca.

2. Umaluj też.

Nie omijam makijażu, chyba że naprawdę nie potrzebuję go zrobić. Wiadomo, że warto dać cerze odpocząć, nie oszukujmy się. Nie mam też codziennie ochoty na mocny makijaż, w którym nie pomijam żadnego kroku. Jednak, na co dzień, gdy wystarcza mi cienka warstwa podkładu, puder, róż, kredka do brwi i maskara, to naprawdę - niecałe 5 minut roboty, a ja czuję się znacznie lepiej. Zwłaszcza, że czasami moje cienie pod oczami wyrażają więcej, niż chciałabym aby wiedział o mnie wszechświat.

3. Porządne śniadanie + kawa

Jeśli odmówisz sobie śniadania i przełożysz je na później, to nie będziesz myśleć przy komputerze o niczym innym. A to chyba nie o to chodzi, żeby ślinić się na myśl o jedzeniu. Dlatego polecam dzień zacząć od zajęcia się najważniejszą sprawą, czyli sobą. Ma być sycąco, ale bez przesady, żeby też nie obciążyć żołądka z samego rana. Dobre, owocowe smoothie, czy jajko z awokado powinno dać radę. Polecam o sobie nie zapominać!

4. Pomodoro

To moja ulubiona technika pracy. Dzięki aplikacji w telefonie z łatwością znajdziecie czas zarówno na pracę, jak i odpoczynek. Zegarek odlicza Wam czas na jedno i drugie. Z reguły ustawiam sobie blok 25 minut pracy i 5-7 minut przerwy. Co ważne, w trakcie pracy nie robię nic innego, ale nie omijam też przerwy! Jak wybija jej czas, odkładam wszystko na bok, nawet jeśli nie skończyłam jeszcze swojego zadania. Głowie też trzeba dać odpocząć i pozwolić jej nabrać sił.

5. Internetowy ban!

Wierzcie mi, jestem mistrzynią prokrastynacji. Sądzę, że gdyby nie to, że mama się pomyliła i dała mi na drugie Karolina, to miałabym pomiędzy imieniem i nazwiskiem właśnie to słowo! Znajdę miliard sposóbów na przesunięcie terminu, zaczęcie pracy później i tak dalej. Nie wiem, dlaczego SAMA SOBIE to robię, ale to chyba jakiś chromosom, który ni cholery nie chce przestać przejmować kontroli nad moim życiem. Wystarczy chwila na Facebooku, żebym przeszła z oglądania głupiego filmiku, na portal ze śmiesznymi obrazkami (tak, jestem Mirabelką #pdk), a skończyła na the best of Ron Swanson w Parks&Rec lub kompilacji filmików z najśmieszniejszymi tekstami u Jimmiego Fallona. Och, kocham Lip Sync Battle i Hashtags. Równie zdradliwy jest też Netflix. Dlatego wiecie co najlepiej zrobić?
Dać sobie bana! Nie ma żadnego używania Internetu w innym celu, jak praca plus ewentualny research, ale tylko taki, który naprawdę pomaga Wam wykonać zadanie. Warto też przełączyć telefon w tryb samolotowy. Mnóstwo czasu tracę przez powiadomienia z Instagrama, czy telefony koleżanek - najpierw praca, później przyjemności.

6. Zanim zaczniesz nowe, skończ to co zaczęłaś!

To chyba najważniejsza z zasad bycia produktywną. I choć z pozoru błahostka, okazuje się być najtrudniejsza do zrobienia. Mnóstwo w moim życiu niedokończonych spraw. Niełatwo jest mi ogarnąć swój kalendarz, gdy do mojej głowy wpada miliard pomysłów na minutę. Spisuję je, ale często o nich zapominam. Nie ukrywam jednak, że staram się, jak mogę, aby kończyć jedno i dopiero wtedy zaczynać drugie. W ten sposób jestem najbardziej produktywna, bo wiem już że coś mam za sobą i mogę się w pełni poświęcić kolejnym wyzwaniom. Dla blogerek może to być rada, by nie rozpoczynać pisania kilku postów na raz - jeden w danej chwili wystarczy. I dopiero, gdy uda się Wam napisać ostatnie zdanie, rozpoczynajcie zabawę w następny.

Mam nadzieję, że Wam dzisiaj odrobinę pomogłam i znalazłyście w tym wpisie kilka rad, które wdrożone w życie, pomogą Wam być bardziej produktywnymi.
Jakie Wy macie metody na pracę? Dajcie znać w komentarzach, bo ja ostatnio mam problemy ze zorganizowaniem mojego czasu!

Becca, First Light Priming Filter - najlepsza baza rozświetlająca

Thursday, June 22, 2017 -

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Marka Becca weszła niedawno do perfumerii Sephora i już zdążyła podbić serca Polek. Nic dziwnego, w końcu stawia przede wszystkim na rozświetlenie. I nie mam na myśli tutaj tylko kultowych już odcieni rozświetlaczy, ale też szereg innych produktów przeznaczonych do makijażu twarzy, które mają za zadanie nadać cerze promiennego wyglądu. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Dzisiaj opowiem Wam kilka słów o bazie pod makijaż First Light Priming Filter, która skradła moje serce od pierwszego użycia. Zamknięta jest w szklanej buteleczce, skrywającej w sobie 30ml produktu, a jej cena na stronie Sephory, to 139zł. Niestety, sukcesywnie zostaje wykupowana, więc nie jest łatwo ją upolować. Szronione szkło, to trend w designie produktów kolorowych i nie ukrywam, że i tym razem się to sprawdza. Wyposażona jest w wygodną pompkę, która dozuje odpowiednią ilość produktu. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Jej zapach jest cytrynowy i bardzo rześki. Przyjemnie odświeża zmęczoną cerę. Niebieskawy odcień znika po rozprowadzeniu produktu na twarzy, więc się nie martwcie o wygląd kosmitki. Kolor ten ma za zadanie zniwelować wszelkie tony szarości, z którymi boryka się przemęczona cera. Baza jest tak naprawdę przy okazji produktem pielęgnacyjnym, ponieważ działa jak pobudzająco-nawilżające serum. Jest więc idealnym produktem pod makijaż dla każdej z nas, która ma problem z przesuszoną skórą. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy na skórze. Jestem nią naprawdę oczarowana. Nie przedłuża jakoś fenomenalnie trwałości makijażu, bo jednak - nie jest bazą do zadań specjalnych, ale nie ukrywam, że jako dodatkowe nawilżenie sprawdza się świetnie. W końcu, makijaż wygląda najlepiej na wypielęgnowanej cerze, a First Light Priming Filter na pewno w tym pomaga. 

becca-first-light-priming-filter-baza-pod-makijaz-rozswietlajaca

Macie swoje ulubione bazy pod makijaż? Lubicie rozświetlający makijaż?
Dajcie mi znać w komentarzach!

Kiehl's Rosa Arctica Eye | Najlepiej nawilżający krem pod oczy, jaki miałam

Tuesday, June 20, 2017 -

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

O tym, że Kiehl's jest jedną z marek pielęgnacyjnych, które lubię i cenię, doskonale wiecie. Co prawda, nie wielbię jej bezgranicznie, bo trafiło mi się już kilka kiepskich produktów, ale za Midnight Recovery Concentrate oraz Over-Night Biological Peel kocham tę markę ogromnie.  Dziś chcę Wam przedstawić krem pod oczy, Rosa Arctica Eye.
 kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

Marka nazwała go na stronie balsamem pod oczy, ale ja powiem szczerze, że do balsamu jest mu bardzo daleko. Jego konsystencja bowiem ma zdecydowanie gęstą strukturę. Przypomina więc bardziej masło, bardzo zbite. Nie jest to jednak w żaden sposób przytyk - takie treściwe konsystencje bardzo mi odpowiadają. Lubię mocne nawilżenie, a okolice moich oczu - wiecznie przesuszone - nie posiadają się z radości, gdy sięgam po ten kosmetyk. 

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

W słoiczku znajduje się 14ml produktu (189zł). Ja już dawno przestawiłam się na wyjmowanie go specjalną szpatułką, ponieważ nie wyobrażam sobie grzebać w nim palcami. I nie mam tutaj na myśli nieumytych dłoni. Po prostu, znacznie łatwiej nabiera się go takim przyrządem niż ślizga palcem milion razy, by zdobyć odpowiednią ilość produktu. 
Jego właściwości są nieocenione. Przyjemnie nawilża i wygładza okolice oka. Zawsze, gdy nałożę go więcej na noc (robię sobie taką "kurację" kilka razy w miesiącu), makijaż wygląda od razu lepiej, a moje oczy są wypoczęte i piękne. 
W jego składzie znajduje się Skwalan, czyli wysokiej jakości szlachetny olejek nawilżający pozyskiwany z oliwek, olejek z brzozy papierowej oraz ekstrakt z róży arktycznej. Ta ręcznie zbierana w bułgarskich górach roślina jest jedną z najbardziej odpornych na świecie. Naukowcy do dziś twierdzą, że przetrwała ona całą epokę lodowcową. Ma też wiele właściwości pielęgnacyjnych i w kremie pod oczy, ma za zadanie chronić i stymulować nowe komórki do działania.

kiehls-krem-pod-oczy-rosa-arctica-eye

To już mój drugi słoiczek tego kremu i przyznam szczerze, że jestem z niego bardzo zadowolona. Okolice oka znacznie lepiej wyglądają z nim, niż bez niego. Pierwszych zmarszczek nie uniknę, ale staram się, jak mogę, żeby moja wiecznie przesuszona cera już nie martwiła się o nawilżenie. Polecam Wam ten krem znacznie bardziej, niż wersję z awokado, która po pewnym czasie przestała na mnie działać cokolwiek. Pisałam Wam o nim kiedyś tutaj. Wtedy jeszcze się lubiliśmy. 

Znacie jakieś produkty Kiehl's? Macie swoich ulubieńców?
Dajcie mi znać w komentarzach!


Jak edytuję moje zdjęcia na Instagramie | Lista przydatnych aplikacji do obróbki zdjęć

Monday, June 12, 2017 -


najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

Postanowiłam przybliżyć Wam trochę temat tego, jak obrabiam swoje zdjęcia, które widzicie na moim koncie na Instagramie. Jeśli jeszcze mnie tam nie śledzicie - zapraszam serdecznie pod ten link @alamakotaa. Tak się złożyło, że jestem tam znacznie częściej niż na blogu i nie ukrywam, Instagramowicze mają ze mną lepiej. 

Dzisiejsze aplikacje odsyłają Was do linków, z których możecie je bezpiecznie pobrać. Podlinkowałam jednak wszystko do iTunes'a, z racji tego, że sama na co dzień korzystam z dobrodziejstw systemu iOS. Dwie z tych appek są płatne, zarówno w wersji na Androida, jak i iOS. Reszta dostępna jest całkowicie za darmo i bez problemu może je pobrać każdy. Zaczynamy!

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

Lightroom 

Lightroom, to moja miłość. Od kiedy pokochałam robienie zdjęć w RAWach i zrozumiałam, jak wiele można naprawić na komputerze, nie mogę wyjść z podziwu. JAK TO JEST MOŻLIWE? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Mimo posiadania tego programu na kompie, korzystam też z darmowej aplikacji na telefon, na której dopieszczam zdjęcia. Czasami mimo obróbki komputerowej widzę, że coś mi nie gra - jest za ciemno/za jasno. Wtedy sięgam po ten program i wszystko naprawiam. Zdjęcia nie tracą na jakości, a efekt końcowy jest najlepszy z możliwych. 

Facetune (płatna)

Nie kryję tego, że zdarza mi się poprawiać mój wygląd na zdjęciach. Staram się jednak znaleźć w tym umiar i przede wszystkim, nie robię tego za każdym razem. Czasami po prostu widzę, że bomba na pół twarzy psuje efekt i skupia za bardzo na sobie uwagę, gdy najbardziej powinny być widoczne oczy, czy usta. Narzędzie do usuwania nieprzyjaciół z twarzy, może też przydać się podczas czyszczenia tła i produktów! Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że miałam na jakimś przedmiocie paproszek, który umknął mi podczas robienia zdjęcia, ale wyszedł cudownie na fotce. Ta aplikacja sprawdza się też super w przypadku wybielania białych elementów na zdjęciu. Wiecie, czasami coś jest białe, ale jednak poszarzałe, czy lekko żółte. Wtedy z pomocą przychodzi Facetune, który pozwala na rozjaśnienie tych obszarów. Ludzie wybielają sobie w niej zęby, a ja wybielam tło. Zdjęcia są wtedy spójne i nadają się idealnie na Instagram.

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram


Snapseed 

Ooo, posłuchajcie o niej! To jedna z aplikacji, której używam na milion sposobów i ciągle nie mogę wyjść z podziwu, jak dobrze radzi sobie w przypadku szeroko pojętej obróbki zdjęć. Nie ukrywam, że sięgam po nią głównie wtedy, gdy chcę na zdjęciu stworzyć jakiś chwytliwy napis. Wtedy bez mrugnięcia okiem mogę zrobić napis, który w zupełności mnie satysfakcjonuje, wybierając wśród kilku z dostępnych opcji układów i fontów. Świetna sprawa. 

Procreate (płatna)

Tej aplikacji używam bardzo rzadko, ale chciałam Wam o niej wspomnieć. Co prawda, jej lepsza wersja śmiga dobrze na iPadzie Pro, ale z racji tego, że go nie posiadam - posiłkuję się tworzeniem małych pierdół na moim telefonie. Przez chwilę sądziłam, że wywaliłam na nią niepotrzebnie pieniądze i w sumie nadal myślę o niej podobnie. Mimo to, widzę jaki ma potencjał i jak wiele można w niej stworzyć. Nieskończona ilość pomysłów może zostać przelana na wirtualny papier i zostać później wykorzystana do tworzenia elementów graficznych na zdjęciach. Fajna sprawa dla tych z Was, które lubią się kreatywnie wyżyć i szukają czegoś, co pozwoli przejąć kontrolę nad zdjęciem w stu procentach. 

Vsco

Nie rozumiem tego zachwytu nad tą aplikacją, chociaż ostatnio znów na nowo próbuję się do niej przekonać. Chyba po prostu nigdy nie byłam specjalną fanką gotowych filtrów dodawanych do zdjęcia. Szczerze mówiąc, zawsze lubię sobie sama pokręcić guziczkami, które pozwalają na dostosowywanie zdjęcia do moich oczekiwań. W tej aplikacji znajdziecie jednak mnóstwo opcji aby dodać do zdjęcia więcej ciepła, ochłodzić je, zmniejszyć lub zwiększyć kontrast. Dużo w niej można zrobić, a przede wszystkim, można kontrolować wygląd feedu - jeśli jesteście w ogóle świrnięte na tym punkcie. Miałam w swoim życiu epizod, w którym sądziłam, że wszystkie zdjęcia na moim profilu muszą być spójne. Teraz trochę mi się pozmieniało, choć czuję, że obsesja na tym punkcie znów się zbliża. 

najlepsze-aplikacje-do-obrobki-zdjec-na-instagram

I to tyle, właśnie takich aplikacji używam na co dzień do obróbki moich zdjęć na Instagramie. Zdradźcie swoją tajemnicę idealnych zdjęć. Używacie któregoś ze wspomnianych przeze programów? 
Czekam na Wasze komentarze!

Różane mleczko do demakijażu, Sephora Micellar cleansing milk

Monday, June 5, 2017 -

mleczko-micelarne-rozane-sephora-podrozna-pielegnacja

Micelarne produkty, to jedne z moich ukochanych kosmetyków. Nie wyobrażam sobie zmywać makijaż czymś innym, tak naprawdę. Czasami trzeba podziałać silniejszymi produktami, gdy makijaż jest wodoodporny, ale jednak na co dzień staram się używać lekkich i skutecznych kosmetyków. Do takich należy micelarne mleczko Sephora Micellar cleansing milk w wersji różanej. Jego mała pojemność (100ml/29zł), to sprawa nie tylko idealna na podróże, ale też wygodna w codziennym użytkowaniu. Nie zagraca pokaźnych zbiorów pielęgnacyjnych. Dodatkowo, jest bardzo wydajne i wbrew pozorom, starcza na całkiem długi czas. 

W związku z tym, że jego konsystencja przypomina bardziej mleczko, niż zwykłą wodę micelarną, na skórze daje wrażenie lekkiego, jak chmurka woalu. O tym, że lubię takiego typu konsystencje, pisałam Wam przy okazji recenzji Euderminy od Shiseido. Producent zaleca używanie go przy pomocy płatka kosmetycznego, ja jednak wylewam odrobinę na dłonie i w skupieniu masuję twarz tak, by pozbyć się pierwszej warstwy makijażu. Całość ściągam w zależności od kondycji skóry, nawilżaną chusteczką do demakijażu beBeauty lub muślinową ściereczką. 

mleczko-micelarne-rozane-sephora-podrozna-pielegnacja

Produkt ten pięknie rozpuszcza podkład, korektor i całkiem dobrze radzi sobie ze zwykłymi maskarami. W przypadku produktów wodoodpornych idzie mu trochę gorzej, dlatego wspomagam się  w takim wypadku olejkami. Wersja ta natychmiastowo przywraca blask skórze i przyjemnie ją nawilża. Po jej zastosowaniu, skóra nigdy nie jest nieprzyjemnie napięta. No i zapach. Nie jestem fanką róż, ale ten zapach jest na tyle delikatny, że nie jestem w stanie się w nim nie zakochać. 
Zużyłam już dwa opakowania i myślę, że na tym się nie skończy. 

A co sądzicie o nich Wy? Macie swoje ulubione micele? 

Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach! 

MAKEUP MENU: Błyszczące, różowe usta z powiększającym błyszczykiem i lekki makijaż idealny na lato!

Friday, June 2, 2017 -

sephora-powiekszajacy-blyszczyk-usta-makijaz-na-lato

Kolejny tydzień z MAKEUP MENU pojawia się w wydaniu błyszczącym i niezwykle dziewczęcym. Dawno nie sięgałam po błyszczyki, ale pewien produkt z marki własnej Sephory rozkochał mnie w sobie na tyle, że nie jestem w stanie przejść koło niego obojętnie. 

Sephora Outrageous Plump Effect w kolorze 06, to coś na kształt kryjącego błyszczyku, czy modnych ostatnio napigmentowanych hybryd do ust. Jego zadaniem dodatkowo jest lekkie powiększenie warg. I tutaj zaskoczenie, ponieważ wszystkie produkty tego typu kompletnie się u mnie nie sprawdzały do tej pory. Za każdym razem drażniły mi usta niemiłosiernie, ale ten tutaj, to ich totalne przeciwieństwo. Lekko mentolowe szczypanie porównałabym do lżejszej wersji Carmexu. Usta są przyjemnie napięte, pięknie błyszczące, ale niepodrażnione! Wygodny aplikator sprawdza się super przy wyrysowywaniu konturu. Sam produkt ma trwałą formułę, która zostaje na ustach całkiem spory czas (oczywiście nie przeżyje jedzenia i picia). 

sephora-powiekszajacy-blyszczyk-usta-makijaz-na-lato

W tym makijażu użyłam też całkiem sporo nowości. Brwi wyrysowałam paletką cieni marki Loreal Brow Genius Kit i wstępnie mogę o niej powiedzieć tyle, że podoba mi się pół na pół. Jako bazy makijażu użyłam produktu Prep Step od Bare Minerals (wysoki filtr SPF 50!), a następnie wklepałam gąbeczką podkład L'Oreal Infallible 24Hr Matte. Oczy to delikatny look przy użyciu paletki Catrice, o której miałam już okazję pisać dla Was tutaj.  Do tego ulubieniec w postaci kredki Highliner Matte Gel Eye Crayon w kolorze Brownie od Marca Jacobsa. Wytuszowałam też rzęsy maskarą Roller Lash z Benefitu, do której jeszcze nie zapałałam miłością, ale być może się to w najbliższym czasie jeszcze zmieni, więc nie skreślam jej jeszcze totalnie. 

sephora-powiekszajacy-blyszczyk-usta-makijaz-na-lato

Temperatury za oknem coraz większe, więc staram się chwytać od czasu do czasu po takie matujące podkłady, które nie znikną mi z buzi w chwilę. Z tym się chyba nawet polubię. 

Zajrzyjcie też na inne propozycje makijaży: 
> O odważnym makijażu w kolorze wina

Podoba się Wam ten trend na produkty powiększające usta? Co sądzicie o różowym błyszczyku od Sephory? 
Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach! 

Estee Lauder, Revitalizng Supreme+ Global Anti-Aging Wake Up Balm

Wednesday, May 31, 2017 -


Nie jestem ogromną fanką kosmetyków Estee Lauder. Pisałam Wam o tym kilkukrotnie i sporo razy powtórzyłam to w różnych sytuacjach na Instagramie. Nie jestem zadowolona z kremu EE, na który kiedyś napaliłam się kiedyś, jak szczerbaty na suchary. Miał być idealnym zamiennikiem podkładu na co dzień. Czymś co łączy produkt kryjący z pielęgnacyjnym. Co wyszło? 
Nic dobrego, jest dla mnie za ciemny i za tłusty. Lubię, gdy produkty nadają mi rozświetlony, nabłyszczony efekt, ale gdy skóra wygląda na spoconą - wysiadam. 

Nie zachwycam się też serum Advanced Night Repair. Pisałam Wam kiedyś o nim w nowościach i właściwie nie doczekał się recenzji, więc muszę to jeszcze kiedyś nadrobić. Albo jestem za młoda na to serum, albo moja skóra nie reaguje dobrze na jego działanie. Działanie, którego tak naprawdę nie ma. Nie widzę żadnej różnicy, czy go użyję, czy nie - efekt jest taki sam. 

Miałam też na swojej drodze epizod z niewypałem korektorowym Double Wear i kremem pod oczy Revitalizing Supreme Eye Cream. Nie sprawdziły się u mnie oba. Tak samo było też w przypadku podkładu Double Wear. 



Możecie więc sobie wyobrazić moją minę, gdy zobaczyłam nowości pielęgnacyjne z serii Revitalizing Supreme+. Najnowszy krem, to ulepszona formuła serii Revitalizng Supreme. Krem ten bardzo polubiła moja mama, osoba po 45. roku życia. Ja co prawda lubię gęste konsystencje i treściwe kremy, ale miałam nieodparte wrażenie, że jakoś ani z kremem, ani z balsamem się nie polubię. 
Muszę Wam powiedzieć, że kremu dziś nie opiszę. Jeszcze go nie otwierałam i nie sprawdzałam, jak spisuje się włączony do rytuału pielęgnacyjnego. Przetestowałam jednak intensywnie Revitalizing Supreme+ Global Anti-Aging Wake Up Balm /30ml/285zł/, czyli multifunkcyjny balsam rozświetlający do twarzy. Jest to produkt o ciekawej konsystencji. Jest lżejsza niż typowy, gęsty krem - właściwie balsamiczna, aczkolwiek nadal treściwa i dobrze nawilżająca. Opakowanie oczywiście podoba mi się najbardziej. Mimo wrażenia ciężkości, zostało stworzone z lekkiego plastiku, który ułatwia podróżowanie. Produkt został wyposażony w pompkę i dozuje dobrą ilość balsamu. Podczas wieczornej pielęgnacji używam dwie pompki kosmetyku, który dystrybuuję na twarzy oraz szyi i dekolcie. Nie stosuję go w pojedynkę, bo wcześniej oczywiście nakładam na twarz esencję ze śluzem ślimaka, o której mogłyście już poczytać podczas wpisu o koreańskiej pielęgnacji z kosmetykami COSRX.



W jego składzie, prócz rozświetlających perełek odbijających światło, znajduje się kompleks przeciwstarzeniowy oparty na wyciągu z kwiatu morskiej lawendy. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej, lepiej warstwy. Skóra za to jest automatycznie nawilżona i przyjemnie sprężysta oraz błyszcząca. 


Można go używać zarówno rano, jak i wieczorem. Fajnie spisuje się, jako produkt pod makijaż i nie ukrywam, że namiętnie używam go ostatnio dwa razy dziennie. Ma błyszczące wykończenie i słyszałam już kilkukrotnie, że można go nakładać na szczyty kości policzkowych w celu osiągnięcia efektu rozświetlonej cery. To dla mnie zabieg całkowicie zbędny. Lepiej używać go po prostu, jako pielęgnację, bo jako rozświetlacz się nie sprawdza. 



Dlatego, podsumowując - jestem z niego bardzo zadowolona. Cieszy mnie to tym bardziej, bo to pierwszy produkt od Estee Lauder, który sprawdził mi się w stu procentach i z ręką na sercu mogę go Wam polecić. 

Na koniec, dajcie mi znać, czy miałyście już kiedyś możliwość testować pielęgnacyjne produkty Estee Lauder? Sprawdziły się u Was te kosmetyki?
Czekam na Wasze komentarze! 

5 POWODÓW, DLACZEGO NIE WARTO JEŹDZIĆ NA KONFERENCJE DLA BLOGERÓW

Monday, May 29, 2017 -


Właśnie wróciłam do domu z Blog Conference Poznań. Nawet niespecjalnie chciałam jechać na to wydarzenie, ale ostatecznie namówiła mnie Agnieszka. Dawno razem nigdzie nie wyjeżdżałyśmy i tak sobie pomyślałam, że "EJ, W SUMIE TO SPOKO". Przejrzałyśmy prelegentów, plan, dowiedziałyśmy się, że nie zabulimy za hotel milionów monet, jeśli kupimy go wcześniej niż zazwyczaj, no i pomyślałyśmy, że pewnie będzie spoko. I się czegoś nauczymy. 

Jednak, niektóre rzeczy nie zatrybiły. Wiecie do czego porównałabym BCP? (I generalnie większość konferencji dla blogerów, które mam na swoim koncie) Do maratonu w multipleksie. Myślisz sobie: "Ooo, ten maraton horrorów, to będzie dobry", a potem okazuje się, że pierwszy film to taki ujdzie-ujdzie. Następny przespałaś, na trzecim chciałaś wyjść z kina, ale przekonało Cię tylko to, że premiera jest na samym końcu i w sumie już, i tak zmarnowałaś mnóstwo czasu, więc zostajesz. Oczywiście ten ostatni film okazuje się najlepszy i zaciera ślad psychicznej gangreny, która wdarła Ci się do głowy. Niesmak gdzieś mija.

Mam kilka przemyśleń na temat tego, czego możecie się spodziewać po takich wydarzeniach. Oto one:

W kółko to samo ("do usranej śmierci") 

Nawet sobie nie zdajecie sprawy, jak prelegenci (znani blogerzy) potrafią powtarzać w nieskończoność te same pieprzone banały. Bądźcie regularne! To powtarzane jest niczym mantra. No... WIEMY. Wiemy, mówił to już Kominek i żadna z tego nowość. Tego samego dowiecie się na przykład z mojego posta Najlepsze rady dla blogera. Mam wrażenie, że są ciekawsze, a to nie ja siedziałam po drugiej stronie sali.

I żeby oni chociaż używali innych słów... Nie! Możecie się spodziewać tych samych prezentacji. W kółko. Jak już byliście na jednej konferencji i trafiliście na wykład pana X, to liczcie się z tym, że przeżyjecie w końcu to Deżawu rodem z piosenki Beyonce. Nie wydaje się Wam, że już to kiedyś słyszeliście? Nie, bo po prostu - słyszycie to kolejny raz. 

Nie wiem, czy to efekt lenistwa, czy może twórcy nie zdają sobie sprawy z tego, że ich publiczność często się pojawia na tego typu akcjach. Osobiście nie szanuję pod tym względem Łukasza Jakóbiaka. Wizualizacja była dla mnie definicją trudnego, angielskiego słowa "cringe", ale gdy 4 lata temu pierwszy raz wybrałam się na jego wykład, byłam zachwycona. Dwa lata później byłam na kolejnym i liczyłam na coś ekstra. Dostałam powtórkę. Nie to, żebym nie lubiła powtórek. Kevin sam w domu jest super, mogę oglądać w nieskończoność Harrego Pottera i urozmaicać to bajkami Pixara, no ale - historia życia Łukasza jest zabawna tylko raz. Zaoszczędzę Wam zmarnowanego na niego czasu na takich konferencjach - obejrzyjcie sobie jego wystąpienie na YouTubie, kanał TEDx. To samo usłyszelibyście na konfie.

I ten problem niestety dotyczy wielu "znanych". Pewnie nie chce im się przygotowywać do każdego wystąpienia indywidualnie. I ja to rozumiem. Dodatkowa praca, zmarnowany w Internetach czas, analizowanie rzeczywistości - a nie zawsze mogą oni liczyć na kasę za kilkanaście minut spędzonych przy mikrofonie. Ok, ale... Dla mnie mija się to z celem. Nie dowiaduję się niczego nowego - i ok, często mogą się na takich spotkaniach pojawiać nowe osoby, które wcześniej nie słyszały tych banałów. Ale większość z nas, którzy szukają inspiracji i kopniaka do działania, nie bloguje od wczoraj i takich wydarzeń ma już kilka na koncie. Zwyczajnie mnie to do tych ludzi zraża. I nie tylko mnie. 

Jesteście ch***wi

Jeden bloger na tegorocznym BCP strzelił sobie w stopę (czy w kolano?). Temat, który poruszał był ważny i myślę, że gdyby zaczął go inaczej, spotkałby się z lepszym odzewem. Jednak, już na wstępie jego ton brzmiał mniej więcej, jak słowa nagłówka. Ogólnie wiecie co? Powinniśmy się cieszyć, że agencja się do nas odezwała! I jak najszybciej jej odpisać, dosłownie w kilka minut. Najlepiej, żeby od razu były to wszystkie statystyki, wszystkie dane, jakie posiadamy i wstępny plan projektu. Macie swoje życie? CO Z TEGO! AGENCJA SIĘ ODEZWAŁA! Rzucamy wszystko w kąt i ODPISUJEMY!
Ok, rozumiem że w takich sprawach należy działać sprawnie, szybko, ale nie popadajmy w jakieś szaleństwo. Wszędzie uczy się nas, żeby:
>zawsze odpisywać jak najszybciej, bo przecież nikt nie będzie na nas czekać osiem lat
>być miłym i najlepiej w ogóle nie próbować nic sugerować - agencja wie lepiej, jaki jest mój czytelnik
>szanować agencję i zawsze odpisywać, nawet jak nie jesteśmy zainteresowani.

Wiecie co? Wkurza mnie to. Wkurza i frustruje. bo gdy ja robię wszystko, żeby współpracowało się ze mną super, często druga strona nie wysila się nawet na to, że  gdy miesiąc wcześniej ktoś zawracał mi cztery litery tym, abym poświęciła czas na wycenę i inne pierdoły, nikt nie odezwie się i nie powie głupiego: "Pani Alu, no niestety, skończyły się nam hajsy i w sumie, to się nam Pani nie podoba, więc nie będzie żadnej współpracy". I wiecie co? Tak, byłoby mi przykro, ale:
> nie czułabym się olana
> nie czekałabym w nieskończoność zastanawiając się, czy to coś ze mną nie tak, czy to klient zmienił zdanie i nic nie będzie
> czułabym, że osoba po drugiej stronie mnie szanuje, tak jak JA SZANUJĘ JĄ POŚWIĘCAJĄC JEJ WCZEŚNIEJ MÓJ CZAS.

Nas uczą jak rozmawiać z agencjami, jakby co najmniej był to upust boży, ale nie oszukujmy się. Nie my, to inni. I nie oni, to inni. Umowa obowiązuje obie strony. Nie bez powodu temat ten oburzył pół sali i blogerzy wspólnie twierdzą, że olewka pojawia się zbyt często. Zwłaszcza w kwestii płatności. 

Jeden rabin powie tak, a drugi nie...

Wszyscy sobie zaprzeczają. Naprawdę! Na jednej prelekcji dowiedziałyśmy się, że wcale nie jest istotne dla marek i dla agencji to, czy rozliczacie się na podstawie faktury, czy umowy o dzieło. Na innym warsztacie okazało się, że jeśli agencja ma do wyboru jedno lub drugie, to wybierze fakturę. 
Jedni mówią, że statystyki kompletnie się nie liczą, że liczba unikalnych użytkowników, to mit i wcale niczego nie daje. Drudzy twierdzą, że tylko rozpoznawalni ludzie są w stanie coś osiągnąć, więc w pierwszy mailu piszcie koniecznie swoje wszystkie zasięgi, żeby marki wiedziały, kogo mają przed sobą. I tak w koło. Wiadomo, można ufać bardziej komuś, kto na co dzień pracuje w agencji i zmaga się z tym w swoim fachu, ale jednak... nie lubię słuchać dyrdymałów, że mityczne UU nie jest ważne, podczas gdy okazuje się, że to bujda na resorach - każda agencja wymaga ode mnie screena, czego się da. No, ale wiecie - to wcale nie jest ważne... 

3 x NIE - ale my tak robimy

To jedna z zabawniejszych rzeczy, jakie mogłam usłyszeć. Nie róbcie treści durnych, klikalnych. Nie chciejcie, żeby lajki sypały się, jak szalone. To bez sensu. Wróżka-lajkuszka (Janina-daily wymyśliła genialną nazwę! <3), to coś co nie powinno Was interesować.

TYLKO SZTUKA.
TYLKO WARTOŚCIOWE TREŚCI.
TYLKO WAŻNE TEMATY.

Wiecie co? I mówiły to osoby, które na swoich blogach, czy fanpage'ach stosują co najmniej jedną z taktyk:
clickbaity - czyli tytuły celowo wprowadzające czytelnika w błąd,
memy - czyli mój ulubiony gatunek sztuki współczesnej,
dialogi - niby z prawdziwego życia, ale jednak stał za tym bajkopisarz,
emocje - często chamskie, kontrowersyjne treści, które są na czasie.

Rośnie nam konkurencja 

Wyobraźcie sobie, że osiągnęliście sukces. Powiecie komuś za darmo, w jaki sposób? Chcielibyście mieć większa konkurencję? Może ktoś będzie robił coś lepiej od Was? A może po prostu za konkretną i merytoryczną wiedzę, trzeba zapłacić?

No cóż. Dla mnie wartościowe okazały się tylko 4 z prelekcji. No, może pięć.
Janina daily, czyli osoba, która rozbawiła mnie do łez, a przy okazji powiedziała coś mądrego. prawiekonkrety od StyleDigger, do której rad na temat wypuszczania swojego produktu mam zamiar się zastosować. Charyzmatyczny Bartek Popiel, który mówił najmądrzej. JasonHunt, który dał mi do zrozumienia, że to, że komuś sprawdza się jakiś sposób na "sławnego bloga" wcale nie znaczy, że to samo zadziała u mnie oraz Tucholski, który niesamowicie mnie zaskoczył. W kilka minut poczułam się bardziej nakręcona, niż przez całe dwa dni zajęć. I wiecie co? Podobno czasami warto zrobić kilka kroków do tyłu, wrócić do tego co działało i zrobić to jeszcze lepsze. Po prostu trzeba działać, a nie trzymać kciuki.

Wracam jednak bogatsza o kopa w tyłek. Dotarło do mnie, że nie ma na co czekać. Ludzie ze statystykami podobnymi do moich zaczynali wtedy konkretne działania. Zatem jeszcze w tym roku ruszam z newsletterem, bezpłatnymi wskazówkami, które będą wstępem do czegoś większego - mojego kursu online. To znaczy, taki mam plan. I będę działać. Najwyżej nie wyjdzie. A jak nie wyjdzie, to spróbuje zrobić to inaczej, naprawić i jeszcze raz, i jeszcze raz. Bo po prostu, zamiast się zastanawiać, jak by to było i co muszę zrobić - trzeba zacząć to robić.


No i bardzo się cieszę, że mogłam w końcu poznać moje dziewczyny z naszych autorskich akcji wspólnych wpisów blogerskich, organizowanych z aGwer, które tak chętnie czytacie. Minimalniee, A piece of Ally, SIMPLISTIC oraz Paulinablog są super! No i Hola Paola też! Nie czuję, żebym zmarnowała weekend, bo oprócz cudownie spędzonego czasu towarzysko - otworzyły mi się oczy na parę spraw. I to tyle.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam! I chciałabym się dowiedzieć, czy macie podobne wrażenia po konferencjach dla blogerów. Czekam na Wasze opinie w komentarzach!

TOP 9 SERIALI NA NETFLIXIE

Friday, May 26, 2017 -

najlepsze-seriale-na-netflixie

Dzisiaj mi trochę wstyd, bo w sumie... okazuje się, że tracę mnóstwo życia na miejsca w sieci, które zabierają mi czas. Są jednak takie, które są małymi grzeszkami, które po prostu sprawiają ogromną przyjemność. Jednym z nich jest Netflix. 

Nadal jest mi żal, że na polskim Netflixie brak takich pozycji, jak chociażby Przyjaciele, których chciałabym obejrzeć w znakomitej jakości, gdy tylko mam na to ochotę. Jednak, baza filmowa i serialowa jest bardzo ciekawa i dzisiaj chcę Wam przedstawić kilka pozycji, na które warto poświęcić swoje wolne wieczory. Czy tam noce, jak wolicie. 

najlepsze-seriale-na-netflixie

ABSTRAKT: Sztuka Designu 

To seria dokumentów, które dotyczą szeroko pojętego tematu tworzenia. Jest przyjemnie dla oka, a odcinki dotyczą wielu, naprawdę ciekawych aspektów życia. Praca grafików, architektów i osób, które na co dzień działają bardzo kreatywnie, została tutaj przedstawiona w niezwykle intrygujący sposób. Jest bardzo estetycznie. 

najlepsze-seriale-na-netflixie

LOVE

To w sumie komedia romantyczna, ale nie jest nagrana w taki sposób, jak by się mogło wydawać. Jest czymś lżejszym niż klasyki. Mało atrakcyjny facet spotyka na swojej drodze ciekawą świata, dość walniętą dziewczynę. Wrzucono już nawet drugi sezon, więc nie wiem na co jeszcze czekacie - nadrabiać! 

najlepsze-seriale-na-netflixie

Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Genly'ego

Ten serial był i wciąż jest dla mnie zaskoczeniem. Genialny klimat, trochę na pograniczu absurdu, z odrobiną sci-fi, niesamowita intryga i świetna gra aktorska. Nie nudziłam się nawet przez chwilę i Wam również polecam sprawdzić ten serial. Jest wyjątkowo lekki i wciągający. 

najlepsze-seriale-na-netflixie

House of Cards 

Prezydenta Netflixa przedstawiać nie trzeba. Kevin Spacey jest dla mnie im starszy, tym lepszy. Lubiłam go w American Beauty, ubóstwiam go w HoC. Rola Francisa Underwooda, to dowód na to, że można lubić i kibicować człowiekowi złemu do szpiku kości. Razem z żoną, Clair, tworzą duet idealny. Jest ostro, brutalnie, a surowy klimat przyprawia o dreszcze. Z niecierpliwością czekam na kolejny sezon i mam nadzieję, że wciągnie mnie równie mocno, co poprzednie.

najlepsze-seriale-na-netflixie

Stranger Things 

Szturmem zdobyło serca wielu maniaków seriali, nie tylko w Polsce. Świat dosłownie oszalał na punkcie przygód grupy nastolatków. Jest zabawnie, ale miejscami też strasznie, więc nie polecam oglądać w samotności. Ja urządzam sobie wspólne seanse, bo inaczej jest zbyt creepy. Świetna gra aktorska, nawet w przypadku dzieciaków. Warto sprawdzić! 

najlepsze-seriale-na-netflixie

Grace i Frankie 

Włączyłam go sobie kiedyś totalnie przypadkowo i tak już z nim zostałam na stałe. To opowieść o dwóch przyjaciółkach w niedoli, które po kilkudziesięciu latach w małżeństwie dowiadują się od swoich mężów, że ci postanawiają od nich odejść i zacząć żyć swoim życiem, homoseksualnym życiem. Nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby po 40 latach małżeństwa okazało się, że mój mąż jest gejem, ale Jane Fonda świetnie obrazuje to, jak może czuć się w takim wypadku kobieta. Jest zabawnie, lekko, choć z obyczajowym zacięciem. 

najlepsze-seriale-na-netflixie

Black Mirror 

Po tym serialu spodziewałam się czegoś kompletnie innego. Byłam wręcz przekonana, że jest to serial, w którym główną rolę "gra" jakieś lustro, w którym człowiek widzi alternatywną rzeczywistość lub robi coś, czego by nie chciał zrobić. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się być to zlepkiem historii, kompletnie ze sobą na pozór niepowiązanych. Dlaczego na pozór? Bo mimo że nie trzeba w tym przypadku oglądać niczego po kolei, to śmiało mogę stwierdzić, że dywagacja nad rozwojem technologii w życiu człowieka, to coś co łączy wszystko w jedną całość. Trzeci sezon porwał mnie najbardziej, uważam  go za najbardziej dopracowany i poruszający tematy, o których z przyjemnością chce się rozmawiać. Zwłaszcza odcinek pierwszy, czwarty i szósty (s03) zasługują na chwilę uwagi. Polecam. 

najlepsze-seriale-na-netflixie

Better Call Saul 

Mój ulubiony serial tak naprawdę najbardziej rozkręca się w trzecim sezonie. Jeśli znacie Breaking Bad, to doskonale wiecie, kogo dotyczy ten spin-off. Historia Jimmiego McGilla jeszcze sprzed czasów, gdy poznał Waltera i stał się Saulem, to niewątpliwie jedna z ciekawszych rzeczy, jakie dane jest mi ostatnio oglądać. Rola Mike'a, to istny majstersztyk. Niesamowita gra aktorska, która potrafi wciągnąć nawet pomimo tego, że aktor wypowiada może jedno/dwa słowa przez pół odcinka. Świetna rzecz  dla fanów BB.  

najlepsze-seriale-na-netflixie

Cooked 

Lubicie jedzenie? No to chyba nie powinnam mówić już nic innego, bo to jest zachęcające samo w sobie. Trochę to krótkie, bo ma tylko cztery odcinki, ale wiecie - nada się na nudne wieczory, czy nawet gotowanie w kuchni. To dokumenty dotyczące nie tylko jedzenia, ale też kultury. Nie polecam oglądać na pusty żołądek! 

I to tyle. Na razie myślę, że i tak Wam wystarczy, a gdy tylko zbiorę kolejną porcję pozycji do nadrobienia, na pewno się z Wami tym podzielę. Miłego oglądania! 

Dajcie znać w komentarzach, czy tak jak ja, uwielbiacie Netflixa i tracie głowę dla seriali.
Co teraz oglądacie?

Moje sposoby na pielęgnację włosów || Kerastase, L'biotica, Amika oraz Bumble and Bumble

Wednesday, May 24, 2017 -

pielegnacja-wlosow-wysokoporowatych-nawilzajace-maski-i-olejki-do-wlosow

O tym, że żadna ze mnie włosomaniaczka, doskonale wiecie. Temat "przesadnego" dbania o moje włosy jest mi obcy, aczkolwiek... zaczynam się chyba w to wszystko wkręcać. Powoli, bo powoli, ale zaczynam. 

Chcę w najbliższym czasie na pewno wypróbować maseczkę do włosów od Anwen, bo skutecznie zachęcają mnie do tego opinie koleżanek-blogerek. Między innymi Balbiny we wpisie o trzech maskach do włosów.

Dzisiaj jednak  chcę Wam przedstawić odrobinę historię tego, jak udało mi się osiągnąć efekt, z którego jestem niesamowicie dumna. Mam na myśli suche siano, zmienione w lśniące i błyszczące włosy. 

Nigdy na swoje włosy nie narzekałam. Nie mogłam tego robić, bo jestem przez naturę obdarzona dość fajną opcją: są grube, mocne, ciężkie i jest ich mnóstwo. Rosną też szybko. Przy okazji muszę wspomnieć, że są średnioporowate lub wysokoporowate - jeszcze w stu procentach tego nie odkryłam.  Moim jedynym problemem przez lata była nieodpowiednia fryzura. Na szczęście znalazłam już cudotwórcę, który sprawił, że w końcu wyglądam, jak człowiek, a moje włosy skupiają wiele uwagi. Ponownie je zapuściłam ( i nadal to robię), bo teraz już wiem, że krótkie fryzury mi zwyczajnie nie pasują. Cieszę się długimi pasmami, których kolor jest czymś na pograniczu blondu i miodowej rudości, czasami zahaczającym o brąz. Kolor jest niezwykle naturalny i piękny. I nie, jeszcze się w sobie nie zakochałam :) 

W każdym razie, rozjaśniane włosy niestety cierpią. Choćby nie wiem, jak mocne były. Dodając do tego regularny brak używania odżywki, czy maski i olejku, możecie sobie tylko wyobrazić to, że moje końcówki w końcu zaczęły się łamać, a włosy postanowiły przypominać suche siano. Wdrożyłam jednak w końcu w życie kilka produktów, które pozwalają mi na cieszenie się cudownie gładkimi pasmami. Co prawda, nie znalazłam lepszego sposobu na rozdwojone końcówki, niż nożyczki, ale te produkty, o których Wam za chwilę opowiem, są dla mnie najlepsze z możliwych. 

pielegnacja-wlosow-wysokoporowatych-nawilzajace-maski-i-olejki-do-wlosow

Szamponów używam różnych. Co prawda, nie skupiam się na nich szczególnie, ale czasami są takie, do których z przyjemnością będę wracać. I jednym z takich jest właśnie Bumble and bumble, Thickening Shampoo /250ml/125zł/. Jest to szampon, który bardzo dobrze oczyszcza mi skórę głowy. W sumie, nadal mam ochotę na wersję Sunday, która jest podobno niesamowicie mocno oczyszczająca, ale  takich produktów nie powinno się nadużywać. W każdym razie, szampon który Wam dzisiaj pokazuję ma na celu zwiększenie objętości włosów. I rzeczywiście to robi. Jestem bardzo zadowolona z jego działania. Włosy znacznie dłużej są uniesione, a ich wredny i niekontrolowany oklap nie zdarza się tak szybko, jak w przypadku zwykłego szamponu. Poza tym, to po prostu szampon - nie ma się co nad nim dłużej rozwodzić. 

pielegnacja-wlosow-wysokoporowatych-nawilzajace-maski-i-olejki-do-wlosow

Do mojej pielęgnacji na stałe włączyłam też maskę do włosów marki Amika, Nourishing Mask z rokitnikiem /28$/250ml/. Marka te jeszcze nie jest dostępna w Polsce, ale już wkrótce powinna pojawić się w perfumerii Sephora. Było mi dane przetestować dwa produkty z linii włosowej wcześniej i śmiało mogę Wam polecić tę pozycję (drugą również, ale dotyczy stylizacji włosów i na pewno Wam ją jeszcze pokażę). Maska jest gęsta i treściwa. Używam jej raz w tygodniu, czyli tak naprawdę co 2. mycie. Zdarza mi się stosować ją na noc, ale raczej staram się jej nie zostawiać na tyle godzin bez potrzeby. Nie ukrywam jednak, że jest to jeden z przyjemniejszych produktów, jakie dane mi było testować. Przepięknie pachnie, zupełnie jak dobry zabieg u fryzjera. I właśnie taki efekt pozostawia po sobie. Nawilża moje pasma i sprawia, że są sypkie, i gładkie. Lśnią i widać, jak poprawia się ich kondycja. Rokitnik ma w tym przypadku dogłębnie odżywiać i rzeczywiście to robi.

pielegnacja-wlosow-wysokoporowatych-nawilzajace-maski-i-olejki-do-wlosow

Dołączyłam też olejek Kerastase Elixir Ultime do włosów koloryzowanych /ok. 139zł/100ml/. Ogólnie, jest to dla mnie przereklamowany produkt. Co prawda, lubię jego właściwości. Rzeczywiście, fantastycznie nabłyszcza moje włosy, pięknie wyglądają dzięki niemu nie tylko proste pasma, ale też loki, ale... taki sam efekt można uzyskać milionem innych olejków do włosów. Dlatego sądzę, że nie skuszę się na ponowny zakup, gdy wykończę tę buteleczkę. Starcza mi na dość długo, zważywszy, że używam go prawie codziennie. Zabezpieczam w ten sposób końcówki przed nadmiernym rozdwojeniem. W ciągu pół roku, zużyłam pół buteleczki. Wydajność w związku z tym jest na plus. Jednak, to co mnie skusiło do zakupu, to zapach. Kocham, gdy moje włosy pięknie pachną i gdy dotarło do mnie, że jego woń przypomina perfumy Chanel, Mademoiselle, wiedziałam że muszę go mieć. Jakież było moje zdziwienie, gdy zapach zniknął po kilku miesiącach używania. Olejek nadal pachnie, ale to już nie to samo. Zapach zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach i bardzo mi się to nie podoba.

pielegnacja-wlosow-wysokoporowatych-nawilzajace-maski-i-olejki-do-wlosow

Na koniec zostawiłam nowość w mojej pielęgnacji, czyli L'biotica Biowax Gold, Oleo krem, oleje afrykańskie arganowy i z baobabu /ok. 17zł/125ml/,  czyli krem nawilżający do włosów, który swoją konsystencją przypomina coś pomiędzy serum do włosów a lekką odżywką. Bardzo szybko się wchłania i może być stosowany zarówno na sucho, jak i na mokro. Niewielką ilość wgniatam we włosy (wielość ziarenka grochu na połowę włosów) na mokro i suszę je letnim strumieniem powietrza. Niestety, nie umiem żyć bez suszarki i rezygnacja z tego urządzenia w moim życiu nigdy nie nastąpi. Nie ma takiej opcji, bo... serio, moje włosy wyglądają fatalnie, gdy pozwalam ich wyschnąć samodzielnie. Czasami używam też oleo kremu na suche pasma, a następnie wciskam w nie jeszcze odrobinę olejku Kerastase. Taka mieszanka nie obciąża mi włosów i działa na nie bardzo dobrze. Są odżywione i przyjemnie gładkie.


To wszystkie produkty, których aktualnie używam do pielęgnacji moich włosów. Dajcie mi koniecznie znać, czy znacie któryś z przedstawionych kosmetyków. I polećcie mi koniecznie Wasze ulubione maski i odżywki! 
Czekam na Wasze komentarze.
DO GÓRY