Givenchy, Rouge Interdit

Tuesday, November 13, 2018 -

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red

Kolorówka marki Givenchy, to dla mnie nowość. Co prawda mam w swoim posiadaniu jeszcze dwa produkty (o jednym z nich napiszę już niebawem), ale poznaję się z tą marką dopiero teraz. Dość późno, jak na moją makijażową  przygodę z kosmetykami. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że dawniej lubowałam się przede wszystkim w snobistycznych produktach kolorowych z logo. I to się nie zmieniło, wciąż je kocham, wciąż testuję, kupuję, sprawdzam. Tylko przestałam o nich pisać i po jednej, bardzo szczerej rozmowie z osobą, z której zdaniem się bardzo liczę w mojej blogowej działalności, doszłam do wniosku, że bardzo odeszłam od tego, w jakim kierunku długo mój blog podążał. Czas do tego wrócić. Dlatego dzisiaj wrzucam Wam opinię o kolejnym produkcie kolorowym, który dostaniecie w tej lepszej sekcji produktowej polskich perfumerii. 


Pomadka Givenchy, Rouge Interdit (145zł) została zamknięta w czarnym, smukłym i bardzo eleganckim opakowaniu z nadrukowanym logo marki. Sam sztyft wyciągamy pociągając za sznureczek, kultowy już element designu pomadek marki Givenchy. Aksamitny materiał pomaga odbezpieczyć produkt, niczym kosmetyczny granat pełen barw. 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red

Jej kolor został okrzyknięty barwą "zakazaną" ( francuskie interdit oznacza właśnie zabroniony). Ozdobiony symbolami gwiazd, choć w pierwszej chwili może i słusznie przypomina o świątecznym klimacie, został zainspirowany również motywami Givenchy Couture. Pomadkę określiłabym, jako satynową. Jej perłowoczerwona barwa na myśl przywodzi mi metaliczny trend, który królował w tym roku podczas Sephora Open Door. Odbijające światło pigmenty mienią się i optycznie powiększają usta. Sam kolor jest intensywny i moim zdaniem bardzo świąteczny. W składzie znajdziemy olejki i odżywczy ekstrakt z czarnej róży. A szminka zapewnia ustom prawdziwy komfort i nawilżenie. 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-czerowna-szminka

Tył sztyftu został przyozdobiony gwiazdami, natomiast front został udekorowany logo marki Givenchy. Klasycznie ścięta pomadka daje komfortowe wykończenie i prostotę aplikacji swobodnie sunąć po ustach. Barwę określiłabym, jako winną czerwień o niebieskim tonie, ale równocześnie neutralnym zabarwieniu. Jest mocna, intensywna, bardzo kobieca i rzucająca się w oczy. Napakowana została błyskotkami, które pozwalają uzyskać efekt metalicznych ust. Nie jest to jednak tani brokat, na próżno więc szukać grubych drobin. Formuła jest delikatna.

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-swatche

W związku z tym, że jest to szminka w sztyfcie o nawilżającym wykończeniu, nie dziwi mnie fakt, że nie mogę jej trwałości porównać na przykład do szminek matowych. Jednak, jeśli jeszcze kiedykolwiek przeczytam w sieci takie porównania i dyskredytację pomadek nawilżających w związku z tym, przysięgam że zejdę na zawał. Kremowe i nawilżające, odżywcze wykończenia nie mają takiej trwałości, niestety. Choć dla mnie -stety. Wolę bowiem piękne i dobrze wypielęgnowane usta oraz pomadkę, którą będę musiała poprawić, niż suche na wiór wargi, a na nich skorupa z kolorowego produktu. Pomadka Rouge Interdit ma satysfakcjonującą mnie trwałość i przede wszystkim, dobrze się "zjada". Pozostawia na ustach trochę koloru, jakby barwiąc usta i nie tworzy dziur oraz prześwitów. Bez problemu daje się dokładać, a jej jedwabista konsystencja nie pozwana na przesadzenie z ilością produktu na wargach. Jestem oczarowana kolorem. Ostatnio wracam do czerwieni! 

Givenchy-Rouge-Interdit-midnight-red-makijaz

Czy zainteresowała Was ta limitowana nowość? Lubicie czasami poszaleć i kupujecie sobie produkty z wyższej półki? 

Burberry Her EDP

Thursday, November 8, 2018 -


Dziś znów trochę zapachowo, choć już w totalnie kobiecym wydaniu. Przy okazji ostatniego wpisu na blogu obiecałam Wam, że przybliżę też kilka nowych zapachów. Czy to nowości rynkowych, czy to w mojej kosmetyczce. Nie wyobrażam sobie też nie rozpocząć tej serii od zapachu, który właśnie wylądował na półkach sklepowych. 

Nowość w szeregach zapachów Burberry, czyli najnowszy zapach Burberry Her EDP, to propozycja dla młodych, odważnych dziewczyn. Perfumy te zostały stworzone z myślą o kobietach, które bez wysiłku są zawsze stylowe.



W nutach głowy znajdziecie czerwone i ciemne owoce leśne. Wyraźnie wyczuwalne są tutaj słodkie maliny, truskawki i jagody. Akompaniują im też wiśnie oraz jeżyny. Nutami serca zostały wybrane jaśmin oraz fiołek. Dzięki czemu zapach nabiera kwiatowych aromatów i pięknie się rozwija w ciągu dnia. Nutą bazy okazuje się być drzewna baza z mchem dębowym. 

Cały ten zapach, to swojego rodzaju woń mokrego po letnim deszczu lasu, w którym roi się od świeżych i dojrzałych jagód. 

Producent perfum zapewnia nas, że zabiera nas w twórczą podróż do Londynu. Dając przy okazji do zrozumienia, że właśnie w ten sposób pachną odwiedziny tego pięknego miasta. Jest bardzo słodko, bardzo owocowo, ale też otulająco i zmysłowo. Zapach utrzymuje się naprawdę długie godziny i zasługuje na miano ideału na okres jesienno-zimowy. 

Buteleczka została dość nietypowo zaprojektowana. Jest geometryczna, a atomizer został ulokowany przy bocznej krawędzi. Całość została oczywiście utrzymana w klimatach beżowego, pastelowego różu oraz elementów złota. Chciałabym też zwrócić Waszą uwagę na szyjkę atomizera - plastik jest praktycznie niezauważalny w cieczy, dzięki czemu mamy wrażenie, że flakon ten jest jedynie wypełniony pięknym zapachem. 


Burberry Her EDP (30ml - 279zł/ 50ml - 399zł, 100ml - 559zł) rozkochało mnie w sobie od pierwszego użycia. Podobnie do zapachu My Burberry Blush, mamy tutaj do czynienia z niezwykłą słodyczą, która kojarzy się z kobiecością. Ich dobra trwałość sprawia, że czuć je przez cały dzień, bez wyjątków. Pięknie się rozwijają, na mojej skórze przypominając nieco słodki, musujący, owocowy drink. Perfumy do dostania w perfumeriach Sephora oraz Douglas.

Zaintrygował Was ten zapach? Czym pachniecie jesienią? 

Nabla Cosmetics, Poison Garden Palette

Tuesday, November 6, 2018 -

Nabla-cosmetics-poison-garden-palette-paletka

Nabla nie przestaje zaskakiwać i wypuszcza właśnie na rynek nowy produkt. Dokładnie 8 listopada będziecie mogły zamówić swój egzemplarz na stronach polskich drogerii internetowych oraz  w perfumerii Sephora. Tym razem ma być mrocznie, w klimatach zakazanego, zatrutego i pokrytego bluszczem ogrodu. 

Paletka została zamknięta w kartonowym opakowaniu, klasycznym już dla paletek marki NABLA COSMETICS. Jej front zdobi oczywiście wytłoczony napis z nazwą paletki POISON GARDEN oraz czarne róże nadrukowane na kolorowym tle. W środku oczywiście znajdziecie sporej wielkości lusterko, w którym swobodnie wykonacie makijaż. Tym razem jednak zamiast 12 cieni, w środku znajdziecie ich 15. Wykończenia, których można się w nich spodziewać, to przekrój od matów po połyskliwe folie i błyski, które dają mokry efekt na oku. Cena niestety jeszcze nie jest znana (niestety nie dostałam jej w informacji prasowej), jednak spodziewać się można, że będzie droższa od paletek Dreamy oraz Soul Blooming.

Poczytaj też o:
> Nabla, Close Up Line
> Nabla, The Matte Collection
> Nabla, Denude Collection

Nabla-cosmetics-poison-garden-palette-paletka

15 cieni, które znajduje się w środku, to gratka zarówno dla profesjonalnych makeup artists, jak i dla tych z Was, które makijaż wykonują tylko na sobie. Kolory zostały dobrane w taki sposób, że śmiało stworzycie nimi zarówno lekkie makijaże dzienne, jak i te na wieczorne wyjścia do klubu, czy na randkę. Da się nawet stworzyć coś w stylu edytorial. 

CANVAS
, czyli najjaśniejszy cień w palecie, który stanowi cień bazowy. Niestety, na mojej powiece wygląda dość ciemno i nie wiem, czy jest to spowodowane kombinacją z nieodpowiednim korektorem, czy po prostu jestem za jasna. Popróbuję jeszcze w paru kombinacjach i dam Wam znać! 

ARCHETYPE, to foliowy, brązowo-fioletowy, brudny cień z fioletową, brązową i złotą drobiną. Niezwykle pięknie się błyszczy, idealny do mocnych smokey eyes. 

ADAGIO, czyli kawowy w moim odczuciu brąz. Bardzo ciemny i intensywny. Kolejny ideał do smokey eyes lub do pogłębiania koloru w zewnętrznym kąciku. 

BERRY BITE, czylijeden z moich ulubionych cieni w tej palecie. Wiecie, że lubię takie wiśniowo-czereśniowe czerwienie, które śmiało wpadają w burgund. To kolor, który jest według mnie must have w sezonie jesiennym. 

SUBLIMINAL, czyli prawdziwie złota folia, która jest wręcz napakowana brokatowymi drobinami. Pięknie lśni migotliwym blaskiem w świetle słonecznym. Jestem nią oczarowana. Najlepiej nakładać ją palcem, ale przy użyciu pędzelka też śmiało daje radę. 

OPERA, czyli intensywny, czekoladowy brąz, który został podbity burgundowymi tonami. 

NARRATIVE, czyli delikatnie kamelowy, neutralny w mym odczuciu odcień, który nada się do zaznaczenia załamania powieki.

HONEY, czyli mój absolutny ulubieniec! Intensywnie napigmentowana musztarda, totalnie jesienna! 

ADORATION, czyli jedno z największych zaskoczeń tej paletki. Cień foliowy o bardzo ciekawym wykończeniu, praktycznie mokrym efekcie na skórze w świetle słonecznym. Jego biała baza jest przy okazji przezroczysta? Nie wiem, jak Wam to wyjaśnić, ale ten cień, to naprawdę jakaś totalna magia! Jest napakowany drobinami, które mienią się na miliard sposobów! Fiolet, lekka lawenda, trochę srebra... Jest magicznie, naprawdę.

MAJORETTE, czyli intensywny kobalt, którego jeszcze nigdy nie kochałam tak mocno. Widzieliście go w najnowszym makijażu na Instagramie, a jeśli jeszcze nie, to poniżej Wam go podlinkuję. Sprawdzę się super w przypadku mocnego smokey eyes, z naciskiem na kolor. Jest mocno matowy, bardzo napigmentowany i daje się stopniować. Cudo!

CRAVING, czyli głęboki fiolet, który został napakowany intensywną ilością drobin w różnych odcieniach piasku pustyni. Dużo złota, brązu oraz fioletowego brokatu.

FABRIC, czyli mój ulubieniec wśród cieni foliowych. To cień idealny zarówno do makijażu wieczorowego, jak i tego na dzień. Beżowo-złota folia, mieniąca się wieloma odcieniami, ale z wyraźnie piaskowym tonem. 

ROSITA, czyli kolejny cień foliowy, tym razem już w wyraźnym, różowym tonie złota. Coś idealnego dla każdej miłośniczki mocnych błysków, ale takich, które pozostają w cukierkowych, dziewczęcych klimatach.

ZEN, czyli mój ulubiony cień transferowy. Jest dość mocno napigmentowany, więc trzeba z nim uważać, ale ładnie się blenduje i wygląda wręcz nieziemsko na powiekach. To ciepły brąz, którym nada się również do grania pierwszych skrzypiec w makijażu. Polubiłam go!

ZODIAC, czyli najciemniejszy z cieni dostępnych w tej palecie. Wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, że to czerń, ale nic bardziej mylnego. To bardzo intensywny, mroczny granat. Użyłam go ostatnio w moim makijażu smokey eyes i pracowało się z nim naprawdę idealnie.

Nabla-paletka-poison-garden

swatche-paletka-cieni-nabla-poison-garden

Generalnie, po kilku konwersacjach z koleżankami, doszłam do wniosku, że prawdą jest jedna rzecz. To mocno ulepszona wersja paletki Dreamy, do której dodano kilka nowych kolorów. Gdy myślałam o tym, widziałam możne 2-3 kolory, które są podobne. Jednak, gdy położyłam obie paletki koło siebie - jest naprawdę sporo, co najmniej 3/4 kolorów, które zostały mocno odrestaurowane. Dlatego jeśli jesteście już posiadaczkami poprzedniej palety, możecie odrobinę czuć się zawiedzione. Ja jednak uważam, że nie powinnyście. Głównie przez fakt, że formuła cieni w paletce Poison Garden jest ulepszona. Maty są kremowe, mocno napigmentowane i fenomenalne, a folie się nie sypią i pięknie nakładają się na powieki zarówno przy pomocy palca, jak i pędzelka. I kurde, nie trzeba przy tym nawet pędzelka języczkowego (typowego do korektora). Te bardziej napuszone też dają radę. 

Nie mogę się przyczepić do niczego, jeśli chodzi o formułę tych cieni. Jestem powalona na kolana. Osyp jest niewielki, a cienie wręcz kleją się do pędzla/palca. Tak, nawet te matowe. Łatwo da się nimi zrobić delikatny makijaż na co dzień, ale każdy z cieni daje się też pięknie budować i intensyfikować.

cienie-nabla-cosmetics 
Czy czegoś mi brak? Tak. Bardzo liczyłam, że w paletce znajdzie się przepiękny i wyjątkowy kolor butelkowej zieleni. Niestety na próżno jej tutaj szukać. I tak, jak każdy inny kolor pasuje mi tutaj idealnie (intensywne barwy, to według mnie kolory zatrutych kwiatów), tak brak mi tutaj tego jednego. Nie tylko byłby on w klimacie jesiennych makijaży, ale przede wszystkim wpisywałby się on w tematykę nazwy paletki. Czymże jest bowiem ogród, nawet ten zatruty, bez zieleni? 

Mimo wszystko, jestem z niej bardzo zadowolona. Przy jej użyciu zmalowałam już dla Was dwa makijaże na Insta, a prócz tego, używam ją praktycznie codziennie. Nie rozstając się wręcz z cieniem Fabric. Wrzucam Wam poniżej mocniejsze smokey, jeśli jeszcze go nie widzieliście. Po drugi makijaż zajrzyjcie na moje konto na Insta (@alamakotaa). Znajdziecie tam coś dla miłośniczek ciepłych tonów.




✨Obiecałam popróbować jakieś mocniejsze makijaże i oto jestem! Takie mocne smokey eyes, to coś dobrego na imprezę 👸🏼Tyle, że ja już jestem stara i sobotę wolę spędzać przed Netflixem 🤦🏼‍♀️ Do makijażu użyłam oczywiście niezwykłego cienia Majorette z najnowszej paletki Poison Garden od Nabli. Nie sądziłam, że kiedykolwiek nałożę na powieki kobalt, ale ten kolor wręcz prosi się o użycie! Jest prześliczny 🔥 🥀Używacie czasem kolorowych cieni, czy ograniczacie się do bezpiecznych brązów? 🤓 🥀BROWS @anastasiabeverlyhills Brow Powder Duo in Taupe 🥀FACE • Deborah Milano EXTRA MAT PERFECTION NR 01 🥀EYES @nablacosmetics POISON GARDEN PALETTE: HONEY, ZEN, ZODIAC, MAJORETTE and stunning ADORATION as a inner-corner highlight 🥀LIPS • @ctilburymakeup Pillowtalk Lipstick mixed with @fentybeauty Gloss Bomb #selfie #polishgirl #flawlesssdolls #abh #abhjunkies #100daysofmakeup #nablacosmetics #poisongarden #poisongardenpalette #girlpower #fallmakeup #autumnmakeup #autumnstyle #autumnvibes #makijaż #uroda #beauty #makeup #halloween #halloweenmakeup #wakeupandmakeup
Post udostępniony przez Ala ma kota (@alamakotaa)


Mimo tej wtopy z brakiem zieleni, jak dla mnie paletka jest bardzo godna uwagi, zwłaszcza zważywszy na jakość produktów, które mamy w środku. Jestem nią oczarowana! A Wy? Co o niej sądzicie? I jak podobają się Wam moje makijaże z jej użyciem?

nabla-cosmetics-paletka-poison-garden-czy-warto

Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, co Wy sądzicie na jej temat! Czy się skusicie na zakup?

Najlepsze męskie perfumy: Coach, YSL, Chanel, Calvin Klein i inni

Saturday, October 27, 2018 -



Pomyślałam sobie, że koniec października, to idealny moment na to, żeby powoli zacząć myśleć o prezentach świątecznych. A perfumy, to jedna z opcji, która pojawia się w mojej głowie niemal natychmiast. 

Dzisiaj chcę Wam przedstawić moje subiektywne zestawienie najlepszych zapachów męskich, które na sto procent spodobają się Waszym mężczyznom (a jak nie, to zawsze możecie im je podkradać :) Halo! Czy jestem jedyna, która do nieprzytomności wącha pięknie pachnącego mężczyznę? Gdybym mogła, nosiłabym męskie perfumy! Pssst... czasami mi się zdarza!) 

Coach Men Eau de Toilette, to perfumy dla energicznego i wyluzowanego mężczyzny. Zapach ma być synonimem Nowego Jorku, jest autentyczny i amerykański. Zdecydowanie dla faceta w okolicach 30 roku życia. Przed i po. W nutach głowy wyczujecie bergamotkę, kumkwat i zieloną gruszkę Nashi. W nutach serca znajdziecie kardamon, kolendrę oraz geranium. Natomiast nuty bazy, to wetiwer z Haiti, zamsz i ambra. Zapach jest równocześnie lekki i świeży, ale też otulający i męski. Idealny na co dzień, do pracy. Jego buteleczka, która należy już do klasycznych butelek marki Coach ma oczywiście korek/atomizer zamykany na zatrzask, tak aby blokada nie pozwoliła na wylanie się np. w torbie na siłownię. 
Ceny występują oczywiście w trzech wariantach: 40ml - 159zł / 60ml - 239zł / 100ml - 319zł


Kolejnym zapachem tej samej marki jest Coach Platinum Eau de Parfum. Tutaj kompozycja została zamknięta w buteleczce z lustrzanym odbiciem. Jej metaliczny wygląd naprawdę kusi. Wewnątrz znajdziecie takie nuty, jak drzewo kaszmirowe, szałwię, olejek z czarnego pieprzu, czy ananas. Wyraźnie jednak wyczuwalny jest skórzany akord oraz mieszanka wanilii i paczuli. To klasyczny, męski zapach, który łączy w sobie ciepło i elegancję. Zmysłowe nuty orientalno-drzewne przełamane zostały świeżością, która daje niewątpliwie wyjątkowy efekt. 
Ceny tego zapachu, to: 60ml - 269zł oraz 90ml - 359zł.

Męskie perfumy Chanel uważam z jedne z najlepszych na rynku. Nie wiem, jak oni to robią, ale każdy mężczyzna znajdzie tam coś dla siebie, przy okazji mogąc mieć pewność, że nie będzie pachnieć, jak połowa  mężczyzn na ulicy. Zacznę może od BLEU DE CHANEL, które przedstawiłam wiele lat temu swojej drugiej połówce. Zakochałam się w tym zapachu momentalnie, wiedząc że nie ma sensu szukać czegoś innego w perfumerii. To był TEN zapach. Jest bardzo charakterystyczny, intensywnie męski i niewątpliwie dodaje pewności siebie. To ziołowo-drzewna woń, bardzo ponadczasowa. Uważam, że nosić ją może mężczyzna w każdym wieku. Na początku wydają się być niezwykle świeże, ale niech Was to nie zwiedzie! Pozwólcie zapachowi rozwinąć się na ciele, aby wyczuć w nim mocniejsze tony sandałowca. Ceny, to 419zł/50ml oraz 599zł/100ml.

Jak widzicie, dwie buteleczki wyżej wspomnianego zapachu, to wciąż było mało, dlatego kolejnym zakupem okazał się być CHANEL, PLATINUM EGOISTE. Długo dywagowaliśmy, czy postawić na klasyczną wersję Egoiste, czy jednak zdecydować się na tę odświeżoną, Platinum. Same widzicie na co padło. To bardzo specyficzny zapach, nie spodoba się każdemu. Dla mnie jest w nim coś ze sklepu zielarskiego, czy apteki. Energetyczne świeże nuty łączą się tutaj z aromatyczną lawendą, olejkiem z liści pomarańczy, czy geranium. Sam producent określa je jako zapach z paprociowo-zielonym akordem. To niezwykle ciekawy zapach, nietuzinkowy i na pewno rzadko spotykany na ulicach. Ma jednak coś w sobie. Buteleczka 50ml kosztuje 339zł, a 100 - 449zł.


Nie wyobrażam sobie też tego zestawienia bez zapachu Calvin Klein Eternity Now. Choć do samej marki podchodzę ze sporą rezerwą, bo uważam, że nie są to zapachy górnolotne (w moim odczuciu, po prostu do mnie nie przemawiają). Mam w swojej kolekcji jeden zapach CK, który nawet lubię, ale nie sięgam po niego zbyt wybitnie. Natomiast Eternity Now rozkochało mnie w sobie do granic możliwości. Oszalałam na jego punkcie, wręczając go kilku mężczyznom w moim życiu (nie dorabiajcie sobie historii, tato też się liczy ;) ).  Jest świeżo, ale i bardzo męsko równocześnie. Wyczujecie w nim pikantny imbir, wodę kokosową oraz anyż. Całość otula dzięki marokańskiemu drzewu cedrowemu, fasoli tonka oraz wanilii z Madagaskaru. Nie mogę nie wspomnieć też o intensywnej nucie paczuli i liściach cedru. To zapach pełen sprzeczności. Niby mocny, silny i otulający, męski. A równocześnie lekki, świeży, bardzo pobudzający. Buteleczka 30ml kosztuje 179zł, 50ml - 259zł, 100ml - 315zł.

Tego zbioru nie może też opuścić kultowy zapach Carolina Herrera 212 Sexy Men. Wyjątkowo trudno dostępny. Mam wrażenie, że wycofany z większości perfumerii i drogerii w Polsce, dorwiecie przede wszystkim przez Internet lub na strefach wolnocłowych. To zapach dla nowoczesnego mężczyzny, idealny na randki i wieczorne wyjścia. Jest nieco orientalny, ale przede wszystkim bardzo słodki, ciepły i otulający. Jest bardzo zmysłowy i uwiedzie niejedną kobietę. W podstawie wyczujecie wanilię oraz bursztyn. Akompaniują im bergamotka, mandarynka, kardamon i pieprz. To ideał na jesień oraz zimę. Niestety w tym wypadku nie podam Wam ich ceny - za uzależniona jest od miejsca, w którym zdecydujecie się na zakup. 



Yves Saint Laurent ma w swojej kolekcji kilka nietuzinkowych, męskich zapachów, jednak jeden z nich jest wyjątkowo piękny i powiedziałabym nawet, że uniwersalny. YSL L'Homme Parfum Intense, to zapach dla charyzmatycznego i wyrafinowanego mężczyzny. Jest zmysłowy dzięki nutom ambrowym, ale też tajemniczy i otulający dzięki akordom zamszowym i drzewnym. Kwiaty tunezyjskiej pomarańczy oraz liście fiołka w mieszance z bergamotką sprawiają, że nabiera on cytrusowo-kwiatowej zmysłowości. Buteleczka 60ml kosztuje 369zł, a 100ml 489zł.

Zaraz za nim nie mogę nie wspomnieć o prawdziwej bombie! Mam tutaj oczywiście na myśli nic innego, jak znany już Wam pewnie zapach Victor&Rolf Spicebomb. Kocham wersję damską i dam sobie za nią rękę uciąć, ale męska podoba mi się równie mocno.  Spicebomb jest bardzo intensywny, mocny, śmiały. Bardzo męski, słodki, ale też nienachalny. Poczujecie tutaj mieszankę tytoniu, chilli, wetiwer w połączeniu z różowym pieprzem, bergamotką oraz liściem cynamonu. Ideał na jesień oraz zimę. Buteleczka 50ml kosztuje 325zł, 90ml -419zł. 


SOLO Loewe, to coś dla tych panów, którzy cenią sobie świeże i lekkie zapachy, które nie będą ich przytłaczać. Przy okazji nie dusząc też towarzystwa dookoła. To zapach bazujący na rześkich woniach, takich jak limonka, mięta, tymianek, rozmaryn, czy lawenda i mandarynka. Niech nie zwiedzie Was zawartość gałki muszkatołowej, kadzidła czy fasoli tonka. Te nuty są wyczuwalne, aczkolwiek dopiero po rozwinięciu się na skórze i też nie w takich ilościach, jak mogło by się wydawać. Zapach jest mieszanką dwóch sprzeczności, ciężkości i lekkości. Przy czym, według mnie, lekkość gra tutaj pierwsze skrzypce, wyraźnie wspierając się tymi mocniejszymi tonami. 
Buteleczkę 50ml kupicie za 369zł, natomiast 100ml to koszt 489zł. 


Emporio Armani, Stronger with you, to zapach dla współczesnego mężczyzny, który nie boi się zaznaczyć swojej obecności w towarzystwie. Ukryty został w eleganckim flakonie, którego dbałość o szczegóły przyprawi Was o zawrót głowy. Wytłoczone logo nawet na spuście atomizera, jest czymś wyjątkowo cieszącym oko. Uwodzicielska kompozycja zawiera w sobie esencję z różowego pieprzu, jabłko, płatki fiołka, lawendę, szałwię i kardamon. Całość dopełnia nuta karmelizowanych kasztanów, olejek z drzewa Gajak, bursztyn oraz wanilia. Brzmi intrygująco, prawda? I tak jest! To zapach dla mężczyzny, który wie czego chce i chce, aby o nim pamiętano. Jest słodko, nieco świeżo, ale też uroczo. 
Buteleczkę 30ml kupicie za 219zł, 50ml- 279zł, 100ml - 369zł


JEAN PAUL GAULTIER, Ultra Male, to zapach dla mężczyzny ciekawego świata. I choć nie jestem fanką buteleczek w kształcie ciała, z których znany jest Jean Paul Gaultier, muszę z całą stanowczością stwierdzić, że zapach ten mnie niezwykle zaskoczył. Słyszałam, że to ideał na wyjścia do klubu i muszę przyznać, że to prawda. Ultra Male, to zapach męski, ale z gatunku tych, które nie pozwolą o sobie zapomnieć. Co ciekawe, łączy w sobie wanilię i czarną lawendę, dwie wonie pozornie tak różne, że nie mogłam sobie wyobrazić tego połączenia. Wierzcie mi, wystarczy je powąchać, żeby się w nich zakochać na zabój. Są świeże, ale otulające równocześnie i bardzo wyjątkowe. Buteleczka, dość niekonwencjonalna, 75ml kosztuje 299zł, a 125ml to koszt 409zł.



A na koniec zostawiłam coś ciekawego. Totalną nowość na polskich półkach sklepowych. Marka Dunhill, którą dostaniecie w Douglasach, wypuściła właśnie najnowszy zapach, Dunhill Century który ma być celebracją 100 lat istnienia na rynku. Brytyjski producent od lat ma wśród klientów wiele wybitnych, angielskich osobowości.
Flakon, to połączenie metalu oraz szkła. Jego wnętrze widoczne jest na wylot, pięknie łapiąc światło i stanowiąc niemałą ozdobę np. w łazience. Nakrętka "łapie się" na magnes, nie pozwalając przy okazji na uronienie choćby kropelki zapachu. Bardzo ciekawe rozwiązanie, którego do tej pory nie widziałam w żadnym innym zapachu. Wystarczy przekręcić w jedną stronę i delikatnie podnieść zatyczkę by swobodnie dostać się do atomizera. 
Zapach ten, jak dla mnie, jest unisexowy. Bardzo przypomina mi ukochane przeze mnie Jo Malone w wersji Wood Sage & Sea Salt. Jest świeżo, dzięki grejpfrutowi, mandarynce i bergamotce. Ciekawie dzięki kardamonowi, żywicy oraz neroli, ale też bardzo ciepło i otulająco, dzięki drzewu sandałowemu, piżmu i papirusowi. To kompozycja owocowo-kwiatowa, dla odważnego i pewnego siebie mężczyzny. Zapach idealny do pracy. 
Buteleczka 75ml kosztuje 279zł, a 135ml to koszt 369zł. 

Mam nadzieję, że moje zestawienie najlepszych zapachów dla mężczyzny przypadło Wam do gustu. Szykuję coś podobnego w wersji dla kobiet, więc wyczekujcie wpisu.
Miejcie też proszę na uwadze to, że w kwestiach zapachów, często wrażenia są bardzo subiektywne i dzisiaj pokazałam Wam wszystkie te, które osobiście uważam za najciekawsze pozycje na rynku. 

A teraz dajcie mi koniecznie znać, czy w ogóle zwracacie uwagę na to, jak pachnie mężczyzna? Lubicie męskie perfumy?

Ulubieńcy ostatnich miesięcy: Burberry, Fenty Beauty, Clochee i inni

Friday, October 19, 2018 -


Dobrą passę należy wykorzystywać, dlatego dzisiaj wpadam do Was z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Dawno nie było na blogu takich wpisów, a ja uzbierałam naprawdę zacne grono kosmetyków, które mogę określić właśnie mianem ulubionych. Kompletnie się na nich nie zawiodłam i chciałabym móc je Wam dzisiaj w jakiś sposób zarekomendować, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyszedł Wam do głowy ich zakup. 

Zacznijmy od pielęgnacji i moich dwóch odkryć w tym temacie. Oba produkty, 
Tonik Mario Badescu niestety nie jest tak łatwo dostępny w Polsce, a  mój został zgarnięty za granicą. Trochę Was przepraszam, że go polecam, ale z drugiej strony sama wiem, że dla chcącego nic trudnego, więc jak mocno poszperacie, na pewno znajdziecie jakiś sklep internetowy, który go Wam sprowadzi. Zdecydowałam się na wersję z aloesem, ziołami oraz wodą różaną. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez toniku w spray'u. Po prostu. Zawsze muszę mieć kosmetyk, którym spryskam twarz po demakijażu, czy do wykonaniu makeup'u. To dla mnie już nierozerwalny krok w rutynie. Nie niszczy makijażu, ładnie odświeża i przywraca równowagę skórze. Jestem w nim absolutnie zakochana i wściekam się, że nie mogę go kupić tak po prostu od ręki! 


O zmianie w mojej pielęgnacji pisałam Wam też niedawno przy okazji prezentacji kosmetyków Clochee. Zaczęłam na dobre używać naturalnych kosmetyków i powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona z efektów, które udało mi się na razie osiągnąć. Mierzyłam sobie nawet ostatnio poziom nawodnienia skóry i wypadłam wyśmienicie, więc przynajmniej 80% tego rezultatu zawdzięczam kosmetykom. Ten, który najbardziej przypadł mi go gustu, to Clochee, Light Moisturizing-Revitalizing Cream. Bardzo szybko się wchłania i nawilża na długie godziny. Czegoś takiego mi właśnie aktualnie potrzeba, więc nie szukam nawet niczego innego. Krem-marzenie! 



W kwestiach makijażu twarzy nie byłam w stanie wybrać tylko jednego kosmetyku. Zacznę więc od mojej ukochanej bazy pod podkład, której to mam już kolejne opakowanie. Fenty Beauty Pro Filtr Instant Retouch Primer, to kosmetyk, którego nie zamienię na nic innego. Regularnie kocham ją od ponad roku i wiem, że się z nią nie rozstanę. Ma idealną konsystencję, działa jak dobry krem pielęgnacyjny i bluruje wszystkie nierówności na mojej twarzy. Nie wymagam nic więcej. Bardzo lubię ją łączyć z Fenty Beauty, Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation i choć nie czuję, żebym znalazła swój idealny match (moja szyja jest po prostu biała...), to znalazłam podkład, który prawdziwie mnie zachwycił. Mimo mocnego dystansu sprzed roku (nie byłam nim zachwycona w Barcelonie), zaczęłam go używać ponownie i kocham to, jak wygląda na mojej cerze. Wyrównuje koloryt, długo się utrzymuje i sprawia wrażenie drugiej skóry. LOVE! 
Więcej o kosmetykach Fenty możecie poczytać w osobnym wpisie na moim blogu - tutaj. 

Drugim podkładem, bez którego nie wyobrażam sobie życia, jest ukochany i wiecznie wychwalany przeze mnie Deborah Extra Mat. Podkład o naprawdę dobrym kryciu i jeszcze lepszej trwałości. Sprawdza się naprawdę super, zarówno na co dzień, jak i na większe wyjścia. Daje przyjemny, ale niepłaski mat oraz pięknie wygląda w obiektywie. Nigdy mnie nie zapchał i nigdy mnie też nie zawiódł. Jedna z lepszych pozycji w drogerii! A na promocji w Rossmannie dorwiecie go za połowę ceny, więc naprawdę warto! 



Z okazji jesieni odkurzam też ostatnio moje zapachy, które teraz będą odrobinę bardziej słodkie i duszące. Najwyżej nikt nie będzie koło mnie siadać, trudno :D Jesień i zima, to dla mnie czas słodyczy, zapachów otulających i ciepłych. Na bok idą wszystkie świeże wonie. 

Z przyjemnością sięgnęłam więc po zapach, który rozkochał mnie w sobie zeszłej jesieni. Mam tutaj na myśli Burberry My Burberry Blush EDP. Słodka, ale też równocześnie kwiatowa woń tych perfum przywodzi mi na myśl same dobre chwile. Jest stanowczo, ale też bardzo kobieco i seksownie. 


Nie wyobrażam sobie też życia bez tych gagatków wyżej. Od ponad dwóch lat nierozerwalnie kocham o tej porze roku pomadkę theBalm w kolorze Charming. To dla mnie idealny kolor na tę porę roku i nie wyobrażam sobie bez niej już życia. Jest przepiękną mieszaniną brązu, beżu i różu. Sprawdza mi się do lekkiego makijażu na co dzień i do tego mocniejszego, na większe wyjścia. 


Ostatnio bardzo sprawdził mi się również tusz do rzęs marki Artdeco Ultra Deep Black Mascara, który został zaprojektowany tak, aby docierać do wszystkich włosków. Pięknie rozdziela moje rzęsy i je unosi, dając efekt maksymalnego podkręcenia. Zawsze, gdy pytacie mnie o to, co mam na rzęsach, noszę ten tusz. Nie rozmazuje się w ciągu dnia. I mimo lekkiego osypu w ciągu dnia, wybaczam mu ze względu na długotrwały efekt! W duecie z kredką do oczu marki Deborah Kajal & Eyeliner Gel dzieją się już prawdziwe cuda! To mój ulubieniec w kwestii idealnie cielistej linii wodnej. Długo się utrzymuje (nawet w przypadku tak łzawiących oczu, jak moje) i daje piękny, matowy efekt. 

Błyszczyk Fenty Gloss Bomb, to dla mnie niemałe zaskoczenie. Spodziewałam się, że będę na niego narzekać i że okaże się być czymś niewartym uwagi. JAK BARDZO SIĘ MYLIŁAM! Jest genialny! Ma piękne drobinki i świetne właściwości nawilżające. Taki błyszczyk i masełko do ust w jednym. Znalazłam dla niego zamiennik w drogerii - wpadajcie na moje Insta (@alamakotaa), żeby dowiedzieć się, co takiego imituje go nawet lepiej, niż on sam! 



W poprzednim wpisie zdawałam Wam relację z tego, co sądzę o najnowszej serii cieni pojedynczych marki NABLA COSMETICS. Kolekcja The Matte Collection przypadła mi do gustu na tyle, że naprawdę nie używam ostatnio żadnych innych matowych cieni. Upodobałam sobie szczególnie beże i różo-fiolety, które to dla mnie nie mają sobie równych na rynku kosmetycznym. Ich formuła Hyper Matte daje wrażenie pracy z masełkiem. A intensywnie nasycone kolory - no cóż, naprawdę można się w nich zakochać! 


Nie mogłabym też nie wspomnieć tutaj o kolejnym produkcie marki Fenty Beauty, czyli KillaWatt Highlighter w kolorze Trophy Wife, który niesamowicie mocno mnie zachwycił. Rok temu nie zdecydowałam się na jego zakup, trochę bojąc się tego, co może mi zrobić na policzku. I mimo że konsultantka w Sephorze w Barcelonie mocno mnie na niego namawiała i nawet przekonała mnie po zaaplikowaniu na policzek (roztarła ten rozświetlacz tak pięknie, że nie pozostał mi po nim żaden kolor, tylko maaaaaaaasa drobinek), wciąż się bałam. Teraz już tak nie jest. To piękny kolor, który niesamowicie sprawdzi się na powiekach lub właśnie, jako taki rozświetlacz dla odważnych miłośniczek błysku. Ja się już nie przejmuję tym, co ktoś sobie pomyśli o moim makijażu i Wam też polecam takie podejście <3 


Kończę błyszcząco i mam nadzieję, że i Wam iskrzą się oczy, że Ala w końcu zaczęła dodawać wpisy ;) 
Dajcie mi koniecznie znać, czy miałyście już któryś z kosmetyków, które dzisiaj zaprezentowałam! Jestem szalenie ciekawa, czy coś Was zainteresowało! 
Czekam na Wasze komentarze! 


NABLA THE MATTE COLLECTION

Wednesday, October 17, 2018 -


Noooo hej! Tak, dawno mnie nie było. I nawet nie mam zamiaru szukać wytłumaczenia, wymówek i wmawiać Wam teraz miliarda powodów, dla których nastała cisza na blogu. Po prostu nastała. Możemy tego nie drążyć? Fajnie! ;) 

Chcę jednak wrócić na dobre tory blogowania i postanowiłam, że nie będzie ani jednej lepszej okazji do tego, niż po prostu usiąść i zacząć pisać o produktach, które ostatnio zawładnęły moim światem. Na pierwszy ogień rzucam po prostu, najnowszą kolekcję The Matte Collection marki NABLA COSMETICS. 

The Matte Collection 
Najnowsza kolekcja zawiera w sobie aż 12 matowych cieni do powiek, które idealnie wpisują się w jesienny klimat. Do zestawu można dokupić sobie magnetyczną paletkę, która opatrzona została piórkowym printem w kolorze rose-gold. Magnetyczna paletka mieści w sobie - jak widzicie - całą kolekcję cieni The Matte Collection.


Zwróćmy jednak uwagę na to, jakie pojawiły się w niej kolory. 

Coconut Milk + Kids,  czyli kokosowy beż, z lekko waniliową nutą oraz jasny beżowy brąz, który idealnie sprawdza się załamanie powieki. 
White Truffle + Cinnamon - nieco ciemniejszy beż, o chłodnym tonie oraz ciepły odcień idealnie oddanego cynamonu. 
Artemisia + Verve - fiołkowy odcień koloru mauve, idealnego na jesień oraz intensywniejszy odcień fioletu 
Leon + Cherie Shape, czyli ciepły brąz, idealny do przyciemniania zewnętrznego kącika oraz intensywny fiolet (dla mnie w klimacie ciemnego soku winogronowego)
Capsize + Poetry, czyli nieco zgaszony odcień fioletu o chłodnym tonie oraz niebiesko-szary odcień,
Chiaroscuro + Pitch Black - jasnoszary kolor, który na myśl przypomina mi rysik ołówka oraz prawdziwie czarna i intensywna czerń.


Nowe cienie marki NABLA COSMETICS, to też przy okazji nowość w asortymencie, ale również na rynku kosmetycznym. Ich wyjątkowa formuła Hyper Matte oparta jest o naturalne składniki i zapewnia długotrwały efekt oraz superpigmentację.Jeden cień kosztuje 35zł, a koszt magnetycznej paletki, to 50zł.


Nie ukrywam, że polubiłam się z tymi cieniami naprawdę mocno! Mocno na tyle, że od kilku tygodni, odkąd przesyłka PR trafiła w moje ręce, na co dzień nie używam żadnej innej paletki cieni. Kolory łączą się ze sobą przecudownie, są miękkie niczym masełko i intensywnie napakowane pigmentem. Nie mam żadnego problemu z osypywaniem się cieni, nie prószą się również podczas nabierania na pędzel. I są naprawdę łatwe w obsłudze. Idealne na jesienne i zimowe makijaże <3

Wrzucam Wam też makijaż, który wykonałam przy użyciu wspomnianych dzisiaj cieni, a który to pobił mój osobisty rekord zebranych serduszek na Instagramie. Rozbiłyście mi bank pod tym zdjęciem i mega się cieszę, że tak podoba się Wam ostatnio mój sposób na prowadzenie profilu. 



🍂✨Jak Wam się podoba ten makijaż? ✨🍂 Trochę mnie poniosło! Prawdziwie jesiennie, bardzo w moim stylu. 🍁Cieszy mnie panująca za oknem aura, bo w końcu można trochę poszaleć na twarzy. Wykorzystałam dzisiaj w akcji paletkę Nabli, z najnowszą kolekcją The Matte Collection. 🍒Jestem zakochana w jakości tych cieni! BROWS: •ka-BROW! nr 3 @benefitpoland FACE: •@fentybeauty #profiltr foundation in 150 Killawatt Highlighter in Fire Crystal EYES: •The Matte Collection @nablacosmetics in: Kids, Coconut Milk, Cinnamon, Cherie Shape, Capsize LIPS: •Nabla Dreamy Lipstick in UNSPOKEN mixed with Nars Lip Pencil in Endangered Red #flawlesssdolls #wakeupandmakeup #makeup #makijaż #selfie #polishgirl #fallmakeup #girlpower #fromworktoweekend #nablacosmetics #themattecollection #100daysofmakeup 




Skusiłyście się już na nowe cienie Nabli? Jak Wam się podoba ta kolekcja?

Szczecin ma się czym pochwalić! Moja pielęgnacja z marką Clochee

Wednesday, September 19, 2018 -


Marka Clochee jest Wam zapewne już znana, ale dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam trochę o mojej przygodzie z tymi kosmetykami. Gdy około miesiąc temu byłam już prawie u dna mojej ówczesnej pielęgnacji, kosmetyki Clochee okazały się być w odpowiednim miejscu, o odpowiedniej porze. I z pełną odpowiedzialnością postanowiłam dowiedzieć się, jak sprawdzi mi się naturalna pielęgnacja. Na wstępie wspomnę Wam jeszcze, tak dla przypomnienia, że jestem posiadaczką cery mieszanej, przetłuszczającej się w strefie T, ale wiecznie odwodnionej, która ma skłonności do przesuszeń. 

Nie omieszkam pochwalić się też faktem, że Clochee pochodzi z mojego miasta, czyli ze Szczecina. Na ulicy Bogusława X 10/2 znajdziecie stacjonarny sklep tej marki. Testy tych kosmetyków zapowiadałam Wam jakiś czas temu na Instagramie,  a relacją z wizyty w salonie, dzieliłam się na moim Stories. 





Dowiedziałam się wtedy, że część z Was regularnie stosuje kosmetyki tej marki i z radością wracacie do ich kosmetyków. Zwłaszcza te z Was, które za nic w świecie nie chcą rezygnować z dobrodziejstw natury. Z niecierpliwością czekałyście też na nowość, czyli krem rozświetlający (który swoją drogą również testuję i za jakiś czas podzielę się z Wami moimi wrażeniami na jego temat). 

Marka Clochee łączy w sobie stosowanie tylko naturalnych, certyfikowanych składników, które dają prawdziwe rezultaty z eleganckim, bardzo stylowym wyglądem. W ich składach nie znajdziecie niczego nieprzemyślanego. Możecie być też pewne, że nie znajdziecie tam szkodliwych substancji alergizujących (m.in. parabenów i innych konserwantów, oleju mineralnego i pochodnych ropy naftowej, silikonów, alkoholu, PEG, SLES. Tak samo jest w przypadku opakowań. Klasyka łączy się tutaj z nowoczesnością, a produkty w biodegradowalnych opakowaniach, zostały wyposażone w pompki, które ułatwiają aplikację wystarczającej ilości produktu, nie zanieczyszczając go. 



Przejdźmy już do moich wrażeń i zacznijmy od demakijażu. W przypadku intensywnego makijażu, który lubię czasami nosić, największą bolączką jest niestety pozbycie się go wieczorem. Głównie dlatego, że kosmetyki, na jakie się wtedy decyduję, mają charakter długotrwałych. Z pomocą przychodzi w takim wypadku olejek do demakijażu Clochee, Soothing Cleansing Oil. Jest bardzo wydajny i już jedna pompka potrafi rozprawić się na dobre z moim make-up'em. Przestałam mieć też problem z maskarą, którą ostatnio testowałam (niby nie jest wodoodporna, a pozbycie się jej z rzęs graniczyło z cudem). Sam produkt w ogóle nie obciąża i nie wysusza skóry, co było dla mnie dużym zaskoczeniem. Do tej pory oleje przesuszały mi skórę. Tutaj jest zupełnie inaczej. Dodatek oleju ze słodkich migdałów działa wygładzająco oraz odprężająco  (również ze względu na piękny zapach).



Po zmyciu makijażu przy pomocy olejku lub po prostu w dni, w które nie mam na sobie znaczącej ilości makijażu, sięgam po Clochee, Relaxing Micellar Water. Hydrolat z kwiatu pomarańczy, który jest w składzie tego płynu, to chyba mój osobisty hit! Przepięknie pachnie i koi skórę, pozostawiając ją przyjemnie oczyszczoną. Prócz niego znajdziecie też hydrolat z róży damasceńskiej, aloes oraz glicerynę. Zaraz po nim, sięgam po tonik Clochee, Soothing Antioxidant Toner. To produkt zawierający wyciąg z zielonej herbaty oraz miłorzębu. Czy w ogóle muszę mówić, jak pachnie? Bardzo szybko się wchłania i przygotowuje skórę do kolejnych kroków pielęgnacyjnych. Omijam korzystanie w tym wypadku z waciku i niewielką ilość produktu wylewam po prostu na dłonie, a następnie wklepuję go w skórę twarzy. Sam rytuał demakijażu w tych trzech krokach, jest dla mnie prawdziwą ucztą dla zmysłu zapachu. Bowiem każdy z produktów pachnie pięknie i relaksująco. 



Na tak przygotowaną i oczyszczoną skórę, sięgam po produkty nawilżające. W tym wypadku również decyduję się na metodę trzech kroków. Zaczynam od Clochee, Intensive Moisturizing Serum, który jest produktem zamkniętym w szklanym opakowaniu wyposażonym w wygodną pompkę. Dzięki czemu swobodnie możemy dozować odpowiednią ilość produktu. Kosmetyk zawiera podwójnie skoncentrowany kwas hialuronowy. Jest niezwykle lekki i bardzo szybko się wchłania. Nie daje uczucia lepkości, jest zupełnie komfortowy po wchłonięciu, a robi to w mgnieniu oka. Widocznie napina skórę, za co jestem mu niezwykle wdzięczna. Co istotne, nie stosujemy go w pojedynkę! Najlepsze rezultaty przynosi podczas łączenia z kremem. Używam go dwa razy dziennie i muszę przyznać, że jestem w szoku, jakie efekty widzę zwłaszcza na moim czole, z którym miałam do tej pory najwięcej problemów. 




Clochee, Light Moisturizing-Revitalizing Cream, to krem o bardzo lekkiej konsystencji, aczkolwiek bogatej formule. Trafiłam w związku z tym na coś, co lubię najbardziej - lekka formuła, ale maksimum nawilżenia. Zawarte w nim zostały komórki macierzyste z jabłek oraz ekstrakt z róży damasceńskiej. Ten ostatni sprawia, że skóra jest przyjemnie odświeżona. Jego delikatnie pudrowo-jabłkowy zapach uprzyjemnia proces nakładania kremu. Tutaj również zaobserwowałam uczucie napięcia i wygładzenia skóry po aplikacji. Świetnie sprawdza się pod makijaż - ani razu nie zrobił mi nieprzyjemnych niespodzianek w tym kontekście. Co więcej, pokuszę się o stwierdzenie, że matujące podkłady wyglądają na nim o niebo lepiej, niż z moją poprzednią pielęgnacją. 


Clochee, Intensive Regenerating Eye Cream/Mask, to produkt przeznaczony dla skóry wrażliwej. W swym składzie skupia komórki macierzyste pozyskane z jabłek oraz ekstrakt z lilii wodnej. Ma bardzo przyjemny, aczkolwiek delikatny i łagodny zapach. Szybko się wchłania i daje efekt wygładzonej skóry. Bardzo silnie odżywia i nawilża skórę wokół oczu, nie obciążając jej przy okazji swoją konsystencją. Może być śmiało stosowany pod makijaż, ale również nakładany w większej ilości na noc.




Jeśli jesteście ze Szczecina, koniecznie odwiedźcie stacjonarny sklep marki Clochee, który znajdziecie na ul. Bogusława X 10/2. Na pewno będziecie miło zaskoczone. Na miejscu czeka na Was nie tylko pełny asortyment i masa testerów, które pozwolą dobrać Wam konsystencje, które najbardziej lubicie, ale też profesjonalny personel, który na pewno doradzi Wam, jak radzić sobie z Waszymi problemami skórnymi. Będziecie mogły przyjrzeć się z bliska kosmetykom zarówno do twarzy, jak i do ciała oraz włosów. Czeka też na Was system lojalnościowy, dzięki któremu możecie zyskać swój ulubiony produkt ze zniżką 100zł. 

Marka Clochee jest również dostępna w naszym mieście w Douglasie w trzech większych galeriach handlowych, czyli Galaxy, Kaskadzie i Molo oraz oczywiście na www.clochee.com. Wszelkie nowości możecie śledzić też tutaj.




Z pewną dozą niepewności podchodziłam do naturalnej pielęgnacji. Głównie mając średnie doświadczenia z przeszłości, gdzie naturalne składniki kojarzyły mi się z kiepskim zapachem i słabym działaniem. Dlatego jestem naprawdę szczęśliwa, że udało mi się znaleźć remedium na moje problemy odwodnionej skóry.  Sam rytuał oczyszczenia i nawilżenia jest teraz o niebo przyjemniejszy, głównie przez widoczne rezultaty oraz piękne zapachy, które zachęcają mnie do regularnego stosowania. To na pewno nie koniec mojej przygody z pielęgnacją tej marki, więc mam nadzieję, że z chęcią poznacie moje zdanie o ich produktach. 


Dajcie koniecznie znać w komentarzach, czy miałyście już styczność z kosmetykami Clochee! Stosujecie naturalną pielęgnację, czy jeszcze nie miałyście okazji jej wypróbować? 

DO GÓRY