PURE by Realash

Wednesday, July 27, 2016


Serum Midnight Recovery Concentrate Kiehl's 
> Serum pod oczy Shiseido Ultimune Eye

> Serum do twarzy Shiseido Ultimune 

Im jestem starsza, tym bardziej boję się zmarszczek. Natura, a właściwie geny obdarzyły mnie dosyć specyficzną budową oka. Uważam, że mam opadającą powiekę, ale jednak nie każdy w stu procentach się ze mną zgodzi. Ja jednak tak twierdzę. W każdym razie, minął niedawno 25 rok mojego życia. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że zmarszczek na twarzy będzie tylko przybywać. A że stałam się trochę mądrzejsza i podchodzę do pielęgnacji twarzy już z większym zaangażowaniem - postanowiłam temu przeciwdziałać. 

Co prawda, zdaję sobie sprawę, że nie ze wszystkim jestem w stanie wygrać. Po prostu niektóre rzeczy są takie a nie inne i nic z tym nie jestem w stanie zrobić.Pod nóż chirurga na pewno przez najbliższe lata się nie wybiorę. Na pomoc przychodzą więc różne specyfiki. 

Wierzę w siłę sprawczą i naprawczą wszelakiego rodzaju serum. Czy to do całej twarzy, czy to pod oczy, nieważne. Ważne jest to, że dodatkowa ilość nawilżenia zawsze się przyda. Dlatego z przyjemnością zaczęłam używać produktu PURE by Realash. Nie jest żadną tajemnicą, że otrzymałam ten produkt, jako niespodziankę dla blogerów podczas targów beauty w Poznaniu, o których poczytać możecie TUTAJ.


Szklana i dość ciężka buteleczka, która została pokryta białą farbą, skrywa w sobie 15ml produktu, za który musimy zapłacić 190zł. Formą wybraną do aplikacji okazuje się być pipeta, która nawet przyzwoicie się w tej kwestii sprawdza. Jest to nowość marki, która do tej pory kojarzona była przeze mnie głównie z odżywką do rzęs, której jeszcze nie miałam okazji sprawdzić na sobie. W każdym razie, formuła produktu jest bardzo lekka, wodnista. Porównywalna z lekkością wody. 


W składzie znajdziemy takie rzeczy, jak: hialuronian sodu, olej abisyński, elastyna, wyciąg z plechy algi morskiej, ekstrakt z kwiatu pomarańczy, ekstrakt z granatu, ekstrakt z kiełków krokosza barwierskiego, Witamina A, E, B3 i wiele innych. Jak na tak unikatowo lekką formułę, jestem pod wrażeniem długości składu, który powala dobroczynnymi składnikami, które mają za zadanie kompleksowo pielęgnować delikatną skórę pod oczami. 
PURE nie powoduje podrażnień skóry i nie wywołuje alergii. Bez obaw mogą go stosować osoby z bardzo delikatną, suchą i wrażliwą skórą. 

Produkt intensywnie nawilża, świetnie odżywia i wygładza skórę. Nie wypowiem się jednak na temat tego, czy rzeczywiście spłyca zmarszczki lub usuwa widoczność cieni pod oczami. Moje są takie, jakie były - tutaj nie widzę różnicy. Widzę za to różnicę w wyglądzie skóry pod oczami. Jest napięta, odżywiona i nawodniona. Jestem naprawdę zadowolona z rezultatów. 

Serum bardzo szybko się wchłania. Jego lekka formuła wsysana jest przez skórę z prędkością światła. Cena jest tutaj chyba jednym negatywem. Innych nie widzę. 

A jak Wy dbacie o swoją okolicę oczu? 

NYX, Butter Gloss

Monday, July 25, 2016 -




Błyszczyki do ust nigdy nie były moimi ulubionymi produktami. Prawdę powiedziawszy, do dzisiaj wkurzam się na nie tak samo, jak kiedyś. Dlaczego? Głównie dlatego, że nie przepadam za tym, jak kleją się do nich moje włosy. Wietrzna pogoda niestety nie sprzyja tego typu produktom, dlatego wybieram je tylko wtedy, gdy wiem, że włosy nie będą mi się do nich kleić. Kucyki i wszelkiego rodzaju warkocze też się przydają w tej kwestii. 

Produkty do ust marki NYX są Wam dobrze znane. Mimo tego, że sklep internetowy nadal nie ruszył (a miał to zrobić kilka miesięcy temu), ich kosmetyki można dostać w sklepie stacjonarnym w Warszawie oraz na wszelkiego rodzaju targach beauty. Mój błyszczyk dostałam akurat w przesyłce od marki, która była miłym upominkiem/nagrodą w konkursie organizowanym podczas poznańskich targów. 


W uroczej (ale druzgoczącej swym zapachem) kosmetyczce w kształcie ust znalazłam kilka produktów marki. Jednym z nich był właśnie błyszczyk. Ideą tego produktu jest przede wszystkim lekkie do mocnego krycie i efekt mokrych ust. Mogę śmiało stwierdzić, że jak na drogeryjny produkt, wypada dość przyzwoicie. Kolor, który Wam prezentuję, nosi nazwę Peaches and Cream(ok. 25zł). I tak, jak sama nazwa wskazuje, wygląda na ustach, jak rozbielona, zmieszana z różem, brzoskwinia. Podobno się nie klei. Podobno, bo ja niestety muszę się z tym nie zgodzić. Trochę się klei, ale pozostawia usta nawilżone, jest bardzo komfortowy i pięknie wygląda.



Kolor bardzo mi się spodobał, ale jeśli mam być szczera, nie oszalałam na punkcie tego produktu. A to oznacza tylko jedno - nie będę chciała kolejnych kolorów. Troszkę szkoda, bo nasłuchałam się o nich tyle dobrego, że chyba spodziewałam się małego cudu. Nie zrozumcie mnie źle, produkt jest naprawdę fajny, ale jakoś tak... nie mam ochoty na więcej. Ten mi w zupełności wystarczy. 

Macie swoje Butter Glossy?

Matowe paznokcie nude

Wednesday, July 20, 2016 -


Mat nigdy nie był moim ulubieńcem. Nie lubię sztucznej pudrowości na skórze twarzy. Nie przepadam za matowymi samochodami i elementami dekoracyjnymi, ale gdy w grę wchodzą matowe paznokcie - zaczynam przypominać Osła ze Shreka i jego "wybierz mnie!".

Na zdjęciu Semilac, Frappe

Noszę hybrydy już bardzo długo i nie za bardzo mam ochotę z nich rezygnować. Staram się jednak jakoś urozmaicać sobie wybory kolorów, które noszę przez kilka tygodni. Dodaję rożne pyłki, bawię się w zdobienia i niestandardowe połączenia kolorystyczne. Dlatego, gdy dowiedziałam się, że marka Melkior Professional posiada w swym asortymencie matowy top hybrydowy, Soak-off Gel Matte Top Coat (81.20zł/15ml) podskoczyłam z radości.

Na zdjęciu Semilac, Creamy Muffin

Oczami wyobraźni pokryłam nim wszystkie kolory w moich zbiorach i od razu zapragnęłam spróbować jego połączenia z którymś z posiadanych odcieni nude. Padło na Creamy Muffin oraz Frappe od Semilacu. Głównie dlatego, że jego karmelowa barwa jest na tyle jasna i neutralna, że spisze się w każdych warunkach. Będzie idealna do szkoły, do pracy, na ważną okazję.

Wydaje mi się, że matowy nude pasuje każdemu. Każdej karnacji i każdej długości paznokci.  Sprawia, że dłoń wygląda na czystą i zadbaną. A dla kobiet, które nie chcą zwracać uwagi swoim manicurem, to idealna propozycja.

Co o tym sądzicie?

Nivea, Pielęgnujący płyn micelarny

Monday, July 18, 2016 -


Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie życia bez płynu micelarnego od Biodermy, Sensibio H2O. Z perspektywy czasu, mam ochotę do niej wrócić i przypomnieć sobie za co ją kochałam. 
W tym czasie, przez moje ręce przewinęło się naprawdę sporo zmywaczy do makijażu. Lepszych i gorszych. Nie podzielam na przykład zachwytów nad płynem micelarnym z Garniera. Owszem, jest w dużej pojemności, rozsądnej cenie i z przywoitymi właściwościami. Jednak, moją skórę zostawia jakby niedoczyszczoną. Może nie jest tak w praktyce, ale moje odczucia są zgoła inne. Po prostu nie daje mi komfortu.

Platforma Zblogowani ruszyła niedawno z kampanią dotyczącą płynu micelarnego Nivea, Pielęgnujący Płyn Micelarny. Chcialabym pominąć Wam szczegóły braku dopracowania przesyłek, ale czuję, że nie mogę się powstrzymać. Paczka była zgnieciona i zniszczona w momencie, gdy do mnie trafiła. I rozumiem, to akurat wina firmy kurierskiej. Chociaż, po otwarciu kartonika okazało się, że płyn micelarny latał sobie po nim, jak Ikar po niebie. Dodatkowo, brak jakiejkolwiek karteczki/informacji prasowej/ podziekowań i zaproszenia do testów. Nic, nawet nie było "pocałuj mnie w...". Ja rozumiem, że być może w oczach firmy jesteśmy nikim. Ale na tle innych marek, które w przygotowanie podobnych paczek wkładają więcej wysiłku, jako PRowiec - byłoby mi wstyd. 
I nie, nie chodzi mi tu o wartość przesyłki, a o sposób prezentacji, który niejako sam świadczy o producencie. No cóż...

Przejdę już jednak do konkretów i pozytywów, czyli do opisu samego produktu, który obronił się mimo tak złego, pierwszego wrażenia. Dawno, naprawdę nie miałam tak dobrego płynu micelarnego. I dla mnie, to właśnie on, a nie różowy Garnier jest idealnym zamiennikiem płynu z Biodermy. Nie pozostawia lepkiej warstwy, genialnie doczyszcza wszelkie zanieczyszczenia i zmywa nawet najtrwalszy makeup. Jedyna wada, to brak wydajności w stosunku do ceny. Za 200ml trzeba zapłacić 14.99zł w regularnej cenie. Moja buteleczka skończyła się po ponad miesiącu regularnego używania. Byłoby przyjemniej, gdyby był produkowany w większych pojemnościach. Jednak, jak na produkt z tej niskiej półki drogeryjnej, jestem z niego niezwykle zadowolona. 

Jakich Wy używacie miceli?

Kosmetyczne nowości

Saturday, July 16, 2016 -



Moje kochane! Dawno nie było żadnych nowości, prawda? Tak się cieszę, że w końcu mogę podzielić się z Wami moimi łupami z ostatnich tygodni, że sobie tego nawet nie wyobrażacie. Głównie dzieje się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie - jak każda kobieta - bywam próżna. I lubię wydawać pieniądze. Na nowe kosmetyki, to już w ogóle.

Zacznę od pielęgnacji, bo tej jest u mnie najwięcej. Kto by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu, gdy wszelkiego rodzaju kremy do twarzy omijałam szerokim łukiem? Teraz jednak poszłam po rozum do głowy i wiem, że kolagen, to sprawa indywidualna, a moje coraz większe zmarszczki mimiczne może i są urocze, i mówią o tym, że jestem ekspresyjną i dużo uśmiechającą się osobą, ale... nie oszukujmy się. Każda z nas chce cery niczym pupa niemowlaka. A do tego potrzebna jest niemała artyleria.



Krem Estee Lauder, Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Supreme, to tak naprawdę zakup dla mojej mamy. Przydał jej się nowy krem, a okazja do jego zakupu była naprawdę wyjątkowa. Jego regularna cena, to 389zł/50ml, ale nie powiem Wam za ile udało mi się go kupić, bo mnie zwyczajnie znienawidzicie i wydrapiecie mi oczy na mieście. Poprzestanę więc na informacji, że bardzo się opłacało. Sama kiedyś wypróbowałam ten krem, dlatego z przyjemnością poleciłam go mamie. I liczę, że będzie z niego tak samo zadowolona, jak kiedyś byłam ja. Spod skrzydeł koncernu Estee Lauder wyszedł jeszcze jeden produkt, dla którego - mam nadzieję - stracę głowę. Mowa bowiem o serum Advanced Night Repair. Jego cena jest jeszcze bardziej zatrważająca, niż poprzednika. Za 50ml tego cudotwórcy pani Lauder liczy sobie całe 439zł. To również była okazja nie do przegapienia, ale nie chcę, żebyście znienawidziły mnie jeszcze bardziej :) Wspominałam Wam już, że boję się zmarszczek. Dlatego wszystko co przeciwdziała oznakom starzenia i spłyca zmarszczki jest teraz bardzo w "moim stylu". Skończone 25 lat, to nie przelewki...


Maseczka do twarzy Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask, to moje kosmetyczne odkrycie życia. Nie warto inwestować w GlamGlow, takie jest moje zdanie, niestety. Mam dwie maseczki spod ich skrzydeł i prawda jest taka, że nie są w niczym nadzwyczajne. Obiecałam Wam o tym wpis i na pewno się jeszcze pojawi. Niedobra ja. Wracając do dyniowej maseczki - musicie ją mieć. Polecam poprosić o próbkę w Sephorze, bo zakochacie się w niej, tak jak ja. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie. Enzymy z dyni złuszczają martwy naskórek, a maseczka pozostawia skórę gładką i świeżą. Poza tym, jej zakup opłaca się o wiele bardziej, niż jej osławione koleżanki z gwiazdką, za które trzeba zapłacić (już!) 229zł/50ml. Pumpkin Enzyme Mask kosztuje 199zł za 150ml. Prawda, że lepiej?




Nie dalej, jak miesiąc temu rozjaśniłam włosy. Robię to regularnie od dłuższego czasu, ale mój fryzjer-magik dobrze wie, że o włosy trzeba dbać. Dlatego mój blond bardzo kontrolujemy i docieramy do niego powoli, małymi kroczkami. Muszę się Wam jednak przyznać do pewnej rzeczy: ŻADNA ZE MNIE WŁOSOMANIACZKA. Nie dbam (a właściwie nie dbałam) o moje włosy. Mam wysokoporowate, grube, gęste i niezniszczalne pasma. W dodatku jest ich dużo. aGwer mnie nienawidzi i wiecznie powtarza, że gdybym tylko o nie zadbała, to byłyby piękne. Dlatego zaczęłam przechodzić na dobrą stronę mocy. Co prawda, w dużej mierze spowodowane jest to rozjaśnianiem, które bez pytania wysusza włosy. Dlatego uzbroiłam się w kilka lepszej jakości szamponów (nie zrezygnuję z SLS-ów, inaczej mam wrażenie, że głowa jest niedomyta). Schowane głęboko w szafce maski do włosów wykorzystam, jako odżywki. A te dwa nowe produkty, które widzicie dzisiaj w nowościach, to rzeczy, na które się czaiłam i postanowiłam wypróbować. Kerastase mnie mocno intryguje. Głównie dlatego, że jest drogie, jak zboże. Kiedyś u Sylwii użyłam sobie olejku, który kupiłam niedawno i pamiętałam, że byłam nim oczarowana. Piękna woń inspirowana zapachem Chanel, Mademoiselle oraz kilkudniowe nawilżenie włosów - to właśnie przekonało mnie do zakupu. Elixir Ultime Oleo-Complexe kupiłam na stronie Friser.pl za 96.90zł (w każdej innej drogerii internetowej cena waha się od 115zł do 150zł). Do zamówienia dorzuciłam jeszcze kąpiel do włosów z tej samej serii Oleo-Complexe, Elixir Ultime. Głównie dlatego, że chciałam spróbować, a mniejsze opakowanie zawierające 80ml wydawało się być idealną ilością do dowiedzenia się, czy warto inwestować w tak drogi szampon. Moimi spostrzeżeniami na pewno podzielę się na łamach strony. 

Przyszła też odpowiednia pora na zakup nowego zapachu, dlatego zdecydowałam się na J'adore Eau de Toilette (499zł/100ml). Dawno nie zdecydowałam się na lekką i zwiewną nutę, dlatego tym razem wybór padł właśnie na takie świeże i "czyste" perfumy. Ich świeża, ale i kwiatowa woń jest przyjemną odskocznią od słodkich i ciężkich zapachów, z których jestem znana. Swoją drogą... chyba muszę Wam pokazać moją kolekcję perfum. Trochę się ich nazbierało.




Strasznie marzy mi się rozświetlacz Cushion z Sephory, ale... niestety, jest wiecznie niedostępny, dlatego nie mogłam kupić sobie nic ciekawego podczas promocji 3 za 2. Byłam wtedy w perfumerii z Agnieszką (aGwer) i w ten sposób obie skusiłyśmy się na pomadkę w gąbeczce Wonderful Cushion. Mój chwyciłam w kolorze 04 Wonderful Fuschia (39zł). Złapałam też miniaturę żelu micelarnego, bo od dawna byłam go ciekawa, a nie chciałam od razu decydować się na duży rozmiar (nie to, żebym dużych rozmiarów nie lubiła ;)). Z okazji urodzin w czerwcu dostałam też prezencik od Sephory, którym jest duo różów do policzków. Urocze i fajnie napigmentowane. 


Przyjechała do mnie też mama, która przywiozła mi dwie nowości. Kiedyś zagorzale obstawałam przy podkreślaniu brwi kredką. Teraz coraz chętniej sięgam po cień. Po długim czasie namysłu, doboru koloru i szukaniu odpowiedniej trwałości, zdecydowałam się na podwójny cień do brwi w odcieniu Taupe od Anastasia Beverly Hills. Wystarczy delikatnie oprzeć włosie pędzelka w pudrze by móc cieszyć się pigmentacją, której inne produkty mogą mu tylko pozazdrościć. 


U Marleny  wyczytałam gdzie dorwę Drying Lotion od Mario Badescu. (Dziękuję! <3) Polowałam na niego na jednej z norweskich stron przez kilka tygodni i się udało. To taki specyfik, którym bezpośrednio atakuje się zmiany skórne. Wszelkie "bomby" hormonalne, pryszcze, które paraliżują pół twarzy przy jego pomocy idą w zapomnienie. I Bóg zapłać! Wyobraźcie sobie, że wystarczyło jedno zdanie i moja mama była już kupiona. Chciała ten produkt tak samo, jak ja. Zaraz po niej wytłumaczyłam Agnieszce (tak, tak, to znowu aGwer), że też potrzebuje go w życiu i... nie mylicie się. Zamówiłam trzy buteleczki :)



Będąc podczas jednych zakupów w Biedronce, natrafiłam na kosmetyki marki Lirene. Prawdę mówiąc, z ich kolorówką nie miałam zbyt wiele do czynienia, dlatego postanowiłam skusić się na dwa produkty do makijażu twarzy. Padło na rozświetlacz oraz różo-bronzer. Oba w cenie 15.99zł. 

A na koniec creme de la creme. Oto one, pomadki Kylie Jenner we własnej osobie. Albo we własnym uosobieniu. Zdecydowałam się na jeden Lip Kit, czyli pomadkę matową z dedykowaną do niej konturówką (Koko K/29$), jedną pojedynczą pomadkę matową (Mary Jo K/17$) oraz błyszczyk (So Cute/15$). Najbardziej bolesną była cena przesyłki. Wartość jednego błyszczyka, to całkiem sporo i mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, bo jedno wiem na pewno - chcę ich więcej. Pachną, jak waniliowe ciastko, utrzymują się fenomenalnie, czerwień jest niezwykle piękna, a na dodatek nigdy nie kochałam tak błyszczyka, jak teraz. 



I to by było na tyle moich kosmetycznych nowości. Powiedzcie mi, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i czy coś szczególnie wpadło Wam w oko. Dajcie znać w komentarzach!

L'Oreal, Infallible Sculpt

Thursday, July 14, 2016 -



Konturowanie na mokro, to dla mnie temat dość kontrowersyjny. Według mnie dobrze wygląda tylko w świetle studyjnym, na zdjęciach, na filmach. Nie oszukujmy się, konturowanie na mokro bardzo często wiąże się z pogłębieniem i zagruntowaniem konturu pudrami. Nierzadko z pomocą przychodzą tutaj pudry do konturowania. I tak zbiera się: baza, podkład, konturowanie na mokro, puder, konturowanie na sucho... I wszystko zapiekane przez 30 minut w 180 stopniach. 

Gdy dotarła do mnie paczka z produktem do konturowania od L'Oreala, byłam jej szczerze ciekawa. Akcje testerskie tej marki są bardzo dobrze zaplanowane i trafiają do mojego serca. Jako blogerka, miałam z tym styczność pierwszy raz. Pudełko, które świeciło się po otwarciu od razu przykuło moją uwagę. Widziałam już od początku, że na pewno wykorzystam LEDy do czegoś fajnego. I nawet mi wyszło - stworzyłam oryginalne pudełko na biżuterię, do którego wykorzystałam mechanizm podświetlenia. Ale dziś nie o tym. 



Produkt, którego dotyczy dzisiejsza recenzja, to Infallible Sculpt (73.99). Do dostania w kazdej drogerii z szafą L'Oreal. Kosmetyk występuje w dwóch wersjach kolorystycznych: Light/Medium oraz Medium/Dark. Podzielony został na pół, tak by stanowić całość w procesie konturowania i rozświetlania. Formuła cream to powder była sporym zaskoczeniem przy pierwszym kontakcie z produktem. Jest ciekawa i przyjemna, ale wydaje mi się, że efekt byłby lepszy, gdyby produkt nie tracił swojej kremowości. I mówię to głównie przez fakt, że świnkowaty  w kolorze rozświetlacz nie nadaje się - według mnie - do niczego. Jest zwyczajnie przesadnie różowy i pudrowy, przez co pod oczami robi efekt Play Doh.


Produkt do tworzenia cienia na twarzy jest zgoła lepszy. Ma odpowiednio ciemny kolor i dla mnie, bladolicej (ale bez przesady), jest bardzo dobrym kolorem. Daje mi bowiem odrobine ocieplenia cery a neutralny cień, ktory tworzy, nie idzie w szarości. Dzięki czemu nie wyglądam, jakbym chorowała lub ubiegała się o rolę w The Walking Dead. 




Podoba mi się formuła cream to powder i brak konieczności późniejszego przypudrowywania produktu. Jeśli jednak mam być szczera, nie używam go zbyt często i nie jestem z niego na tyle zadowolona by móc go Wam z czystym sumieniem polecić. Warto go dorwać na promocji i dowiedzieć się, czy konturowanie "na mokro", to Wasza bajka. Jednak regularnej (przesadzonej) ceny  ten produkt wart nie jest. Byłabym bardziej ukontentowana, gdyby kolory były dostępne osobno, za połowę ceny. Wtedy z przyjemnością poleciłabym Wam ten do konturowania. Ten do rozświetlania można sobie spokojnie odpuścić. 

Miałyście z nim już do czynienia? Jakie są Wasze odczucia?



Semilac Peach Milk + Pink Gold

Tuesday, July 12, 2016 -


Jakoś tak wyszło, że miałam ochotę kolejny raz użyć odcienia Pink Gold. Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na większą ilość błyskotek na paznokciach. Właśnie w takich sytuacjach sięgam po ten kolor. Przy dłuższym użytkowaniu muszę Wam powiedzieć, że należy nim nieźle wstrząsnąć przed użyciem. Złote drobinki osiadają na dnie buteleczki i muszą być ponownie wymieszane z różowym lakierem bazowym. Jedna warstwa daje według mnie przyzwoite krycie. Ja jednak na niej nie poprzestaję i dodaję kolejną. W ten sposób otrzymuję porządną dawkę błysku w odcieniu rose gold. 

Z lakierem Peach Milk było u mnie dość dziwnie. Gdy zdecydowałam się na jego posiadanie, zachwycał mnie na zdjęciach w Internecie. Jednak, gdy do mnie przyszedł i zeswatchowałam go na próbniku - nie byłam przekonana. Prawda jest taka, że wyglądał kiepsko, dość niepozornie.
Nałożyłam go na paznokcie i uznałam, że byłam w błędzie i zbyt długo kazałam mu na siebie czekać. To piękny kolor brzoskwiniowego shake'a, który świetnie stapia się z każdą karnacją. Jaśniejsze typy urody będą ocieplone, a te z Was, które już nabrały brązowego koloru uznają, że fenomenalnie wygląda na dłoniach. Wysmukla i pomaga uzyskać efekt zadbanych dłoni. 

Hybrydy noszę już tak długo... same z resztą wiecie, że je kocham i właściwie nie ma chwili, żebym nie myślała o tym, że to genialny wynalazek. Paznokcie w ogóle mi się nie niszczą, nie dzieje się im nic złego. Wszystko jest w porządku. Jednak, muszę sobie zrobić przerwę od tej wygodnej metody i teraz, gdy zdejmę ten kolor, dam im odpocząć przez kilka tygodni, nawożąc je odpowiednią odżywką. 

Też jesteście zadowolone z lakierów hybrydowych? Jak podobają Wam się te odcienie? Wasz gust, czy nie do końca?

Hot! Chanel #EyeCanBe

Friday, July 8, 2016 -


Chanel zaskoczyło mnie w tym sezonie najnowszą kolekcją kosmetyków do makijażu oka, której hasło promujące, to #EyeCanBe. Twarzą kampanii jest Kristen Stewart, która według wielu uważana za aktorkę o jednym wyrazie twarzy, dla mnie - idealnie pasuje do powierzonej przez Chanel roli. Jestem absolutnie zdumiona, jak pięknie wygląda na zdjęciach wykonanych przez Mario Testino i wierzcie mi, w związku z tym postanowiłam wyjść ze swojej strefy komfortu i niedługo pokażę się Wam w odsłonie, której jeszcze u mnie nie widzieliście.  

Marka doskonale wpasowała się w moje aktualne przygody z podkreślaniem brwi. Nie byłam pewna, czy nie chcę spróbować na nowo używać cieni do brwi, więc paleta La Palette Sourcils de Chanel była w tym okresie strzałem w dziesiątkę. Występuje w dwóch wersjach kolorystycznych, 40 oraz 50. Ja posiadam pierwszą z nich i to ją pokażę Wam dzisiaj. Zacznę jednak od tego, że jestem zauroczona zestawem miniaturowych urządzeń do stylizacji brwi. W środku znajduje się jedna z najsłodszych pęset, jakie widziałam na oczy. Ponadto znajdziemy też pędzelek do malowania brwi oraz grzebyczek do ich przeczesania. Na co dzień jednak wybieram do aplikacji cieni pędzelka do brwi z Zoevy 322. Zestaw z opakowania sprawdzi się na pewno w wyjazdowej kosmetyczce. Cienie w palecie są bardzo naturalne i neutralne. Jaśniejszym odcieniem wypełniam brwi od ich początku do 3/4, a na resztę nakładam ciemniejszy cień. 




Gdy pokazywałam Wam przesyłkę od Chanel na moim Snapie (@amk2803), mówiłam wtedy, że nie miałam, jak na razie szczęścia do maskar wysokopółkowych. Do tej pory większość tuszy do rzęs, których używałam, a które kosztowały krocie, nie spełniało moich oczekiwań. I oto pojawiła się ona, Dimensions de Chanel Mascara. Pojawiła się w trzech odcieniach: Noir, Brun oraz Cobalt. Nie ukrywam, że jako posiadaczka niebieskich oczu oraz miłośniczka tego koloru, z chęcią wypróbuję też niebieską wersję tego tuszu. Jednak Noir, który posiadam, to intensywny odcień czerni. Szczoteczka, które jest w moim typie, to standardowa, gęsta spiralka stworzona z włosia. To taka maskara, która zawiera po trochu większości z funkcji, których szukam w tego typu kosmetyku. Dodaje objętości, ładnie rozdziela, odrobinę przedłuża rzęsy i pięknie utrzymuje podkręcenie. Co ważne, nie osypuje się w ciągu dnia. A makijaż oka z jej wykorzystaniem wygląda naturalnie i dziewczęco. W opakowaniu zaskoczyło mnie niewątpliwe podobieństwo do wyglądu kultowych pomadek Rouge Coco. 


Na koniec prezentacji tej przepięknej kolekcji zostawiłam sobie największy smaczek. Kremowe cienie Stylo Eyeshadow od Chanel zaskoczyły mnie swoją konsystencją. Wykręcane cienie w kredce, to nie jest nowość w zbiorach marki. Jednak, wraz z nową kolekcją makijażu oczu, nie mogło zabraknąć kilku nowych kolorów Stylo Eyeshadow. 




Bleu Nuit 207, który jest głębokim granatem z drobinkami. Intensywny i metaliczny w ołówku, po nałożeniu na powiekę i roztarciu pędzelekiem ukazuje swoje kobaltowe podtony. Najchętniej używam go, jako zagęszczenia linii rzęs. Podbija kolor mojej tęczówki, a mnie ostatnio bardzo podoba się taki efekt. 

Vert Grise 197, to zieleń khaki, która przemawia do mnie najmniej z całej kolekcji nowości. To po prostu kolor, który nie jest w mojej estetyce. Jednak, taka metaliczna zieleń może okazać się idealną wymówką by wyjść ze swojej strefy komfortu. 

Szampański, złoty kolor odcienia Beige Dore 157, to dla mnie kremowa, lepsza wersja Mary-Lou Manizer od theBalm. Znakomicie wygląda w pośpiechu rozmazany na całej powiece, a jako rozświetlenie wewnętrznych kącików wygląda, jak prawdziwa iskierka.Nie boję się go nałożyć też na szczyty kości policzkowych, ponieważ po rozblendowaniu wygląda po prostu bosko!

Podoba mi się ich kompaktowość oraz fakt, że śmiało można zabrać je w każdą podróż, czy nawet do kosmetyczki w torebce. Ich przyjemna, żelowa konsystencja sprawia, że są naprawdę łatwe w użytkowaniu. Są miękkie, pozwalają się blendować i stopniować. Dają chłodne uczucie na powiece (przyjemne podczas wykonywania makijażu latem) i można cieszyć się ich trwałością przez długi czas.



Jestem bardzo zadowolona z tych kosmetyków i mam nadzieję, że Wam również kolekcja wpadała w oko.

A teraz przyznawać się, na co się skusicie? 

Korres, Wild Rose Face Oil

Wednesday, July 6, 2016



W mojej pielęgnacji wieczornej stawiam na olejki. Lubię je nie tylko do zmywania makijażu, ale też do nawilżania mojej skóry. To dzięki nim osiągam efekt na jakim mi zależy. Często męczę się z przesuszeniami policzków, z ich brakiem elastyczności. I zawsze, gdy sięgnę po kilka kropel drogocennego olejku i dodam go do moich kroków pielęgnacyjnych, moja cera mi bardzo za to dziękuje. Wiem jedno, muszę zadbać o swoją pamięć, bo zbyt często zapominam, że to one dosłownie ratują mi skórę.

Dzisiaj przedstawię Wam jeden z olejków, który mnie zaskoczył swoimi właściwościami. Głównie dlatego, że wydawało mi się, że upchnę go w kąt ze względu na jego różany zapach. Nie jestem jego fanką, ale za te właściwości - wytrzymam wszystko. Muszę jednak szczerze przyznać, że róża jest tutaj delikatna. Nie czuć jej za specjalnie, dlatego wszelkie bojkoty proszę odwołać.

Korres, Wild Rose Face Oil (215zł/50ml)to pierwszy produkt z pielęgnacji Korres z jakim miałam do czynienia. Jak na razie marka wywiera na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Szklana buteleczka skrywa w sobie 50ml olejku, który zmienia stan cery w oka mgnieniu. Wygodna pipeta pozwala na zabawę w alchemika oraz ułatwia proces aplikacji produktu. Wystarczy dosłownie kilka kropel by pokryć nim całą twarz. Dodatek suszonych płatków dzikiej róży aromatyzuje kosmetyk i urozmaica nudną oprawę graficzną.


Olejek z dzikiej róży posiada całe mnóstwo kwasów tłuszczowych omega 3, 6 i 9. Głównie dlatego, że pozyskiwany jest z nasion dzikiej róży. Ma w sobie też całkiem sporo Witaminy A. Pozwala w delikatny, ale skuteczny sposób pozbyć się drobnych zmarszczek i przebarwień. Stabilna pochodna Witaminy C wspiera jej przyswajanie.  Intensywnie rozświetla i rozjaśnia skórę. Marka Korres zadbała również o to by o nawilżenie postarały się też inne oleje. Między innymi morelowy, z nasion słonecznika, czy oliwa z oliwek.



Już kiedyś sprzedałam Wam mój patent na zdrowo wyglądającą cerę przez cały dzień, nawet w makijażu. Kropelka tego olejku dodana do podkładu, działa cuda - polecam :)

A Wy? Używacie jakichś olejków?

Laura Mercier, Candleglow Soft Luminous Foundation

Thursday, June 30, 2016 -



Laura Mercier, tak jak większość marek w tym sezonie, na wiosnę wypuściła nowy podkład, który ma zrewolucjonizować codzienny makijaż. Jego obietnicą jest przede wszystkim naturalne, świetliste wykończenie, którego każda miłośniczka minimal make up pożąda. 

Candleglow,  Soft Luminous Foundation, to podkład, który posiada długotrwałą, nawilżającą formułę. Producent poetycko zwraca uwagę na fakt, że jego wykończenie przypomina efekt światła świec o każdej porze dnia i nocy.



Jest lekki i daje naturalne wykończenie. Jednak, w moim przypadku, osoby z cerą mieszaną (przetłuszczająca się strefa T oraz przesuszone policzki) podkład ten zdecydowanie lepiej prezentuje się na zdjęciach, niż na żywo. 

Niestety u mnie przyzwoicie sprawdza się w strefie T, ale podkreśla wszelkie suche skórki, nawet jeśli sądziłam, że podczas porannej pielęgnacji się ich pozbyłam oraz wyciąga w ciągu dnia na wierzch te, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Dlatego obietnica dodatkowego, podwójnego nawilżenia jest dla mnie nieprawdą. Poza tym, ciągle czułam go na twarzy. Jakby na niej nieprzyjemnie "siedział". Ten podkład najlepiej będzie wyglądać u cer normalnych, mieszanych (ale nie w kierunku suchych) i tłustych. Próbowałam różnych kombinacji. Na suchą skórę, na nawilżoną kremem skórę, na trzy różne primery (w tym jeden LM) i niestety, ale dla mnie ten podkład, to niewypał. 

Jego ogromnym plusem okazuje się być jednak fakt, że nie oksyduje. Moja cera latem szaleje i potrafi spłatać figla z niektórymi podkładami. Ten się nie daje. Odcień, który prezentuję Wam na dłoni, to Creme, a jego regularna cena w Douglasie, to 215zł za 30ml (jest u nas dostępny w 7 kolorach). 


Sam podkład zamknięty jest w szklanej, matowej buteleczce. Też zauważyłyście ten trend w sezonie? Tylko spójrzcie: nowy podkład Chanel, nowy podkład Shiseido i teraz nowy podkład Laura Mercier.


Według producenta ma lekki stopień krycia i daje się łatwo stopniować. Według mnie stopień ten jest jednak niski, ale to prawda, nie ma problemu z dołożeniem kolejnej warstwy. Dla kręcących nosów, to  coś w sam raz, ponieważ jest kompletnie bezzapachowy. Nie polecam nakładania go pędzlem. U mnie przez to smuży i nie wygląda zbyt pięknie. Dlatego najlepszą formą aplikacji okazuje się być tutaj beautyblender.

Ostatecznie, jeśli jesteście posiadaczkami cery podobnej do mnie - unikajcie go, jak ognia. Każda inna, która nie ma problemu z nawilżeniem i suchymi skórkami powinna go przynajmniej wypróbować. U mnie za każdym razem kończy się zmyciem go z twarzy i nałożeniem makijażu raz jeszcze. 

Miałyście go w swoich zbiorach? Jaki jest Wasz ulubiony podkład?
DO GÓRY