Nowe rozświetlające cienie oraz pudry od Semilac

Tuesday, July 31, 2018 -


Marka Semilac wypuściła kolejne nowości w kwestii poszerzającej się wciąż odnogi ich biznesu, czyli Semilac Makeup. Tym razem światło dzienne ujrzały cztery pudry matujące oraz dziesięć połyskliwych, metalicznych cieni pojedynczych.


411 BROWN PLUM, czyli chłodny brąz, w którym dopatrzyć się można odcieni śliwki
412 BRIGHTINING GOLD, czyli ciepłe złoto, które idealnie podkreśli letnie słońce
413 PASTEL ROSE, czyli delikatny i dziewczęcy róż ze złotą drobiną
414 PINK GOLD, czyli odcień modnego, różowego złota
415 COPPER BROWN, czyli czekoladowy brąz z miedzianym połyskiem
416 SILVER GREY, czyli cielista szarość ze srebrną poświatą
417 SAPPHIRE, czyli intensywny i elegancki szafir
418 DEEP BLACK, czyli głęboka i wyjątkowa czerń w połączeniu ze złotym błyskiem
419 DEEP GREEN, czyli butelkowa zieleń ze złotą poświatą
420 DEEP VIOLET, czyli intensywny i elegancki fiolet





Każdy z cieni jest zapakowany w osobne puzderko, które wyposażone zostało w zgrabne, malutkie lusterko. Pojedynczy cień kosztuje 15.90zł.  Jak widzicie na zaprezentowanych przeze mnie zdjęciach, wyglądają po prostu przesłodko. Zupełnie, jakby ktoś zostawił Wam kilka elegancko zapakowanych czekoladek. Szkoda tylko, że nie można ich zjeść... 


Pigmentacja jest na naprawdę dobrym poziomie. Byłam w szoku, zwłaszcza w kontekście tych ciemniejszych kolorów. Butelkowa zieleń i głęboki szafir skradły moje serce, mimo że w kontekście makijażu, bardzo rzadko wybieram takie odcienie. A coś sprawia, że mam ochotę się nimi pobawić. I na pewno to zrobię, jak tylko wyzdrowieję i upały się skończą na dobre. (Ktoś jeszcze prócz mnie, wyczekuje tej przyjemnie chłodnej jesieni?). 


Te jaśniejsze barwy również do mnie przemawiają. Zwłaszcza różowy oraz cieplejszy odcień złota.  Jestem ciekawa, jak sprawdzą się nie tylko do rozświetlenia powieki, ale również w roli rozświetlacza na szczyty kości policzkowych. Być może to będzie coś! 

I tak, jak z jednej strony podoba mi się myśl, że te cienie są pojedyncze, bo jednak można kupić dowolny, który interesuje nas najbardziej i jego przechowywanie nie będzie problematyczne, tak już posiadanie większej gromadki zacznie być upierdliwe. Głównie ze względu na fakt, że trzeba będzie albo zerkać na napis na dole opakowania, albo otwierać je po kolei, żeby dostać się do tego, który interesuje nas najbardziej. 


Wśród kosmetyków, które poszerzyły zbiory Semilac Makeup pojawiły się jeszcze cztery pudry matujące. W kolekcji znajdują się cztery odcienie: transparentny, 020 Light Beige, 030 Medium Beige, 040 Natural Tan. Jak się domyślacie, nie pokuszę się o testowanie kolorów 030 oraz 040. Czekam natomiast na poszerzenie gamy kolorystycznej, bo jest tutaj potencjał na dobre, matowe bronzery. Cena produktu, to 37.90zł.


Każdy z produktów został zamknięty w dużym puzderku wyposażonym w jeszcze większe lusterko. Design przywodzi mi na myśl kosmetyki Chanel, czy Shiseido. Jest elegancko i z klasą. Nie jestem jednak fanką dołączonej gąbeczki, która według mnie jest zbędna. Rozumiem zamysł "poprawek w ciągu dnia", jednak nie uważam tego ani za higieniczne, ani za praktyczne. Wolę nosić mały pędzelek kabuki w mojej kosmetyczce do torebki i posiłkować się nim w takich chwilach. Dlatego byłoby fajniej albo zaoszczędzić to miejsce w opakowaniu, albo powiększyć puder do tych rozmiarów. 

Miałam już okazję przetestować puder transparentny w jeden z cieplejszych dni, gdy (niestety) musiałam się pomalować. I powiem szczerze, że byłam zaskoczona jego trwałością. Wklepałam go załączoną gąbeczką (nie jestem jej fanką) w dość sporej ilości, skupiając się na miejscach, gdzie potrzebuję dodatkowego matu i utrwalenia. Padło więc przede wszystkim na czoło (linia tuż przy włosach, to mój makijażowy trójkąt bermudzki - zawsze znika mi tutaj podkład i bronzer, głównie przez pot) oraz na okolicę nosa i brody. Nadmiar zmiotłam pędzlem, choć dość mocno bałam się efektu bielenia skóry. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Także wstępnie jestem zadowolona. Zobaczymy jednak podczas dłuższego czasu użytkowania, jak sprawdzą się te wszystkie produkty. Na pewno wrócę do Was z updatem i recenzją z prawdziwego zdarzenia. 

Dajcie koniecznie znać, czy jesteście w ogóle zainteresowane kosmetykami do makijażu marki Semilac. Ciekawią Was najnowsze produkty?

MAKEUP MENU: Kosmetyczni ulubieńcy ostatnich miesięcy

Tuesday, July 24, 2018 -


Wczoraj dałam Wam możliwość aktywnego wyboru tego, co dziś opublikuję na blogu. Tak się przydarzyło, że najbardziej zainteresowało Was MAKEUP MENU z kosmetykami, po które ostatnio sięgam najchętniej. Ostatni post był mocno nastawiony na wiedzę o Insta, a dzisiaj porozmawiamy sobie o kosmetykach. 

Lato, to dla mnie koszmar. Nie lubię go i nie przekonują mnie teksty w stylu "od tego jest lato, żeby było gorąco". Nie, latem powinno być ciepło, ale no cholera jasna bez przesady! Wszystko jestem w stanie znieść, nawet fakt że pocę się tysiąc razy bardziej niż normalnie, a makijaż spłynie, choćbym nie wiem, jak się starała. Nie zniosę jednak faktu, że jak każdy alergik, męczę się wtedy niemiłosiernie. Po prostu, brak mi świeżego powietrza, bez pyłków, kurzu i innych takich. 

Dlatego o tej porze roku sięgam raczej po makijaż w stylu "prawie nic". Im mniej bowiem mam na skórze, tym lepiej dla mnie. I tym mniej boli mnie serce, gdy wszystko spływa, bo nie ma  aż takiej tragedii, jak w przypadku makijażu w stylu "full on". Stawiam na cienkie warstwy, dobry puder i brązowo-złote odcienie na skórze. W końcu jakoś trzeba poudawać, że ma się choć odrobinę opalenizny. 



Na twarzy ukochałam sobie ostatnio połączenie trzech produktów. Przede wszystkim bazy pod makijaż marki BECCA, która delikatnie rozświetla i pozostawia skórę niezwykle promienną. Następnie wyrównuję koloryt mojej twarzy przy pomocy taniego, aczkolwiek naprawdę dobrego podkładu marki Catrice 24h MADE TO STAY. Jest bardzo lekki i niewielka ilość pozwala mi na uzyskanie efektu średniego krycia. Udaje mi się w ten sposób pozbyć zaczerwienień i przebarwień, które posiadam. Przy okazji produkt jest matujący, więc idealnie spisuje się o tej porze roku. Całość przypudrowuję moim ulubionym pudrem Laura Mercier. Niestety, tak go pokochałam, że aż mi się skończył, dlatego jak tylko wykończę któreś z moich miliardów innych otwartych pudrów sypkich, skuszę się na kolejne opakowanie Laury, która według mnie jest niezastąpiona. Po prostu ideał. 
Tak przygotowana baza spisuje się u mnie najlepiej i trwa najdłużej. 


Na policzki ląduje oczywiście przede wszystkim ukochany róż NARS w kolorze Bumpy Ride. Naprawdę jeszcze Was do niego nie przekonałam? Wpadajcie na wpis, w którym już kiedyś pokazywałam go Wam z bliska - klik. To nadal mój ulubiony róż i... chyba nic nigdy go nie zdetronizuje! 
Jako bronzer oraz rozświetlacz użyłam w tym wypadku Charlotte Tilbury Filmstar Bronze&Glow. To mój absolutny ulubieniec. Nie ukrywam, że bałam się, że skończy się tylko na tym, że jest drogi i ładnie wygląda. Na całe szczęście w parze idzie również jakość tego produktu. Jestem nim NAPRAWDĘ zachwycona! Bronzer ma bardzo neutralny odcień. Można nim zarówno przybrązowić cerę, jak i wykonturować policzki. Jest optymalnie ciepły. Rozświetlacz natomiast, to idealny odcień szamapańskiego złota, które pięknie mieni się na szczytach kości policzkowych i cudownie współgra ze słońcem. 


W takich gorących dniach, mój makijaż oka ogranicza się głównie do użycia tego samego bronzera oraz rozświetlacza na powiekach. Nie wyobrażam sobie mocniejszych makijaży i powiem szczerze, że nawet mi się nie chce za bardzo bawić w jakieś wymyślne kombinacje kolorystyczne. Idę na łatwiznę. I stawiam na długie, podkręcone i mocno rozdzielone rzęsy, które uzyskuję dzięki maskarze Eyeko Rock Out & Lash Out. Ma klasyczną szczoteczkę, ale jej klepsydrowy kształt pozwala na swobodne wyczesanie każdej rzęsy z osobna. Jest super! 


Usta, to dwa ulubione nudziaki, które używam tak naprawdę na zmianę. Nie muszę dzięki temu martwić się o to, czy pomadka się zjadła, bo nawet jeśli - łorewa. Formuła obu produktów jest nie dość, że trwała, to jeszcze nawilżająca. A na tym mi zależy. Nie chcę, żeby latem moje usta przypominały wiór. Jednym z wyborów jest Charlotte Tilbury Matte Revolution Lipstick w kolorze Pillowtalk, która swoją formułą zabiła całą swoją konkurencję w kontekście kremowych pomadek matowych. Sunie po ustach, jak masełko, a kolor, który po sobie pozostawia jest moim ideałem wśród kolorów pomadek. Gdy nie sięgam po Pillowtalk, w moje ręce trafia NARS Velvet Lip Glide w kolorze Bound. Wykończyłam miniaturę, która sprawiła, że zakochałam się w tym kolorze i nie wyobrażałam sobie innej decyzji, jak zakup pełnowymiarowego produktu. To wręcz idealny kolor nude i bardzo ciekawa formuła. Jest semi-mat, nawilżone, pełne usta i piękny kolor, który pozostaje nawet, gdy pomadka się trochę zje. 


I to tyle! Nie wyobrażam sobie nakładać na twarz choćby odrobinę więcej. W przypadku jakichś wieczornych wyjść na miasto, zmieniam tylko kolor ust i jestem zadowolona. Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy znacie któryś z moich ulubieńców! Lubicie makijaż latem, czy omijacie wtedy kosmetyki na kilometr?

Instagramowe rady dla influencerów! Wszystko czego nauczyłam się na szkoleniu w Londynie!

Friday, July 20, 2018 -

instagramowe-mity

Moje drogie! Obiecywany post właśnie ujrzał światło dzienne i mam naprawdę dużą nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Wstęp piszę oczywiście standardowo, na samym końcu, dlatego już teraz mogę Wam powiedzieć, że naprawdę się trochę przy tym wpisie napracowałam. 

Pod koniec czerwca, prawie miesiąc temu, zostałam zaproszona przez markę Braun do Londynu na szkolenie z działań na Instagramie. Sam wyjazd był super! Bawiłam się świetnie i miałam okazję zapytać u źródła o kilka rzeczy. Nie jestem jednak pazerna i lubię się taką wiedzą dzielić, więc dzisiaj publikuję dla Was ten post. Możecie też zajrzeć na moje Insta (@alamakotaa) i obejrzeć zapisaną relację z tego wyjazdu. Zostawiłam ją sobie na pamiątkę, ale śmiało możecie podejrzeć sobie, jak wygląda siedziba Facebooka w Londynie, jak przebiegało szkolenie i poczytać kilka intrygujących slajdów. Przejdźmy jednak do sedna!

Fakty  

Jakość nad ilość
Vanessa powiedziała nam jasno: "nikogo już nie obchodzi Twoja poranna kawa, jeśli to "tylko" kawa". Kwestia jakość ponad ilość łączy w sobie dwie wartości. Po pierwsze, powinniśmy przykładać większą wagę do tego, co pokazujemy na zdjęciach. Nikogo już nie będzie obchodzić setne zdjęcie z kawą, jeśli będziesz postować je ciągle, tylko w innych konfiguracjach. Zadbaj o to, aby Twój content był ciekawszy, bardziej urozmaicony, wrzucaj flatlaye, ale też zdjęcia miejsc, w których bywasz, selfie, zdjęcia ludzi, przedmiotów, ciekawych wydarzeń. Niech ta kawa będzie czymś, czego nie będzie można Ci potem wytknąć.
Ile to jest na Insta pięknych aczkolwiek nudnych kont z tym samym motywem, ale w różnych konfiguracjach? Mnie to nudzi i myślę, że większość z Was również. 

Po drugie, ważne jest to, żeby nie wrzucać zdjęć tylko dlatego, że "tak trzeba". Nie, wcale nie trzeba! 
Sprawdzam ostatnio na swoim profilu, jak wygląda nieregularne wrzucanie zdjęć i wiecie co? Jest tak samo, jak gdybym wrzucała codziennie nowe zdjęcie. Robię to wszystko różnie. Raz wrzucam codziennie, raz co dwa, trzy dni... i naprawdę! Ani mój Instagram nie umarł, ani zasięgi nie spadły o 50%. I tak są niskie, to prawda, ale nie oszukujmy się. Zarówno platforma Facebook, jak i Instagram, jest teraz mocno nastawiona na kupowanie reklam i tego - choćbyśmy chcieli nie wiem, jak mocno - nie przeskoczymy.


Hashtagi
Instagramowy Team wyraził się jasno. Owszem, mamy do dyspozycji 30 hashtagów, ale to nie znaczy, że powinniśmy z tylu korzystać. Im więcej z nich będziemy używać i im bardziej będą zróżnicowane, tym bardziej możemy się liczyć z faktem, że algorytm uzna nas za spamerów, i nie będzie nas wyświetlać w zakładce Eksploruj. 

Zaskakująca była mnie informacja, że polecane jest użycie dwóch, maksymalnie trzech hashtagów do opisywania zdjęcia. Wiecie, to że coś jest rekomendowane, nie oznacza, że jest przy okazji nakazem. Tutaj, jak w przypadku większości działań na Insta, musicie odnaleźć metodę, która będzie dla Was najskuteczniejsza. To może być 1 hashtag, 5, 10, a nawet 30.

Ważne, żeby były dodawane z głową i nie były skrajnie różne lub totalnie nieprawdziwe. Wtedy algorytm może uznać Was za spam-konto. Kilkukrotnie zdarzyło mi się użyć 2-3 hashtagów, ale nie zauważyłam, żeby miało to pozytywny wydźwięk dla moich zdjęć. Jestem zdania, że najlepiej sprawdza mi się od pięciu do dziesięciu. Przy mniejszej ilości zaangażowanie jest zbyt małe. Nie sądzę jednak, żeby tak było w każdym przypadku. Po prostu, jeśli używamy maksymalnie trzech hashtagów, musimy być w stu procentach PEWNI, że te na które się zdecydujemy, pasują IDEALNIE. A ja nie bywam pewna nawet, gdy wrzucam ich 10...

Opisy zdjęć 
Nie, naprawdę uwierzcie mi, nie musicie pisać pod swoimi zdjęciami małych esejów. Nie, nie trzeba pod postem z kawą mówić, jak coach. Wiem, że wśród niektórych blogerek lifestylowych, które kreują swoje życie na to "idealne", to na porządku dziennym by dorabiać historię motywacyjną do każdej z fotek, ale wierzcie mi. Trzeba być po prostu szczerym w tym co się robi. Jeśli będziecie na siłę wymyślać historie, opowiadać coś tylko po to, żeby nastukać długi opis - to się ze swoim celem miniecie.
Krótkie treści też mogą być wartościowe! Ważne, żeby były angażujące.

jak-miec-popularne-konto-na-insta

InstaStories
Wyobrażacie sobie, że na co dzień około 300 milionów (najświeższe dane są z listopada 2017) użytkowników korzysta z możliwości umieszczania InstaStories?! Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wiele to ludzi! Teraz jest ich na pewno jeszcze więcej. Nic więc dziwnego, że InstaStories przyciąga coraz większe grono ludzi.

To miejsce, w którym można naprawdę wiele. Zwłaszcza, że pozwala na umieszczanie krótkich treści video. Jak je najlepiej wykorzystać? Wyróżnij się! ( o problemie kont-klonów niedługo też napiszę na blogu! )

* wrzucaj Stories regularnie
* pokaż się czasami, nie wrzucaj tylko plansz z tekstem
* nie spamuj swojego Stories wyłącznie nawoływaniem do dawania serduszek, czy do czegokolwiek innego
* daj się poznać
* korzystaj z jego funkcji i spraw by było atrakcyjne! Baw się kolorami, kształtami, fontami. 

MITY

Obcięło mi zasięgi!
Nie, moja droga! Nie obcięło Ci zasięgów. Spójrz na Instagram w trochę szerszej perspektywie. Parę lat temu miałaś więcej serduszek, co? Więcej komentarzy, prawda?
To teraz usiądź, weź kilka oddechów i pomyśl logicznie.
Kilka lat temu nie było tylu użytkowników Instagrama, co teraz! Nowe konta rosną, jak grzyby po deszczu i nie ma się co dziwić, że mamy teraz mniej serduszek - po prostu, jest większa konkurencja! A jeśli jest większa konkurencja i więcej ładnych zdjęć, to coraz trudniej jest o to, żeby odbiorca zostawił serduszko. Nie wspominając o tym, że 80% użytkowników na Instagramie jest tam po to by śledzić marki!

Instagram wciąż się rozwija, więc prócz rosnącej liczby użytkowników, zwiększają się też funkcje tej aplikacji. Dawniej nie było Stories, teraz jest. Dawniej nie było możliwości śledzenia hashtagów, teraz jest. Dawniej nie było możliwości nadawania na żywo, teraz jest. To wszystko pozornie "zabiera" nam zasięgi postów stałych, jakimi są zdjęcia i rozdziela ją na te o mniejszej żywotności (24 godziny w przypadku stories i lajwów).

Poza tym, użytkownicy i ich potrzeby się zmienili. Przeciętna żywotność zdjęcia, które wrzucicie na swój profil, nad którym spędzicie pewnie około godziny, dobierając dodatki, ustawiając kadr, obrabiając na kompie i tworząc opis z hashtagami...
                                                               1.8 sekundy

Tak, tyle żyje Twoje zdjęcie :) Teraz ma być szybko, ładnie, krótko, zwięźle i na temat.

Edycja postów a obniżenie zasięgu 
Tak, to jeden z tych mitów, które powiela całe mnóstwo osób. Bo "gdzieś tam przeczytałem", "ktoś coś mówił" i "podobno". Nie, zapytałam u źródła i odpowiedź była jasna: EDYCJA POSTÓW PO OPUBLIKOWANIU NIE WPŁYWA NA OBNIŻENIE ZASIĘGÓW.
Poza tym, przetestowałam to - niejednokrotnie zdarzyło mi się poprawić jakąś literówkę i nic się nie stało. Co innego już w kwestii usuwania zdjęcia i ponownej publikacji - to już tnie. 

co-wolno-na-insta

Czym robisz zdjęcia? To nie ma znaczenia!
Spory czas krążył i mam wrażenie, że wciąż krąży mit, że trzeba oszukiwać aplikację, jeśli publikujemy zdjęcia zrobione lustrzanką. Bzdura! Nie kłopoczcie się już więcej tym, żeby koniecznie przepuścić zdjęcie przez jakąś inną aplikację - nie! Insta nie obcina zasięgów tych lepszych jakościowo fotek i nie zwiększa zasięgów tych, które zostały zrobione telefonem. Mit! 

"moje zdjęcia się nie wyświetlają" 
Nieprawda. Wyświetlają się, tylko po prostu są dalej. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem dość wybrednym użytkownikiem feedu. Moje działania, to tak naprawdę kilkukrotne wchodzenie na Insta w ciągu dnia, oglądanie Stories, a następnie kilka swipów w dół po stronie głównej. Takie zachowanie jest właściwie najczęstszym. W podobny sposób działają nasi obserwatorzy.
Dlatego mówienie, że "moje zdjęcia się nie wyświetlają" jest bzdurą. One się wyświetlają, tylko są dalej (ze względu na niechronologiczne działanie algorytmu), wystarczy po prostu scrollować dłużej. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Wasi odbiorcy oglądają Wasze stories, ale nie lajkują zdjęć, algorytm się tego niestety nauczy i będzie im wyświetlać więcej tego pierwszego. Jak to zmienić? Podpowiadam trochę niżej w tekście.

Komentowanie w ciągu godziny
Instagramowy algorytm nie zwiększy naszych zasięgów, jeśli będziemy z zegarkiem w ręku odpisywać na komentarze z prędkością światła. Zapytałam Vanessę wprost, czy to prawda z tą magiczną godziną od publikacji i dowiedziałam się, że nie. Zauważyłam też to z własnego doświadczenia. Nieważne, czy odpowiadam szybko, czy wolno - zasięgi się nie zmieniają.
Co więcej, Vanessa zaśmiała się i powiedziała, że aplikacja nie chce z nas robić niewolników, którzy mają tylko siedzieć i patrzeć, czy coś nowego się pojawiło. Dużo lepiej będzie, jeśli po prostu zajrzymy na Insta kilka razy dziennie, zostawiając po sobie ślad, niż raz raz dziennie, stosując się do tych wszystkich "dziwnych metod", które nawet nie wiadomo kto wypuścił kiedyś w świat.

Shadowban 
Vanessa powiedziała jasno - żadnego shadowbana nigdy nie było.  
Zastanawiający jest dla mnie jednak wciąż fakt, dlaczego wiele zdjęć nie pojawiało się pod konkretnymi hashtagami. I choć nie udało mi się uzyskać żadnej odpowiedzi (wszystkie były wymijające), chciałabym się z Wami podzielić moim zdaniem/teorią. Podkreślam jednak, że nie jest to potwierdzone info - to tylko moje domysły. 
Otóż, wydaje mi się, że Instagram pracował nad czymś w rodzaju shadowbana. Za dużo bowiem mówili podczas tej prezentacji o tym, aby nie nadużywać hashtagów i używać tych zgodnych z fotką, aby nie zostać uznanym za konto spamerskie. I wiecie co? Wydaje mi się, że po prostu projekt shadowbana nie wypalił. Być może chciano ukarać konta, które pod np. hashtagiem #girl publikują treści pornograficzne lub nadmiernie lajkujące/udzielające się w grupach wsparcia itp., ale... oberwało się wszystkim.

czemu-mam-shadowbana

Algorytm - jak nauczyć go być posłusznym? 

Najważniejszy wydaje się być dla mnie fakt, że algorytm można nauczyć tego, czego sami lubimy. Po prostu, jeśli oglądacie więcej InstaStories danej osoby, niby to "cichaczem", a pojawiające się w feedzie fotki omijacie, tylko na nie zerkając, możecie być pewni, że działania tego inteligentnego systemu nakierujecie na: 

* wysokie pozycjonowanie profilu xyz w InstaStories 
* wyświetlanie zdjęć bardzo daleko w feedzie lub po 1-2 dniach od publikacji

Uprzedzę też Wasze pytanie - nie, Instagram nie zrezygnuje z działania algorytmu. Treści wyświetlane chronologicznie nie powrócą, przynajmniej nie w najbliższych latach. 

Jak to zmienić?
Nauczyć algorytm tego, że coś nam się nie podoba! Po pierwsze, jeśli wyświetlają się Wam treści, których nie lubicie, to może po prostu... odobserwujcie to konto? Ja już dawno przestałam śledzić konta, których zdjęcia mnie nie jarały. Po prostu, nawet jeśli to ktoś znajomy, nawet jeśli traktuje to jako zabawę na śmierć i życie - nieważne! Jeśli konto mnie znudziło, to nie chce go więcej oglądać, ot co.
Jeśli jednak boicie się reakcji znajomych, czy innych kont-koleżanek z branży, wystarczy użyć opcji "wycisz". W ten sposób możecie wyciszyć albo relację, albo całe konto (zarówno stories, jak i zdjęcia). Autor się nie dowie, a Wy nie będziecie musieli się już wkurzać, że widzicie setne zdjęcie, które wygląda tak samo. 

Dzielmy się wiedzą! W taki sam sposób mogą zacząć działać Wasi odbiorcy, więc możecie ich śmiało poinstruować, co zrobić, żeby Wasze zdjęcia pojawiały się im częściej. Fajną opcją może okazać się udostępnianie bezpośrednie nowych postów w Waszym stories. Wystarczy skorzystać z opcji i zachęcić obserwujących, aby zostawili swoje serduszko, czy komentarz. Oczywiście, nie spamujcie nagle tym w co drugiej relacji. Znajdźcie złoty środek, aby odbiorca nie poczuł się napastowany :D

Jednak, nic się nie zmieni pod względem wyświetlania wpisów wyżej, czy mniejszej ilości serduszek, jeśli po prostu odbiorcy będą obojętni na nasze treści. Dlatego uważam, że nie ma nic uwłaczającego w tym, żeby poprzez kanał o większej aktywności (Stories) ładnie poprosić swoich odbiorców od czasu do czasu o to, żeby nie zapominali o zostawianiu serduszka.

Jeśli korzystacie z Insta raz dziennie lub raz na kilka dni, algorytm będzie chciał wyjść naprzeciw Waszym oczekiwaniom i pokaże Wam treści z dłuższym stażem (posty sprzed nawet tygodnia), które według niego mogą być dla Was interesujące, choć nie muszą być najświeższe. 
Jeśli jednak korzystacie z Instagramu codziennie, nawet kilka razy, ale przez krótsze chwile (co jest zalecane), automatycznie pojawiać się Wam będą wyżej te posty, które zostały dodane niedawno. A te starsze, będą spadać nieco niżej (stąd zachęcanie nas do poświęcania feedowi więcej czasu).

Co zrobić, żeby Instagram wyświetlał nasze treści chętniej?
Po prostu z niego korzystać! 
Algorytm gratyfikuje użytkowników, którzy po prostu korzystają z jego funkcji. Jeśli sami nie będziemy aktywni, to ciężko jest czekać na cud w postaci miliarda serduszek i zainteresowania odbiorców. Korzystajmy więc zarówno z publikacji zdjęć, jak i zostawiania serduszek/komentarzy u innych. Nie zapominajmy o Stories, o Instagram Live, czy IG TV. Nie chodzi jednak o to, żeby wrzucać coś dla wrzucenia - nie, nie. Tak łatwo nie ma! Treści powinny być wartościowe dla odbiorcy. Mniej lub bardziej, ale nadal wartościowe.

jak-dziala-algorytm-insta

Na koniec, chciałabym Was poprosić o jedną rzecz. Jeśli ten wpis naprawdę się Wam spodobał i treści w nim zawarte uważacie za wartościowe, będę Wam wdzięczna, jeśli podzielicie się nim na swoim InstaStories lub Facebooku. Mam w zanadrzu jeszcze pomysł na to, aby napisać Wam, jak NIE prowadzić konta na Instagramie. Zbyt wiele ostatnio widzę "błędów", które chcę wytknąć i być może otworzyć Wam oczy na kilka spraw.

Dajcie mi koniecznie znać, co było dla Was największym zaskoczeniem w tym wpisie! Jest coś z czym się nie zgadzacie? A może macie takie samo zdanie?
Czekam na Wasze komentarze! 

Pędzelki Hulu Brushes - prawdziwa REWELACJA za niewielkie pieniądze!

Monday, July 16, 2018 -


Sporo czasu temu obiecałam Wam, że w końcu napiszę dla Was w post o moich pędzelkach Hulu Brushes. Mam je już kilka dobrych miesięcy i sądzę, że ten czas to właśnie ideał pod względem tego, aby stwierdzić, czy coś warto, czy nie warto kupić. Dlatego dzisiaj przybliżę Wam trochę te modele, które posiadam i opowiem, co o nich sądzę.

Jakiś czas temu, dzięki uprzejmości marki Hulu Brushes miałam okazję przyjrzeć się bliżej całemu zestawowi pędzli do makijażu twarzy i oczu. W przesyłce pr, którą otrzymałam, znalazłam 12 pędzelków, które zostały dobrane w taki sposób, abym bez problemu, swobodnie mogła wykonać idealny makijaż. Marka Hulu Brushes jest stosunkowo młoda, a za tworzeniem tych cudnych kształtów pędzli, stoi nie kto inny, jak Daniel Sobieśniewski. Pewnie większość z Was, która choć odrobinę śledzi świat makijażu wie, że jest to jeden z bardziej uznanych makijażystów w Polsce. Dlatego jeśli za tworzeniem produktu stoi ekspert, ja już wiem, że będzie naprawdę ciekawie! 

I tak jest! Pędzle są niesamowicie miękkie, choć wykonane zostały z różnego rodzaju włosia. Część z nich stworzono z naturalnego włosia kozy, czy kucyka pony, a część jest w pełni syntetyczna. Drewniane trzonki zostały obite srebrnymi skuwkami. 

Pędzle do twarzy Hulu Brushes 

P10, to wielka kulka syntetycznego włosia, która przeznaczona jest do nakładania pudru na całą twarzy lub jej wybrane partie, na przykład do aplikacji bronzera. 

P12, to również pędzel wykonany z syntetycznego włosia. Ten kształt idealnie sprawdzi się do aplikacji podkładu. Takich flat topów według mnie - nigdy dość. 

P20, to skośny pędzel (również wykonany z włosia syntetycznego). Sprawdzi się dobrze w roli narzędzia idealnego do aplikacji bronzera, czy różu. 

P24, to syntetyczna kuleczka, która idealnie nada się do kilku zastosowań. Po pierwsze - fajnie przypudruje okolicę pod oczami - git! Po drugie - można nią precyzyjnie wykonturować kości policzkowe (ale to zadanie dla bardziej wtajemniczonych). Po trzecie - lubię ją do aplikacji różu na policzki. 



Pędzle do oczu Hulu Brushes 

Pędzle do oczu z podstawowej-pierwszej kolekcji, którą miałam niedawno okazję i przyjemność testować, to osiem modeli idealnie stworzonych do modelowania kształtu oka i brwi. Przede wszystkim mamy tutaj aż cztery puchacze. 


P50
, to pędzelek z włosia syntetycznego, do którego jako jedynego, muszę się przyczepić. Ale głównie przez osobiste preferencje. Ma on bowiem krótki trzonek, którya mnie osobiście nie do końca pasuje. Wolę zwykłej, standardowej długości pędzelki, ale wiem, że wielu profesjonalnym makijażystkom, taki rodzaj skuwek jest bardzo przydatny, więc moje "nope" jest pewnie Waszym "yaaas". Można nim fajnie rozblendować cienie w złamaniu i nanieść precyzyjnie rozświetlacz (np. pod łuk brwiowy). Ja jednak przez ten trzonek, rzadko po niego sięgam. 

P32, to pędzelek z naturalnego włosia kucyka pony (what? <3) przeznaczony do blendowania cieni. Dla mnie to jednak pędzelek do wielu zadań. Możecie nim zarówno przypudrować całą powiekę, jak i zaznaczyć załamanie, rozblendować większość cieni, nałożyć coś ciemniejszego w zewnętrznym kąciku, coś jaśniejszego w wewnętrznym, rozblendować dolną powiekę. Tak naprawdę - da się nim zrobić wszystko. I jest niezwykle mięciutki. 

P36, to pędzelek z włosia naturalnego (koziego), który jest już zdecydowanie większą kuleczką do blendowania. Jest wręcz idealny i mogłabym się nim miziać godzinami. Używam go głównie do rozcierania załamania i korygowania wszystkich błędów, jakie tylko popełnię. Kilka ruchów tym pędzlem i nie ma śladu po tym, że przed sekundą przesadziłam z jakimś kolorem. 


P30, to pędzelek z naturalnego włosia koziego, przeznaczony zarówno do blendowania cieni w załamaniu, jak i do aplikacji na dolną linię rzęs. Właśnie tak go najczęściej używam. Od razu nakładam i blenduję dolną linię rzęs za jednym zamachem, nie tracąc czasu, jeśli go akurat za bardzo nie mam.


















Prócz takich miotełek do blendowania cieni, znalazły się też takie modele, jak: 

P44, to pędzel wykonany z włosia syntetycznego. Całkowity hit! To najmniejszy, najcieńszy pędzelek do precyzyjnego modelowania brwi (albo eyelinera), jaki mam w swojej kolekcji. Nie ma sobie równych! Cieniutka Zoeva, to przy nim niezły grubas! Jest ekstra. 

P34, to syntetyczny pędzelek do aplikacji korektora. Najlepiej sprawdza się mi się do nakładania korektora/bazy do tak zwanego makijażu w stylu halo lub do zwyczajnego cut crease. 

P46, to kolejny pędzelek wykonany z włosia kozy. Jego malutki kształt sprawia, że jest wręcz idealną kuleczką, która świetnie sprawdzi się zarówno do precyzyjnego nakładania cieni na dolną powiekę, jak i do zaznaczania zewnętrznego kącika oraz rozcierania górnej linii rzęs. 

P28, to pędzel wykonany z włosia kucyka pony, który idealnie nada się do nakładania cieni na ruchomą powiekę. 


Nie rzucę słów na wiatr mówiąc, że jakość tych pędzli jest na równi (a można nawet i lepsza) niż jakość pędzli Zoeva. Puchacze do blednowania cieni do powiek są moimi absolutnymi ulubieńcami i szczerze przyznam, że nie wyobrażam sobie już bez nich życia. Większość pędzli, które posiadam są teraz traktowane przeze mnie po macoszemu. Hulu zawładnęło moim sercem! 

Prałam je już kilkukrotnie i nic złego się z nimi nie wydarzyło. Włosie się nie gubi, nie zostaje na twarzy, czy na powiekach. Trzonki trzymają się świetnie, napisy się nie ścierają a skuwki trzymają wszystko na swoim miejscu. A do tego, nie wiem, czy wiecie, ale cena tych pędzli naprawdę jest interesująca. Jest bowiem niezwykle przystępna! A jakość, jaką za nią otrzymujemy... Dziewczyny, to wręcz magia! ;) 

Kolekcja pędzli Hulu Brushes wzbogaciła się w nowe modele, których testy dopiero rozpoczęłam. O nich wspomnę Wam na pewno jeszcze nie raz, bo już teraz wiem, że na przykład ten do rozświetlacza, będzie moim totalnym ulubieńcem. 

A teraz dajcie mi koniecznie znać, czy już słyszałyście o pędzlach Hulu Brushes? 

Nowa, rozświetlona kolekcja NABLA DENUDE Collection!

Thursday, July 5, 2018 -



Nabla nie przestaje zaskakiwać, prawda? Dopiero co pokazywałam Wam najnowszą kolekcję Close Up, a już za kilka dni na rynku pojawi się totalna nowość. Dlatego szybciutko zabrałam się do pracy, by jeszcze dziś pokazać Wam najnowszą kolekcję z bliska. W końcu, premiera już za tydzień! 

Kremowe rozświetlacze GLOWY SKIN Extra Glam Highlighter Stick 


W tej wakacyjnej kolekcji pełnej blasku, zaczynamy od kremowych rozświetlaczy w sticku Glowy Skin Extra Glam Highlighter Stick. Część z tych kolorów doskonale nada się do użytku, jako kremowe róże o nietypowych, niestandardowych barwach. Do wyboru jest aż pięć odcieni, które zostały zamknięte w wykręcanym pojemniczku. Design całej kolekcji, jak zwykle zachwyca. Co tu dużo mówić, są to produkty IDEALNE na piękne zdjęcia. Cieliste barwy zostały skontrastowane przepięknym odcieniem rose gold. Dzięki czemu ma się nieodparte wrażenie, że opakowania zostały zanurzone w płynnym złotku. 


Formuła jest bardzo kremowa i jedwabista. Myślę, że sprawdzą się świetnie, jako tak zwany wstęp przed konkretnym rozświetlaczem prasowanym. Ich blask na pewno podbije kolor każdego z kolejnych nałożonych produktów. Dobrze też będą wyglądać solo, jeśli zależy Wam na mokrym, naturalnym efekcie. W opakowaniu znajduje się 5.1g produktu. 


Dostępne kolory Glowy Skin Extra Glam Highlighter Stick, to: 

Maybe Baby, to zgaszona, lekko rudawa brzoskwinia. Zdecydowanie na policzki, jako róż. Myślę, że idealnie sprawdzi się do takich naturalnych, przyprażonych słońcem looków. 

Desert Rose, to jeden ze sticków, które nadadzą się do aplikacji, jako róż do policzków. Jego kolor jest dość nieoczywisty, ponieważ  brązowa podstawa rozświetlacza, została tutaj zmieszana z różówą poświatą. 

Nude Job, to dla mnie kolejny ze sticków, który można śmiało używać, jako róż do policzków. Fajnie sprawdzi się też w roli kremowego cienia do powiek. Jest zdecydowanie bardziej brązowy, więc na skórę twarzy mogą po niego sięgnąć posiadaczki mocniejszej opalenizny. 

Beige Mirage, to kolor który będzie pasować każdej, nawet delikatnie opalonej kobiecie. Jest beżowo, ale w kierunku szampańskiego odcienia złota. Powiem szczerze, że ten odcień niezwykle przypomina mi kolor rozświetlacza Charlotte Tilbury. Jest pięknie i jak z czerwonego dywanu! 

Surreal, to dość niepozorny kolor. W opakowaniu wydaje się być bardzo żółty i nie zachwyca. Jednak po wpracowaniu w skórę ujawnia się nierealne piękno tego koloru. Jest trochę unicorn, ale tak w granicach rozsądku. Jego jasna, cielista podstawa, mieni się w świetle słonecznym na różowo-wrzosowy odcień.

Prasowane rozświetlacze Hightlighter DENUDE Collection


Nowe prasowane rozświetlacze, to coś na co czekałam najbardziej! Jako miłośniczka błysku, aż zapiszczałam, gdy je otworzyłam. Są PRZEPIĘKNE! Już nie mogę się doczekać, aż zacznę ich używać na co dzień, żeby dać Wam znać, czy są warte grzechu. Jednak to co widzę na swatchach na swojej ręce, jest już obietnicą pięknej, makijażowej miłości. Cieliste opakowania rozświetlaczy z kolekcji NABLA DENUDE Collection są kartonowe oraz wyposażone zostały w zgrabnej wielkości lusterko. W opakowaniu znajduje się 10g produktu. 

U mnie rozświetlacze się nie marnują. Kocham je miłością nieograniczoną i jestem świecie przekonana, że nawet te ciemniejsze odcienie w jakiś sposób wykorzystam. Najpewniej, jako cienie do powiek. 



Venus Sand, określiłabym jako najjaśniejszy z kolekcji. Ma w sobie całkiem sporo różowych tonów, dzięki czemu jest chyba najbardziej dziewczęcy. Tak, jak cała czwórka, mieni się w odcieniach złota i daje przepiękną taflę. 

Savage, to bardzo odważny odcień złota. Nieco ciemny, ale biorąc pod uwagę pogodę za oknem i te upały, pewnie tylko ja wyglądam, jak córka młynarza. To odcień idealny do stworzenia makijażu w stylu JLo. 

Wave, to najbardziej szampański z odcieni i wydaje mi się również, że będzie moim ulubionym. 

Sundance, czyli najciemniejszy z dostępnych odcieni. Jest brązowo-złoty, choć widzę w nim odrobinę ciepłych, ceglastych tonów.


Kremowe cienie METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow 

W kolekcji znalazły się też cztery nowe kremowe cienie do powiek METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow. Podczas ujawnienia przez markę NABLA nowości, które będą wchodzić w skład kolekcji, niespecjalnie byłam zachwycona faktem, że pojawią się w niej kremowe cienie. Być może dlatego, że rzadko po nie sięgam. Chyba jednak będę musiała zdanie, bo te cienie wydają się być idealne do odcinania Cut Crease.

Ich opakowania przypominają odrobinę małe błyszczyki. W środku znajduje się aplikator, mięciutka gąbeczka, która pozwala na swobodne wydobycie produktu z opakowania, które jest po prostu przepiękne! Wygląda, jakby ktoś zanurzył je w płynnym złocie. Dół jest już gradientem i dzięki temu widać, jaki kolor cienia znajduje się w środku.


Odcienie METALGLAM Metallic Liquid Eyeshadow, to: 

Lost in Paradise, czyli przepiękny odcień rose gold. Napakowany - tak jak każdy jego kolega - drobinkami. Zapewnia taflę, ale też ujawnia mnóstwo większych drobinek. Przepięknie odbija światło i daje się stopniować. Od lekkiego, pół-transparentnego po mocne, intensywne krycie. 
Golden Hour, to odcień napakowanego złotem brązu. 
Sideral Shell, to bardzo ciekawy odcień różu, który mieni się na lekki, fiołkowy fiolet i ma w sobie całe mnóstwo srebrno-platynowych drobinek. 
Etheral, to szampańskie złoto pozostawione w ciepłej tonacji. 

Pomadki CULT CLASSIC Long-Wearing Lipstick 

W skład nowej kolekcji NABLA DENUDE, weszły też kremowe pomadki CULT CLASSIC Long-Wearing Lipstick. Są oczywiście zamknięte w klasycznym, cielistym opakowaniu. Skuwki zostały zaś pokryte złotem. W opakowaniu dostajecie 3.2g produktu o niezwykle ładnym, słodkim zapachu. 




Dostępne jest pięć nowych odcieni: 

MAGNOLIA, która jest najjaśniejszą z kremowych odcieni nude, które możecie dorwać w tej kolekcji. Zdecydowanie się w niej zakochałam i myślę, że to jest właśnie ten odcień, który podoba mi się najbardziej (choć serce mocniej mi też bije do tej pięknej czerwieni). 
JOLIE, to zgaszony róż, który ma w sobie całkiem sporo tonów mauve. Jest niezwykle kobiecy i będzie pasować do większości typów urody.
BODY LANGUAGE, to najciemniejszy z odcieni nude. Zdecydowany, bardzo intensywny odcień czekolady. 
RED LANTERN, czyli klasyczna czerwień. Chciałabym powiedzieć, że nie mam jeszcze takiej w swojej kolekcji, ale nie wiem, czy bym nie skłamała. Mimo wszystko, wydaje się być dość unikatowa (mówię tak o każdej nowej, czerwonej pomadce, więc mnie nie słuchajcie). Jest neutralna, zatrzymana pomiędzy niebieskimi tonami wybielającymi zęby, a ciepłymi które ożywiają look. 
TOUCH ME, czyli piękny, mleczno-czekoladowy nude. Już na Instagramie mówiłam Wam, że te dwa odcienie cielistości podobają mi się najbardziej, więc nie ukrywam, że będą to moje wybory idealne do katowania na co dzień! 

Konturówki VELVETINE

Do każdej z pięciu nowych pomadek Cult Classic Long-Wearing Lipstick, stworzona została konturówka Velvetine. Każda z nich jest kremowa i dobrze napigmentowana oraz dedykowana swoim odpowiednikom w postaci pomadek i nosi identyczną nazwę, jak pomadka (z wyjątkiem Rosy Magnolia). 


Kosmetyczka i pędzelek do rozświetlacza Highlighter Brush 

W kolekcji NABLA DENUDE Collection znalazły się jeszcze inne nowości. Mam tutaj na myśli malutki pędzelek syntetyczny, który wydaje się być idealny do rozświetlacza oraz cielistą kosmetyczkę, która mimo niewielkich rozmiarów, wydaje się być nawet dość pakowna. Jeśli jednak chodzi o pędzelek, to jestem wstępnie zadowolona z jakości włosia. Nie wiem natomiast co sądzić o skuwce, która wydaje się być bardzo... plastikowa. Żałuję też, że zamiast czerwonego, nie użyto tutaj koloru nude. Ale to już po prostu czepialstwo z mojej strony.  

Cała kolekcja trafi do sprzedaży 12 lipca. Niestety nie znam jeszcze dokładnych cen, jakie będą obowiązywać w Polsce, ale na pewno edytuję post o te dane, gdy już się dowiem. Dostaniecie ją na stronie producenta, a w Polsce dorwiecie ją w takich miejscach, jak na przykład Minti Shop lub Drogeria Pigment. 

Wpadło Wam coś konkretnego w oko? 

MAKEUP MENU: Makijaż jedną marką - AFFECT

Wednesday, July 4, 2018 -


Wracamy z serią MAKEUP MENU! Dawno już tego nie było, zaniedbałam kwestię publikacji makijaży na bloga i pora do tego wrócić! O kosmetykach marki Affect zdarzyło mi się już wcześniej pisać, także jeśli jesteście ciekawe, co sądzę o paletce Naturally Matt, zapraszam na wpis

Jeśli jeszcze nie znacie tej polskiej marki kosmetyków do makijażu, serdecznie Was zachęcam do poznania jej bliżej. Jestem wręcz przekonana, że nie przejdziecie obok niej obojętnie. Głównie ze względu na fenomenalną jakość. 

Jako pierwszy krok makijażu oka zawsze wybieram bazę pod cienie. Nie wyobrażam sobie bez niej funkcjonowania z prostego względu - moje powieki są bardzo wymagające. Nie mam tam idealnej skóry w tym obszarze i wymaga ona szczególnego przygotowania. Tak, aby makijaż trzymał się na tyle długo, na ile da radę. Baza pod cienie Long Lasting Effect, to produkt który został zamknięty w słoiczku. I generalnie, to dla mnie jedyny mankament tego kosmetyku.


Personalnie nie przepadam za korektorami, czy bazami zamykanymi w takich opakowaniach. Głównie ze względu na fakt, że często mam długie paznokcie i nie używam do aplikacji bazy pędzelków. Póki jednak paznokcie są krótkie, nie ma żadnego problemu. Baza jest jedwabiście gładka i dość łatwo wydobywa się z opakowania.  Wklepuję odrobinę w ruchomą powiekę i przechodzę do aplikacji cieni. Szybko zastyga i ładnie chwyta kolorowe produkty, nie powodując przy okazji żadnych plam. To na plus!


Paletką, której użyłam do dzisiejszego makijażu jest oczywiście znana Wam już doskonale Pure Passion. Paletka idealna do wykonywania makijażu ślubnego, jedna z piękniejszych i lepszych na rynku. I nie rzucam tutaj słów na wiatr - cienie Affect są naprawdę fenomenalne i powie Wam o tym każdy dobry makijażysta. Pure Passion powstała przy współpracy z Karoliną Matraszek, bardzo zdolną makijażystką. Jej design został oparty o kartonowe opakowanie, które jest według mnie jednym z najlepszych rozwiązań. Takie opakowania chronią kosmetyki w transporcie, czy podczas upadku, wytłumiając uderzenie. Dlatego ryzyko zniszczenia cieni w środku jest niewielkie. W środku znajduje się dziesięć cieni prasowanych o różnych wykończeniach. Od matu, po kremową i błyszczącą folię. Kolorystyka została zachowana raczej w neutralnych barwach. Znajdziecie tu wszystkie cienie potrzebne do stworzenia cielistego smokey, jak i kilka mocnych cieni akcentowych.  Ze względu na swoje wysokie napigmentowanie, cienie się sypią podczas nabierania pędzlem. Nie jest to jednak jakiś szczególny problem - wystarczy nadmiar cienia nabrać wtedy bokiem pędzla. Sama pigmentacja jest po prostu świetna - co tu dużo mówić, będziecie zachwycone. Zarówno podczas aplikacji pędzelkami cienie nie tracą na intensywności i pozwalają się stopniować, jak i podczas nakładania palcem cieni foliowych (zwłaszcza to piękne złotko), efekt jest fenomenalny. 

Dla podbicia intensywności makijażu użyłam jeszcze pigmentu. Znacie mnie już na tyle, że doskonale wiecie - błysk, to u mnie zdecydowanie konieczność. Nie wahałam się zbyt długo nad wyborem. Chciałam coś połyskliwego, ale równocześnie subtelnego. W waniliowo-różowym odcieniu. Z pomocą przyszedł odcień N-0127.


Do wyrównania kolorytu mojej cery, użyłam nowości marki, czyli podkładu nawilżającego Skin Expert 1. To najjaśniejszy z gamy odcieni, który swym kolorem idealnie pasuje takim bladziochom, jak ja. Jest bardzo fajnie napigmentowany i jego żółte tony spodobają się wszystkim miłośniczkom naturalnie wyglądającej cery, które chcą pozbyć się czerwonych policzków, czy przebarwień. Jego formuła jest lekka i daje się stopniować. Najprzyjemniej nakłada mi się go pędzelkiem typu flat top - uważam, że wtedy można z niego wydobyć maksimum krycia i całkiem ładne wykończenie. Jednak dobrze jest go następnie "przyklepać" jeszcze zwilżoną gąbeczką. 



Podkład przypudrowałam jeszcze moim ostatnim ulubieńcem, czyli pudrem Smooth Finish Pressed Powder w odcieniu D-0003. Szczerzę go polecam do noszenia w torebce. Nadaje się do poprawek w ciągu dnia, nie zmienia koloru podkładu i ładnie stapia się z resztą makijażu. Boli mnie tylko naruszanie struktury tłoczenia. Ten sweterek jest tak piękny, że aż szkoda go dotykać pędzlem :) 



Na szczyty kości policzkowych użyłam wypiekanego rozświetlacza. Produktu, którego nie byłam pewna i podeszłam do niego, jak pies do jeża. Wspomniałam parę zdań wcześniej, że kocham wszystko co błyszczy. A każdy rozświetlacz musi być dla mnie widoczny z kosmosu. Mogą w nim być większe lub mniejsze drobinki - nie przeszkadza mi to. Ma dawać po oczach. 

Byłam więc szczerze zaskoczona mocą Mineral Baked Powder w kolorze T-0003. Ta wypiekana mozaika wielu barw, mieni się na skórze dając przepiękny efekt tafli. Daje się stopniować, więc osiągnąć nim możecie zarówno leciutkie i subtelne rozświetlenie, jak i to mocne, dające o sobie znać z kilometra. Puder ma w sobie drobinki, ale nie jest to gruby brokat, który może przeszkadzać. To coś w rodzaju większych drobinek, mieniących się podobnie do śniegu w zimową noc.




Jestem zachwycona jakością tych kosmetyków i naprawdę z przyjemnością  po nie sięgam. Zwłaszcza po paletkę cieni, jak i puder oraz rozświetlacz. To chyba mój creme de la creme.

Na pewno pojawią się jeszcze pytania, gdzie możecie dorwać kosmetyki polskiej marki. Przede wszystkim na stronie producenta Affect. Z tego co się orientuję, dostępna jest również na stronie drogerii Pigment i tam możecie upolować niezłe promocje.

Znacie kosmetyki marki Affect? 

DO GÓRY