Semilac, Pale Peach Glow

Wednesday, May 25, 2016 -


Rzadko decyduję się na noszenie tego samego koloru paznokci kilkukrotnie pod rząd. Jednak, zakochałam się w Pale Peach Glow na tyle, że chciałam go mieć na paznokciach dwukrotnie. Cały miesiąc z tym samym kolorem, to naprawdę dużo czasu. 


054 Pale Peach Glow, to beżowy odcień jasnego różu, a właściwie... rozbielonej moreli. Ma w sobie też zatopione delikatne, srebrne drobinki. Nie jest to jednak kolor z pełnym kryciem. To zdecydowanie transparentny lakier i najlepiej nakładać go na białą bazę. Ja jednak takiej nie posiadam, dlatego po prostu nałożyłam go trzema cienkimi warstwami. Jest to idealny kolor do pracy i do szkoły.Pokusiłabym się też o stwierdzenie, że będzie świetnie wyglądać na ślubie.  Sprawia, że dłoń wygląda na zadbaną i czystą. Jest nienachalny i delikatny.


Miesiąc to jednak już zbyt długo, dlatego zaczynam się zastanawiać na co by tu zmienić kolor tym razem. Za oknem już praktycznie lato (i tego kurde nie lubię, bo jednak w moim sercu tylko mirko wiosna <3), ale kolory na paznokciach już jakoś tak same z siebie robią się neonowe, żywe i mocne. 


Kolor ten możecie dostać tutaj. Standardowa buteleczka lakieru Semilac ma pojemność 7ml i kosztuje 29zł.

A teraz - przyznać mi się proszę! Jaki kolor na paznokciach nosicie najczęściej?

Majowe beGlossy "Oh! So beautiful" oraz prezent dla Was!

Sunday, May 22, 2016 -


 Pudełka beGlossy były kiedyś moim uzależnieniem. Wieki minęły od czasów, w których kupowałam je w ciemno, czekając na to, co ciekawego trafi do mnie danego miesiąca. Czas powrócić do tego, co kiedyś na blogu pojawiało się regularnie, czyli do kosmetycznych niespodzianek.


Majowe pudełko beGlossy nosi nazwę Oh! So Beautiful". Ma być hołdem dla kobiecości i dokładać pełnych starań do tego, aby każda z nas czuła się atrakcyjna, i pewna siebie na co dzień. 

W różowym pudełeczku znalazły się 3 produkty pełnowymiarowe, dwie solidne miniatury oraz jeden prezent. 
Zacznę od rzeczy, które średnio wpasowały się w moje gusta. 

Lakier do paznokci ColorClub, to rzecz, która poleci w świat. Jak wiecie, regularnie używam lakierów hybrydowych i nie mam zamiaru powracać do standardowych lakierów, więc będę musiała namierzyć kogoś, dla kogo kolor ten okaże się odpowiedni. Odcień, który trafił do mojej wersji, to 917 New Bohemian

Kredka do oczu Cosmepick, to cień w kredce, który jest długotrwały i daje się intensyfikować. I chociaż odcień szarej niebieskości z pięknie mieniącymi się drobinkami wpasowuje się w moje gusta i myślę, że znalazłabym dla niego zastosowanie w moim makijażu, tak krótka data przydatności pozwoli mi się nim cieszyć przez niezbyt długi okres.  Formuła jest lekka i łatwo się rozprowadza, niestety bez bazy pod cienie się nie obejdzie, przynajmniej w moim przypadku. 

Przejdźmy już do kosmetyków, które mocno zaznaczyły swoją obecność w pudełku i sprawiły, że naprawdę się nimi zainteresowałam. 

Maska do stóp SHEFOOT, która ma działanie regenerująco-odprężające, jest pełnym produktem. Ma intensywnie nawilżać i odbudowywać naskórek stóp. Jest to kosmetyk, którego formuła ma za zadanie wchłonąć się do granic możliwości. Resztki możemy zmyć lub wmasować, zapewniając sobie przy okazji dodatkową chwilę relaksu. Przed wakacjami w sam raz! 

Krem intensywnie nawilżający Hydro Care od Bandi, to rzecz, która w pierwszym momencie sprawiła, że pomyślałam "meeh". A gdy aGwer powiedziała, że kiedyś już go miała i była z niego bardzo zadowolona, stwierdziłam tylko, że i ja muszę go koniecznie wypróbować. 

W pudełku znalazła się również próbka zapachu od Calvina Kleina, CK2. Perfumy te są skierowane zarówno do mężczyzn, jak i do kobiet. Zapach niestety nie w moim stylu, za dużo w nich nut nazywanych przeze mnie ogórkowymi, ale mamie się już spodobał i jeśli przejdzie testy wytrzymałości, zostanie kupiony w pełnowymiarowym opakowaniu.

No i na koniec perełka, produkt Vichy, mleczko-serum do ciała Ideal Body. I mimo że nie jestem wielką fanką produktów do pielęgnacji ciała, to widzę, że moje nogi potrzebują intensywnej kuracji ratującej je przed latem. Nie chcę wstydzić się przesuszonej skóry, więc mleczko jest dla mnie idealnym rozwiązaniem. Głównie dlatego, że nie przepadam za tłustymi i ciężkimi konsystencjami. Dlatego lekka formuła serum sprawdza się w takiej sytuacji idealnie, a nawilżający efekt ma utrzymać się na długie godziny. 


Dodatkowo w pudełku znalazły się dwie zniżki, które przysługują do zakupów internetowych. Bingospa podarowało bon o wartości 50zł przy zakupach za ponad 109zł.  Golden Rose zaoferowało 20% zniżkę do sklepu online, która obowiązuje na wszystkie produkty. 


Dodatkowo, jako prezent od marki Vichy otrzymałam kosmetyczkę wypełnioną miniaturami ich kosmetyków. Mała woda termalna wspaniale sprawdzi się w torebce podczas letnich upałów. Jestem wielką fanką wody termalnej, więc prezent ten mnie niesamowicie ucieszył. Próbka kremu pod oczy oraz miniatura kremu do twarzy, to rzeczy, które mają mnie przekonać do serii Aqualia Thermal

A na sam koniec mam dla Was bardzo atrakcyjny kod zniżkowy, który obniża koszt każdego zamówionego pakietu o 20zł. Kod jest ważny do 31.05 a jego treść, to:  tbg20ALAMAKOTA.  Mam nadzieję, że się Wam przyda ;)

Mnie pudełko przypadło go gustu, zwłaszcza za sprawą kosmetyczki wypełnionej miniaturami od Vichy. Majowa edycja jest już wyprzedana, ale zainteresowanie jest tak duże, że zespół beGlossy robi wszystko, żeby przywrócić ją do sprzedaży.

A teraz czekam na Wasze opinie w komentarzach. Co sądzicie o majowym beGlossy?

ArtDeco, Hello Sunshine! Słoneczna kolekcja makijażu

Thursday, May 12, 2016 -


Dzisiaj musicie się przygotować na to, że w tym wpisie jest całe mnóstwo zdjęć. Mam nadzieję, że Wam to nie przeszkadza. Po prostu, zakochałam się w najnowszej kolekcji ArtDeco i nie mogłam przestać pstrykać zdjęć. 

Najnowsza seria, która nosi nazwę HELLO SUNSHINE podbija serca kobiet. Dostępna w perfumerii Douglas, składa się z trzech odcieni pomadek, dwóch wariantów kolorystycznych kremowych cieni do powiek, pudru brązującego, różu oraz maskary. Ja przedstawię Wam dzisiaj praktycznie większość kolekcji. 




Kremowe cienie w kredce, High Performance Eyeshadow Stylo(53,50zł), mają wodoodporną formułę. Z łatwością dają się aplikować na powiekę, rozcierać i dokładać, aby uzyskać intensywny kolor. Są długotrwałe i nie zbierają się w załamaniach powiek. Szczerze zaskoczyła mnie ich trwałość. Swatche z ręki, które są widzicie na zdjęciu trochę niżej, zastygły w ciągu minuty i musiałam nieźle potrzeć rękę, żeby je zmyć. Takie formuły są w sam raz na lato! 

Ich jedwabista formuła pozwala na dokładanie koloru, dzięki czemu łatwo można pomalować oczy delikatnie, jak i stworzyć na nich istną taflę połyskujących barw. Dwa kolory, które widzicie poniżej, to numery 24 oraz 27. 

27, to Soft Golden Rush - delikatny, szampańsko-złoty odcień, który znakomicie sprawdzi się, jako rozświetlenie wewnętrznego kącika, łuku brwiowego, czy środka powieki. 

24, czyli Antique Bronze, to kolor, który łączy w sobie brązową barwę, zmieszaną ze złotymi drobinkami. Jak wiadomo, ja kocham wszelkie brązowo-złote cienie, więc od razu wpadł mi w oko. Znakomicie się blenduje. Może być nałożony na całą powiekę lub tylko jako optyczne zagęszczenie linii rzęs. 



Lubuję się w wydłużających maskarach. To właśnie te wydłużające (czasami jeszcze podkręcające) wybieram. Zależy mi zawsze na jak najbardziej naturalnym efekcie długich rzęs. Maskara Long Lashes Mascara(63.90zł), to coś idealnego dla mnie. Wytrzymała próby dnia i nie odsypała się ani razu. Ma wygodną szczoteczkę, która nie jest silikonowa. Normalne włosie sprawia, że bardzo łatwo dociera do nasady rzęs i rozczesuje włoski. Ma intensywnie czarny kolor. W jej składzie znajdziecie witaminę E oraz panthenol, które pozytywnie wpływają na kondycję rzęs. Ponadto, tusz zawiera również wosk carnauba, który sprawia, że rzęsy są elastyczne i sprężyste, co jest absolutną prawdą. Nie wiem, jak Wy, ale ja nienawidzę dyskomfortu oblepionych rzęs, który dają niektóre tusze. Tutaj w ciągu dnia nie czuję maskary na oczach. Nie skleja rzęs, pięknie je wydłuża i idealnie podkreśla zewnętrzne kąciki - jestem zakochana. Brązowo-złote opakowanie kupuje mnie totalnie. Was też? 




Bronzing Powder Compact (89,90zł), to puder brązujący idealny dla wybrednych. Mój, widoczny na zdjęciach, to odcień 50 - Almond. Po pierwsze, jest naprawdę intensywnie napigmentowany. Moja pierwsza zabawa nim skończyła się plamą na policzku. Nie sądziłam, że naprawdę delikatne muśnięcie struktury pędzlem okaże się tak mocne w intensywności. Ostatecznie dowiedziałam się przy okazji, że znakomicie się blenduje, bo przy użyciu dużego, puchatego pędzla zażegnałam kryzys. Jego aksamitna formuła łatwo daje się stopniować i przyjemnie się rozciera. Nie stwarza problemów. Podzielony został na dwie części. Jaśniejsza może być stosowana przez totalnych bladziochów. Ciemniejsza strona, z delikatnymi opalizującymi drobinkami daje efekt mocniejszej opalenizny. Najbardziej podobają mi się połączone - wtedy uzyskuję najsubtelniejszy efekt. Mimo opalizujących drobinek, śmiało nazwę go satynowym. Daje on bowiem efekt rozświetlonej cery muśniętej słońcem. 





Pomadka Color Lip Shine (65,90zł), to żelowa konsystencja, która długotrwale pozostaje na ustach. Sunie po nich, jak masełko, ale z takim kolorem radzę uważać. Zawsze nakładam ją przy granicach pędzelkiem. Inne sposobu nie widzę - z czerwieniami trzeba ostrożnie. Kolor 21, to soczysta czerwień, która daje pełne krycie przy pierwszej warstwie. Jak na nawilżającą formułę, która pielęgnuje usta przystało, nie jest długotrwała, ale utrzymuje się naprawdę dobrze. Kilka godzin, to u niej norma. Schodzi z ust równomiernie i pozostawia po sobie delikatnie zabarwione wargi. Jej czarno-złote opakowanie przywodzi na myśl wysokopółkowe szminki od projektantów. 



Od lewej: ciemniejsza strona bronzera, jaśniejsza strona, zmieszane razem, cień 24, cień 27, pomadka 21.



Jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem tego, jak kolekcja prezentuje się w całości. ArtDeco z sezonu na sezon wygląda coraz lepiej. Ich kolekcje są spójne, wszystko jest na miejscu. Dbałość o szczegóły opakowań oraz tłoczeń, zwraca moją uwagę, pozytywnie. Zachwycają mnie również formuły. Jestem szczerze na siebie zła, że wcześniej omijałam tę markę szerokim łukiem! 

Jak podoba się Wam ta kolekcja? Skusicie się na jakiś produkt?

Shiseido, Synchro Skin Lasting Liquid Foundation

Wednesday, May 11, 2016 -

 

Shiseido wypuściło na wiosnę nowy podkład. O tym, że kocham kompaktowy Sheer & Perfect Compact już czytaliście tutaj. O Future Solution LX również czytaliście na łamach bloga. Dzisiaj przyszła pora na wydanie wyroku nad nowością marki. 30ml zamkniętego w mrożonym szkle najnowszego podkładu, którego konsystencja jest lekka, jak woda, kosztuje 196zł i wszedł na polski rynek 8. kwietnia. 

Dzięki zastosowaniu technologii sensorycznej, podkład adaptuje się do zmian jakie zachodzą w skórze o różnych porach dnia, tak aby zagwarantować efekt idealnej cery przez cały dzień. Dzięki czemu cechuje go idealne dopasowywanie się do skóry i podkreślanie jej naturalnej tonacji. Wyjątkowa konsystencja, która przypomina wodę, nadaje makijażowi świeżość i naturalność. Sam produkt dodatkowo został wyposażony w SPF 20 oraz składniki pielęgnacyjne. Dzięki Responsive Sensory Technology, dostosowuje się do typu skóry oraz jej kondycji w ciągu dnia. Zaś Color & Texture Synchronization Technology, podkreśla naturalną tonację skóry poprzez zmienne zastosowanie światła, wygładzając i zmniejszając widoczność porów oraz cienkich linii.


Responsive Sensory Technology
Dostosowuje się do typu skóry oraz jej kondycji w ciągu dnia; gwarantuje świeżość makijażu przez cały dzień.
Color & Texture Synchronization Technology
Podkreśla naturalną tonację skóry poprzez zmienne zastosowanie światła; wygładza, zmniejsza widoczność porów skóry oraz cienkich linii.
Składniki pielęgnacyjne
gama składników pielęgnacyjnych, które wygładzają, chronią przed działaniem czynników środowiskowych oraz utrzymują skórę nawilżoną przez cały dzieńFormuła z filtrem SPF 20

Dodatkowo, marka wprowadza nową klasyfikację odcieni. Od teraz dzielić się one będą na Rose (skóra w odcieniu różowym, lekko różowym, która staje się czerwona w chwili opalania i długo taka pozostaje), Neutral (skóra nie jest ani żółtawa, ani różowa) oraz Golden (skóra o żółtawo-oliwkowym odcieniu, która łatwo ciemnieje w chwili opalania). Kolor, który prezentuję Wam dziś na sobie, to Neutral 1. Z racji tego, że moja cera jest w stanie przyjąć każdą z opcji (żółtawe oraz różowe podkłady wyglądają na mnie równie dobrze), zdecydowałam się na odcień z neutralnymi tonami.


Podkład daje efekt bardzo naturalnie wyglądającej cery, pełnej blasku i zdrowia. Pozostawia skórę przyjemnie nawilżoną, dzięki swojej lekkiej i delikatnej formule. Na mojej cerze, która jest mieszana w kierunku suchej, daje lekki, bardzo subtelny mat. Można by go nazwać efektem drugiej skóry. I wspomnę jeszcze o tym, że po prostu GENIALNIE wygląda na zdjęciach. 

Naturalnie wyglądająca, pełna blasku cera idealnie dopasowana do tonacji skóry. Najbardziej spodobał mi się fakt, że podkład dobrze trzyma się na mojej twarzy przez cały dzień. W przypadku podkładów, z którymi moja cera nie gra, w okolicach 3-4 godziny noszenia, mój nos zaczyna przypominać świąteczną bombkę, a podkład wręcz znika z mojej strefy T, jakby wyparował. Z Shiseido, SynchroSkin nie mam tego problemu. Podkład w nienagannym stanie utrzymuje się u mnie nawet do 8 godzin, potem wymaga nieznacznych poprawek, ale ja i tak uważam to za niezły wynik. 


To co? Będziecie chciały wypróbować tę nowość?

Haul zakupowy - targi kosmetyczne w Poznaniu

Monday, May 9, 2016 -


O BOŻE! Jak dawno nie było haul'u zakupowego, prawda? Od ostatniego minęły chyba całe wieki! Co prawda, w międzyczasie kupowałam nowe rzeczy, ale co robiłam sobie takie odstępy zakupowe, że nie dałabym rady trzymać wszystkiego w zamkniętym pudełku tylko po to, żeby trzasnąć kilka fotek. 

W sobotę byłyśmy z aGwer na Międzynarodowych Targach Poznańskich Look i BeautyVision

Ogólnie, nie miałam tyle kupować, ile przywiozłam ze sobą i pokazuję Wam na zdjęciach. Jednak, jakoś tak wyszło, że trochę tego ze sobą przytargałam do domu. Łupy ze spotkania blogerskiego pokażę Wam w osobnej relacji, którą mam zamiar opublikować za jakiś czas. Dzisiaj jednak zakupy z własnej kieszeni. 


Stoisko NYX było pierwszym stoiskiem, na jakie dotarłyśmy z Agą. Generalnie, trochę słabo wyglądała organizacja. I może nie tyle z winy marki, co z winy durnych bab, które nie potrafią stać w kolejce i czekać na swoje miejsce, tylko biegały z miejsca na miejsce, i nie pozwalały na to, żeby na spokojnie wybrać sobie kolory pomadek. Seria Lingerie nie dotarła do NYXa przed targami, więc stwierdziłam, że wybiorę sobie jakieś Soft Matty lub Butter Glossy. Stojąc 15 minut w kolejce by sprawdzić parę kolorów pomadek, a następnie kolejne 10, bo babeczki czekały na "swoje wybrane kolory" i nie chciały się ruszyć z miejsca, tylko stały i blokowały dostęp - stwierdziłam, że odpuszczam. Ostatecznie udało mi się pomazać rękę paroma kolorami, ale to, że co chwilę ktoś uderzał mnie łokciem, ocierał się o mnie i napierał na mnie sprawiło, że powiedziałam "dość". A dodam tylko, że na stoisku NYXa byłyśmy z Agnieszką, jako jedne z pierwszych. 

Podobno na targach w Warszawie było to rozwiązane znacznie lepiej. Ochroniarz nie wpuszczał na stoisko więcej osób, niż było tam pań ekspedientek, dzięki czemu każdy miał możliwość przejrzeć sobie ofertę na tyle, na ile miał taką potrzebę. Bez konieczności pchania się na kogokolwiek. I tak to powinno wyglądać tutaj. Skoro kobiety same nie potrafią się zachować, jak normalne, to może powinien ktoś nad nimi stać. No cóż - może za rok to poprawią :) 

W każdym razie, nie wybrałam sobie niczego do ust. Trochę szkoda, ale tak, jak wspomniałam, moja cierpliwość się skończyła. Udało mi się za to upolować dwie rzeczy, które BARDZO chciałam i jedną, która mi się po prostu przyda.

Oczywiście, nie mogłam się obejść bez różu ombre. Po prostu nie mogłam. Zakochałam się w tej serii i nie ukrywam, że w sumie, to chciałabym mieć je wszystkie. Jako pierwszy w kolekcji zawitał kolor 04 Mauve me. Jest to idealny, neutralny różo-bronzer. Ma delikatne, satynowe wykończenie i jest napigmentowany, jak marzenie. Do tego stopnia, że radzę uważać! Jaram się nim od samego początku, na żywo jest jeszcze piękniejszy i czuję, że będę go używać nieprzerwanie przez kolejne miesiące. CUDO! 

Skusiłam się też na rozświetlacz. Jako ich maniaczka, nie mogłam przejść obojętnie koło płynnego świecidełka. NYX, Born to glow, Liquid Illuminator, to jedna z rzeczy, która po prostu musiała trafić do mojego koszyka. Nie było innej opcji. Jest intensywnie błyszczący, daje śliczną taflę i mieni się perlistym blaskiem. Gdybym mogła, to bym się w nim wykąpała :)

No i ostatnim zakupem ze stoiska NYXa był PRO FOUNDATION MIXER. Zobaczymy, jak się sprawdzi. Na razie użyłam go tylko raz i nie zachwycił. Co prawda rozjaśnił mi podkład, ale musiałam go użyć w proporcji 2 do 1, a sam produkt stracił na kryciu.  Pewnie jeszcze go nie rozgryzłam, ale jak to zrobię, to dam Wam znać, czy warto w niego inwestować.


Nie powiem Wam dokładnie, ile wydałam na stoisku NYXa, bo paragon poszedł już dawno do kosza. Skorzystałyśmy jednak ze zniżki wizażowej Agnieszki i całość kwoty została pomniejszona o 30%.

Na stoisku Semilacu kupiłam też 1000 wacików bezpyłowych. Generalnie, opłacał mi się ten interes, bo za 14zł kupiłam dwa razy tyle, ile normalnie płacę w hurtowniach stacjonarnych. Jednak, sama marka nie popisała się według mnie w żaden sposób zniżkami z okazji targów. Na zakupy obowiązywał rabat 5%. Niby coś, ale jak dla mnie, to trochę słabo na tle innych marek, które zniżkami zachęcały do większych zakupów.

Na stoisku Karai kupiłam sobie pomadkę Wonder Fix w kolorze 13. Jej regularna cena, to 45zł, a ja ją dorwałam za 35zł. Pomadka ma intensywny, jagodowy odcień i szybko zasycha na pełny mat. Dobrze się trzyma, chociaż nie wytrzymuje prób jedzeniowych. Mimo wszystko, jej kolor jest na tyle piękny, że mam ochotę ją nosić non-stop. 


Dotarłam też na stoisko kosmetyków naturalnych. Tam wypatrzyłam mydełka marki Dr.Bronners. Marka od niedawna dostępna jest w Polsce w sklepie internetowym. Do tej pory nosiłam się z zamiarem zamówienia mydełek za granicą, ale jakoś za każdym razem do koszyka wpadało coś innego. Tym razem nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Skusiłam się na pełnowymiarową wersję o zapachu lawendowym oraz na miniaturę o zapachu mięty pieprzowej. I trochę żałuję, że nie zrobiłam odwrotnie, ale już trudno. Lawendowy zapach trzeba lubić (a ja lubię). Sprawdza się wyśmienicie na wieczorne prysznice. Koi, uspokaja, relaksuje. A tego wieczorami mi potrzeba. Mięta jest odświeżająca i fajnie sprawdzi się w upalne dni. 

Ogólnie, kosmetyki te są bardzo naturalne. Nie zawierają nawet grama szkodliwych substancji. Żadnych parabenów, żadnych SLSów. W składzie same organiczne oleje (między innymi kokosowy, z konopii) i witamina E. Pięknie się pienią i dobrze nawilżają skórę. Można nimi prać ubrania, umyć podłogę, naczynia, wyczyścić ciało, umyć włosy, a nawet zęby! 

Nie mogłam też przejść koło stoiska Indigo Nails i nie skusić się na ich nowość, czyli MetalManix
Dołączam zdjęcie, nic więcej nie dodaję, bo uważam, że komentarz jest zbędny! 


A na zdjęciu na dole prezentuję Wam swatche tego, jak wyglądają produkty kolorowe, które kupiłam. Od lewej: róż ombre NYX, Mauve me / pomadka Karaja, Wonder Fix, 13 / rozświetlacz NYX, Liquid Illuminator. 


Miałyście już do czynienia z którymś z produktów, na które się skusiłam? Dajcie znać w komentarzach!

Chcesz zobaczyć, jak wygląda zużyty beautyblender w środku?

Wednesday, May 4, 2016 -


Temat beautyblendera jest według mnie zawsze kontrowersyjny. Jedni twierdzą, że nie warto na niego wydawać złamanego grosza, bo to przecież zwykła gąbka i równie dobrze makijaż można nakładać zmywakiem do naczyń. Drudzy twierdzą, że warta jest każdej wydanej na nią złotówki i prawie że stawiają jej małe ołtarzyki w domu. Moje zdanie poznacie w tym wpisie.

Jak długo powinno się używać beautyblender


Różne są szkoły, moje drogie. Niektórzy mówią, że powinno to być nie dłużej, niż 3 miesiące. Inni, że maksymalnie pół roku. Jakie jest moje zdanie? Możecie używać beautyblendera, aż Wam się nie zniszczy na tyle, że jego używanie zacznie sprawiać trudności. Mój, który widzicie na zdjęciach ma ponad dwa lata. TAK, DWA LATA. Ktoś się teraz wykrzywia? I don't care. 
Wyznaję jedną, niezwykle istotną zasadę, że jeśli coś jest porządnie wyczyszczone, to można tego używać i nie bać się o swoje życie. 

Mój beautyblender zawsze traktuję porządną ilością myjących środków (najlepiej sprawdza mi się jednak mydełko w kostce). Następnie ZAWSZE odkażam go płynem do czyszczenia pędzli, który zawiera w sobie alkohol. I właśnie w ten sposób, mój pierwszy beautyblender, który kupiłam ponad dwa lata temu, służył mi właściwie do tego tygodnia. 

Jakieś dwa miesiące temu kupiłam sobie kolejny. Trwała akurat promocja w Sephorze, a ja postanowiłam z niej skorzystać i kupić sobie gąbeczkę znacznie taniej. W cenie regularnej jest to aż 69zł. Dlatego fakt, że ja zapłaciłam za nią około 45zł, bardzo mnie ucieszył.


Jak beautyblender wygląda w środku po dwóch latach użytkowania? 

Zdjęcia, które widzicie w tym wpisie ukazują najlepiej, jak wszystko wygląda w środku. Beautyblender po prostu się odbarwił na wierzchu. Jest to całkowicie normalne, w końcu podczas mycia mydełkiem i wodą, wypłukujemy nie tylko resztki podkładu, ale również pigment, którym zabarwiona jest gąbeczka w procesie produkcji. 

Na wierzchu widoczne były też inne ślady użytkowania. Niejednokrotnie myłam go mając niezłe szpony, a nie paznokcie, więc łatwo było o rozcięcia. Prawda jest jednak taka, że jest ich znacznie mniej, niż w przypadku innych gąbeczek (zdarzało mi się używać imitacji), które nie dawały sobie tak świetnie rady podczas czyszczenia. 

Trochę się bałam go rozcinać na pół. Naoglądałam się w sieci filmów, w których dziewczyny pokazywały, że w ich gąbeczkach zalęgły się robale... Nie muszę chyba specjalnie tłumaczyć, że takie rzeczy dzieją się, gdy właścicielka jest po prostu brudasem. Nie mam na to innych słów. 

Po rozcięciu okazało się, że gąbeczka w środku jest niemal nieskazitelnie czysta. Właściwie wygląda, jak nowa. Co prawda, nie mam specjalnej maszyny, która przycięłaby mi beautyblender i pozbyła się tych odbarwionych brzegów, a nożyczki sobie z tym tak idealnie nie poradzą, ale myślę, że gdyby nie ten fakt, to dałoby się go używać jeszcze długie miesiące. Po prostu, miałam takie widzimisię, że zwyczajnie chciałam już zacząć używać nowej, intensywnie różowej gąbeczki. 

Czy warto wydać 70zł na beautyblender

To trudne pytanie. Generalnie uważam, że beautyblender jest za drogi. Po prostu, za drogi. Mnie też było szkoda na niego tyle wydawać, ale uznałam, że mój wymaga już wymiany i promocja w perfumerii skłoniła mnie do zakupu. Jak jednak wspomniałam, nowy leżał u mnie bite dwa miesiące. Był taki ładny, różowiutki, nienaruszony... po prostu szkoda mi go było używać, patrząc na to, jak wygląda moja stara gąbka. 

Mimo wszystko, beautyblender wart jest każdej złotówki, którą na niego wydacie. Oczywiście, znacznie lepiej jest, jeśli ilość tych złotówek jest mniejsza niż cena regularna. Fakt, że starcza na tak długie miesiące działa tylko na jego korzyść. 

Według mnie, nie ma na rynku drugiej takiej. Po prostu nie ma. Część jest nawet zbliżona do oryginału, część kompletnie mija się z celem, ale drugiej identycznej nie ma. A ja uważam, że już lepiej zapłacić trochę więcej, ale cieszyć się z jakości, jaką to narzędzie daje w zamian. A przy odpowiednim pielęgnowaniu, jak widać, może starczyć na bardzo, bardzo długo. 

Jakie są Wasze doświadczenia z beautyblenderem? Jak długo macie swoje jajeczko?

Co kupić podczas promocji -49% w Rossmannie? Najlepsze kosmetyki do makijażu oczu!

Tuesday, April 26, 2016 -


Cześć dziewczyny! 

Dzisiaj rozpoczęła się kolejna porcja promocji w Rossmannie. Tym razem 49-procentową zniżką objęty jest cały makijaż oczu. Nie wiem, jak Wy, ale ja tym razem totalnie odpuściłam sobie promocję w Rossmannie. Niby mogłabym się na coś skusić, ale nie chcę tego robić na siłę. Chomikowanie, to moja największa kosmetyczna wada i staram się jej wyzbyć. Mimo to, przygotowałam dla Was listę kosmetyków, które posiadam lub posiadałam i na które według mnie warto się skusić. 



MASKARY 

Maybelline Lash Sensational - ma swoje zwolenniczki i przeciwniczki. Ja jednak należę do jego wyznawczyń. Co prawda, potrafi mi się osypać, ale wybaczam mu to ze względu na to, że jego dobrze wyprofilowana szczoteczka robi z moimi rzęsami cuda. Pięknie je podkręca i utrzymuje w ryzach przez długie godziny. Właśnie sobie zdałam sprawę, że wypadałoby kupić sobie teraz jedną w zapasie... choćby wersję wodoodporną. Znowu odzywa się we mnie chomik! 

Lovely, Curling Pump Up Mascara - jest tania już przed promocją, a podczas rabatów można ją zgarnąć dosłownie za grosze. Silikonowa szczoteczka ładnie rozczesuje i wydłuża rzęsy. Jednak... warto się od razu zaopatrzyć w dwa opakowania, bo jej największym minusem jest niestety fakt, że bardzo szybko wysycha i nadaje się do kosza. 

Max Factor, 2000 Calorie - klasyk. To moja pierwsza maskara i mam do niej jakiś taki sentyment. Pięknie rozczesuje rzęsy i je unosi. Próbowałam i wersji wodoodpornej, i normalnej. Obie przypadły mi do gustu i obie polecam. 

Maybelline, Mascara Volume Express Big Eyes - warto ją złapać głównie dla tej mniejszej szczoteczki. Wyposażona w dwie końcówki, nadaje się do pogrubienia górnych rzęs i precyzyjnego umalowania dolnych. Za tę mniejszą szczoteczkę ją uwielbiam i uważam, że każda z nas powinna mieć ją w swoich zbiorach. Można raz na zawsze zapomnieć o odbitym na dolnej powiece tuszu. 

 
BRWI 


Maybelline, Brow Satin - nie byłam do niej na początku przekonana, ale okazuje się, że jest to naprawdę fajny produkt do malowania brwi. Polecam wszystkim z Was, które lubią wykonywać makijaż przy pomocy kredki i cenią sobie woskowe konsystencje. Trzeba tylko na nią uważać, bo łatwo się łamie.


L'Oreal Brow Artist Plumper - żel do brwi, z którym się nie rozstaję. Idealnie utrzymuje moje brwi w ryzach przez cały dzień. Można go dorwać z kolorem lub całkowicie transparentny. Polecam, bo wart jest zakupu nawet bez promocji. 

Essence, make me brow - żel dostępny jest w drogerii Natura. Tam dorwiecie go również taniej, bo promocje okupują wszystkie większe drogerie w Polsce. Ma w sobie mikrowłoski, które uzupełniają braki w naturalnym stanie brwi. Nie liczcie jednak na mega utrwalenie, w tym zbyt dobry nie jest. Ale na co dzień, dla delikatnego i naturalnego efektu jest w sam raz.

Catrice, Brow definer - kolejny produkt, który możecie dorwać w Naturze. Ja go bardzo lubię, chociaż trzeba umieć się z nim obchodzić. Nie pozwala on niestety na niewprawną rękę, więc trzeba uważać przy jego używaniu. Mimo wszystko, pigment utrzymuje się cały dzień i nie przemieszcza się. Polecam zarówno miłośniczkom naturalnego efektu, jak i pasjonatkom mocnych brwi. 


CIENIE 




Maybelline, Color Tattoo - chyba najbardziej znane cienie kremowe w drogerii. Jeśli jeszcze ich nie miałyście, a podejrzewam, że jest to graniczące z cudem, to warto rzucić na nie okiem. Przyjemne, trwałe i ładne kolory kremowych cieni mogą służyć, jako produkt indywidualny lub jako baza pod kolejne cienie. 


Max Factor, Excess Shimmer - o tym cieniu, w kolorze bronze już pisałam kiedyś tutaj.  To jeden z przyjemniejszych cieni kremowych na rynku. Polecam je znacznie bardziej, niż te z Maybelline. Głównie dlatego, że są bardziej napigmentowane i ich konsystencja przypomina raczej suflet. Warto go mieć. 

Wibo, Neutral Eyeshadow Palette - warto ją upolować podczas promocji, bo w regularnej cenie musicie za nią zapłacić ponad 30zł. Kusi przede wszystkim błyszczącymi cieniami, na których pigment nie można powiedzieć złego słowa. Maty są trochę słabe, ale da się przeżyć. Jak na drogeryjną półkę, jest naprawdę dobrze. 

Paletki cieni do powiek Provoke - nie grzeszą najlepszą pigmentacją świata, ale powiem Wam szczerze, że kolory są na tyle delikatne i neutralne, że sprawdzą się do codziennego makijażu, jak żadne inne. Naprawdę trudno jest sobie nimi zrobić krzywdę.

AKTUALNE PROMOCJE

Na koniec kilka słów o aktualnych promocjach w drogeriach. Dziękuję Wam oczywiście za każde kliknięcie, które daje mi parę groszy.
W Rossmannie z jednej strony dostać można wszystkie kosmetyki do makijażu oczu za -49%, a z drugiej strony nie zapomniano też o tych, których makijażowa promocja nie obchodzi i odwiedzą Rossmann [KLIK] w zupełnie innym celu. 
Superpharm [KLIK] jest godny uwagi głównie ze względu na promocyjne ceny perfum oraz okazyjne zniżki na makijaż i pielęgnację dla posiadaczy karty LifeStyle. 
Hebe [KLIK]  panuje aktualnie promocja -40% na wszystkie produkty Maybelline i L'Oreal. Wchodzi też promocja -30% na wszystkie marki makijażowe [KLIK]. To coś dla niecierpliwych, którzy nie chcą czekać z tygodnia na tydzień na inną promocję w Rossmannie. 
Drogerie Natura [KLIK] przygotowała promocję DO - 50%. Jednak zniżką nie zostały objęte tylko produkty kolorowe, ale też kosmetyki przeznaczone do demakijażu. Można upolować ulubiony micel w znacznie niższej cenie!

Skusicie się na jakieś nowe kosmetyki?

Co kupić, a czego nie kupować podczas aktualnych promocji? Rossmann, Drogerie Natura, Super-Pharm...

Thursday, April 21, 2016 -


Dam Wam dzisiaj znać o tych rzeczach, na które według mnie warto się skusić. Pragnę tylko przypomnieć, że nawet jeśli jakiś kosmetyk sprawdził się u mnie, to nie znaczy, że będzie tak samo u Was. I na odwrót. Być może w odradzanych przeze mnie produktach znajdują się te, które są Waszymi perełkami. 

PUDRY 

TAK 

Rimmel, Stay Matte - mimo że nie jestem fanką matu na twarzy, to jednak przynajmniej jeden matujący puder w moich zbiorach być musi. Zwłaszcza, gdy wiem, że mam jakieś ważne wyjście lub moja strefa T będzie musiała współpracować z makijażem. Niezastąpiony w tej kwestii jest właśnie ten puder. 

Bourjois, Silk Edition - mój ulubiony puder na co dzień i od święta. Nie znalazłam jeszcze lepszego od niego prasowańca. Daje subtelne, jedwabiste wykończenie. Fantastycznie stapia się ze skórą, utrwala makijaż na długie godziny i nie ciemnieje na twarzy. Prawdziwy rarytas. 

Dr Irena Eris, Shyshine Nude Powder - dostępny w szafie kosmetyków kolorowych dr Ireny Eris, czyli marki Provoke. Uwielbiam go za delikatne wykończenie. Śmiało może grać pierwsze skrzypce przy gruntowaniu korektora pod oczami, ponieważ ma delikatnie rozjaśniające i rozświetlające właściwości. Jest bardzo drobno zmielony. Niezwykle przyjemny. 

NIE 

L'oreal, True Match - jak dla mnie ogromny niewypał. Zbiera się w zmarszczkach, ciemnieje i dramatycznie podkreśla wszelkie niedoskonałości. Nie polecam. 

Bourjois, puder sypki - naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest tak chętnie kupowany. Jest to jeden z najgorszych pudrów, z jakimi miałam do czynienia. I mimo tego, że jest porządnie zmielony, nie widziałam jeszcze żadnej osoby, której by nie ciemniał po nałożeniu na twarz. Dramat! 

Rimmel, Lasting Finish 25 HR - kolejny, który miał być świetny, a skończyło się, jak zawsze. Nie polecam. Robi maskę na twarzy, ciemnieje i wygląda nienaturalnie. 

Palety do konturowania 

TAK

W7 Hollywood Bronze & Glow - wzorowana na drogiej wersji od Charlotte Tilbury. Możecie ją dorwać w Drogeriach Natura. Jest naprawdę godna uwagi, ale podobno potrafi uczulać. Mnie na szczęście nie zapchała. 

Wibo, 3 Steps to perfect face - drogeryjna paletka do konturowania (prawie) idealna. Bronzer jest odrobinę za ciepły, ale jakby przymknąć na to oko, to naprawdę warto się na nią skusić. Ma świetny rozświetlacz i za niego ją ubóstwiam! 

L'Oreal, Infallible Sculpt  - totalna nowość na rynku i właśnie dlatego warto się na nią skusić. Kiedy będzie na to lepsza pora niż promocja w Rossmannie? Nigdy! Produkt, to typowy cream to powder, który ładnie stapia się ze skórą. Jestem sceptycznie nastawiona do jasnego odcienia, ale co kto lubi. Warto ją sprawdzić. 

NIE

Wibo, Perfect Look, paleta korektorów do twarz - nie warto w nią inwestować, nawet jeśli będzie to tylko kilka złotych. Jest za gęsta, źle się rozprowadza i po prostu się nie sprawdza. 


Rozświetlacze 

Tutaj żadnego Wam nie odradzę, chociaż mogłabym się przyczepić do rozświetlaczy Lovely. Ja po prostu ich nie lubię, ale swoją robotę robią. Co tu dużo mówić. 

My Secret, Face Illuminator Powder - dorwiecie go w Naturze. Na początku nie byłam do niego przekonana, ale po dłuższym używaniu stwierdzam, że naprawdę jest godny uwagi. Daje piękną taflę.
Wibo, Diamond Illuminator - Mój niekwestionowany ulubieniec. Zawsze gdy mam go na policzkach, zbieram za niego masę komplementów. Niedrogi, a na policzkach wygląda, jak milion dolarów. Must have!
Bell, HypoAllergenic Face&body Illuminating Powder - Jego miłośniczką zostanie każda z Was, która jest posiadaczką bardzo jasnej cery. Nienachalny, zimny, idealny dla porcelanowej cery. 


Róże i bronzery 

TAK

Kobo Matt Bronzing & Contour Powder - to produkt, którego nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Jeśli jeszcze nie macie swojego odcienia Nubian Desert, to nie ma się nad czym zastanawiać. Czym prędzej wybierzcie się do Natury po swój egzemplarz. 

Lovely, Oh oh Blusher  - to holograficzny róż, który jest idealnym zamiennikiem Orgasmu z NARSa. Znajdziecie go też w trio do konturowania od Wibo, z zastrzeżeniem jednak, że ten z trio jest mniej napigmentowany. Idealny dla wielbicielek mocno zaznaczonego policzka. 

Max Factor, Miracle Touch Creamy Blush - i właśnie sobie zdałam sprawę, że on cholera jasna nie jest dostępny w Polsce. Mam jednak nadzieję, że stanie się magia, jak po moim wpisie o kremowych cieniach MF i wprowadzą go do oferty niebawem. To jeden z najlepszych kremowych  róży w drogerii! 

Bourjois, róże wypiekane - starczają na lata, są piękne i długotrwałe. Nie ma się co nad nimi rozpisywać. Warto mieć choć jeden na własność! 

NIE


Maybelline, Dream Touch, kremowe róże - mimo tego, że mają naprawdę fajną gamę kolorystyczną, nie polecam. Nie są zbyt trwałe i nie prezentują się na policzku tak, jak powinny. 

Podkłady i korektory 


TAK 


Bourjois 123 perfect CC Cream - ja mam z nim love & hate relationship. Raz go kocham, raz go nienawidzę. Nie może być nakładany na nieodpowiednio wypielęgnowaną cerę, bo podkreśli wszelkie suche skórki. Jednak efekt jaki daje, bardzo mi się podoba. Trzeba się nauczyć, jak się z nim obchodzić. 

Provoke Radiance Fluid - Mój absolutny ulubieniec w kwestii rozświetlających podkładów dostępnych w drogerii. Jedyny i najlepszy. Nawet się nie zastanawiajcie, tylko bierzcie! 


Rimmel, Match Perfection - uwielbiam ten korektor. Pięknie zakrywa wszelkie niedoskonałości, utrzymuje się bardzo długo i nie wygląda nienaturalnie. Gorąco polecam! 


Rimmel, Lasting Finish 25 HR Nude - w odróżnieniu od pudru, ten produkt sprawdził się u mnie wyśmienicie. Jest naturalny, wygląda bosko i lubię go za fakt, że daje naprawdę dobre krycie. 

L'Oreal, True Match, korektor - jeśli tak, jak ja sceptycznie do niego podchodzicie, to przestańcie. Ładnie rozświetla, fantastycznie wygląda w ciągu dnia i tylko minimalnie zbiera się w zmarszczkach. Dla mnie jest to zaskoczenie na ogromny plus. Warto go wypróbować. 

NIE 

Lirene, My color code - u mnie kompletnie się nie sprawdził. Gama kolorystyczna miała być fajna, ale nie do końca to wyszło. Poza tym, ciemnieje i daje efekt maski. Kompletnie nie polecam. 

Bourjois Healthy Concealer - tyle nad nim zachwytów, że sama uległam poleceniom blogowych koleżanek. Dla mnie okazał się niewypałem. Zbiera się w zmarszczkach, wygląda brzydko i wcale tak dobrze nie zakrywa cieni ani niedoskonałości. Nie polecam. 

AKTUALNE PROMOCJE


Rossmann proponuje tym razem dwie promocje w tym i nadchodzącym tygodniu. Z jednej strony dostać można wszystkie kosmetyki do makijażu twarzy za -49%, a z drugiej strony nie zapomniano też o tych, których makijażowa promocja nie obchodzi i odwiedzą Rossmann  w zupełnie innym celu. 

Superpharm jest godny uwagi głównie ze względu na promocyjne ceny perfum oraz okazyjne zniżki na makijaż i pielęgnację dla posiadaczy karty LifeStyle. 



Hebe panuje aktualnie promocja -40% na wszystkie produkty Maybelline i L'oreal. To coś dla niecierpliwych, którzy nie chcą czekać z tygodnia na tydzień na inną promocję w Rossmannie. 


Drogerie Natura  przygotowała promocję DO - 50%. Jednak zniżką nie zostały objęte tylko produkty kolorowe, ale też kosmetyki przeznaczone do demakijażu. Można upolować ulubiony micel w znacznie niższej cenie! 

   


A na koniec, pochwalcie się! Już coś upolowałyście, czy sobie odpuszczacie aktualne wyprzedaże w Rossmannie? 
Ja przyznam się bez bicia, że mam takie zapasy kosmetyków, że nie potrzeba mi nowych, więc pewnie na nic się nie skuszę. No, chyba że... ;) 


Semilac, Frappe oraz Pink Gold

Wednesday, April 20, 2016 -


Dzisiaj zapraszam Was na wpis paznokciowy. Niestety, niemądrze postąpiłyśmy z Agą i nie zrobiłyśmy efektu przed i po. Mimo wszystko, musicie mi uwierzyć na słowo, że przedłużenie było dość znaczące. aGwer borykała się z wiecznie łamiącymi się paznokciami, którymi niestety przez dłuższy czas nie mogła się chwalić na blogu. Od niedawna, zakochała się (mam nadzieję, że dzięki mnie :) ) w hybrydach Semilac i powolutku ratuje swoje paznokcie. 
Dla mnie to niepierwszy przypadek, gdy kruche i łamliwe paznokcie wzmacniają się poprzez noszenie hybryd. Sama tego doświadczyłam. 

Do tego zdobienia użyłyśmy oczywiście bazy, harda, dwóch lakierów kolorowych oraz topu. Ostatnio w asortymencie marki Semilac zagościła baza witaminowa (dobra dla osób, które chcą szczególnie zadbać o swoje paznokcie) oraz top no wipe. Jestem topem zauroczona, ponieważ znacząco ułatwia on zabawę z paznokciami. Nie trzeba się już bawić w odtłuszczanie płytki z warstwy dyspersyjnej a sam lakier błyszczy się o wiele bardziej, niż przy użyciu zwykłego topu. 


Kolory, które powędrowały na paznokcie zaraz po tym, jak przedłużyłam je hardem, to oczywiście kultowy już Frappe, o którym pisałam tutaj oraz nowość u mnie - 094 Pink Gold. Bardzo wdzięczny i błyszczący kolor przypadnie do gustu każdej miłośniczce różowego złota. 

Lakiery hybrydowe Semilac znajdziecie tutaj.

Nie wiem, jak Wy, ale ja już naprawdę nie mam zamiaru wracać do zwykłych lakierów. Hybrydy dają mi komfort, którego nie da się osiągnąć żadnym innym zwykłym lakierem.

Też kochacie hybrydowe lakiery? 

Współprace - co z nimi nie tak?

Saturday, April 16, 2016 -


Dzisiaj postanowiłam poruszyć dość kontrowersyjny temat. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i podzielicie się swoimi doświadczeniami w komentarzach na dole. Starałam się pokazać Wam wszystko z perspektywy osoby, która już trochę na ten temat wie. Często sama się sparzyłam. Trzeba mieć w tej kwestii twardy tyłek. Bo... nie jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Współprace są i będą tematem kontrowersyjnym. Jednak, jeśli wydaje się Wam, że kooperacje z markami są tylko super, to... po przeczytaniu tego wpisu zmienicie zdanie. 


Za darmoszkę

Naprawdę, na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć marki, które płacą.
Agnieszka (aGwer) miała ostatnio nieciekawą sytuację z marką, która chciała przesłać jej kilka produktów, z konkretnej kategorii. Aga powiedziała, jaką widzi za to cenę. W odpowiedzi usłyszała "Nie prowadzimy tego typu współprac, ponieważ chcemy zachować stuprocentową obiektywność opinii". Wiecie co? Ja bym miała na to jedną odpowiedź. Dość infantylną, ale co tam. LOL. 

Po pierwsze, w ten sposób dali jej do zrozumienia, że co? Że jak jej za to zapłacą, to ona na pewno napisze pozytywnie? Nie moje drogie. I ja, i Agnieszka za każdym razem powtarzamy w takich mailach, że marka musi liczyć się z tym, że opinia może być negatywna, że jeśli produkt będzie miał wadę, to się o tym napisze i nie zamiecie się tego pod dywan. 

Po drugie, blogerki znają się prywatnie! Mamy wiele bardzo dobrych znajomych, część to nawet przyjaźnie i co? I naprawdę marki myślą, że my zatajamy przed sobą takie informacje? Największą wtopą okazuje się tutaj być to, że wiemy, że wyżej wspomniana marka zapłaciła innym. I tam nie było problemu z wpisem/filmem na życzenie. 

Taka propozycja wiąże się z wpisem sponsorowanym. To chyba jest dla Was doskonale zrozumiałe. Dana marka mówi "hej, masz tutaj trzy fajne maskary i zrób pościk, co?". Za każdym razem Waszą odpowiedzią w takiej sytuacji powinno być "Pewnie! Tutaj macie cennik!". Dlaczego?

Dlatego, że powinni nauczyć się, że:
a) blogowanie, to nie tylko Twoja praca, ale również rzecz, która przynosić powinna wymierne korzyści. Część teraz stwierdzi - o matko, toż to tylko o kasę chodzi! Nie. Nie chodzi tylko o kasę. Ale spójrzcie na to od tej strony: dobra lustrzanka, obiektywy, statywy, karty pamięci, grafik do strony, hosting, domena, a na końcu same produkty - to wszystko kosztuje. Żadna z nas nie poszła do sklepu fotograficznego i nie powiedziała "Dajcie mi Canona XXX i obiektyw XXX, a ja Wam nie zapłacę, ok? Napiszę u siebie na blogu, że dostałam go od Was".
b) blogerki, to nie tylko osoby pazerne na darmowe gifty. Owszem, niestety, takich też jest sporo. Ale warto zrobić sobie przesiew i zerknąć na to, jak wyglądają w większości posty na stronie. Trudno, myślę, że w każdej dziedzinie znajdują się takie osoby, które zrobią wszystko za darmowy krem. 
c) dość z zaniżaniem rynku. Jeśli kilka blogerek zrobi za darmo to, co inne zrobiłyby za pieniądze, to mamy tutaj piękną drogę do tego, aby firmy miały w tym wypadku odruch bezwarunkowy, niczym pies Pawłowa.  Bo nie liczy się dla nich to, w jaki sposób wyglądają zdjęcia na blogu, czy czytelnicy są na nim zaangażowani. Czy blogger dba o dobry tekst. Nie, liczy się to, że jest za darmo. 
A PRowiec się cieszy, bo nawet jak ma budżet na działania marketingowe (a uwierzcie mi, że ma, bo gazety  za darmo nic nie publikują), to właśnie zaoszczędził kasę dla firmy. W związku z tym, może za to albo dostać ładną premię, albo władować te zaoszczędzone pieniądze w większą reklamę w gazecie/telewizji. Strzał w kolano dziewczyny! 

Abonent chwilowo niedostępny 

Nie raz spotykam się z sytuacją, że osoba odpowiedzialna za PR marki nie odpisuje na wiadomości. I nie to, że nie odpisze na jednego maila. Nie odpisuje w ogóle. Kompletnie ignoruje każdą wiadomość. Każdą bez wyjątku. Tak, bez wyjątku. 

Dziewczyny potrafią miesiącami czekać na przesyłki. Pisać maile upominające, czując się, jak żebraczki. Czekać na odpowiedzi tygodniami. 

Kiedyś miałam taką sytuację, nie jednokrotnie niestety, że czekałam na przesyłkę, która już była rzekomo nadana. Czekałam i czekałam. I nic. Napisałam jednego maila - cisza. Napisałam drugiego maila - cisza. Trzeciego - O! Jest odpowiedź. "Przepraszam bardzo, już dzisiaj wysyłam paczkę z nowościami.". Gdy paczka do mnie przyszła, oniemiałam. W wielkim (nie mam tendencji do wyolbrzymiania) kartonie, który zajmował sporo miejsca znajdowała się mała torebeczka z logo marki. A w tej małej torebeczce znajdowała się szminka i serum. I na tym koniec. Wspomnę Wam tylko, że według wcześniejszych ustaleń z Panią PRowiec, która sama to zaproponowała, miałam dostać całą nową kolekcję makijażową oraz nowe produkty pielęgnacyjne. Się zdziwiłam.  

Śpieszmy się kochać współprace... tak szybko odchodzą. 

To, że już macie współpracę, to nie znaczy, że ją utrzymacie. Tak... niestety często dochodzi do sytuacji, że marka robi sobie z Was po prostu jaja. Ja byłam kiedyś świadkiem tego, że znana marka napisała do mnie sama. Oczywiście się zgodziłam, bo bardzo tę markę lubię (chociaż przez to zachowanie mam już pewien dystans) i w grę wchodziło otrzymywanie nowości. Ucieszona myślałam, że tak będzie. Słuchajcie... nie dostałam nawet jednej przesyłki. Kontakt się zerwał i tyle. Nie powiedziano mi dlaczego. A w takiej sytuacji chciałabym usłyszeć chociaż to głupie "nara".
Dlatego warto być z taką osobą w stałym kontakcie. Pisać wiadomości z linkami do wpisów. Pytać co słychać. Umawiać się na kawę. Zastrzegam sobie jednak fakt, że warto tak robić tylko z osobami, które naprawdę lubicie i cenicie. 

Także moje drogie, pielęgnujcie kontakty z PRowcami, bo często zdarza się, że nawet jeśli daną współpracę macie, to możecie ją stracić bez powodu. 

I nawet jeśli już nagracie sobie jakąś współpracę, to zdarza się tak, że. Załóżmy, że jest taka sytuacja. Koncern ma swojego PRowca głównego. Ma też kilku PRowców mniejszych, którzy zajmują się pojedynczo markami mniejszymi, wchodzącymi w skład koncernu. Piszesz do PRowca głównego, który nie zgadza się na współpracę. Udaje Ci się skołować namiary na PRowca mniejszego i piszesz do niego. On się zgadza. Jest sukces. Nie masz całego pakietu, ale cieszysz się chociaż z tej jednej marki, która jest naprawdę super. 

Już? Nacieszyłaś się? To wystarczy. Przychodzi PRowiec główny i mówi magiczne słowa z akapitu wyżej. "Nie spełniasz naszych restrykcyjnych wymogów, lala. Wolimy paskudne zdjęcia i żałosny content, bo Zdzisia i Krysia, to nasze znajome i one muszą mieć tę współpracę. Ty się nie nadajesz." 


"Nie spełniasz naszych restrykcyjnych wymogów" 

Na wstępie może powiem Wam tylko tyle, że ze świecą możecie szukać marek, które napiszą do Was pierwsze. Oczywiście, takie przypadki się zdarzają, ale rzadko. Dlatego, jeśli jeszcze kiedykolwiek Wasza koleżanka po fachu powie Wam "jeśli chcesz współpracę, to musisz czekać aż Cię zauważą". Eee... nope! Nikt Cię nie zauważy, jeśli będziesz stać w szarym kącie. Taka jest prawda. I nie ma tutaj żadnego powodu do wstydu, jeśli pierwsze piszecie do marki. Oczywiście, tylko w takim przypadku, jeśli naprawdę nie robicie z siebie idiotki proszącej o darmowe gifty i jesteście w stanie zaoferować sporo swoją osobą, stylem pisania, poziomem bloga etc. Mimo wszystko, wiele w blogosferze "dobrych duszyczek", które za żadne skarby nie podzielą się z Wami kontaktem i jeszcze wcisną kit, że musisz czekać aż Cię zauważą. Dlaczego? Bo fajnie jest być w gronie wybranych. Tylko one i nikt więcej.
Ja się bardzo cieszę, że mam w gronie swoich blogowych znajomych osoby, którym można ufać, można się ich poradzić i można na nie liczyć. Nieistotne jest w tej kwestii to, że część z nich jest z Warszawy i jest w gronie tych, które mają fajne współprace. To właśnie dzięki nim (oraz własnym doświadczeniom i metodzie prób, i błędów) przejrzałam na oczy i wiem, jak to wszystko wygląda od środka. I wcale nie jest tak kolorowo, jak się by wydawać mogło. Z resztą w akapicie wyżej napisałam już na ten temat wszystko. 

Za górami, za lasami... daleko, daleko, nieosiągalnie dla wzroku zwykłej blogerki, która pakuje kupę własnych oszczędności, swojego czasu i serducha w bloga, żyje sobie kilka marek, które mogłyby z tą blogerką współpracować. Mogłyby, ale nie chcą. Dlaczego?

Magiczne zdanie brzmi: "nie spełniasz naszych restrykcyjnych wymogów". Na to hasło otwierają się wrota, za którymi stoi blogerka, której ręce opadły. Tak, marki często potrafią wbić szpilę. I wiecie co? Najgorsze jest to, że TY nie spełniasz restrykcyjnych wymogów, co jest w ogóle śmieszne, bo przykładasz się, zdjęcia są ładne, czyste, strona przejrzysta, ale nie... restrykcyjne wymogi spełnia ktoś, kto robi zdjęcia tosterem, kto nie potrafi się umalować, kto wrzuca paskudne zdjęcia do sieci, na które naprawdę ciężko patrzeć. Ktoś, kto ma kupione lajki. Ktoś, kto ma 120 obserwatorów. Ktoś, kto ma teksty o majonezie, bieliźnie i innych tematach ściśle związanych z beauty i kogo teksty angażują czytelników na 0 komentarzy lub są bolesne dla wszystkich grammarnazi. Oczywiście, każdy z nas może popełniać błędy, Mnie też się one zdarzają. Ale właśnie - zdarzają się. Nie są na porządku dziennym. 

 Jest jeszcze jedno zdanie, które bardzo często możecie usłyszeć. "Na ten czas nie szukamy nowych osób do współprac. Mamy zamknięte grono blogerek, z którymi współpracujemy, ale jeśli postanowimy je rozszerzyć, odezwiemy się do Ciebie. Zapisuję kontakt!". Jest to równoznaczne z "pocałuj mnie w tyłek". Nikt się do Was już nie odezwie. Wcale nie zapisuje kontaktu i generalnie możecie zapomnieć o czymkolwiek. Najgorsze jest to, że nie zwraca się uwagi na fakt, że blogosfera się rozwija, nie stoi w miejscu i nie ma w niej dwóch, czy trzech tytułów, które są na rynku, jak to bywa w kategorii prasy. Internet, to medium, w którym może zaistnieć każdy. Dosłownie każdy. Ważne jest tylko to, żeby reagować na fakt, że dobrych blogów ze świetnym contentem pojawia się coraz więcej. 


Jestem PRowcem, goń się! 

Czekam na ten dzień, gdy w Polsce zaczną obowiązywać standardy z zagranicy. Blogerki w Anglii, czy USA, to medium, które już od dawna bardzo wiele znaczy. Millenialsi oraz Generacja Z nie czytają prasy, a już na pewno nie szukają w prasie porad. [tutaj polecam film Hatalskiej, jeśli nie wiecie o czym teraz mowa] Dla nich jest to zlepek kilku niezbyt ciekawych tekstów, grafik i nic więcej. Zwróćcie też uwagę na Wasze zachowanie oraz zachowanie koleżanek. Zanim kupicie jakikolwiek produkt, wyszukujecie o nim informacje w Internecie. Szukacie informacji, czy to na blogach, czy forach internetowych, czy KWC Wizażu. W dzisiejszych czasach, w dobie wszechobecnego dostępu do WiFi, można sprawdzić takie dane wszędzie. W domu, ale też stojąc przy standzie danej marki, bezpośrednio przed zakupem. Chcemy wiedzieć, jak produkt wygląda na dłoni, na oku, na ustach. Chcemy widzieć efekt przed i po. Chcemy po prostu znać prawdę. 

Osobie w Internecie wierzy się bardziej. Dlaczego? Bo jest taka, jak my. Jest zwyczajną dziewczyną/chłopakiem, konsumentem, który sprawdził dany produkt na sobie i jasno mówi, co mu się podobało, a co nie. Nikt przecież nie chce się naciąć na bubel, jeśli kosztuje on niemałe pieniądze. Dlatego przestajemy wierzyć w piękne grafiki produktowe, które widzimy w gazetach. Zdjęcia wykonane przez producenta już nas nie satysfakcjonują.

Kolejną różnicą, której PRowcy nadal nie pojmują, to fakt, że Internet jest 24/h. Możemy szukać w nim opinii i porad o każdej porze dnia i nocy. Gazeta w najlepszym wypadku wyląduje w koszu po dwóch tygodniach. 

I pomimo wszystko, to blogosfera, to nadal niedoceniana grupa. Traktuje się nas, jak kraje trzeciego świata i tylko nielicznym udaje się przebić do grona, które zgarnia wszystko. Ale o tym pisała już aGwer i do lektury tego wpisu Was zapraszam. 

Epilog 

I nie, nie jestem nastawiona na to w ten sposób, że chcę dostawać, jak najwięcej i jak najczęściej. Stać mnie na to, żeby pójść sobie do Sephory i zrobić sobie nieplanowany prezent od siebie dla siebie. Stać mnie na kosmetyki i znakomita większość tego, co pokazuję na blogu, to produkty, które sama sobie kupiłam. Nie ukrywam jednak, że mam kilka współprac. Część z nich jest bardzo udana i ogromnie się z nich cieszę, że te marki mają za PRowców ludzi, którzy znają się na rzeczy i mają głowę na karku, a o części wolę nawet nie wspominać, bo jeśli dotrwałyście do tego miejsca i nadal czytacie ten wpis, to wiecie doskonale, że wszystkie wcześniejsze akapity nie wzięły się z powietrza. To moje doświadczenia. 

Szybko można stwierdzić, czy dana blogerka pokazuje tylko to, co dostała i czy jest słupem ogłoszeniowym, czy może produkty ze współprac dopełniają jej stronę. Bo tak, współprace to świetna rzecz! Można dzięki nim poszerzać tematykę bloga. Nie oszukujmy się, niewiele osób stać na to, żeby co 3 miesiące kupować całe najnowsze kolekcje/produkty Chanel, YSL, Dior, Shiseido, MUFE, Benefit, Smashbox, Estee Lauder, MAC... i można tak wymieniać w nieskończoność. Dlatego za każdym razem, gdy blogerki pokazują całe kolekcje, to nie tylko świetna sprawa dla nich (bo ich kosmetyczne zbiory się powiększają i łechcą naturalną, kobiecą próżność). To także świetna sprawa dla czytelniczek, które mogą zobaczyć wszystkie swatche i mogą liczyć na szczerą opinię o każdym produkcie. (O tych nieszczerych nic nie będę mówić. Ja po prostu tych blogów nie czytam, bo widzę to od razu). I nie zapominajmy, że marki bardzo często są sponsorami fajnych konkursów dla Was. 

A na sam koniec. Dziewczyny! Pamiętajcie, że jeśli my się same nie będziemy szanować, to nikt też nie będzie szanować nas. Nie zgadzajcie się na wszystko, jak leci. Miejcie swoje warunki i znajcie swoją wartość. Gdy Was wywalają przez drzwi, wracajcie oknem. Nie poddawajcie się, ciągle się rozwijajcie i w końcu osiągniecie swój cel. To, że nie chcą Was teraz nie oznacza, że za jakiś czas, to oni sami nie będą chcieli rozpocząć współpracy. Już na Waszych warunkach. I tego Wam wszystkim życzę! 

Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach i opiniach w komentarzach! 
DO GÓRY