Lanvin, A girl in Capri EDT

Thursday, April 25, 2019 -

lanvin-a-girl-in-capri

Moi drodzy, najnowszy zapach Lanvin, A girl in Capri, to niesamowita przygoda, w którą zabiera nas marka. To również kolejny zapach z asortymentu producenta, zaraz po Lanvin, Modern Princess, który uwiódł mnie na tyle, że naprawdę jestem nim oczarowana i często nim ostatnio pachnę. 

lanvin-a-girl-in-capri

Buteleczkę można określić, jako prostą. Nie wyróżnia ją nic specjalnego, aczkolwiek flakon przyozdobiły dwa elementy, które zwracają uwagę. Prosty flakon ozdabiają tak naprawdę dwa akcenty. Pierwszym z nich jest zatyczka, która połączeniem bieli i złota przenosi nas w wakacyjny klimat, do którego przepustką są właśnie te perfumy. Drugim akcentem jest prosty, a zarazem piękny w swej ascetyczności podpis "A girl in Capri". Tak, jak gdyby jakaś zakochana w słońcu Włoch dziewczyna, wypisywała pocztówkę, którą wyśle swoim bliskim. Wspomnienie z wakacji, czasu beztroski i kolorów. 

lanvin-a-girl-in-capri

W nutach głowy znajdziemy olejek cytrynowy, różowy pieprz i bergamotkę. Nuty serca, to kwiat grejpfruta oraz akord morskiej bryzy. W nutach bazy znajdują się białe piżmo, bursztyn oraz morskie drewno. Jak widzicie, w buteleczce zamknięto ciepłe nuty wakacyjnych wyjazdów nad ciepłe morze. Bursztyn, piżmo, morska bryza łączą się w całość ze świeżymi nutami cytrusów i bergamotki. 

lanvin-a-girl-in-capri

Zapach jest lekki, dziewczęcy i bardzo orzeźwiający, jednak z czasem nabiera głębi i słodyczy. Nada się nie tylko na ciepłe dni na słońcu, ale też na wieczorne randki i spacery w świetle księżyca. To zaskakujące, jak w pierwszej chwili po spryskaniu nadgarstka mamy wrażenie, że jest to jedynie moc cytrusów, lekkości i świeżości. A w ciągu dnia okazuje się rozwijać swoje skrzydła i zyskuje na intensywności ciepłych nut zapachowych. Wystarczy kilka chwil, aby woń nabrała ciepła i stała się otulającym woalem, dodając seksapilu i pewności siebie. 

lanvin-a-girl-in-capri

Poniżej przedstawiam Wam jeszcze na koniec ceny perfum, które możecie kupić w perfumerii. 
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 30 ml 149zł
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 50 ml 219zł
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 90 ml 299zł

A Wy? Jakie zapachy wybieracie na wiosenno-letni czas?
Znacie perfumy Lanvin?

Nabla Close-Up Futuristic Foundation - swatche i zbliżenie na całą kolekcję

Monday, April 8, 2019 -



Nie wiem, jak Was, ale mnie naprawdę niewiele ekscytuje w dzisiejszych nowinkach kosmetycznych. Robię się coraz starsza i kręcić mnie zaczynają rzeczy, których kiedyś byś się po sobie w życiu nie spodziewała. Pielęgnacja nagle stała się moim konikiem i z chęcią używam wszystkich maseczek, serów (nienawidzę odmiany tego słowa) i innych kremów-kremików. Z naprawdę sporą przyjemnością kręcę się nad lepszymi jakościowo kosmetykami, niczym sęp nad konającą ofiarą. 


Zawsze byłam kosmetyczną snobką, która od czasu do czasu spoglądała na tańsze kosmetyki. Wiem bowiem, że nie szata zdobi człowieka i bardzo często te tańsze produkty są równie dobre, co te, za które trzeba sprzedać nerkę. Lubię jednak marki tak zwane in-between. Czyli ani to drogie, ani to tanie. Coś pomiędzy. Często zaskakują mnie swoją jakością i potrafią naprawdę pozostawić mnie oniemiałą. 


Jedną z takich marek jest dla mnie Nabla Cosmetics. Włoska marka kosmetyków kolorowych, która szturmem podbija serca Europejek. Ich kultowe pomadki zna chyba każda z nas, na punkcie paletek cieni oszalałyśmy niedawno wspólnie i... nie znam osoby, która nie pragnęłaby rozświetlacza z kolekcji DENUDE w kolorze Wave

Przyszła pora na coś nowego i mówiąc to mam na myśli zupełnie nowy rozdział, w którym Nabla Cosmetics chce się sprawdzić. O kolekcji Close Up słyszałyście pewnie sporo. Pokazywałam ją Wam nawet jakiś czas temu na blogu - klik

Nasłuchałam się o tym, jak to opakowanie jest podobne do podkładu z Benefitu - Hello Happy. Duhh, ktoś tu chyba zapomniał o tym, kto pierwszy wpadł na pomysł takich plastikowych, eleganckich opakowań. I mam tutaj na myśli markę Chanel oraz jej kultowy już Vitalumiere Aqua (swoją drogą kiedyś mój ulubieniec i chyba chętnie bym go sobie odświeżyła). 


Najnowsza kolekcja Nabla Cosmetics Close-Up mieści w sobie kilka nowości: 20 odcieni podkładu Futuristic Foundation, trzy nowe odcienie korektora Close-Up Concealer, trzy prasowane pudry Close-Up Smoothing Pressed Powder, trzy pędzle do makijażu oraz gąbeczka. 

Nowy podkład Nabla Cosmetics Close-Up Futuristic Foundation został zamknięty w plastikowym opakowaniu z dzióbkiem. Wydostajemy go na zewnątrz po prostu ściskając produkt. Nada się on świetnie na wyjazdy, zważywszy na swoją lekkość i poręczność. We wtorek biorę go ze sobą w podróż, więc przetestuję go na pewno również pod tym względem. 


Co mnie jednak zachwyca, to fakt, że każdy z odcieni w najjaśniejszej wersji Light ma żółte tony. I dziękujmy za to pani bozi podkładowej, bo naprawdę zbyt wiele na rynku jasnych podkładów, które od razu są również różowe... A to, jak doskonale wiemy, nie służy każdemu. Jestem szczęściarą, bo posiadam neutralne tony i dobrze wyglądam, i w jednym i w drugim, ale niekoniecznie się w różowym tonie czuję. Dlatego wielkie brawo ode mnie, że żółte tony, to sprawa kluczowa w kontekście tej nowości. 

Pierwsze wrażenie jest zaskakująco ok. Nie nazwę go jednak w moim przypadku podkładem-rewolucją. Nie wywrócił mojego życia do góry nogami i nie ukrywam, spodziewałam się większego glow i mniejszego matte. Daje ładne wykończenie soft focus, rzeczywiście jest bardzo leciutki i daje stopniować swoje krycie. Określiłabym je jako średnie. 

W rozszerzeniu kolekcji Close-Up znalazły się też akcesoria. Trzy pędzle syntetyczne do makijażu twarzy oraz gąbeczka w pięknym, burgundowym kolorze. Ta ostatnia została specjalnie ścięta po bokach oraz na szczycie. Dzięki czemu dobrze nada się nie tylko do rozblendowania korektora w strategicznych miejscach, które są trudno dostępne, ale również idealnie sprawdzi się do bakingu pod oczami oraz odcinania równej linii bronzera na policzkach. Pędzle zaś zostały stworzone z syntetycznego włosia, które dałabym sobie rękę uciąć, że jest naturalne. Pędzelki są tak miękkie, że naprawdę konkurować mogą z innymi kolegami z branży. Ich skuwki są oczywiście w kolorze złotym, a wykończenie trzonków zostało zachowane w kolorystyce nude. Zadbano również o takie detale, jak złote napisy z logo marki oraz nazwami poszczególnych pędzli.
Mamy wobec tego:
Big Powder Brush - który nada się właśnie do omiatania twarzy pudrem.  I choć jego przeznaczenie można by zakończyć na tym, ja lubię go używać do bronzera. Takim kształtem pędzla konturuje mi się twarz najprzyjemniej. 
Foundation Buffer Brush - którego fanką nie jestem. Głównie przez fakt, że odeszłam od nakładania podkładu pędzlami i po prostu nie przepadam za taką metodą aplikacji. Chętniej używam go do konturowania policzków w strategicznych miejscach.
Precision Powder Brush - który absolutnie pokochałam od pierwszego użycia. Jego języczkowy kształt idealnie nadaje się do omiatania pudrem okolic pod oczami i właśnie do tego uwielbiam go używać. To mój nowy ulubieniec! 


Korektory doczekały się trzech nowych odcieni: 
Light Ivory, który jest dla mnie wybawieniem. Jest bowiem pomieszaniem Porcelain oraz Ivory z poprzedniej kolekcji, czyli dwóch odcieni, które do tej pory mieszałam sobie sama, aby uzyskać właśnie taki odcień.
Trafiły się też dwa ciemniejsze kolory: Medium Peach oraz Amber, które nadają się raczej do ciemniejszych karnacji. Nie widzę niestety w nich szans na zastosowanie na przykład u mnie. 



Przechodzimy już do ostatniej z nowości, ale przy okazji czegoś wyjątkowo ciekawego. Nowe Nabla Cosmetics Close-Up Smoothing Pressed Powder, to pudry kompaktowe w trzech kolorach: Light, Medium oraz Dark. Ten ostatni nie uważam za najciemniejszy, jaki widziały moje oczy, więc szczerze mówiąc - trochę słabo. Słabo dla tych z pań, które rzeczywiście będą na przykład w podkładowych odcieniach z serii D. Te nie znajdą odpowiedniego kosmetyku wśród pudrów. Jeśli natomiast Wy jesteście fankami bronzerów o ciepłych tonach, to właśnie on nada się do tego zadania idealnie. Kolor Light już podróżuje ze mną w ramach pudru poprawkowego w ciągu dnia i testuję go do tego zadania najintensywniej, jak potrafię. Sam kosmetyk jest bardzo drobno zmielony i ma przyjemny, jasny kolor. Pięknie wygładza okolicę pod oczami, przedłużając trwałość wcześniej nałożonego korektora. Nie matowi skóry na płaski mat, tylko zostawia na niej lekką poświatę. Coś na kształt wykończenia na tak zwaną "drugą skórę". 


Jak podobają się Wam nowości Nabli? Jesteście zaciekawione nowymi podkładami, czy raczej nie są to kosmetyki dla Was?

Jak dorosnę zostanę... kobietą!

Friday, March 8, 2019 -



Cześć Kobiety! 


Dawno nie było u mnie wpisu luźnego, mniej poświęconego recenzjom kosmetycznym. I dzisiaj, z okazji Dnia Kobiet udało mi się złączyć siły z paroma świetnymi babeczkami. Chciałam razem z aGwer, aby w akcji uczestniczyło kilka dziewczyn, które są dla mnie synonimem GIRL POWER. I chciałam też dowiedzieć się, jak wyobrażały sobie bycie kobietą, gdy były małe, czy po prostu co myślą, gdy mówią kobieta.  Z racji tego, że mój blog jest wciąż bardziej beauty, chciałam Wam dzisiaj przedstawić to, co sobie myślałam będąc dzieckiem. 

I mimo tego, że dziś rano obudziłam się z jakąś totalnie niespodziewaną opuchlizną na twarzy i małym paraliżem oka,  staram się, aby wpis ten pojawił się na czas. Bo oczywiście, zupełnie jak zwykle, zostawiłam sobie ten tekst na sam koniec. Przecież za mało mam stresu na głowie i dodatkowy, to coś czego mi teraz bardzo potrzeba, prawda? ;) Dlatego, jak zwykle, rzutem na taśmę - lecę z tym koksem! Lecę, bo muszę napisać ten post, szybko wziąć prysznic, umalować się, ułożyć włosy i zdążyć na 18 na event, który dziś odbędzie się w Szczecinie. Koniecznie zajrzyjcie na moje Stories, bo na pewno wrzucę Wam kilka snapów z tego, gdzie się wybrałam. A będzie... pięknie! 

Kobiecość pachniała dla mnie Chanel Mademoiselle 


Pamiętam, jak powąchałam je pierwszy raz. Mama mojej koleżanki używała ich namiętnie i nie mogłam się ich "nawąchać" na zapas. Jej mama zawsze była zadbana, pięknie ubrana, idealnie umalowana (jak na tamte czasy, żeby nie było ;) ). Wiecie, taka kobieta od stóp do głów. Nie było mężczyzny (ani kobiety), która by się za nią nie obejrzała. Zapach był dla mnie taką wisienką na torcie i wtedy pierwszy raz zwróciłam uwagę na to, że chciałabym tak jak ona, zostawiać po sobie woal zapachu, ciągnąć go jak ogon i przyciągać ludzkie spojrzenia. 


Do Chanel Mademoiselle mam sentyment do dziś. Noszę je oczywiście od lat i jeśli mam być szczera, jest to mój zapach numer jeden. Wydaje mi się, że nigdy nim być nie przestanie. Wiem, że jest sporo zwolenniczek Chanel no5 i że to on kojarzy się niektórym z Was z kobiecością. Mnie jednak ten zapach odpycha. Wolę słodką i figlarną Mademoiselle.

Miłość do zapachów zrodziła się w dzieciństwie, a ja po dziś dzień uważam, że pięknie pachnąca kobieta ma w sobie dwa razy więcej siły, niż zazwyczaj. Dlatego codziennie używam perfum i mam ich naprawdę niemałą kolekcję. Lubię je mieszać, łączyć, bawić się kompozycjami. A bez nich? Czuję się naga.


Czerwona szminka, to krok nie do ominięcia 



Pamiętam też, jak czerwone ślady po szmince na filiżankach kawy sprawiały, że nie mogłam się doczekać tego momentu, gdy będę mogła użyć jej po raz pierwszy i odcisnąć swoje wargi na kawałku porcelany. Zawsze mi się to ogromnie marzyło, a teraz, gdy właściwie każde wyjście na kawę wiąże się z zostawianiem śladu szminki na kubeczku, ta ekscytacja jakość zniknęła. Bardziej dociera do mnie wtedy, że szminka którą mam na ustach albo już przestała na nich być, albo ma naprawdę kiepską formułę i szybko się transferuje ;) Ot, tyle by było z tej magii. 

Mocno wytuszowane rzęsy były must have 


Zawsze też zachwycały mnie kobiece spojrzenia. Już nie chodziło nawet o to, że starsze koleżanki mogły się malować milionami kolorów. Ważne dla mnie były rzęsy. Mocno podkręcone, długie, węglowo czarne. A trzepoczące nimi kobiety zawsze wydawały mi się być pewne siebie. Używały ich przecież do przyciągania wzroku, koncentrowania go na ich spojrzeniu, więc musiały lubić ten ogrom uwagi.
Kultowe aktorki znane były z mocnych makijaży, wyrazistych oczu i marzyłam o tym, jak pewnego dnia będę mogła pomalować się podobnie.
Wiele lat musiało minąć, żebym zrozumiała, że jednak makijaż ma być podkreślaniem urody, a nie malowaniem sobie nowej twarzy, ale cieszę się, że teraz umiem mimo tego braku przesady stworzyć coś, co zadowala mnie w stu procentach (no, czasami w 80 ;) ) 


Wiedziałam, że kobieta może wszystko

Teraz, gdy na karku mam już trochę lat, a mityczna trzydziestka jest naprawdę coraz bliżej, wiem że kobiecość to coś zupełnie innego, niż wyobrażałam sobie będąc dzieckiem. Kobiecość, to siła. Możliwość połączenia pasji i ciężkiej pracy, czerpanie z życia garściami i umiejętność tworzenia wokół siebie ciepłej atmosfery - nieważne gdzie się znajdujemy.

I bycie naturalną, w dobie tego wszystkiego co retuszowane w sieci, naturalność była, jest i będzie dla mnie największą wartością! Wydawało mi się też zawsze, że jako kobieta jestem w stanie zrobić wszystko. Skoro dajemy radę przejść przez ciążę i poród, a potem jeszcze wiele lat ogarniamy dom, rodzinę i tak dalej... no, chyba nie ma takiej rzeczy, której nie dałaby rady zrobić kobieta. Dlatego zawsze wkurzało mnie określenie rzucane komuś, kto jest słaby, że robi coś, jak... baba. Hmm... Całkiem sporo znosimy co miesiąc, hormony nam naprawdę nie odpuszczają, jesteśmy stworzone do tego, aby móc nosić pod sercem nowe życie, często pracujemy na etat i ogarniamy rodzinne sprawy, pniemy się w edukacji, awansujemy w pracy, jesteśmy bardziej zaangażowane emocjonalnie... Robić coś, jak baba, to dla mnie bardziej określenie celujące w fakt, że mamy w sobie naprawdę wiele siły. 



Kochane! Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam, abyście zawsze były sobą!

Zajrzyjcie też koniecznie do dziewczyn, które wzięły udział w naszej zabawie! Dziewczyny, bardzo serdecznie dziękuję Wam za udział w dzisiejszej akcji. Stworzyłyście piękne wpisy <3 

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy wyobrażałyście sobie kiedyś kobiecość? Czy pamiętacie z dzieciństwa, jakieś konkretne sytuacje/przedmioty, które automatycznie kojarzyłyście z dorosłymi kobietami? Dajcie znać! 

Czy warto kupić paletkę Charlotte Tilbury Luxury Palette Pillow Talk?

Monday, March 4, 2019 -


Właśnie siedzę sobie i piszę ten wpis, a sąsiad za ścianą postanowił robić remont. Dokładnie w tym momencie, gdy zaczęłam pisać pierwsze słowa tytułu tego wpisu. Ja to mam szczęście normalnie... 

Obiecałam Wam ostatnio na Instagramie, że podzielę się moją opinią na temat paletki Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk. O tym, że jestem fanką tej marki, wiecie doskonale. Każdy kto zna Alę trochę dłużej wie, że trochę z niej kosmetyczny snob. Co prawda moment zachłyśnięcia się kosmetykami mam już za sobą, jednak niektóre z moich starych przyzwyczajeń zostały ze mną do dziś. W związku z tym po dziś dzień lubuję się w produktach kolekcjonerskich, cieszących oko, sprawiających że serce drży mocniej. 


Sama seria PillowTalk przyniosła słynnej makijażystce niekwestionowany sukces. Zaczęło się od kultowej już konturówki w kolorze, który można określić mianem "my lips but better". Podobno jedna z nich sprzedawana jest na świecie średnio co dwie sekundy! Lekko zgaszony róż, który tworzy piękny odcień zmieszany z beżem, daje cudownie naturalny efekt na niemal każdej karnacji. Pokochały go nie tylko gwiazdy, modelki, ale też miłośniczki makijażu z całego świata. Charlotte nie poprzestała na konturówce i stworzyła pasującą do niej pomadkę, o dokładnie takiej samej nazwie. Co prawda, mam ją już od bardzo dawna, ale skubana nie doczekała się u mnie jeszcze recenzji. Jest mi za to wstyd, serio - dlatego przygotuję materiały do publikacji i w marcu na pewno zobaczycie tę śliczność na łamach mojego bloga. Wracając jednak do tematu pomadki Pillowtalk, chciałam Wam nadmienić, że ona również rozeszła się, jak świeże bułeczki. Co prawda oba te produkty trafiły do sprzedaży na stałe, ale był czas, że naprawdę ciężko było je upolować. 


Marka Charlotte Tilbury jednak nie zwolniła tempa i powstała cała, dedykowana kolekcja kosmetyków do makijażu twarzy, które wpisują się w trend makijażu nude, klasycznego makeup'u, który wydobywa wszystkie najpiękniejsze elementy z naszej osobowości. Na próżno bowiem szukać tutaj kosmetyków, które sprawią, że staniecie się Instagram Baddie. Nie moje drogie, Charlotte Tilbury, to synonim pięknej, świetlistej cery, naturalności, seksapilu i uwodzicielskiego spojrzenia. 
W kolekcji znajduje się jeszcze dwukolorowy róż do policzków, na który nabieram coraz większą chrapkę oraz dzisiejsza gwiazda wpisu - paletka Luxury Palette Pillowtalk. 


Paletka Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk, to dla mnie zaskoczenie, rozczarowanie i zaczarowanie jednocześnie. Dlaczego? Już spieszę Wam tłumaczyć. 
Przede wszystkim ze względu na cenę i na fakt, co otrzymujemy w zamian. Z jednej strony jestem z niej naprawdę obłędnie zadowolona. Z drugiej, czuję się trochę rozczarowana. Zakup ten, to naprawdę niemałe pieniądze. Trzeba bowiem wydać na nią 50 euro. Jak za 4 cienie, to naprawdę całkiem sporo. Co prawda, udało mi się ją upolować taniej, głównie dzięki zakupowi ze zniżką oraz darmowej dostawie. 


Za tę ogromną cenę otrzymujemy produkt w plastikowym pakowaniu. To ono pierwsze rzuciło mi się w oczy tak mocno, że byłam bardzo zaskoczona. Paletka jest mała, więc są tego plusy - jest idealnie kompaktowa i nada się na zabranie w podróż. Równocześnie jednak dopada nas myśl: "Serio? Wydałam tyle pieniędzy na coś tak malutkiego?". Po drugie, jest lekka. I znów, może to być plus, ale poprzez posiadanie porównania do Filmstar Bronze and Glow, jestem niesamowicie zaskoczona. In minus. Wydawało mi się, że otrzymam coś stworzonego na podobny wzór. Wiedziałam, że "złote" wykończenie znajduje się dopiero wewnątrz paletki, ale nie przekłada się ono niestety na efekt wow. W środku znajduje się jeszcze lusterko, ale to wydaje mi się być już standardem. Przy okazji - to bardzo dobre lusterko! Lubię się w nim malować, bo bardzo dobrze przybliża makijaż oka.


Przejdźmy już do samej zawartości, czyli cieni. Bowiem o kosmetyk tutaj chodzi przede wszystkim. W środku znajdują się cztery cienie, które niestety nie mają żadnych nazw. Posiłkować się więc będę barwnymi opisami kolorów, które przyjdą mi do głowy. W lewym górnym rogu znajduje się odcień szampańskiego różu - koloru, który dość mocno przypomina mi część błyszczącą Filmstara, aczkolwiek więcej w nim zdecydowanych tonów różowych i... mniej błysku. To taki typowy kolor idealny na ruchomą powiekę. Ja lubię go nakładać NA inny, matowy cień. Wtedy mam wrażenie, że wygląda najlepiej. W prawym górnym rogu znajduje się mój ulubieniec - cień, którego nawet nie wiedziałam, że szukałam w swoim życiu. Kolor, który niezwykle pięknie komplementuje niemal każdą urodę. Jest to absolutnie kremowy, matowy i pięknie stopniujący się kolor różowego nude. Ideał na co dzień, wierzcie mi! W prawym dolnym rogu znajduje się natomiast lekki, matowy brąz.  Odcień, który może służyć, jako przyciemniacz zewnętrznego kącika, czy rozdymiacz niewidocznej kreski zagęszczającej linię rzęs. Również kremowy i dobrze napigmentowany. W lewym dolnym rogu znajduje się natomiast kolor, który jest moim ogromnym rozczarowaniem... i miłością równocześnie. Ta błyskotka wydawała mi się być piękną folią i jakież było moje zdziwienie, gdy okazała się być... brokatem!  Po prostu, najzwyklejszym w świecie brokatem. Tfu! Źle ubieram to w słowa - wcale nie jest zwykły, jest naprawdę piękny! To typowy rose gold. Jestem jednak niesamowicie zaskoczona, że nie jest to folia. A szkoda, bo takie cienie lubię najbardziej. Nie wygląda korzystnie nakładany pędzelkiem. Ani na sucho, ani na mokro - po prostu żaden nie jest w stanie zaaplikować go w taki sposób, żeby wyglądał tak, jak powinien. Najlepiej sprawdza mi się do tego po prostu palec. Cień nakładam wklepując go w powiekę, tak naprawdę wciskając go i przyklejając te tycie, iskrzące drobinki. Nic się nie osypuje w ciągu dnia, co dziwne, ale i zaskakująco pozytywne.

Generalnie cienie są bardzo dobre, masełkowe i odpowiednio napigmentowane. Nie da się nimi zrobić sobie krzywdy, dają się intensyfikować i ładnie się budują. Nie robią plam, nie są za suche, nie sypią się w paletce. Brokat trochę zaczyna robić się skorupką, ale wszystko dlatego, że nakładam go po prostu palcem, więc pewnie od tego zbija się w takie większe skupiska. Nie przeszkadza to jednak w żaden sposób w aplikacji - nakłada się normalnie, bez żadnych zastrzeżeń.


Mój przepis na udany makijaż przy jej użyciu to tak naprawdę skorzystanie z jaśniejszego, matowego cienia, jako cienia bazowego. Nakładam go na całą powiekę, blenduję w załamanie i nakładam też na dolną powiekę. Następnie ciemniejszym cieniem pogłębiam zewnętrzny kącik i przydymiam trochę linię wodną. Potem nakładam cienką warstwę szampańskiego różu a na sam koniec, KONIECZNIE PALCEM wklepuję cień-brokat. W ten sposób wygląda to wszystko najlepiej, najpiękniej i najbardziej naturalnie. Ideał, naprawdę ideał na co dzień, choć sama paletka nie jest pozbawiona wad. Taki to paradoks... Jeszcze nigdy nie miałam takich odczuć względem jakiegokolwiek produktu. 


Podsumowując, jestem z niej bardzo zadowolona. To zdecydowanie moje kolory, używam jej niemal codziennie i za każdym razem, gdy słyszę komplement na temat makijażu oka - jest to kilka słów o niej. Daje cudnie naturalny efekt, ma przepiękne odcienie nude, które nadają się do codziennego makijażu. Złoty cień drobinkowy, mimo że jest "rozczarowaniem" w kwestii konsystencji, jest prawdziwą bombą na oku. Uwielbiam jego efekt, kocham to jak wygląda na oku i jak pięknie mieni się w ciągu dnia. To gratka dla wszystkich srok. Tych mniejszych i tych większych. 

A jak Wam podoba się paletka Charlotte? Lubicie jej kosmetyki, czy to nie Wasza bajka? 

BEAUTY REGRETS: Tarte, Urban Decay, Fenty Beauty - najgorzej wydane pieniądze EVER!

Thursday, February 21, 2019 -


Przy okazji czyszczenia toaletki, pozbywania się prawdziwej tony kosmetyków, które u mnie tylko leżą, kurzą się i właściwie nie ma szans, żeby je zużyć w pojedynkę, zrodził się pomysł, aby napisać parę słów we współpracy z innymi blogerkami/influencerkami/beauty gurus. 

Dzisiejszy post o tematyce Beauty Regrets jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, jak wiele kosmetyków po prostu mam. Mam i nic więcej. (tak, ta trójka prezentowana dzisiaj, to nie są wszystkie kosmetyki, które leżą sobie i właściwie nic więcej nie robią). Dziwię się jednak sama sobie, że w ogóle skusiłam się na niektóre z poniżej przedstawionych produktów. Jak jeszcze czerwoną szminkę jestem w stanie zrozumieć, w końcu był czas, że nosiłam je niemal codziennie, tak reszta? Jest dla mnie sporym zaskoczeniem! 

TARTE Amazonian Clay Mineral Foundation


Ten zakup był bardzo kręcący mnie emocjonalnie. Pierwsze zakupy w amerykańskiej Sephorze, to było coś świetnego i za każdym razem towarzyszył mi jakiś taki... thrill, zupełnie jakbym czekała na coś niespodziewanego. To były też czasy, gdy naprawdę zachłysnęłam się kosmetykami. Przewalałam na nie całe mnóstwo pieniędzy, nie zważając na to, czy rzeczywiście ich potrzebuję, czy nie. Liczyło się samo posiadanie, konsumpcjonizm. Po prostu. Nie ukrywam też, że byłam bardzo podatna na wpływ tego, co widziałam na angielskim oraz amerykańskim YouTubie. Zachwycał mnie ten świat, ogrom kosmetycznych nowości i perełek, i chciałam być ja te dziewczyny zza wody. Do zakupu podkładu sypkiego Tarte namówiła mnie wówczas essiebutton (naprawdę jestem dinozaurem). Teraz pewnie znana jest Wam wszystkim z nicku Estee Lalonde. Niestety, trochę się zmieniła i już nie potrafi namówić mnie na wszystko tak, jak kiedyś. Tarte Amazonian Clay Full Coverage Airbrush Foundation (pod tym linkiem możecie sobie zobaczyć, ile byłam kiedyś w stanie kupić...) w kolorze Fair Honey kupiłam mimo tego, że nie jestem fanką minerałów. Fakt, nigdy mi się ten produkt nie popsuje, ale sama świadomość tego, że mam coś, na co wydałam naprawdę duże pieniądze leży i nie jest używane - słabo. Same przyznacie, że słabo. Moja cera się z nim nie polubiła, głównie przez wzgląd na to, że mam suchą, wiecznie odwodnioną skórę. Łatwo więc o to, żeby podkreślał u mnie każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę.




URBAN DECAY, VICE LIPSTICK w kolorze MRS. MIA WALLACE

Pamiętam, jak był czas, w którym niemal codziennie nosiłam czerwoną pomadkę. Miałam na to sporą fazę i Wy również kojarzyłyście mnie mocno z takich wyrazistych barw na ustach. Pomadka Vice, na którą kiedyś się zdecydowałam, to przepiękny kolor Mrs. Mia Wallace. Szkoda tylko, że użyłam jej może ze dwa-trzy razy. Była fajna, bardzo podobał mi się ten kolor i wykończenie, ale... fajnie tak kupić sobie pomadkę, żeby jej nie używać?! Pewnie, że fajnie! Genialnie wręcz...  

Urban Decay nigdy nie kręciło mnie jakoś przesadnie mocno, mam może jeden, czy dwa produkty, które uważam za superkosmetyki, ale nigdy nie poszłam z prądem jeśli chodzi o ich kosmetyki. I niestety, Urban Decay Vice Lipstick, Mrs Mia Wallace okazała się być jedną z takich właśnie niewypałów.




FENTY BEAUTY eyeliner w kolorze LATER, CRATER

W 2017 pierwszy raz odwiedziłam Barcelonę. Miasto, które po prostu kocham od pierwszego wejrzenia. Wtedy też do Europy weszła marka Fenty Beauty. Jeszcze nie była dostępna w Polsce, więc nie ukrywam, że gdy weszłam do największej Sephory na naszym kontynencie, rzuciłam się jak szczerbaty na suchary. Dorwałam całkiem sporo nowości Fenty (tutaj link z moimi zakupami z Barcelony). Jedną z nich był właśnie eyeliner, który pochodził z limitowanej kolekcji Galaxy. Zobaczyłam go u Desi Perkins i się po prostu zakochałam.


Zapomniałam jednak, że jestem Polką i daleko mi do latynoskiej urody. Zapomniałam również, że mam totalnie inny kolor skóry, o jej tonie nie wspominając. I zamiast pięknego odcienia nude... wyszło u mnie mniej więcej coś takiego, co widzicie na zdjęciu. Jeden wielki dramat na oku - nie użyłam go chyba nigdy. W sensie, nigdy z nim nigdzie na oku nie wyszłam. Co ja sobie w ogóle myślałam?!

Zapraszam Was jeszcze na wpisy do @Agwer oraz do @BeautypediaPatt
Dzięki dziewczyny za udział! <3 

A Was pozostawiam z kilkoma pytaniami! Czy macie w swoich kosmetycznych zbiorach takie produkty, które leżą i tylko na nie patrzycie? Czy wydałyście kiedyś mnóstwo hajsu na jakiś kosmetyk i okazał się on być totalnym bublem albo po prostu uległyście modzie na daną nowość, która kompletnie miała się nijak do Waszych potrzeb? Jestem bardzo ciekawa! Dajcie znać w komentarzach <3 

Warto skusić się na błyszczyki Fenty? || Fenty Beauty Gloss Bomb Fu$$y oraz Fenty Glow

Monday, February 11, 2019 -


Parę dni temu zapytałam Was na Instagramie (@alamakotaa), czy wolicie zobaczyć wpis o błyszczykach Fenty, czy nowych korektorach. Powiem Wam szczerze, że bardzo zaskoczył mnie wynik ankiety, ponieważ byłam niemal przekonana, że zwyciężą korektory. Nic bardziej mylnego! Porównanie Gloss Bombów od Fenty Beauty okazuje się być dla Was dużo, dużo ciekawsze! 

Dlatego nie ma co się opierdzielać, piszę dla Was właśnie ten post, bo jak znowu zacznę odkładać wszystko blogowe na później, to się zobaczymy dopiero w marcu ;)


W asortymencie marki jakiś czas temu pojawił się nowy odcień kultowego już produktu, błyszczyka Gloss Bomb. Najnowszy kolor nosi przekorną nazwę Fu$$y. Tutaj mała lekcja angielskiego z Alą, ponieważ nie mogę słuchać, jak ktoś czyta to, jako "fusi". Moje drogie, przymiotnik fussy czytamy mniej-więcej jak fasi. Oznacza on natomiast niewiele więcej co wybredny, grymaśny, trudny do usatysfakcjonowania. Myślę, że to całkiem fajna nazwa, jak na błyszczyk, który ma być uniwersalny i pasować do każdego rodzaju karnacji, zupełnie jak dwa poprzednie - Fenty Glow oraz Diamond Milk. 


Mam wrażenie, że cena nieco skoczyła, bo wydawało mi się, że początkowo błyszczyki Fenty Beauty kosztowały około 60zł. Całkiem jednak możliwe, że się mylę. Mam tendencję do wymyślania rzeczy, więc możliwe, że wcale tak nie było, a ja po prostu żyję w przeświadczeniu, że ceny skoczyły ;) W każdym razie, za błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fu$$y zapłacić trzeba 75zł na stronie Sephora.pl. 
Ha! Właśnie sprawdziłam mój poprzedni post, w którym podawałam ceny produktów zaraz przed premierą. I tak! Błyszczyk kosztował wówczas 69zł. Także nie mam omamów. 

Kocham oba - zarówno za kolor, jak i za skład oraz świetny aplikator. Co prawda początki mogą być trudne, zwłaszcza jeśli nie jesteście przyzwyczajone do wielkich aplikatorów. Gąbeczka błyszczyka Fenty Beauty Gloss Bomb w każdej z wersji kolorystycznych jest sporej wielkości i... tak naprawdę jest mega ułatwieniem! Gwarantuję Wam, możecie pomalować usta nawet bez patrzenia w lusterko. 
Sama formuła jest pięknie bogata w masło shea, aczkolwiek równocześnie jest lekka i prawdziwie błyszczykowa. Intensywnie nawilża usta, a przy okazji ładnie wygląda.


Nie musicie się martwić o to, że błyszczyk się rozjedzie poza kąciki - nie ma na to szans. Nie ma też szans na to, żeby się kleił. Usta pokrywa jakby delikatny woal błyszczących drobinek, które nie lepią się nieestetycznie. Konkluzja jest taka, że produkt po prosty świetnie wygląda na ustach każdej kobiety!

Wspominałam Wam o tym już w poprzednim poście, który tyczył się kosmetyków marki Fenty Beauty. Nie byłam przekonana do tego błyszczyka, do momentu w którym nie zaczęłam go używać. Od tamtej pory praktycznie się z nim nie rozstaję i nie ukrywam, że stał się on moim absolutnym, błyszczykowym ulubieńcem. 



Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fenty Glow ma w sobie sporo beżowo-brązowego odcienia. I choć wydawać by się mogło, że może on zyskać miano uniwersalnego - nie uważam, żeby był taki w rzeczywistości. Niestety, prawda jest taka, że nie każdy czuje się dobrze w nudowych, beżowych kolorach. Dlatego cieszy mnie fakt, że marka poszerza swój asortyment o kolory, które będą się nadawać niemal dla każdej z nas. 



W porównaniu do Fenty Glow, Fu$$y ma wyraźnie bardziej różowy odcień, pozbawiony do cna beżowego/brązowego koloru. Na ustach wypada bardzo naturalnie, mam wrażenie, że można pokusić się o stwierdzenie, że to taki kolor prawdziwie uniwersalny dla jasnych karnacji. U mnie wygląda, jak moje usta, ale w lepszej wersji. Oczywiście nie obyło się bez napakowania go milionem drobinek, które pięknie mienią się w świetle dziennym i sztucznym.



Konkluzja jest jedna - warto! Jestem naprawdę zadowolona z  tego produktu i uważam, że nie wtopicie pieniędzy, jeśli go kupicie. Tym bardziej, że można go dorwać w zestawie miniatur razem z mini rozświetlaczem! 

Macie już w swojej kolekcji te błyszczyki? Lubicie je? A może w ogóle nie nosicie takich produktów? Dajcie znać! Koniecznie <3

Moje ulubione kosmetyki do włosów. | Pielęgnacja włosów długich, średnioporowatych i farbowanych.

Tuesday, February 5, 2019 -


Moją pielęgnację włosów zapowiadałam Wam już spory czas temu. Z resztą, widać to po zdjęciach - są jeszcze typowo świąteczno-zimowe, a jakby... zastał mnie już luty! Nie dziwi mnie to, jestem ostatnio bardzo w niedoczasie. Rozpoczęłam nową pracę i absorbuje mnie ona doszczętnie.

Obiecałam sobie jednak, że nie zaniedbam bloga na tyle, żeby się tutaj wiecznie kurzyło i postaram się wrócić na dobre tory publikacji. Potrzeba mi tylko trochę samozaparcia i mam nadzieję, że uda mi się wypracować nową rutynę, która pozwoli mi publikować tak, jak marzyłam o tym na początku mojej blogowej drogi.

Wracając jednak do tematu, bo nie chcę Was zanudzać tym co u mnie słychać, wpadam z postem o tematyce lekkiej, pielęgnacyjnej. Zgłębiając temat, który Was żywo interesuje. Chodzi - jak już widzicie po tytule wpisu - o moje włosy. A właściwie o to, co robię, żeby wyglądały tak, jak wyglądają. 

KONKRETNE OCZYSZCZANIE

W kwestii szamponów na co dzień - tutaj tak naprawdę lecę z tym, co przynosi mi szafka z zapasami. Czasami są to jakieś naturalne produkty, czasami totalnie różne kosmetyki dorwane na promocji w Rossmannie, czy innej drogerii. Nie przywiązuję się do szamponów stosowanych na co dzień. Mają po prostu oczyścić moją skórę głowy, zadbać o to, żeby włosy były czyste i tyle. Nic więcej od nich nie wymagam. Aktualnie stosuję szampon restrukturyzujący marki Dolomiti (pisałam o ich kosmetykach tutaj, a tutaj go możecie kupić w Internetach), ale jeśli zapytacie mnie, czy sięgnę po niego ponownie - nie. Wyznaję zasadę, że na takie produkty totalnie codziennego użytku nie ma sensu wydawać zbyt dużych pieniędzy. Wolę inwestować w produkty do zadań specjalnych. 


Takim właśnie oto produktem do zadań specjalnych jest dla mnie pasta oczyszczająca marki Christophe Robin. Najdziwniejszy, najbardziej zaskakujący i najdroższy produkt do włosów, jaki miałam w kategorii oczyszczanie. Wciąż marzy mi się przetestowanie kosmetyku marki Bumble and Bumble o wdzięcznej nazwie Sunday Shampoo. Takie porządne mycie skóry głowy robię właśnie raz w tygodniu i potrzebuję wtedy czegoś, co naprawdę bardzo, bardzo, baaaaardzo mocno oczyści mi tę strefę. Mam dużo włosów, są grube, ciężkie i nie wyobrażam sobie robić inaczej. Wracając jednak do tego, o czym zaczęłam w tym akapicie - mianowicie kosmetyku marki Christophe Robin, Cleansing Volumizing Paste with Pure Rassoul Clay and Rose Extracts. Gwarantuję Wam, że czegoś takiego jeszcze nie używałyście. Jeśli możecie odwiedzić Sephorę i będzie on w asortymencie - koniecznie poproście o próbkę. Jest to ciemna pasta, w której wyraźnie widać czerwoną glinkę. Nie martwcie się jednak, nie barwi ona w żaden sposób ani skóry głowy, ani włosów. Trochę brudzi prysznic/wannę, ale to nic, czego nie da się zmyć strumieniem wody. Wrażenie jest mniej więcej takie, że w opakowaniu wydawać by się mogło, że mamy do czynienia z jakimś piaskiem, który pachnie różami (kiedyś hejtowałam ten zapach, a teraz im jestem starsza, tym bardziej różę doceniam. Ale musi być ładna. A ta jest ładna.). Wystarczy naprawdę odrobinka, nie przesadzajcie z jego ilością, bo naprawdę ładnie i gęsto się pieni. Nabieram mniej więcej ilość trzech ziarenek grochu i wmasowuję w skórę głowy. Ważne jest, żeby potraktować ten kosmetyk, jak peeling skóry głowy, czyli postarać się "wejść" nim między pasma włosów, zaraz u ich nasady. Masujemy tyle czasu, ile tylko Wam starczy sił w rękach i spłukujemy tak, jak każdy inny szampon. Włosy po jego użyciu są odbite u nasady, ładnie trzymają "woljum" przez kilka kolejnych dni i są bardzo świeże. Minusem, naprawdę ogromnym jest jego cena - 175zł, to cena w Sephorze i to całkiem grube pieniądze do zapłacenia za jeden produkt. Da radę go jednak upolować dużo taniej - tutaj. Jest natomiast bardzo wydajny, przez to, że nie powinno się go używać codziennie (nie ma co próbować sobie przesuszyć skóry na własne życzenie) oraz naprawdę niewielka ilość robi gęstą pianę. To moje drugie opakowanie i na nim się nie skończy. Wart jest każdej złotówki! (I obiecuję, że na bank wypróbuję w końcu ten Sunday Shampoo ;) ) 

STYLIZACJA I NAWILŻANIE

Jeszcze kilka miesięcy temu nie byłoby szans, żebym zostawiła moje włosy do wyschnięcia samym sobie. Zawsze używałam do tego suszarki i innej opcji po prostu nie widziałam. 

Odkąd używam produktu marki Bumble and bumble, Don't Blow it, zmieniłam swoje podejście. To krem pielęgnujący, którego nie jestem w stanie porównać do żadnego innego produktu do włosów. Teoretycznie nie ma potrzeby używać potem suszarki, ale jeśli jesteście niecierpliwe - nie ma najmniejszego problemu. Faktem natomiast jest, że jeśli tylko użyjecie tego kosmetyku, zakochacie się w nim bez pamięci. Pięknie pachnie (a to dla mnie bardzo ważne, lubię gdy moje włosy ładnie pachną), szybko się wchłania i jest bardzo wydajny. Niewielka ilość wystarczy by pokryć całe włosy (pamiętajcie by robić to jeszcze na mokro!). Następnie skręcamy wybrane pukle i zostawiamy w spokoju albo suszymy suszarką. Włosy same wysychają i wyglądają po prostu bosko! Zapomniałam już, jak wyglądają moje włosy po prostu po suszeniu. Nigdy nie podobał mi się ten efekt, miałam wrażenie że brzydko się puszą i nie wyglądają najlepiej. A teraz w końcu mogę sobie pozwolić na to, żeby nie "stylizować" ich już dodatkowo. W innym wypadku zawsze leciała w ruch jeszcze prostownica.

ROZCZESYWANIE I SUCHE KOŃCÓWKI 

Nie ma niestety u mnie szans na to, aby włosy zostawić samym sobie i nie rozczesywać ich bezpośrednio po myciu. Jeśli tego nie zrobię, mogę być całkowicie pewna, że zrobią mi się na nich dorodne kołtuny, na które poradzą jedynie nożyczki. Dlatego zanim sięgnę po najgorsze narzędzie, chwytam za Amika, The Wizard - prawdziwego czarodzieja, który zabezpiecza moje włosy przed kołtunieniem i sprawia, że ich rozczesywanie to totalny peace of cake! Mam jednak dla Was małą radę - nie spryskujcie nim bezpośrednio włosów, bo łatwo przesadzić z jego ilością. To produkt typowo olejowy, więc warto najpierw wydobyć odpowiednią ilość na dłoń (u mnie to 2 psiknięcia) i wmasować produkt we włosy.


Długie włosy, tak jak moje, mają też to do siebie, że łatwo uszkodzić je mechanicznie. Czy to przy zapinaniu kurtki, gdy wkręcą się w zamek, czy to przy niechcącym szarpnięciu, czy nawet podczas noszenia ich rozpuszczonych (wtedy potrafią łamać się i ścierać o plecy/ubrania). Trzeba o nie odpowiednio zadbać, a w tym wypadku najlepiej sprawdzi się odpowiednie serum na końcówki. Ja od lat jestem wierna jednemu z marki Amika, Oil Treatment, o którym pisałam już Wam na blogu tutaj.  I mimo że po drodze próbuję inne, to i tak ostatecznie wracam do mojego ulubieńca.  A jak się zastanawiacie, gdzie go dostać, to zapraszam tutaj. 



Wrzucam Wam też zdjęcie, jak wyglądają moje włosy z przodu i z tyłu. Możecie sobie też zobaczyć, jak różny wydaje się być ich odcień w zależności od ilości padającego na nie światła. Są grube, ciężkie, długie i dzięki temu dają się pięknie stylizować. Loki utrzymują mi się kilka dni, a pielęgnacja, o której Wam dzisiaj wspomniałam kompletnie ich nie obciąża i pozwala na przedłużenie trwałości stylizacji. Na bank będą pytania, o to skąd mam tę sukienkę poniżej, więc od razu Wam daję znać, że zamówiłam ją ze sklepu ever-pretty.com. Mówiłam Wam już o tym na moim Instagramie (@alamakotaa) i tam też zalałyście mnie falą pytań. Tak, jestem z niej bardzo zadowolona ;) Wzięłam sobie nawet drugą, bardzo podobną tylko bez rękawków, z ładnym dekoltem. Jest dobrze wykonana, porządna, nic złego się z nią nie dzieje i ma całkiem spoko skład (bardzo dużo bawełny). 


Od jakiegoś czasu stosuję też zabieg laminowania włosów. Wprawdzie nie jestem pierwszą osobą, która na to wpadła, ale pomyślałam sobie, że może macie ochotę poczytać o moich doświadczeniach z tym związanych oraz o tym, jak przygotować się do tego zabiegu tak, aby miał najlepsze skutki. Trochę już go robię i nauczyłam się paru tricków, które ułatwiają mi robotę. Dajcie znać w komentarzach, czy macie ochotę poczytać o laminowaniu (galaretkowaniu) włosów, czy galaretki to tylko konsumujecie ;) 

Dajcie koniecznie znać, czy któryś ze wspomnianych przeze mnie kosmetyków zdarzyło się Wam już używać. Jestem też bardzo ciekawa, czy macie jakieś pielęgnacyjne perełki godne polecenia - czekam na Wasze komentarze! 



DO GÓRY