Nie-dziennik #6 : Facebook w Londynie, urodziny i przykleił się do mnie pech

Sunday, June 24, 2018 -




Cześć Dziewczyny! 

Daaawno mnie tutaj nie było, prawda? Kurczę, ostatni post opublikowałam równe 20 dni temu i mam wrażenie, że minęła w tym czasie cała wieczność. Dosłownie i w przenośni. Czerwiec jest dla mnie słodko-gorzki i choć teraz jest już powoli coraz lepiej, to strasznie się boję, że wypowiadam to w złą godzinę i zaraz się okaże, że los potraktuje moje słowa "czy może być jeszcze gorzej?", jako wyzwanie. A tego bym nie chciała ;) Wracam jednak na bloga przy okazji wpisu w kategorii "nie-dziennik", bo działo się ostatnio TYLE, że warto o tym opowiedzieć. 

Urodziny 

Czerwiec, to miesiąc moich urodzin. W tym roku skończyłam 27 lat... Nie wiem, kiedy to zleciało, ale z roku na rok jestem coraz bardziej przerażona perspektywą 3 z przodu. I bardzo, ale to bardzo jej nie chcę :/ Wciąż czuję się młoda, wciąż nie czuję się w 100% dorosła i przerażają mnie te wszystkie "dojrzałe" decyzje. Nie, nie mam męża, nie mam nawet narzeczonego, o dzieciach myślę w perspektywie "zacznę się tym martwić za 2-3 lata". Wciąż bowiem chcę próbować różnych rzeczy, a mam wrażenie, że założenie rodziny, ograniczyłoby mnie na wiele, wiele lat. Być może to samolubne, ale po prostu nie widzę siebie w tej roli, przynajmniej na razie. Dlatego tegoroczne urodziny spędziłam pod znakiem "miły dzień", a nie "kolejny rok do przodu". I powiem Wam całkiem szczerze, że to najlepsza z możliwych opcji. W moim odczuci mam wciąż 22 lata i tak ma po prostu zostać. 
Wierzycie w znaki zodiaku? Ja trochę tak. Może niekoniecznie w horoskopy, te mnie w ogóle nie kręcą i mam wrażenie, że piszą je amatorzy, byle by coś napisać. Takich z prawdziwego zdarzenia próżno szukać (choć bardzo polecam aplikację Co-Star. Jest tworzona przez profesjonalistów, ale znajdziecie ją w całości tylko po angielsku). Jako bliźniak, urodzony 21 czerwca, czyli w pierwszy dzień lata i zarazem ostatni dzień swojego znaku zodiaku, mam w sobie sporo cech należących do obu znaków pogranicza (czyli wsiąknęło we mnie też sporo raka). I jestem bardzo ciekawa, czy wśród moich czytelniczek też jest choć kilka "mieszanek". Dajcie znać w komentarzach, czy Wy również czasami zastanawiacie się, kim jesteście bardziej :) 

Szkolenie w siedzibie Facebooka w Londynie 

Jeśli uważnie śledzicie mojego Instagrama (tam naprawdę dzieje się zdecydowanie więcej, niż na blogu, więc serdecznie Was zapraszam do obserwowania @alamakotaa), to wiecie już, że w zeszłą niedzielę byłam w Londynie. Boże, jak ten czas leci! Dopiero co byłam tam na miejscu, a już... no, już minął tydzień ;) Strasznie ten czas zasuwa. 

W każdym razie, pojechałam tam na zaproszenie marki Braun, która to zaprosiła oprócz mnie jeszcze 20 influencerów z całego świata. Tak, tak... dobrze czytacie. I dotarło wtedy do mnie, że ktoś wielki (w końcu to zagraniczna agencja oraz międzynarodowy koncern P&G) mnie zauważa, docenia i nazywa mnie influencerem. To ogromne wyróżnienie, motywacyjny kop i całe mnóstwo wiedzy, którą mam zamiar teraz wcielić w życie i spróbować swoich sił w innym podejściu do swojego profilu na Instagramie. To również powiedzenie, głośno i wyraźnie, że dla marek nie liczą się tylko liczby, ale również Wasze/nasze zaangażowanie, społeczność, potencjał. Po prostu, nie ilość, a jakość. Dlatego, jeśli jesteście teraz w miejscu, w którym bardzo wątpicie w to, co robicie i czy robicie to dobrze... Spójrzcie na swój profil z innej perspektywy. Ja już od dłuższego czasu przestałam dążyć do idealnego i spójnego profilu pod względem trzech, czy dziewięciu krateczek, które mają ze sobą zagrać, a odbiorca ma pozostać. Nie, moim zdaniem nie tędy droga. To znaczy, owszem! Jeśli w żaden sposób Was to nie ogranicza i jest w zgodzie z Waszymi gustami, jak najbardziej, róbcie tak dalej. Ale w momencie, gdy łapiecie się na tym, że nie dodacie jakiegoś zdjęcia - mimo że się Wam ogromnie podoba! - tylko dlatego, że "zaburzy" Wam idealność profilu... To gdzie się podziała Wasza osobowość w tym wszystkim? Gdzie autentyczność? No właśnie.
Na pewno napiszę Wam jeszcze kilka moich przemyśleń nie tylko po wyjeździe na szkolenie w siedzibie Facebooka w Londynie, ale też odnośnie tego, czego na Insta nie lubię i co uważam, że zasługuje na wyrzucenie do kosza. 


W Londynie byłam razem z Pauliną, którą możecie kojarzyć z bloga Paulinablog. I kurczę, mam nadzieję, że ona ma podobne odczucia, jak ja, ale naprawdę dobrze się z nią bawiłam. Razem się stresowałyśmy, razem się śmiałyśmy, razem wypiłyśmy mnóstwo drogiego wina i było naprawdę super. Liczę, że jeszcze kiedyś uda nam się tak wspólnie gdzieś wybyć ;) Dobła Paulina? ;)



Trampkowe love 


To co widzicie na zdjęciach, to tak naprawdę moje powolne,  bardzo powolne w tempie ślimaka, przyzwyczajanie się do tego, aby coraz więcej się Wam pokazywać. Wiecie od lat, jak wyglądam, potraficie mnie rozpoznać z najmniej spodziewanych dla mnie miejscach. Zwłaszcza, gdy nie mam na sobie choćby grama makijażu! Wiecie też, że nie mam figury modelki, że raczej jestem z gatunku tych większych, niż tych mniejszych i choć na zmianę walczę o to, żeby wyglądać lepiej, i się poddaję i znowu walczę, i się poddaję, to jednego jestem pewna - w Internecie szuka się przede wszystkim osobowości. A tej się nie da odchudzić, czy przytyć. Dlatego Nie-dziennik #6 traktuję dziś w 1/4, jako mój początek w drodze do bloga o Ali, a nie tylko o kosmetykach. A od czego nie zacząć lepiej, jak od ukochanych trampek? 


Mogę w nich spędzić cały rok. Trzydziestka już stety niestety coraz bliżej, ale ja wiem jedno na pewno. Nawet, gdy będę mieć mega pomarszczone czoło, starcze plamki na ciele i będę nosić okulary korekcyjne, bo już inaczej nic nie zobaczę - będę nosić trampki. Nawet, jeśli miałyby być zapinane na rzepy! Kocham ten rodzaj obuwia. Są dla mnie największym komfortem, największą przyjemnością, najlepszym wyborem. Od lat nosiłam więc długie Conversy za kostkę. Tym razem jednak zdecydowałam się na zakup dwóch nowych par butów, które totalnie szczerze mnie oczarowały. Pierwsze z nich to białe, krótkie Conversy przed kostkę. Miałam już takie, ale w wersji zdecydowanie dłuższej i choć bałam się, że takie krótkie nie są dla mnie - myliłam się. Nie obyło się oczywiście bez obtartych nóg, bo... no ja już tak mam. Nawet kapcie potrafią doprowadzić moje stopy do ruiny (to akurat żart, ale każdy nowy but, to gwarancja cierpienia przy pierwszych kilku noszeniach). Mam jednak do Was prośbę, jeśli nosicie na co dzień takie krótkie tramposze. Polećcie mi proszę idealne (najlepiej białe) skarpetki, które nie będą za daleko wystawać, ale też nie będą się zwijać w ciągu dnia i sprawiać, że porobią mi się kolejne rany, czy odciski. 


Druga para, na którą się zdecydowałam, to nowy model nieśmiertelnych Vansów. Miałam się zdecydować na klasyki, w czarnej odsłonie, ale  nie mogłam przejść obojętnie koło tego bordowego cuda. Są mega wygodne i inne, niż buty, które widywałam do tej pory. Także równowaga w przyrodzie musiała pozostać, bo z jednej strony mamy białe Conversy, które noszą wszyscy, a z drugiej nowe Vansy, którymi się wyróżniam. Idealnie! 
Moje buty zamówiłam na tej stronie i sądzę, że już ją doskonale znacie. Długo nie czekałam, a za całe zamówienie dałam jakieś... niecałe 470zł plus koszty wysyłki. Czy się opłacało? Pewnie nie, bo chwilę potem pojawiło się kilka jeszcze większych promocji na Conversy, ale jakoś tak wiecie... nie mogłam czekać i nie mogłam sobie odmówić swojej pierwszej pary białych, krótkich Conversów. 
Także... polecam polować na promocje i być Januszem Cebuli, bo ja to tak ostatnio w to średnio. Muszę się ponownie wyćwiczyć w tej kategorii życia :D 


Pech mnie nie opuszcza 



W tym miesiącu przekonałam się o tym, że pech mnie rzeczywiście nie opuszcza. I choć karma chyba trochę działa i zachowuje równowagę w naturze wynagradzając mi w jakiś mniejszy, czy większy sposób wszystkie upadki, to i tak mam odwagę powiedzieć, że czerwiec zasłużył na miano najgorszego miesiąca w tym roku. I mam nadzieję, że ta zła passa się już skończy i nie będę się musiała więcej przejmować pierdołami, które ktoś podtyka pod moje nogi chichrając się przy okazji, gdy się potknę. Od czego by tu zacząć wyliczanie? 
Przede wszystkim, pewnego dnia postanowiłam zniszczyć obiektyw w aparacie, mój ukochany 50mm oraz statyw. Przez moją własną nieuwagę, cały sprzęt runął na podłogę i nie zdążyłam go w porę chwycić. A sam aparat walnął o panele obiektywem tak, jakby przewrócił się na nie człowiek, prosto twarzą. Obiektyw nie miał niestety szans, silnik wysiadł i jedyna opcja na jego uratowanie, to naprawa lub kupno nowego. Także to tak na początek. 


W dniu moich urodzin, pół dnia spędziłam na walce o wygląd bloga. Przenosiny na nowy, inny niż dotychczas hosting, niestety nie mogły obyć się bez jakichś nerwów. Na szczęście jednak mogłam liczyć na team LH.pl i pomogli mi załatwić wszystkie sprawy tak, że po kilku godzinach odzyskałam starą, dobrą, zakurzoną stronę. Otworzyło mi to jednak oczy, dość szeroko na to, że nie ma co dłużej czekać z pracami nad nową stroną. Mam więc nadzieję, że jeszcze w te wakacje powitam Was na nowej stronie, razem z panem WordPressem. Także trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło, jak po maśle. 


Muszę się też w tym miesiącu wyprowadzić do nowego miejsca. I choć powiem szczerze, że bardzo mnie to zaskoczyło, bo wydawało mi się, że to kompletnie nieodpowiedni moment, stwierdzam że dobrze się stało. Wiele rzeczy w miejscu, w którym teraz jestem mnie doprowadza do szału. Od kilku miesięcy budzi mnie rano sąsiad z góry, który lubi 40-minutowe nawalanki basem. I potem tak kilka razy w ciągu dnia. Naprawdę nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy mieszkają w kamienicach, czy blokach, a zachowują się, jak w domkach jednorodzinnych. Gdy tylko zrobiło się cieplej, coraz więcej imprezowiczów wraca po nocach wybierając sobie miejsce pod moim oknem, jako najlepsze do kłótni związkowych. Naprawdę, sporo by wymieniać, więc cieszy mnie połowicznie fakt, że się przenoszę. Co prawda, nie oszukujmy się, sam proces przeprowadzki jest niezwykle upierdliwy i nikt tego nigdy nie lubi, więc na myśl o przenoszeniu swoich tobołów ponownie, po blisko 7 miesiącach względnego spokoju i złapaniu tak zwanego "zen"... no nie chce się człowiekowi. Znalazłam jednak bardzo fajne, nowe miejsce i mam nadzieję, że sprawdzi się ono dużo lepiej. Oczywiście myślałam o nim również w kategorii zdjęć, więc mam nadzieję, że nabiorę tam wiatru w żagle, bo nie powiem... miejsce, w którym mieszkam aktualnie, kompletnie nie zagrało dla mnie do zdjęć. Nie umiałam się w nim odnaleźć i bardzo ciężko było mi tutaj machnąć coś sensownego. Trzymajcie kciuki! 


Ogólnie przeżywam też teraz trochę blogowy kryzys, z którego dość mocno próbuję się wydostać. Nie jest to łatwe, gdy masz wrażenie, że wszystko co robisz jest nudne, nieciekawe, niewystarczająco dobre. Z jednej strony bardzo chcę zmienić podejście do mojego bloga, do tego, w jaki sposób bloguję, o czym. Chciałabym, żeby to miejsce zmieniło się  tak, jak i ja się zmieniłam w ostatnich latach. I niby mam na to pomysł, ale potem zasiadam przed komputerem, żeby coś napisać i mam wrażenie, że jednak tylko mi się wydawało, że mam pomysł. Szybko łapię doły w kreatywności, choć zawsze wydawało mi się, że jestem pomysłowa. Ale... jestem bardzo ciekawa Waszego zdania, więc jeśli mogę liczyć na Wasze komentarze w tym temacie, będę dozgonnie wdzięczna. 
Czy lubicie czytać treści lifestylowe? Czy interesują Was autorzy blogów, czy jednak bardziej kręci Was zwyczajnie tematyka recenzji kosmetycznych? 

Bo mnie przestało to bawić. W sensie, nadal kocham kosmetyki i nie mam zamiaru odcinać się grubą (jak ja)  kreską od tego, co zapoczątkowało moją przygodę z blogowaniem. Chciałabym je jednak urozmaicić, sprawić że to miejsce będzie bardziej MOJE, bardziej złożone, a ja będę poruszać więcej treści, które naprawdę mnie dotyczą. Czy to będzie upieczenie ciasta rabarbarowego z przepisu babci, spróbowanie swoich sił w pokazaniu siebie i swoich ciuchów, czy też polecenie Wam idealnych seriali w sam raz do malowania paznokci. 


I to tyle. Za chwilę zabieram się za robienie zdjęć i pisanie tekstów, które opublikuję Wam w tym i mam nadzieję też przyszłym tygodniu. Czeka mnie intensywne kilka dni, bo przeprowadzka już mocno chucha mi po plecach, także korzystam z ostatnich chwil przed tym całym szałem, gdzie czuję odrobinę weny i chęci do działania. Udanej reszty dnia! 


Najnowsza kolekcja NABLA Close-Up Line!

Monday, June 4, 2018 -


nowosci-nabla-close-up-line

Jeśli jesteście bacznymi obserwatorkami tego, co się dzieje w sieci, to już doskonale wiecie, że kilka dni temu marka NABLA wrzuciła na swoje konto na Instagramie, informację że czekają nas niezwykłe nowości w kategorii makijaż twarzy. Dziś otrzymałam swoją przesyłkę z materiałami PR i postanowiłam na szybko pokazać Wam, co znalazło się w paczce i jak prezentują się te kosmetyki z bliska. Chciałabym jednak wyraźnie podkreślić, że dzisiejszy post nie jest recenzją i nie będę wyrokować tutaj nad tym, czy warto po nie sięgnąć, czy nie. Muszę potestować te nowości dłużej, w różnych warunkach, więc na taką recenzję z prawdziwego zdarzenia przyjdzie jeszcze pora. 

Marka NABLA chyba jest już Wam doskonale znana. Podejrzewam, że nie muszę jej już nikomu przedstawiać. Ta włoska firma szturmem podbija serca dziewczyn, które kochają makijaż. Głównie dlatego, że ich kosmetyki są naprawdę wysokiej jakości. 

Nie wiem tak właściwie, dlaczego jeszcze nie napisałam Wam nawet słowa o paletce Dreamy, ale obiecuję, że niebawem nadrobię zaległości. Tak samo będzie w przypadku paletki Soul-Blooming. O niej też już mam kilka słów do powiedzenia, więc możecie się niebawem spodziewać wpisów z recenzjami.  Jednak w tej chwili zajmiemy się najnowszą kolekcją NABLA Close-up Line. 

NABLA Close-up 

Najnowsza kolekcja kosmetyków do makijażu marki NABLA pod nazwą Close-up, mieści w sobie nowości, które służą do wykonywania perfekcyjnej bazy makijażu - czyli makijażu twarzy. W jej składzie znajdziemy dwa syntetyczne pędzelki: duży powder brush oraz mniejszy concealer brush,  gąbeczkę Smooth& Blend Makeup Sponge, korektory Close-up Stay Full Smooth Concealer, transparentny puder do bakingu i utrwalania makijażu, czyli Close-up Baking&Setting Powder oraz  włochata, mięciusia i milusia kosmetyczka Fluffy Makeup Bag. 

Niestety nie podam Wam jeszcze cen produktów, ponieważ nie mam zielonego pojęcia, ile będą kosztować. Niestety w przesyłce nie znalazła się żadna karta z orientacyjną ceną producenta. Sądzę jednak, że ceny będą szyte na miarę dotychczasowych cen produktowych, więc nie będzie tragedii. 

Zacznijmy może jednak od opakowań, bo nie sposób o nich nie wspomnieć. Przede wszystkim, rozkochała mnie w sobie ta włochata kosmetyczka. Jest oczywiście w odcieniu pudrowego różu, więc idealnie wpisuje się w moje aktualne upodobania estetyczne. Kocham bowiem róż, jak nic innego.  Jest mięciutka, stworzona z pluszu i zmieści najpotrzebniejsze kosmetyki na wyjazd, czy do torebki. Kosmetyki zamknięte zostały w kartonikowych opakowaniach, które swoją strukturę przypominają mi odrobinę kosmetyki NARS. Jest to niewątpliwie przyjemna dla zmysłu dotyku cecha. 

Sam design produktów z kolekcji NABLA Close-Up wydaje się być idący w klimaty pastelowego różu łączącego się z boho, czyli dwóch motywów, które przewijają się na feedzie blogerek z Instagrama. Nie ma więc się co oszukiwać, produkty te są mocno instagramable - nadadzą się, jako dodatki do zdjęć. Tak, wiem jak to brzmi :D

nabla-nowe-korektory

Korektor NABLA Close-Up Stay Full Smooth Concealer 

Korektor NABLA Close-Up Stay Full Smooth Concealer niebawem pojawi się w drogeriach internetowych w 9 odcieniach. Część z nich dedykowana jest ciemniejszym karnacjom, ale takim polskim bladziochom, jak my, mogą śmiało posłużyć, jako produkty do konturowania na mokro. Ja jednak posiadam 5 najjaśniejszych odcieni z całej gamy kolorystycznej i to właśnie je prezentuję Wam dziś na zdjęciach. Na swatchach zobaczyć możecie odcienie: Porcelain, Ivory, Light Peach, Cream Beige oraz Golden Beige. Dwa najjaśniejsze odcienie nałożyłam dziś by sprawdzić, jak się zachowują pod oczami. 

Aplikator w korektorze łudząco przypomina ten z Tarte. Co tu dużo mówić, samo opakowanie jest podobne. Najważniejsze jest jednak to, że na podobnym się skończyło. Na szczęście nie jest identyczne. Co więcej, opakowanie skrywa 4 ml produktu. Sam korektor jest gęsty, ale nie nazwałabym go tępym. Jego konsystencja jest płynna i gładko rozprowadza się pod oczami. Oczarował mnie w nim zapach. Przypomina mocnego drinka pinacolada lub malibu. Jest kokosowo, pięknie i słodko, ale wyczuwam też alkohol.

nowy-nabla-korektor-close-up-stay-full-smooth-concealer

Podczas aplikacji nie miałam problemu z rozblendowaniem produktu. Daje się spokojnie stopniować, dzięki czemu możemy uzyskać nim krycie średnie, do mocnego. Przy jednej cienkiej warstwie nadal widziałam prześwitujące cienie pod oczami. Po dołożeniu odcienia Porcelain, by rozświetlić okolice oczu, okazało się, że taka ilość produktu jest wystarczająca, by ukryć cienie.

nabla-korektor-swatche

Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła go jeszcze na kilka sposobów, a że nadarzyła się okazja by zakryć kilka przebarwień, które się ostatnio na mojej twarzy pojawiły, wklepałam palcem odrobinę korektora na kilka zmian. I powiem szczerze, że bardzo mi się w tej roli spodobał.

puder sypki nabla

Puder NABLA Close-Up Baking & Setting Powder, Translucent 

Puder NABLA Close-Up Baking & Setting Powder, to transparenty puder stworzony do "pieczenia" korektora pod oczami oraz utrwalania makijażu. W pojemniczku znajduje się 30g produktu i jest to naprawdę spora ilość. Po przypudrowaniu całej twarzy, odniosłam wrażenie, że odrobinę bieli makijaż. Nałożyłam go dziś na całą twarz i widziałam w pierwszej chwili, że jego matowe wykończenie nie jest płaskie, a nadaje efekt bluru pod oczami i w miejscu rozszerzonych porów. Jego opakowanie jest również zachowane w klimacie pasteli i boho. Tutaj jednak mamy do czynienia ze słoiczkiem, który mieści w sobie naprawdę sporo produktu, ale przy okazji nie zajmuje ogromu miejsca. Nie jest bowiem tak wysoki, jak w przypadku innych pudrów sypkich, które posiadam (np. Laura Mercier, MAC).

puder sypki transparentny nabla

gąbeczka do makijażu nabla

NABLA, Smooth & Blend Makeup Sponge 

W najnowszej kolekcji znajduje się również gąbeczka NABLA Smooth &Blend Makeup Sponge. To zwykła gąbeczka do makijażu, którą spokojnie rozprowadzimy na twarzy zarówno podkład, jak i korektor. To mój ulubiony sposób aplikacji podkładu, choć jeszcze czasami zdarza mi się użyć pędzla do podkładu, to jednak praktycznie zawsze wykańczam makijaż gąbeczką. Właśnie dla uzyskania idealnego efektu drugiej skóry. Nie wyobrażam sobie też nic innego do rozblendowania korektora pod oczami. Ta jasnoróżowa gąbeczka swoją strukturą przypomina mocno gąbeczki z Blend It. Jest nieco bardziej zbita, niż oryginalny beautyblender. Po namoczeniu zwiększa swoją objętość i jest zdecydowanie bardziej miękka.

nowe pędzle nabla

pędzelki do pudru i korektora nabla

NABLA pędzel do korektora i podkładu 

W kolekcji nie zabrakło też miejsca do dwóch idealnych pędzli dla miłośniczek różu. Już kilka z Was pisała mi w odpowiedzi na moje InstaStories (wpadajcie na @alamakotaa), że czaicie się na nowości marki NABLA i to właśnie Powder Brush oraz Concealer Brush wpadły Wam mocno w oko. Są to pędzle z włosia syntetycznego, o pięknym barwionym ombre. Ścięte skuwki pozwalają na pionowe postawienie tylko tego większego, ale... czy ktoś w ogóle stawia swoje pędzle w rządku? Jeśli tak, to dajcie znać w komentarzach! Są miękkie, choć nie nazwę tego najbardziej miękkim włosiem, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia. Zdają się jednak być naprawdę w porządku. Pędzel do pudru swobodnie rozprowadza produkt po twarzy, a ten do korektora... no cóż, ja wolę takie puchacze do cieni do powiek, więc jego zadanie u mnie będzie trochę inne ;)


Tak prezentuje się makijaż wykonany przy użyciu korektorów oraz wykończony pudrem sypkim. Muszę przyznać, że spodobał mi się ten efekt. Wszystko co powinno jest zakryte, a przy okazji efekt matu i bluru, jest bardzo naturalny. Chętnie jednak sprawdzę te kosmetyki na wszelkie możliwe sposoby i za jakiś czas wrócę do Was z recenzją po dłuższym czasie używania.

Najnowsza kolekcja NABLA Close-Up wejdzie do sprzedaży w Polsce i na świecie 7 czerwca. Wyczekujcie jej w największych drogeriach internetowych!

A teraz koniecznie dajcie mi znać, czy jesteście w ogóle tą kolekcją zainteresowane? Podoba się Wam jej design? Może jakiś produkt szczególnie wpadł Wam w oko? Czekam na Wasze komentarze!

Najlepsze produkty do ust marki Sephora! Musisz je mieć!

Wednesday, May 30, 2018 -

najlepsze szminki sephora

Zapytałam Was dzisiaj na moim InstaStories, o czym wolałybyście poczytać tego wieczora. Wasz wybór w ankiecie padł na najlepsze produkty do ust marki własnej Sephora, które polecam i za które rękę dam sobie uciąć. Jakiś czas temu zapoczątkowałam na Insta taki malutki szał na błyszczyk powiększający usta, o którym dzisiaj przeczytacie. 

Swoją drogą, naprawdę gorąco zachęcam Was do odwiedzenia mojego profilu i do obserwacji (@alamakotaa). Dzieje się tam więcej, opowiadam często o nowościach i innych pierdołach, które mi się przydarzają. Chyba warto ;) 

Sephora, Wonderful Cushion 

W momencie, gdy za oknem jest coraz więcej słońca, a dni są coraz dłuższe, marzę tylko o soczystych kolorach na ustach. Idealnie w moje upodobania wpisuje się wtedy Sephora, Wonderful Cushion w kolorze 04 Wonderful Fuschia. Pisałam Wam już kiedyś o tej gąbeczkowej pomadce, która ma naprawdę przyzwoitą trwałość. Tak na marginesie, wrzucam Wam tutaj link do wpisu sprzed dwóch lat. I tak sobie patrzę na siebie, i coraz bardziej mam ochotę skrócić włosy do tej długości. Co sądzicie? Skracać, czy lepiej mi w takich długich, jak mam teraz? Gąbeczka, która jest aplikatorem co prawda nie pozwala na precyzyjne umalowanie ust, ale jest to jednak jeden z tych produktów, który dobrze wygląda, jako ombre. I myślę, że właśnie taki koreański trend przyświecał temu produktowi. Jest naprawdę godny uwagi. Jego cena, to 40zł/9ml.


swatche sephora wonderful cushion wonderful fuschia

Sephora, Cream Lip Stain 


Pomadki matowe Sephora Cream Lip Stain znam już naprawdę od wielu lat. Jeszcze sprzed zmiany formuły (nie straciły na jakości) i wprowadzenia nowych kolorów. Pamiętam, że była to jedna z moich ulubionych i pierwszych matowych czerwieni w płynie. Na tę chwilę jestem posiadaczką dwóch kolorów. Słodkiej, truskawkowej czerwieni 03 Strawberry Kissed oraz dojrzałej jagody 16 Cherry Nectar spé. To niezwykle trwałe, bardzo napigmentowane i piękne pomadki płynne, które śmiało mogą konkurować z droższymi markami (np. pomadki Huda, czy Anastasia). Cena dość przystępna - 46zł/5ml. 

szminki sephora lip stain 03 16

sephora lip stain 03  na ustach

sephora lip stain 16 na ustach

Sephora Rouge Creme

To jedyna kremowa pomadka, którą Wam dziś pokażę. Odrobinę odeszłam od takich klasycznych pomadek w sztyfcie, ale ta wymaga kilku słów na jej temat. Lubię ją zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, ale dobrze sprawdzi się też na ciepłe wieczory i randki. Nikt przecież nie chce teraz mieć przesuszonych ust. Stawiamy na błysk! Sephora Rouge Creme w kolorze R04 Red, to czerwień idealna. Ma w sobie odrobinę niebieskich tonów, dzięki czemu wybiela optycznie zęby, ale przy okazji jest dość neutralna i sądzę, że będzie pasować każdemu typowi urody. Nie jest może najbardziej trwała na świecie, ale jej błyszczące wykończenie pięknie powiększa usta i daje w miarę naturalny, jak na czerwień, efekt. Jest dobrze napigmentowana, nie napracujecie się podczas aplikacji. 

szminka sephora rouge creme red

sephora rouge creme red swatch

Sephora Gel Gloss Ultra Brilliant 

Ultra żelowy i ultra błyszczący błyszczyk marki Sephora, to u mnie stosunkowa nowość. Posiadam go w trzech kolorach N1 Perfect Nude, N5 Bubble Gum, N13 Fun Flamingo. Jednak całkowicie zakochałam się w dwóch z nich. Mam tutaj na myśli idealny beż oraz lekko koralowy róż. Ten pierwszy pięknie łączy się na przykład z matowymi pomadkami. Lubię go nosić z Indian Roses z Semilaca, czy innymi, cielistymi odcieniami z mojej kolekcji. Natomiast koral wygląda świetnie samodzielnie. Dodaje koloru nie tylko ustom, ale też ożywia całą cerę. Najmniej kręci mnie Bubble Gum, głównie za sprawą drobinek, ale nie ukrywam, że i po niego czasami zdarza mi się sięgnąć. To fajny produkt na przykład na słoneczny spacer. W promieniach słonecznych te brokatowe drobinki (niewyczuwalne!) cudownie odbijają światło.  Co ważne, błyszczyk ten nie klei się nawet w najmniejszym stopniu. Ma przyjemny, kopytkowy aplikator, który pozwala na precyzyjne pomalowanie ust i dozuje idealną ilość produktu. Jego cena, to 46zł za 3ml. 

sephora blyszczyki ultra gloss

 sephora ultra gloss bubble gum swatch

sephora ultra gloss fun flamingo swatch

sephora ultra gloss perfect nude swatch

Sephora Outrageous Plump Effect 

O tym błyszczyku już kiedyś było u mnie głośno. Wspominałam Wam o nim we wpisie z moimi ulubionymi, różowymi produktami do makijażu. Sephora, Outrageous Plump Effect w kolorze 06 wrócił do łask, głównie przez te panujące upały. 
Jak dla mnie, to dupe błyszczyku powiększającego usta marki Dior. Do wyboru macie kilka kolorów, które są bardzo delikatne na ustach. Formuła jest nawilżająca, choć nie ma ultratrwałości (nie oszukujmy się, to tylko błyszczyk, nie wytrzyma jedzenia i picia), usta pozostają nawilżone i przyjemnie napięte nawet kilka godzin po użyciu produktu. Za to naprawdę duży plus! Jest bardzo błyszczący, daje na ustach efekt tafli i lekko je "mrozi", dzięki czemu gwarantuje efekt delikatnego powiększenia warg. Ma fajny aplikator, lekko ścięte serduszko, które idealnie wyrysowuje kontur ust i nabiera wystarczającą ilość produktu.  Jego cena, to 46zł za 5ml. 

sephora outrageous plump 06

sephora outrageous plump 06 na ustach

Na koniec wrzucam Wam jeszcze swatche wszystkich produktów na dłoni. 

jaki blyszczyk sephora kupic
Ultra żelowe błyszczyki: bubble gum, perfect nude, fun flamingo oraz outrageous plump w kolorze 06

jakie pomadki sephora kupic
pomadki lip stain 03, 16, sephora rouge red oraz wonderful cushion

Wiem, że wiele z Was kupuje pomadki z marki własnej Sephora. Dlatego myślę, że którejś z Was takie rekomendacje mogą się przydać. Zwłaszcza, że tak bardzo spodobał się Wam powiększający  usta błyszczyk, że nie ma tygodnia bez wiadomości, że kupiłyście go z mojego polecenia. Cieszy mnie to bardzo!  

Dajcie znać, czy znacie te produkty i czy któryś Was skusił. Czekam na Wasze komentarze! 



Szybkie i eleganckie zdobienie paznokci. Idealne na sezon ślubny!

Monday, May 28, 2018 -


lakier-hybrydowy-frappe

Hej dziewczyny! 

Kilka dni temu publikowałam na moim Instagramie zdjęcie z tym oto zdobieniem. Przypadło Wam ono do gustu i stwierdziłam, że chyba wypadałoby uwiecznić je w postaci wpisu na blogu. Idealnie wpisuje się bowiem w ślubne terminy, które właściwie już ruszyły pełną parą. 

Do stworzenia zdobienia, które prezentuję Wam dzisiaj na blogu, potrzebne będzie: 

cieliste-kolory-lakierów-do-paznokci

Do takiego zdobienia potrzeba naprawdę minimum cierpliwości i kilka gadżetów, które zrobią robotę za nas. Wykorzystałam do niego mój ulubiony kolor lakieru hybrydowego, o którym pisałam Wam dosłownie kilka dni temu - klik. Jak widać, nie kłamałam z moją miłością do koloru Frappe. 

Uważam go za jeden z ciekawszych kolorów nude, który pasuje naprawdę każdemu. Dlatego pokryłam nim każdy paznokieć w tym zdobieniu, stawiając jednak na dwa różne wykończenia. Trzy z nich utwardziłam po prostu przy użyciu błyszczącego topu, który nie wymaga przemywania. 

cieliste-hybrydy-semilac

Jednak dwa palce pokryłam warstwą lakieru Semilac Top Mat Total No Wipe, który zyskuje matowe wykończenie już podczas utwardzania w lampie. Nie trzeba go już przecierać dodatkowo wacikiem nasączonym cleanerem. Na tak przygotowaną płytkę paznokcia, nałożyłam dwie cieniutkie warstwy lakieru z kolekcji Platinium, w odcieniu 260 Light Gold. Każdą z nich osobno utwardzałam. Chciałam, żeby był to element biżuteryjny, ale nieprzesadny, dlatego zdobienie jest bardzo zachowawcze, a kształt półksiężyców dodaje paznokciom optycznie smukłości. Oczywiście na wierzch ostrożnie nałożyłam jeszcze jedną, bardzo cienką warstwę Semilac Top No Wipe, uważając aby nie wyjechać poza linię zdobienia i nie zniszczyć matowego wykończenia reszty paznokcia. 

paznokcie-hybrydowe-slubne

Mam nadzieję, że zdobienie przypadło Wam do gustu i spróbujecie je odtworzyć. Jest naprawdę bardzo proste i myślę, że nie zajmie Wam zbyt wiele czasu. 

Szykują się Wam jakieś śluby bliskich? A może to Wy jesteście w tym roku pannami młodymi? 
Dajcie znać w komentarzach! 




Top 5 produktów Semilac, które musisz mieć!

Friday, May 25, 2018 -



Hej w piątek! 
Postanowiłam, że dzisiaj napiszę o moich totalnych ulubieńcach z marki Semilac. To moje absolutne must have, które powinnyście mieć również w swoich zbiorach. Znajdziecie w poniższym zestawieniu między innymi idealny kolor nude, coś co pozwoli Wam błyszczeć i seksowną czerwień na każdą okazję. Czego chcieć więcej? No właśnie! 

Najlepsza baza 

Przetestowałam ich już naprawdę wiele, nie tylko od Semilaca. Bawiłam się tą witaminową (całkiem fajna!) i różnymi innymi wynalazkami, ale w momencie, gdy zdałam sobie sprawę, na jakiej mój manicure wytrzymuje najdłużej, postanowiłam przy niej pozostać i już jej nie zmieniać.  Semilac Base, to podstawowa baza bez żadnych udziwnień. Ta, od której tak naprawdę się rozpoczyna swoją zabawę z hybrydowymi lakierami. A jednak, jest w mym odczuciu najtrwalsza, najlepiej znosi uszkodzenia mechaniczne, nie odchodzi od płytki paznokcia płatami i poprawia jakość manicure hybrydowego. 


Błysk

Doskonale wiecie, że kocham błyskotki. W cieniach do powiek, rozświetlaczach,  biżuterii i przede wszystkim na paznokciach. Taki element biżuteryjny w manicure może zastąpić na dobre noszenie pokaźnych pierścionków, czy bransoletek i sam w sobie stanowi piękny dodatek do całego looku. Kocham ten efekt różowego lusterka, które zapewnia mi Flash Aurora Pink 682. Wtarta silikonowym aplikatorem w  top no wipe, daje piękny efekt tafli. Pokazywałam go Wam już kilka razy w akcji. Zerknijcie tutaj i tutaj.

Najpiękniejszy nude

 Jeśli miałabym wybrać tylko jeden kolor lakieru hybrydowego, który będę nosić do końca życia, bez wahania wybrałabym właśnie odcień 135 Frappe. Zakochałam się w nim kilka lat temu i noszę go od tamtego czasu. Co prawda, zmieniam swoje mani dość często i zdarza mi się poszaleć, ale zawsze wracam do Frappe. Jest dla mnie idealnym cielistym kolorem na co dzień. Świetnie sprawdzi się do pracy, do szkoły, na ważne uroczystości. Myślę, że jeśli w przyszłości będę brać ślub, postawię własnie na ten kolor.


Seksowna czerwień 


Legendary Red 063, to jeden z tych odcieni czerwieni, który pasuje po prostu każdemu. Idealna czerwień w tym przypadku jest nieco krwista, nasycona i pięknie podkreśli każdą delikatną, kobiecą dłoń. Każda z nas powinna mieć w swojej szafce z lakierami choć jedną czerwień, która nadawać się będzie zarówno na wyjście z przyjaciółkami na drinka, jak i na wieczór z ukochanym. Każda z nas bowiem, chce czuć się seksownie w swojej skórze, a ja jestem wyznawczynią teorii, która mówi, że barwy, którymi się otaczamy, wpływają na nasze samopoczucie. Dlatego właśnie w momencie, w którym chcecie się poczuć, jak milion dolarów, dodać sobie nieposkromione pokłady pewności siebie, koniecznie, ale to koniecznie zdecydujcie się na czerwień. Ja stawiam na tę legendarną, bo jest zwyczajnie... najlepsza! 

I coś na usta 

Marka Semilac wprowadziła niedawno na rynek swoje pierwsze  produkty do makijażu twarzy. Otwiera tym samym drzwi do zgranych duetów paznokci i ust. Od samego początku upatrzyłam sobie jeden kolor, z którym nie potrafię się rozstać i noszę niemal codziennie. Wpada u mnie do koszyczka z tak zwanymi idealnymi nudziakami na co dzień, więc ciężko mi się od niego oderwać. 
Semilac, Matt Lips 097 Indian Roses to piękna, beżowa barwa, która pasuje do niemal każdego makijażu. Zarówno lekkiego i rozświetlającego glow do pracy, jak i mocnego smokey na kolację z nieznajomym. Ideał! 

Dajcie mi znać, czy znacie któryś z mojego top 5 ;) I koniecznie napiszcie w komentarzach, jakie są Wasze ulubione produkty, bez których nie wyobrażacie sobie już życia! 

Glossier pod lupą: Priming Moisturizer, Milky Jelly Cleanser oraz Balm Dotcom

Tuesday, May 22, 2018 -

pielęgnacja-twarzy-glossier

Przyszedł wreszcie ten czas, abym w końcu napisała Wam recenzję kosmetyków, które udało mi się dorwać kilka miesięcy temu, a na których to punkcie, oszalało pół Internetu. Jeśli jeszcze nie jesteście zaznajomione z marką Glossier, polecam nadrobić zaległości. Ideą Glossier jest przede wszystkim naturalność i delikatność. Nie miałam jeszcze co prawda do czynienia z ich serią dedykowaną makijażowi, ale niewątpliwie mam na nią ogromną ochotę i prędzej, czy później kilka kosmetyków wpadnie do mojej kosmetyczki. Tego jestem pewna. 

Jak pewnie zdążyłyście zauważyć, kosmetyki te są dość przyjemne dla oka. Stonowany, prosty design, klasyczne fonty, barwy bieli, pasteli, to sposób na zawłaszczenie sobie serc minimalistek, miłośniczek prostoty i blogerek. Nie bez powodu założycielką marki jest bowiem autorka bloga. Dlatego design kosmetyków idealnie wpisuje się też w każdą fotografię produktową, więc posłużyć może idealnie, jako dodatek na zdjęcia na przykład na Instagram. Dość już jednak o wyglądzie - przejdźmy do konkretów.

glossier-krem-pod-podkład-primer

Glossier, Priming Moisturizer 

Tutaj mamy strzał w dziesiątkę! Jako jedyny rozkochał mnie w sobie na tyle, że z chęcią na stałe wpiszę go w swoją pielęgnację i etap przygotowania skóry do makijażu. Żal tylko, że tak ciężko go upolować. Będę się jednak starała o to, żeby zakupić go ponownie. 
Jest superlekki, zapewnia delikatne nawilżenie, którym nawadnia skórę, ale jej nie obciąża. Gra z każdym podkładem, korektorem i pudrem. Przez te kilka miesięcy miałam dla niego niemałe wyzwania, bo jednak produkty do makijażu zmieniały mi się dość często i z żadnym, ale to żadnym kosmetykiem mnie nie zawiódł.
Jego jedyny minus, to zapach. A to jest dla mnie naprawdę duży problem, ponieważ nawet najlepiej działający produkt potrafi mnie zniechęcić swoją wonią i stracę przyjemność z jego używania. Glossier, to dla mnie, jak na razie, marka o nieciekawych zapachach. Teoretycznie jest "bezzapachowy". Jednak w praktyce możecie się spodziewać... hmm... lekkiej stęchlizny? Nie wiem, jak określić zapach produktów bezzapachowych, ale myślę, że same doskonale wiecie, jak pachnie taka nieokreślona rzecz. Na całe szczęście szybko się ulatnia, to kwestia kilku sekund od nałożenia, więc po prostu wstrzymuję na ten czas oddech. Jestem jednak wyczulona na tym punkcie, więc niekoniecznie jest powiedziane, że Wam również nie sprawi on przyjemności.

glossier-krem-pod-makijaż-nawilżający

glossier-nawilżający-primer

Zawiera witaminy A, C, E i kwas hialuronowy. Ma lekką konsystencję, przypominającą odrobinę mleczko. Zapewnia skórze w stu procentach naturalne glow, którego zazdrościć może niejedna kobieta spotkana na mieście. Mam nieodparte wrażenie, że daje mi tak pięknie nawilżoną cerę, jak u małego dzieciaczka. Niejednokrotnie używam go w kombinacji krem na całą twarz (również pod oczy), korektor gdzie potrzeba i puder w strefę T. Nie ukrywam, że na sezon wiosenno-letni, gdzie im mniej produktu na twarzy, tym lepiej, sprawdza się fenomenalnie. Pięknie utrzymuje makijaż i rzeczywiście świetnie nadaje się, jako lekki primer, przedłużający jego trwałość. Dotlenia skórę, natychmiastowo niweluje zaczerwieniania (powstałe w wyniku pocierania skóry przy nakładaniu) i pozwala się dokładać, nie rolując poprzedniej warstwy. Dlatego, jeśli jesteście w jakimś miejscu szczególnie przesuszone, nie ma żadnych przeciwwskazań, aby nałożyć jeszcze jedną warstwę. 

Glossier-żel-oczyszczający

Glossier, Milky Jelly Cleanser 


Z tym produktem ani się nie pokochałam, ani nie znienawidziłam. Jest po prostu jednym wielkim meeh. Spodziewałam się fenomenalnej konsystencji, delikatnego ale skutecznego oczyszczenia i braku wysuszenia skóry. Niestety, to kolejny żel do twarzy, który mnie rozczarował. 
W składzie jednak sama natura + dobroci otaczającego nas świata. Między innymi doszukać możemy się wody różanej, witamina B5, Aquaxyl, Poloxamer (taki sam znajduje się w płynach do soczewek) oraz ekstrakt z żywokostu lekarskiego. Stosujemy go na mokrą skórę twarzy i masujemy. Tworzy się przez to delikatna emulsja, która w żaden sposób nie podrażnia, nawet oczu. Za to duży plus. 

żel-do-demakijażu-glossier

czym-myć-twarz

Do całkowitego zmycia makijażu potrzeba około 4 do 6 pompek produktu. Jest gęsty i rzeczywiście lekko galaretkowaty, ale po rozpoczęciu wpracowywania w skórę twarzy, zamienia się w coś na kształt oleju. Nie radzi sobie z mocnymi tuszami do rzęs i ultratrwałymi pomadkami do ust. To raczej produkt przeznaczony do zmywania lekkiego makijażu dziennego lub do stosowania, jako drugi krok pielęgnacyjny. Mam cerę mieszaną, ale w kierunku przesuszającej się, więc każdy żel do mycia twarzy sprawdzam pod kątem tego, czy znajdzie się w końcu remedium na mój problem naciągniętej i przesuszonej skóry po oczyszczeniu z makijażu. No i niestety, koleżka nie zdaje egzaminu.
Zużyję go, ale nie w ramach produktu do demakijażu wieczorem. Dużo bardziej sprawdza się do delikatnego oczyszczenia twarzy rano (wtedy wystarczy mi nawet i pół pompki produktu).

balm-dot-com-coconut

Glossier, Balm Dotcom 

Na koniec zostawiłam sobie największe rozczarowanie w kategorii balsamy do ust w ostatnich miesiącach. Niejednokrotnie pokazywałam Wam, że jestem ogromną fanką balsamów marki Lanolips, które to fenomenalnie nawilżają usta. Dlatego byłam zawiedziona produktem marki Glossier, Balm Dotcom w wersji kokosowej. Już sam zapach nie do końca polubił się z moim nosem. Można jednak powiedzieć, że jest on wierny, naturalny, dlatego jeśli jesteście fankami wody kokosowej (i jej zapachu), to możecie się z nim polubić. Ja jednak chyba za tą wonią nie przepadam. Zdecydowanie bardziej przepadam za tym podrasowanym chemią. Porównałabym go jednak do zapachu wakacji na plaży. Czuć tutaj kokosa, woń gorącej plaży i wtartego w skórę olejku do opalania. 

balsam-do-ust-glossier

W jego składzie znajdują się same naturalne składniki. Emolient w postaci oleju rycynowego, ekstrakt z otrębów, ekstrakt z liści rozmarynu, czy organicznego owocu Cupuacu. Wzbogacono go również woskiem pszczelim. Nie można narzekać na jego działanie, bo nie zaprzeczę - nawilża. Rzeczywiście nawilża, jednak za 12 dolców, to można sobie w tej kwestii kupić znacznie lepsze produkty. Jest po prostu niewart tych pieniędzy. Jego działanie bowiem jest umiarkowane i raczej próżno w nim szukać rewolucji. 


Całość, jeśli by ją kupować osobno, wyniesie nas 52$. Całkiem sporo, jak na zestaw trzech kosmetyków. Dlatego marka Glossier wymyśliła sobie, że zrobi coś w rodzaju bundle, który kosztuje już tylko 40$. Co się opłaca, biorąc pod uwagę zaoszczędzone 12 dolców, za które można kupić balsam do ust balm dot com. Mimo wszystko jednak, oferta jest atrakcyjna tylko w przypadku, w którym kupujecie kosmetyki stacjonarnie lub przez Internet ze strony producenta. 

Największym problemem marki Glossier jest fakt, że jest niedostępna w Polsce. Niedostępna przede wszystkim na zasadzie oryginalnych zakupów.  W naszym kraju posiłkować się można jedynie zakupami online (ja swój zestaw Glossier dorwałam na stronie Looktop.pl w cenie, o której zaraz wspomnę) lub poprzez zakupy na tak zwaną doczepę, czyli jeśli posiadacie znajomych mieszkających lub wybierających się do Stanów lub Wielkiej Brytanii, możecie spokojnie pokusić się o zamówienie i wybłagać o małe miejsce w ich bagażu. 


Tak, jak wspomniałam wyżej, zestaw trzech produktów Glossier kosztuje 40$. Dzisiejszy kurs dolara, to 3.65zł, więc w przeliczeniu na złotówki wychodzi nam około 146zł. Jak myślicie, ile zapłaciłam za zamówienie na stronie sklepu? Daję Wam trzy sekundy za zastanowienie, biorę po 500zł z konta każdej drużyny i słucham Państwa!
 
<odpowiedź pod tym zdjęciem; jestem ciekawa, czy dobrze strzelicie z ceną - dajcie znać w komentarzach> 

pielęgnacja-twarzy-glossier


Razem z kosztami wysyłki (około 10zł), zapłaciłam za zestaw 250.90zł. Całkiem sporo, no nie? Myślę, że przebitka cenowa jest aż przesadna, choć z drugiej strony rozumiem, że właśnie przez tak wysokie marże sklep jest w stanie się utrzymać. Aczkolwiek... no, przesada. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy, zadowolona jestem tak naprawdę w stu procentach z jednego z tych produktów. Na drugi mam około 50% oddanego serca, a trzeci nie kręci mnie w ogóle, ale z racji wydanych (niemałych) pieniędzy, zużyję bo szkoda. 

Podsumowując, do mojej kosmetyczki z pewnością jeszcze nie raz trafi Priming Moisturizer. Z resztą nie pokochałam się na tyle, aby chcieć ponownie wydać na nie pieniądze. Nadal jednak ciekawa jestem kosmetyków do makijażu i nie kryję, że na pewno skuszę się na kilka kosmetyków. 

A co Wy sądzicie o marce Glossier? Chciałybyście ją sprawdzić, czy jednak nie jest nam ona potrzebna w Polsce?
DO GÓRY