MAKEUP MENU: kosmetyki Makeup Revolution

Wednesday, September 20, 2017 -


Cześć! W myśl tego, że chciałabym móc się rozwijać, a nie stać w miejscu, narzuciłam sobie, że znów zacznę bawić się makijażem. Wiecie, jak to jest - jak się całe życie robiło kreski, a potem się przestanie, to jakoś ręka znów drży przy ich robieniu. Ja tak mam ostatnio z wymyślnymi makijażami. Kiedyś było mi łatwiej zrobić porządne, mocne smokey. A teraz? Teraz... staram się wrócić do formy. Co prawda, dzisiejszy makijaż wcale nie będzie 


Ostatnio testowałam nowości w mojej kosmetyczce, czyli kosmetyki Makeup Revolution. Ostatnie tygodnie były więc pod znakiem konkretnych testów, czy są wśród tych produktów takie, które naprawdę warto kupić. I powiem Wam szczerze, że dzisiaj wpadam do Was z kilkoma perełkami. 

Co prawda pisałam już kiedyś o paletce New-Trals vs Neutrals i był to bardzo mocny makijaż w moim wykonaniu, ale nie skłamię Wam, jeśli znów powiem, że jest to jedna z piękniejszych i lepszych palet, jakie mam - nie narzekam na te cienie, naprawdę dobrze się blendują i nie mam z nimi najmniejszych problemów. Każde cienie testuję jednak na bazie pod makijaż oka, ponieważ moja budowa i specyfika skóry z tej okolicy wyraźnie dała mi już nieraz do zrozumienia, że inaczej się nie da. Z resztą... czy istnieje ktoś jeszcze, kto nakłada cienie na gołą powiekę? 

Dzisiaj jednak przyjrzymy się bliżej paletce Iconic PRO 2. Wam też pewnie rzucił się w oczy ten przepiękny granat! Od razu wiedziałam, że jakoś go przemycę w makijażu. A że nie chciałam zbyt mocno szaleć, to postanowiłam, że taka roztarta, przydymiona kreska przy linii rzęs, która mi je optycznie zagęści oraz podbije kolor mojej tęczówki, to idealna opcja. Na całą ruchomą powiekę nałożyłam palcem trzeci cień od lewej (w dolnym rzędzie), który pięknie się mieni i jest beżowym złotkiem. Załamanie, to klasyka, lekki, brązowy beż. 


Na policzki nałożyłam całe mnóstwo rozświetlacza Vivid Baked Highlighter w kolorze Peach Lights. To jeden z tych bezpieczniejszych produktów, którym nie da sobie zrobić krzywdy za pierwszym razem. Miłośniczki delikatnego błysku na szczytach kości policzkowych, będą ukontentowane. Ja jednak nie byłabym sobą, gdybym nie nałożyła kilku warstw. Wiecie, jaka jestem, znacie mnie doskonale. W moim wydaniu, rozświetlacz ma błyszczeć na drugim końcu ulicy. Po dołożeniu jestem zadowolona - tworzy on przyjemną taflę i pięknie się mieni w słońcu. Kolor też jakby stworzony do mojej karnacji. Lekko brzoskwiniowy, delikatnie beżowy, o złotawym wykończeniu. Miodzio! 



Na ustach wylądowała pomadka z serii Reneissance, w kolorze Renew. Jest to piękny, przygaszony nude. Formuła jest nawilżająca i przyjemnie sunie po ustach. Podoba mi się też jej trwałość. Nie jest zniewalająca, jak na kremowe pomadki przystało, ale w tej kategorii to naprawdę dobry kosmetyk. 


Jak Wam się podoba moja propozycja?

HIT! Czarno-złote zdobienie na cielistych paznokciach

Monday, September 18, 2017 -


Dawno nie było u mnie żadnego zdobienia i w końcu przyszła pora na to, żeby coś takie pokazać Wam z bliska. Dlaczego? Uprzejmie donoszę, że to chyba najpopularniejsze zdjęcie w mojej historii Instagrama! W życiu nie miałam tylu serduszek i zapisanych fotek. Cieszę się niezmiernie, że moja propozycja przypadła Wam do gustu. Przede wszystkim dlatego, że jest naprawdę prosta i wyszła mi totalnie przypadkowo! 

Do tej stylizacji użyłam koloru Frappe, który jest chyba moim ulubionym kolorem nude. Kończy mi się jednak powoli i muszę zaopatrzyć się w nowe opakowanie, a w związku z tym pomyślałam sobie, że może zrobię przy okazji dla Was przegląd najlepszych lakierów w kolorze nude w kolekcji Semilaca? Dajcie znać, co o tym sądzicie! 



Do tej stylizacji użyłam: 
Baza 

Namalowałam kilka gałązek i listków, które umieszczałam totalnie przypadkowo na paznokciach. Wam też to radzę, im mniej kombinowania, tym lepszy osiągniecie efekt. Następnie na Semilac Art Holder wymieszałam zwykły top z ze złotym brokatem, który posiadam w swoich zbiorach (nada się tak naprawdę każdy) i naniosłam go dokładnie tak samo, jak poprzednią czerń. Użyłam do tego pędzelka 01





Nowe paznokcie wyszły i nie wyszły mi równocześnie. Postawiłam tym razem na matowe Frappe od @semilac z ciekawym wzorkiem, który miał być cały złoty, ale mi nie pykło 🙈 Mimo wszystko, podobało się Wam na InstaStories, więc liczę, że i tutaj będzie Ok. ___ Dzisiaj pierwszy dzień szkoły i powiem Wam, że tęsknię. Już bym mogła wstać na tę 8 rano, wrócić do domu o 14, odrobić lekcje i beztrosko żyć 💕 Przed chwilą (koło mojego domu jest przedszkole), jeden chłopczyk darł się i robił scenę mamie, że on nie chce tam iść, że chce do domu. Aż chce się powiedzieć #relate, bo ja tak mam dzisiaj wewnętrznie na myśl o pracy 😂 #nails #nailstagram #paznokcie #semilac #best #musthave #nude #matte #gold #macro #details #nofilter #goodmorning #beauty #kosmetyki #recenzje #blogerkaurodowa #blogerkakosmetyczna
Post udostępniony przez Alicja Jarząbek | Ala ma kota (@alamakotaa)
Na Instagramie widziałam, że ten pomysł bardzo się Wam spodobał. Mam nadzieję, że tutaj, na blogu też wpadnie Wam w oko! Dajcie mi znać, co w ogóle sądzicie o bawieniu się w rysowanie wzorków na paznokciach. Lubicie to, czy jednak stawiacie na gładki kolor? 



NIE-DZIENNIK #3: O braku czasu na życie, czytaniu książek oraz o tym, jak ciężko jest być szczęśliwą

Sunday, September 17, 2017 -


Przyszła pora na kolejny nie-dziennik, którym mam nadzieję, że uda mi się zrobić bardzo ważną rzecz, mianowicie wrócić do regularnego pisania. Trzy lifestylowe posty już za mną, więc siedząc teraz i pisząc dla Was ten wpis, mam w głowie do zrealizowania plan na to, aby napisać jeszcze kilka, które opublikuję w tygodniu. Życzcie mi powodzenia! 

Brak czasu

Nie mam ostatnio na nic czasu. Wdrożyłam w życie projekt pod tytułem "zrobię teraz, to co odłożyłam na jutro" i na razie jakoś mi powoli idzie. I bardzo mocno liczę na to, że uda mi się wyjść na prostą ze wszystkim. Zaplanowałam sobie na nowo wszystkie moje obowiązki i wzięłam nawet pod uwagę moje pasje, czas dla siebie i przyjaciół. Wiem, że papier przyjmie wszystko, ale głęboko wierzę, że gdy powiem coś na głos albo napiszę na papierze, to jakby już trafia do wszech świata i on robi, co ma robić. 

Czy Wy też nie narzekacie na nadmiar wolnego czasu? Czy Wy też macie problem z tym, że dorosłe życie uderza w twarz na tyle mocno, że okazuje się, że zwykłe życie, wydaje się być schematem praca-dom-praca-dom-weekend-praca-dom-praca-dom-weekend? 

Książki 

To wiąże się z poprzednim punktem - czyli brakiem czasu. Ale że pozbyłam się ostatnio z głowy wielkiego ciężaru "niezałatwionej sprawy", która się za mną ciągnęła, a ja stosowałam taktykę "każdy problem można przespać", to i nie potrafiłam się stuprocentowo zrelaksować. Pamiętacie, jak jakiś czas temu totalnie się rozchorowałam? Pamiętacie na pewno. Wciąż dochodzę do siebie, wciąż mam odrobinę zmieniony głos, wciąż nie czuję się idealnie, a moje głupie zachowanie odnośnie zdrowia, odbija mi się teraz czkawką. W związku z tym, że wiele (naprawdę WIELE) zależy w moim życiu od stresu, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i w końcu zabrać się za niezałatwione sprawy. Sukcesywnie skreślam z listy wszelkie pierdoły. I jakoś tak... czuję, że za chwilę będę mieć czas na same fajne rzeczy! 

Takie jak na przykład leniwe wieczory z książką w ręku. Ostatnio czytam Magiczne Lata, Roberta McCammona, które mnie wciągnęły i mam nadzieję, że pozostaną tak dobre do samego końca. Gdy tylko skończę tę książkę, sięgam po Labirynt Duchów, Carlosa Ruiza Zafona, na który bardzo długo czekałam i w końcu mam okazję gościć na półce. Wciąż krąży mi po głowie zakup Kindla i - to nieuniknione, kupię go jeszcze w tym roku. Czekam jednak z niecierpliwością na promocję w niemieckim Amazonie, bo nie ukrywam, że fajnie by było wydać mniej niż więcej. I liczę też, że dzięki temu będę więcej czytać. Zaniedbałam tę dziedzinę, a w sumie nie wiem dlaczego tak naprawdę. Bo czytać lubię. Nie lubię za to, gdy książka zajmuje mi pół torebki, obciąża mnie dodatkowo i jest nieporęczna w podróży. Z Kindlem tego problemu nie ma. Na szczęście już postanowione! Zakupy będą ;) 

Szczęście 

Ten temat, to obserwacja doświadczeń moich i moich bliskich, czy dalszych znajomych. Od jakiegoś czasu, poprzestawiało mi się w głowie. Nie wiem, może dorosłam, może w końcu zrozumiałam pewne rzeczy. Może fakt, że mogę teraz liczyć tylko na siebie (w sensie bycia dorosłym człowiekiem,w pełni odpowiedzialnym za siebie), sprawiło że mam trochę inne spojrzenie na życie. Do pewnego czasu każdą moją życiową decyzję podejmowałam, bo chciałam uszczęśliwić tymi decyzjami innych, a nie siebie. Robiłam coś dla swojego ówczesnego chłopaka, robiłam coś dla przyjaciół, dla rodziców, byłam z kimś, bo nie chciałam mu robić przykrości, nie byłam z kimś, bo nie chcieli tego rodzice. Podejmowała decyzje przez pryzmat tego, co pomyślą inni i czy będą z tego zadowoleni. Dotarło do mnie jednak, że to MOJE ŻYCIE i NIKT go za mnie nie przeżyje. Wszelkie moje decyzje, mają uszczęśliwić mnie przede wszystkim. To ja mam być dla siebie najważniejsza. Taki wiecie, zdrowy egoizm. Bo inni stawiają na pierwszym miejscu siebie i swoje związki/pasje/obowiązki. Dlaczego więc dla mnie ma być ten schemat inny i mam lądować na drugim miejscu? No właśnie! I chciałabym, żebyście i Wy o tym pamiętały. Być może już to wiecie, a być może jesteście teraz na takim etapie życia jak ja, macie teraz rok "realizing stuff" i dopiero dociera do Was kilka wiadomości, które wysyła dorosłość. 

Jakoś dobrze mi idzie pisanie tych nie-dzienników ostatnio. Jestem aż w szoku! Teraz jeszcze niech mi idzie dobrze pisanie w tygodniu ;) Wszystko jest na dobrej drodze, żeby tak było i - jeśli w ogóle lubicie mnie czytać, to trzymajcie kciuki, żebym się wyrabiała.

Udanego tygodnia! 

Makijażowy minimalizm z Chanel

Wednesday, September 13, 2017 -


Dziś o minimalistycznym podejściu do makijażu. Bywają bowiem dni, a czasami nawet i tygodnie, gdy nie chce mi się malować. Nie chce mi się, ale muszę, bo pracuję w branży, która wymaga ode mnie prezencji.

Bycie marketingowcem, to codzienne odpowiadanie sobie na poranne pytanie: "Dłużej pospać, czy się ładnie umalować?". Czasami chciałabym jedno i drugie, i właśnie wtedy stawiam na minimalizm w kwestii makijażu.

Na co wtedy najbardziej zwracam uwagę?

CERA
Gdy nie mam siły na wymyślne makijaże oka, zawsze stawiam na zdrową skórę, która wygląda na wypoczętą. Nie ma bowiem nic gorszego, niż zmęczona i poszarzała cera. By z tym walczyć, sięgam po sprawdzone podkłady, które są lekkie, ale konkretne w swych działaniach.
W tej kwestii ukochałam sobie już dawno temu jeden z pierwszych podkładów wysokopółkowych, na który się zdecydowałam, czyli Chanel Vitalumiere Aqua. Jest to produkt o wykończeniu, niczym druga skóra. Szalenie naturalny, a przy tym maskujący drobne niedoskonałości cery. Jest lekki i idealny na ciepłe miesiące roku.

RZĘSY
La Volume de Chanel, to moja maskara wszech czasów. Dawniej, nie wierzyłam we wszelkie zapewnienia, że tusze do rzęs marek selektywnych, to coś godnego uwagi. Zawsze kupowałam te tańsze, drogeryjne. Do czasu zetknięcia się po raz pierwszy z kultowym już tuszem do Chanel. Jest to produkt nietuzinkowy. Ma standardową szczoteczkę z włosiem, za którą ogólnie nie przepadam, bo jednak zawsze sięgam po te silikonowe. W tym wypadku jednak w ogóle mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie! Jest bardzo czarna i intensywnie pogrubia rzęsy od samej nasady. Jestem zachwycona efektem kociego oka, jaki gwarantuje. Warta każdej złotówki.

USTA
Lata temu kupiłam idealnego nudziaka, który ma w sobie dość sporo brązowych tonów. Jest to jedyna pomadka, którą posiadam, którą praktycznie wykończyłam i kupiłam kolejną. Nawilżająca formuła cudownie sunie po ustach i pozostawia je miękkie, odżywione, i błyszczące. To jeden z tych kolorów, którymi ciężko jest sobie zrobić krzywdę, więc nawet malowanie bez lusterka, wypada znakomicie. All time favourite!



ZAPACH
Gdy nie chcę przyciągać uwagi moim niezbyt wymyślnym makijażem oka, zawsze stawiam na zapach w stylu statement. Mam kilka takich w swojej kolekcji, które z powodzeniem robią całą robotę, ale tylko nieliczne pasują do charakteru takiego makijażu no makeup. Tutaj stawiam na minimalizm, prostotę, coś co jest białe i czyste. A do takich zapachów zalicza się właśnie Chanel No5 L'Eau, która to mimo mojej niechęci do klasycznej piątki, rozkochała mnie w sobie na dobre. Rozwija się bowiem na mnie ciepło i słodko, dlatego z przyjemnością sięgam po tę woń w dni, w których chcę czuć się elegancko.



A na co Wy stawiacie w swoim makijażowym minimalizmie?

Zapach, który MUSICIE mieć! My Burberry Blush EDP

Friday, September 8, 2017 -

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

Dawno nie było u mnie nic tak ekscytującego, jak nowość od marki Burberry. Prezentuję Wam ją na świeżo i nie będę ukrywać, że posiadam ją tylko kilka dni. Jednak JUŻ zdążyłam się w niej zakochać. Z resztą, nie tylko ja, ponieważ zakochało się w tym zapachu też parę bliskich mi osób. 

Nigdy nie zawiodłam się na Burberry. Od długiego czasu polecam Wam ich u siebie na blogu i nie ukrywam, że uznaję tę markę za jedną z najlepszych wśród półki produktów selektywnych. Rozkochać potrafią nie tylko designem, który jest niezwykle precyzyjnie dopracowany. Puzderka zdobi znana wszystkim krata, są ciężkie i luksusowe, a same kosmetyki są okraszone jakimś fikuśnym printem, który zawsze wprawia w zachwyt. To jedne z tych kosmetyków, które żal dotykać ze względu na ich urodę oraz żal nie używać ze względu na ich znakomitą jakość. 

Pisałam Wam o idealnym złotym cieniu rozświetlającym, który wciąż jest w moim top - decyzję tę utrzymuję od wielu miesięcy. Wiecie też jak wykonać perfekcyjny makijaż dzienny i przekształcić go w coś wieczorowego. Prezentowałam Wam również ostatnio nowości w kwestii brwi oraz mozaiki do policzków. Po kilku tygodniach stosowania mogę Wam śmiało polecić pisak do brwi, który bez dwóch zdań wyparł z mojej kosmetyczki każdy inny produkt do brwi. NIGDY - podkreślam, naprawdę nigdy - nie znalazłam produktu tak precyzyjnego, trwałego i prostego w obsłudze. Zostaje ze mną na stałe, a ja sobie nie wyobrażam makijażu brwi bez niego.

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

Mały, choć bardzo stylowy i elegancki flakon, mieści w moim wypadku 30ml perfum My Burberry Blush EDP. Nuta głowy, to granat oraz cytryna. Nuty serca, to kompozycja geranium, jabłka i róży, natomiast nuty bazy, to jaśmin oraz wisteria. Nie dziwię się, że woń ta przypadła mi do gustu, bowiem zawsze i wszędzie pozytywnie reaguję na jaśmin w składzie. Jest to zapach słodki i ciężki, ale też zaskakująco świeży równocześnie. Chciałabym, żeby Internet miał opcję "powąchania", bo w tym momencie kazałabym Wam potrzeć nadgarstkiem ekran komputera/telefonu i sprawdzenie zapachu na własnej skórze. Ja mam to szczęście, że większość słodkich zapachów rozwija się na mojej skórze przepięknie i dziewczęco, dlatego bardzo się z tego powodu cieszę. 

Najnowszy zapach marki jest połączeniem kwiatowym oraz owocowym. Jego woń jest słodka, rozwija się dodając zapachowi polotu i "tego czegoś". To trwały produkt, który długimi godzinami utrzymuje się na skórze. 

Co ciekawe, w pierwszej chwili sądziłam że korek w tym flakonie jest w trendzie modnego ostatnio marmuru. Okazało się jednak, że jest to nawiązanie do guzików, które występują przy znanym nam wszystkim, kultowym trenchu od Burberry. Flakon to ciężka buteleczka, która wykończona została złotym napisem i atomizerem w tej samej barwie. Szkło zostało delikatnie zabarwione barwą pudrowego różu.  

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

burberry-my-burberry-blush-edp-perfumy

30ml tego zapachu kosztuje 279zł, a 50ml to koszt 399zł. Do dostania w perfumeriach Sephora oraz Douglas od 28 sierpnia, więc śmiało możecie już iść i sprawdzać go na własnych nadgarstkach! 

Znacie zapachy Burberry? Czy ten najnowszy Was zainteresował? 
Dajcie znać w komentarzach! 

MAKEUP MENU: Szybki i efektowny makijaż z paletką Makeup Geek, In the Nudes

Monday, September 4, 2017 -


No dawno nie było żadnego MAKEUP MENU. Nie dziwi mnie to, bo przecież przez dwa tygodnie chorowałam tak mocno, że makijaż oglądałam tylko na filmikach na YouTubie. Zrobiłam sobie mocną przerwę od nakładania na siebie jakiegokolwiek kosmetyku i dobrze mi ten odpoczynek zrobił. Wróciłam do moich zbiorów pełna entuzjazmu i na nowo odkryłam niektóre produkty. 


W dzisiejszym makijażu chciałabym Wam pokazać delikatną wersję siebie, którą wykonałam przy pomocy paletki Makeup Geek o nazwie In the Nude. Nie sądziłam, że tak bardzo się w niej zakocham, ale jakoś tak wyszło, że żyć bez siebie ostatnio nie możemy. Uważam ją za znakomitą propozycję i nie skłamię, jeśli pokuszę się o stwierdzenie, że jest to paletka kompletna. W środku znajduje się dziewięć cieni, którymi wyczarować można właściwie każdy makijaż. Od tego delikatnego, lekkiego, po ten wieczorowy i mocny. Są beże, brązy, maty i błyskotki.


W dzisiejszym makijażu oka, użyłam odcienia Buffed w załamaniu powieki. Pogłębiłam efekt minimalną ilością Tan Lines, a na całą powiekę ruchomą użyłam NAJPIĘKNIEJSZEGO błyszczącego cienia na świecie, czyli In the Spotlight.

Na usta nałożyłam zapomnianą przeze mnie pomadkę MAC w kolorze Good Kisser, którą odnalazłam na dnie szafki i zdziwiłam się ponownie, że tak dobrze w niej wyglądam. Kocham jej matową lecz nawilżającą formułę i piękny kolor. 


Jak Wam się podoba moja propozycja? Wpisuje się w Waszą estetykę?
Dajcie znać w komentarzach!

NIE-DZIENNIK #2: O internetowym detoksie, przejrzeniu na oczy i planowaniu wakacji

Sunday, September 3, 2017 -


Cześć dziewczyny!
Udało się! Widzimy się w kolejnym nie-dzienniku i bardzo mi z tym dobrze. Znalazłam chwilę wolnego czasu, żeby odezwać się tutaj do Was i opowiedzieć, co się działo, gdy mnie nie było.

O internetowym detoksie

Jakiś czas temu wybrałam się do Trójmiasta na ucieczkę od rzeczywistości. Pozwiedzałam trochę miasto, choć nadal nie pałam do niego miłością. Odwiedziłam zoo i zachwycałam się niektórymi zwierzętami (surykatki, to moje ulubienice!), spędziłam bardzo miły czas z bliską mi osobą, i znakomicie się bawiłam. Odłożyłam też telefon na bok i prawie nie było mnie w Internecie. Starałam się ograniczyć korzystanie z niego do niezbędnego minimum.

W mojej pracy na co dzień bardzo dużo czasu spędzam przy komputerze. Skrzynka pocztowa, Facebook i bycie w stałym kontakcie z ludźmi, to w dużej mierze gros mojej pracy. Dlatego, nie ukrywam że po powrocie do domu, staram się już z tego wszystkiego nie korzystać. Po prostu mam odrobinę dosyć.

Wpadłam też na pomysł, że raz na kilka tygodni będę sobie urządzać właśnie takie weekendy. Będę po prostu wyłączać telefon, robić sobie social mediowy detoks i zbierać siły spacerując, czytając książkę lub po prostu leniuchując. 

Przy okazji, jeśli mogę i Was to nie nudzi, chciałabym się podzielić z Wami moją ulubioną ostatnio piosenką, która oblewa moje serce cieplutkim, przyjemnym uczuciem i dotyka mojej duszy. Lubię nastrajać się do życia dobrą muzyką i słucham wiele skrajnych gatunków muzycznych. Jednak spokojne, refleksyjne i życiowe kawałki, zostają ze mną na zawsze. Kocham głos Bena Howarda i uwielbiam jego wersje akustyczne. Uważam go za artystę z krwi i kości, i marzę, że uda mi się kiedyś spotkać go na koncercie. Jego teksty chwytają za serce, a "Depth over distance", to mój ulubiony utwór. 


O chorobie


Po powrocie z Gdańska, poskładałam się tak totalnie, że nawet nie miałam siły żyć. Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek zaniedbam siebie i swój organizm w taki sposób. Olałam swoje zdrowie, olałam to by zdrowo się odżywiać (i by w ogóle się odżywiać), olałam swoje zdrowie psychiczne. Nie dostarczałam sobie nic poza potrójnym stresem dwa razy dziennie. Denerwowałam się zawczasu każdą możliwą wizją katastrofy, która... nigdy się nie wydarzyła. Czarno widziałam każdy swój krok i każdą podejmowaną przeze mnie decyzję. Wszystko to zebrało się w jedną całość, dzięki czemu mój organizm się zbuntował do granic możliwości. Dawno nie czułam się tak wykończona chorobą i wiecie co? Było mi to potrzebne! 
Wiem, ja naprawdę wiem, jak to brzmi, ale... taka jest prawda. Dopiero teraz oprzytomniałam, znów dbam o siebie i staram się stawiać siebie na pierwszym miejscu. Nic mi nie ucieknie sprzed nosa, jeśli poczekam chwilę i nie będę się stresować na zapas rzeczami, które albo nigdy się nie wydarzą, albo nie mam na nie wpływu. Za dużo w moim życiu stresujących sytuacji, których nie powinno być, a prowodyrem jest nikt inny, jak ja sama. 


Dlatego od kilku dni mam mocny plan: 
  1. Zredukować stres w swoim otoczeniu do minimum. 
  2. Traktować sen, jako regenerację. 
  3. Jeść to, czego potrzebuje mój organizm, a nie mój mózg chciwy czekolady. 
  4. Realizować swoje pasje i sprawiać sobie przyjemności inne niż nieprzemyślane decyzje. 



O pracy i wymarzonym wolnym 


Jeśli śledzicie choć odrobinę moje InstaStories, to wiecie, że w tym tygodniu zakończył się mój okres próbny w pracy. Aż dziw mnie bierze, że te trzy miesiące zleciały, jak z bicza strzelił. Jestem w totalnym szoku, że przetrwałam i dałam radę, bo pamiętam, jak po pierwszym tygodniu pracy złapała mnie totalna depresja i byłam już gotowa rzucić wszystko w cholerę, twierdząc że się kompletnie nie nadaję i nie podołam żadnym obowiązkom. Trzy miesiące później okazuje się, że daję radę całkiem, całkiem i liczę, że rozwinę skrzydła podczas zdobywania doświadczenia.

Nauczyłam się już dość sporo i przeraża mnie trochę odpowiedzialność mojego stanowiska, ale jakby nie patrzeć, każda praca wiąże się z jakąś odpowiedzialnością. Dajcie mi jednak koniecznie znać, czy Was też zaskoczył nadmiar obowiązków i też miałyście chwile zwątpienia, gdy rozpoczynałyście pracę w nowym miejscu. 

Przejdę już jednak do największego plusa mijającego już tygodnia. Mianowicie - pod koniec października wyjeżdżam na tydzień do Barcelony. Wybieram się tam pełna ciekawości tego miejsca, bo chcę zwiedzić je tak, jakbym odtwarzała w głowie wyimaginowane sceny z książki Zafona. Będę dużo jeść, dużo pić, robić mnóstwo zdjęć i zwiedzać. Chcę odpocząć, dobrze się bawić i mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć bardzo wiele. Jeśli macie jakiekolwiek polecenia w kwestii podróżowania i zwiedzania Barcelony - dajcie mi koniecznie znać w komentarzach! Dobre słowo zawsze się przyda! 

Na koniec chciałabym Wam podziękować, że tutaj jesteście. Że do mnie zaglądacie, że mnie czytacie, że komentujecie i rozmawiacie ze mną na Instagramie. I że mnie wspieracie. Cieszę się, że mam tak fajne czytelniczki, jak Wy i wierzcie mi, wiele razy miałam ochotę pieprznąć blogowanie w cholerę, ale Wy i Wasze miłe słowa, rekompensujecie wszystko, co złe :) Dlatego po prostu, dziękuję! 

Życzę Wam spokojnej niedzieli i udanego tygodnia <3 


Semilac Sharm Effect oraz Cat Eye

Wednesday, August 30, 2017 -


Semilac zaskakuje nas co miesiąc jakimiś nowościami. Ja naprawdę nie wiem, jak oni to robią, ale co chwilę wprowadzają jakieś nowości, na których punkcie szaleje mnóstwo dziewczyn. Tym razem pokuszono się o stworzenie dwóch kolekcji, które są nastawione na efekty. I to jakie! 

Semilac Sharm Effect, to produkty, które pozwalają na tworzenie całego mnóstwa różnych zdobień, bez konieczności posiadania precyzyjnych umiejętności. Dzięki dwóm bazom, które nakładamy na paznokcie (ale nie utwardzamy przed wykonaniem zdobienia!) i kilku kropelkom barwnych kolorów, jesteśmy w stanie wyczarować fantastyczne efekty w niecodziennym manicure.


Tak, jak wspomniałam - w kolekcji znajdują się dwie bazy Sharm Effect Base Clear oraz Sharm Effect Base White. Nałożone na paznokieć, pozwalają na otrzymanie efektu Sharm, czyli rozmytego koloru, który "rozpływa się" samoistnie lub po dotknięciu pędzelkiem. 

W zestawie znajdziemy aż 17 kolorów, dzięki którym uzyskać można nieskończoną ilość kombinacji i wzorków. Tutaj tak naprawdę ponosi nas tylko wyobraźnia, bo mieszać je możemy dowolnie. Niebieskości z różami, złoto ze srebrem, czy czerń z bielą - od koloru do wyboru :) Cały asortyment kolekcji znajdziecie tutaj.  Ja zdecydowałam się na szybkie zdobienie przy wykorzystaniu kolorów z kolekcji PasTells. Pokazywałam Wam je na moim Instagramie. Miałam ochotę na jakiś liściasty wzorek i Sharm Effect ułatwił mi pracę.



Drugą kolekcją, jaka pojawiła się w dostępności, jest Cat Eye. Znacie pewnie ten trend i wiecie, że kocie oczko potrafi w sobie rozkochać każdego. Do zestawu musicie sobie również zakupić Magnetic Pen, który ułatwi Wam stworzenie zdobienia. Przypomina on cieniutki długopis i zdecydowanie ułatwia "wydobycie" efektu kociego oka z lakieru. Na próbniku przedstawiam Wam wszystkie kolory, które posiadam.

W tym wypadku w kolekcji znalazło się sześć kolorów, które dają metaliczny efekt. To trochę taki ukłon w stronę tych pań, które uwielbiają perłowe lakiery do paznokci - z tym bowiem najbardziej kojarzy mi się Cat Eye. Co prawda efektów, jakie możemy uzyskać przy pomocy magnesu jest całe mnóstwo, jednak to właśnie skośny paseczek zdaje się być tym ponadczasowym. Lakiery możemy nakładać na płytkę bezpośrednio lub po uprzednim nałożeniu koloru bazowego (czarny bardzo intensyfikuje efekt!).


Podobają się Wam nowości? 

Dlaczego NIE WARTO kupić pielęgnacyjnej serii Aqua Bomb od Garnier

Monday, August 28, 2017 -


Jakiś czas temu trafiły do mnie nowości marki Garnier, Aqua Bomb, które miały być dla mnie rewolucją w pielęgnacji. Nie muszę chyba powtarzać, że w kwestii pielęgnacji bowiem unikam drogerii, jak mogę - decyduję się tam jedynie na zakup płynów micelarnych i akcesoriów do demakijażu. Pielęgnacja twarzy mnie tam jednak kompletnie nie interesuje. I chyba mam rację, że nie jestem zainteresowana propozycjami marek. 


Aqua Bomb Mist Multi-Protecting Hydrating Mist Anti-UV SPF 30 25,99zł/75ml, to mgiełka, która miała odmienić pielęgnacyjne kroki każdej z nas. Niestety, wyszło jak zwykle, czyli marnie. Bardzo marnie. Jest to produkt, którego przede wszystkim jest mało. Przy 26zł spodziewałabym się dwukrotności zawartości. Jestem w związku z tym niepocieszona, że buteleczka ma tylko tyle produktu. Na tym jednak nie kończą się moje narzekania. Mgiełka miała być czymś co łączy w sobie nawilżacz i odświeżacz - nie nawilża w żaden sposób. I nie odświeża, co najwyżej oblepia. Prawda jest taka, że zaaplikowana na skórę, pozostawia po sobie biały osad, który pozostaje na każdym, nawet najmniejszym włosku, który znajduje się na twarzy. Zgodzę się jednak, że jest to produkt lekki - nie obciąża on bowiem skóry i właściwie, gdyby nie fakt że WIDAĆ go na skórze, można by pokusić się o stwierdzenie, że jest lekki, jak piórko. Jednak, ten produkt nie robi kompletnie nic, jak przeszkadza. Mimo ochrony SPF, używa się go nieprzyjemnie i zwyczajnie, nie miałam ochoty po niego sięgać. Radzę więc go omijać szerokim łukiem. 


Aqua Bomb Super Moisturizing Gel Cream Antioxidant 3-in-1 25,99zł, to krem zamknięty w uroczym, niebieskim słoiczku. Co jak co, ale nie mogę odmówić w tej kwestii Garnierowi pomysłowości. Bardzo podoba mi się design całej serii i wyszło to całkiem zgrabnie. Szkoda tylko, że z zawartością już nieco gorzej. Kremowy żel, to lekki nawilżacz, który ma być prawdziwie nawilżającą bombą. W składzie znajdziemy między innymi kwas hialuronowy oraz ekstrakt z owocu granatu, którym chwali się producent. Produkt przeznaczony jest do pielęgnacji porannej, aby pozostawić cerę nawilżoną przez cały dzień. W tym momencie wspomnę Wam, że jestem posiadaczką cery mieszanej, z przetłuszczającą się strefą T ale zmagam się też z niedostatecznym nawilżeniem, wręcz odwodnieniem skóry. Szukam więc treściwych, widocznie działających produktów. Ten niestety do takich nie należy. Jest lekki, ma przyjemną konsystencję, ale... TO ISTNY DRAMAT pod makijażem. Nie nadaje się do nakładania pod podkład, ponieważ nieważne jak wiele czasu minie od jego nałożenia - roluje się, jakby na twarzy zostawał sam silikon. Nieprzyjemne jest to uczucie do granic możliwości, okropnie niszczy makijaż i totalnie nie polecam. Jeszcze, żeby rzeczywiście nawilżał i był świetnym produktem, to bym mu to wybaczyła i używała go na noc. Jednak, jego właściwości pozostawiają wiele do życzenia. 

Generalnie, szykuję się do sporej zmiany w mojej pielęgnacji twarzy. Wykańczam aktualnie wszystkie resztki kremów, jakie posiadam i w niedługim czasie przestawię się na coś, w czym pokładam ogromne nadzieje. Nie zdradzę Wam jednak jeszcze, na jaką markę się zdecyduję i tak dalej, ale na pewno będziecie wiedzieć wszystko, gdy tylko przyjdzie na to pora. Na razie sama nie umiem w stu procentach odpowiedzieć na pytanie "czy to dobra decyzja", więc pożyjemy, zobaczymy :) 

Dajcie mi znać, czy miałyście już okazję używać tych produktów i jak się u Was sprawdziły. Macie godne polecenia produkty z drogerii? 

8 inspirujących i ciekawych kanałów na YouTube, które uwielbiam

Wednesday, August 16, 2017 -


YouTube, to potęga. Nie od dziś wiadomo, że jego siła rośnie z każdym tygodniem. Kiedyś mała platforma, a teraz miejsce, w którym każdy, dosłownie każdy, znajdzie część ze światem swoich zainteresowań. 

Oczywiście, jak przystało na porządną blogerkę, YouTube służy mi przede wszystkim do śledzenia najnowszych trendów w szeroko pojętym temacie beauty. Oglądam głównie zagraniczne Youtuberki, które darzę dużą sympatią. Jeśli jesteście ciekawe, kogo oglądam najchętniej, to z przyjemnością przygotuję Wam o tym osobny post. Dzisiaj chciałam jednak poruszyć temat kanałów, które mnie rozwijają i działają zwłaszcza na moje horyzonty. Staram się je poszerzać, samodzielnie, bo w moim otoczeniu często nie ma osób, z którymi dane pasje mogłabym dzielić. A czasami, jest to po prostu przyciąganie/atrakcja dla moich oczu, spragnionych estetycznie przedstawionej treści. 

Omijam głupkowane treści, choć czasami zdarza mi się je oglądać. Nie idę jednak za głosem tłumu i kategorię "na czasie" omijam szerokim łukiem. Od dawna zauważyłam, że znajduje się tam mnóstwo prostych żartów, kompletnie nieskierowanych do mnie, czyli do wymagającego widza. Często jestem po prostu zniesmaczona. Dlatego dzisiaj chcę się z Wami podzielić kilkoma kanałami, które oglądam z przyjemnością, a które zawsze gwarantują dobrą jakość. I oby tak dalej. 

Tomka pewnie każdy zna, pan z telewizji. Jeśli go kojarzycie, to dobrze wiecie, że jest doskonałym mówcą. I to o tym właśnie jest jego kanał. Świetne treści przedstawia na wysokim poziomie - zarówno audiowizualnym, jak i merytorycznym. Podoba mi się jego podejście do wielu spraw. Porusza tematy nie tylko związane z wystąpieniami publicznymi, ale na przykład uczy też, jak starać się o podwyżkę w pracy lub jak przygotować się do rozmowy o pracę. Świetny content i cotygodniowe odcinki oglądam z przyjemnością. 

Cezary Pazura, to dla niektórych postać dość kontrowersyjna. Ja jednak nie oceniam go przez pryzmat tego, co pisze o nim Pudelek. To, że media uwzięły się na niego i nie robią mu dobrej prasy, zauważy każdy głupi. Dla mnie wartością są jego role, a te - nie oszukujmy się - są naprawdę dobre. Na swoim kanale zebrał już 400 tysięcy subskrybentów, a to chyba mówi samo za siebie. Co tydzień wrzuca filmy, w których zdradza sekrety swojej pracy, wspomina tworzenie filmów i pokazuje, czym jest dla niego aktorstwo. Ma niesamowitą wiedzę. I sprawia, że nawet te długie filmy, ogląda się z zaciekawieniem. Prawdziwy wujek Czarek, którego słucha się z rozdziawioną buzią. Polecam Wam jego kanał bardzo serdecznie. 

Kuba, to trudny YouTuber. Nie dla każdego.  To twórca znanych w świecie internetowym komiksów, dość absurdalnych, ale niezwykle zabawnych. Jego żarty, również te na kanale na YouTubie, są hermetyczne. Dlatego może się przydarzyć, że nie spodobają się Wam lub ich nie załapiecie. Mimo wszystko, polecam go chociażby dla Kinowego Ekspresu (niestety cykl się zakończył :( ), który jest cyklicznym, cotygodniowym programem, w którym Kuba zdradza na co warto, a na co nie warto wybrać się do kina. Ciekawe spojrzenie na świat, często recenzje kina offowego, niedostępnego w multipleksach i niewybredny żart. 

Pisałam Wam o nim już przy okazji posta z podcastami, które polecam. Audycja ON AIR, to jeden z powodów, dla których warto zajrzeć na kanał Włodka. Nie mówię jednak, że to jedyny powód. Włodek od czasu do czasu pokusza się o stworzenie mini-dokumentu, który za każdym razem chwyta mnie za serce. Z ogromnym zaciekawieniem obejrzałam ostatni, o życiu pasterza. Ten człowiek, to skarb! Sposób, w jaki pokazuje otaczający go świat, to miód na moją duszę. Uwielbiam go słuchać i uwielbiam patrzeć na to, co chce pokazać światu. Jak na razie, wychodzi mu to znakomicie. To niewątpliwie perełka na polskiej scenie jutubowej.


To kanał z gatunku tych składających się ze sporej dawki wiedzy. Lubię go oglądać, bo mnóstwo w nim porad, jak filmować, aby uzyskać dany efekt. Jak robić zdjęcia, na co zwracać uwagę i tak dalej. I mimo że mnóstwa z tych rad nie wykorzystam, bo... na przykład, nie skupiam się na moim kanale na YouTubie, to i tak z przyjemnością oglądam materiały autora, który dopieszcza każdy szczegół. Fantastyczna jakość, bardzo przyjemny, uzależniający wręcz dla mnie głos, przemyślany montaż. 

To moja osobista perełka. Kocham ten kanał za to, jak potrafi mnie uspokoić. I mimo że większości rzeczy, które przygotowuje autor nigdy nie spróbuję zrobić w domu, oglądam je z zapartym tchem. Najbardziej trafiają do mnie wersje filmów bez muzyki. Tworzone są dwie wersje, tak aby każdy miał możliwość wyboru. Jest coś niezwykłego w tym idealnych kadrach, dźwiękach gotowania, skwierczących i gotujących się warzywach. Każdy krok jest przemyślany. Wszystko jest pięknie sfilmowane, jakby miało duszę. Ostrzegam Was jednak, że jak już tam wejdziecie, to będziecie chciały sprawdzić całą historię publikacji. Czasu nie zmarnujecie, na pewno. Same estetyczne cuda. 

Facet Estee Lalonde, czyli Aslan. Każda miłośniczka brytyjskiej sceny beauty na pewno go kojarzy. To taki typ faceta, o którym marzę. Z pasją. Kocham ludzi, którzy mają hobby i poświęcają się mu. To właśnie taki człowiek. Na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo kocha fotografię, podróżowanie i odkrywanie nowych kultur. Nieustannie się doskonali, co widać po jego zdjęciach oraz vlogach podróżniczych. Uwielbiam też to, że jest tak inteligentny, że za każdym razem, w każdej podróży, wie dokąd przyjechał i czego ma się spodziewać. Szanuje kulturę ludzi, których kraje odwiedza i jestem pełna podziwu, jak bardzo widać, że go to fascynuje i kształci. Jego vlogi zdecydowanie działają na zmysł estetyki, a jego zdjęcia z Islandii, to istny majstersztyk. 

To już ostatni kanał, który chcę Wam dzisiaj polecić i kończę w tym wypadku po polsku. Kanał ten poświęcony jest głównie tematyce filmowej. Tutaj jednak autor skupia się na sztuce tworzenia filmów. Marcin analizuje różne tytuły, które znacie lub nie i tłumaczy, dlaczego coś zostało nakręcone w taki, a nie inny sposób. Nawet sobie nie zdawałam sprawy, jak bardzo jest to ciekawy i długi proces, aby powstał film. O tym możecie dowiedzieć się tutaj. Warto go śledzić, bo niejednokrotnie wytłumaczył mi, jak wielkie wpływ na odbiór filmu, miały poszczególne sposoby kręcenia. Genialna dawna wiedzy podana w przystępny sposób.

To osiem polecanych przeze mnie kanałów na YouTubie. Znacie którykolwiek? A co Wy polecacie do sprawdzenia na tej filmowej platformie? 
DO GÓRY