Szybki sprawdzian kosmetyków Fresh - czy i na co warto się skusić

Monday, July 22, 2019 -


Jakiś czas temu, w miarę okolic premiery marki Fresh w Polsce, rozpoczęłam intensywne testowanie ich nowości. Marka przemówiła do mnie z wielu płaszczyzn:
- naturalne składy, które są inspirowane naturą/jedzeniem,
-eleganckie i minimalistyczne opakowania (kremy i maski często są w ceramicznych, solidnych opakowaniach),
- no i samo posiadanie statusu nowinki na polskim rynku kosmetycznym, to coś co sprawia, że moje serce szybciej bije. Po wielu tygodniach (a powiedziałabym nawet, że miesiącach) testów, przyszedł czas na wydanie werdyktu.



Soy Face Cleanser, to kosmetyk, którym rozpoczęłam swoją przygodę. To od niego wszystko się zaczęło i nie ukrywam, że gdyby nie wrażenie, jakie na mnie zrobił, prawdopodobnie nie chciałabym w ogóle sięgać po resztę. Fresh, Soy Face Cleanser (150ml/189zł), to bardzo delikatny i łagodny żel, który doskonale oczyszcza. Mówiąc doskonale, mam na myśli DOSKONALE. Usunie on bowiem każdy, nawet najbardziej upierdliwy makijaż, który wykonałyście i nie podrażni przy tym twarzy. Nie wysusza mojej wrażliwej na to skóry (przypominam, że jestem posiadaczką cery przetłuszczającej się w strefie T, ale o wiecznie odwodnionej skórze). Błyskawicznie czyści i pozostawia skórę miękką.  W składzie znajduje się soja, która jest bogata w aminokwasy oraz pomaga zachować elastyczność i chronić skórę. Zapewnia jej też zdrowy wygląd i odpowiednie nawodnienie. Ja sama nie sądziłam, że tak pokocham soję za jej piękne właściwości. Prócz niej, w składzie znalazło się jeszcze miejsce do ulubionego produktu marki Fresh, czyli wody różanej, która działa łagodząco i wygładzająco. Ponad to mamy również ekstrakt z ogórka, który nawadnia, chłodzi i koi.

Cały ten skład działa na moją skórę po prostu genialnie i nie ukrywam, że jestem z niego ogromnie dumna. Dawno bowiem nie trafiłam na tak przyjemny żel do oczyszczania (choć mam dla Was jeszcze jedną, całkowicie polską i wegańską propozycję do polecenia w tej kwestii - wpis pojawi się niebawem).




Pamiętam, jak lata temu zarzekałam się, że nigdy nie będę używać różanych produktów, bo po prostu nie przepadam za zapachem róż. Kojarzył mi się on z kwiaciarnią, pogrzebem i duszącymi perfumami starszych pań. Z biegiem czasu zaczynałam jednak podchodzić do różanych produktów powolutku coraz bardziej. I skończyło się to na tym, że teraz z przyjemnością sięgam po ten zapach w kosmetykach pielęgnacyjnych. Podkreślić jednak muszę fakt, że wybieram te kosmetyki które pachną naturalnie i bardzo subtelnie. Duszącym woniom mówię stanowcze nie. Fresh Rose Face Mask (100ml/299zł; 30ml/119zł) brzmiała, jak ideał dla mnie. Jej wyjątkowa formuła, która jest w formie chłodzącego żelu z zatopionymi weń płatkami róż, wnika w skórę i nawadnia ją oraz tonizuje. Teoretycznie jest do każdego rodzaju skóry, ponieważ odbudowuje jej blask i dodaje sprężystości. Zawarte w niej składniki, to przede wszystkim woda różana (odpowiednia do przywracania równowagi i ukojenia podrażnionej cerze) oraz ekstrakt z ogórka (który ma działanie chłodzące, nawadnia i koi).
Co tu dużo mówić, maska ta jest... średnia. Jak na produkt o tak wysokiej cenie, spodziewałam się naprawdę supernawilżenia, które będzie trwać i trwać, niemalże w nieskończoność ;) Niestety, efekt jest krótkotrwały, powiedziałabym że doraźny. Sam kosmetyk natomiast przyjemnie chłodzi i jest fajny w użytkowaniu, zwłaszcza w gorące, letnie wieczory, ale no... niewart jest tylu pieniędzy. Odradzam zakup. 




Następny w kolejności był Fresh, Rose Deep Hydration Facial Toner (100ml/125zl), którego efekt zaspoileruję Wam już na samym wstępie. Zakochałam się bowiem w tym toniku na amen. Fantastycznie używa mi się go codziennie rano i wieczorem, i z ogromną przyjemnością korzystam właśnie z drugiej buteleczki. Czy zostanie ze mną na zawsze, nie wiem, ale wiem za to, że śmiało mogę go określić, jako swój personalny ideał plasujący się wysoko w top 3 ulubionych toników. Jest bezalkoholowy! A w swoim składzie zawiera płatki róż. Ba, takie widoczne. Dlatego jego używanie sprawia jeszcze większą frajdę. Fajnie sprawdza się, jako drugi krok pielęgnacyjny po zmyciu makijażu. Dobrze bowiem odświeża skórę, nawilża ją i nakręca do działania. Wszystko za sprawą wody oraz olejku różanego, to one odpowiedzialne są za przywrócenie równowagi skórze. Lubię go nakładać bezpośrednio z dłoni, tak jakbym zamiast toniku, wylewała na nie kilka kropel esencji. 




Krem Fresh, Rose Deep Hydration Face Cream (50ml/223zł, 15ml/85zł), to krem ideał dla każdej posiadaczki skóry suchej lub wiecznie odwodnionej. Jego formuła jest lekka, acz treściwa. Szybko się wchłania, ma konsystencję przypominającą odrobinę mocno nawilżający balsam. Ten intensywny krem nawilżający ma też działanie łagodzące. Widocznie poprawił stan mojej cery w kwestii suchych skórek oraz podrażnień powypryskowych (przemilczmy to, że dłubałam w twarzy). Tworzy nawilżający woal, który pięknie otula skórę i daje jej najgłębsze nawilżenie, jakie może otrzymać. Lubię go stosować zarówno podczas pielęgnacji wieczornej, jak i porannej. Doskonale nadaje się pod makijaż, w związku z czym często i z przyjemnością po niego w tej kwestii sięgam. W składzie znajdziemy kwas hialuronowy (lubię go w kosmetykach) oraz olejek różany. 



Jednym z ciekawszych kosmetyków z asortymenty Fresh okazał się być Fresh, Sugar Face Polish (30ml/119zl, 125ml/299zł), który w swoim składzie zawiera cukier trzcinowy - który odżywia i pomaga pozbyć się martwych komórek, jak również wygładza i zapobiega utracie wilgotności. Ponadto znajdziemy w tym kosmetyku również masło z pestki mango (ono odżywia i nawadnia, przywraca elastyczność), olejek z pestek śliwki (odżywia i chroni skórę) oraz owoce poziomki! Te ostatnie odpowiedzialne są za tonizację oraz zapewnienie cerze blasku. Sam produkt jest bardzo gęstą pastą, która wydawać się może odrobinę przerażająca. Jednak w kontakcie ze skórą szybko zamienia się w olejek, który wyjątkowo przyjemnie otula skórę. zawarte w nim drobinki cukru rozpuszczają się dość szybko, choć pozostają na skórze na tyle długo, że można przy ich pomocy wykonać skuteczny peeling twarzy.  Jestem tym produktem oczarowana, bo jako jedyny produkt do twarzy (do tej pory) tego typu, sprawia że sam proces użytkowania jest niezwykle przyjemny. Nie ma bowiem mowy o wysypujących się nigdzie drobinkach, milionowym zmywaniu skóry twarzy w celu pozbycia się go do reszty - nie, to że drobinki cukru się całkowicie rozpuszczają jest GENIALNE! Serdecznie polecam! 



Na koniec został mi bubel. Bubel, którego się kompletnie nie spodziewałam. Wręcz przeciwnie, byłam przekonana, że polubię się z tym produktem najmocniej na świecie. Fresh, Sugar Tinted Treatment SPF15 (109zł). Miał być ideałem, który świetnie sprawdzi się w kontekście nawilżającej pomadki do torebki. Niestety jednak, ma kilka wad, które miały być jego zaletami.
Po pierwsze, opakowanie. Metaliczne, dość ciężko leży w ręce i sprawia wrażenie lekko luksusowego. W związku z czym, odpada wrażenie pomadki Nivea za 15zł. Jednak sam mechanizm jest totalnie bez sensu. Zamiast klasycznej "zatyczki" mamy tutaj mus przekręcania skuwki tak samo, jakbyśmy wykręcały produkt z opakowania. W związku z czym, wykręcamy go jeszcze w opakowaniu... Jak możecie się domyślić, bardzo łatwo było o to, aby końcówka sztyftu wbijała mi się w wieczko skuwki. Szlag mnie trafiał niejednokrotnie, bo sporo produktu się po prostu w ten sposób marnuje, brudząc przy okazji całe, pięknie zaprojektowane opakowanie.
Miał to być również kosmetyk, który dzięki swoim właściwościom pozwoli na to, aby skorzystać z niego podczas dni tzw. no makeup. Lekki tint miał się bowiem nadawać do nałożenia zarówno na usta, jak i na policzki. Rzeczywistość jest jednak zgoła inna. Jego wazelinowata wręcz konsystencja nie nadaje się do nakładania, nawet w najmniejszych ilościach na policzki. Nie jestem fanką tego, aby wyczuwać kosmetyki na powierzchni skóry, więc... no coż. Wielkie nope. 
Rzeczywiście chroni usta i je wygładza, ale równie dobrze mogłabym sobie nałożyć na usta dowolny inny kosmetyk o bardzo znikomym nawilżeniu, a efekt będzie taki sami. Jestem w związku z tym ogromnie zawiedziona. Tak, jak wspomniałam wyżej, mam wrażenie, że jest to po prostu kolorowa wazelina, która pozostaje NA powierzchni ust, niespecjalnie wnikając dogłębnie i je pielęgnując. 
Sam kosmetyk ma w sobie SPF15, więc fajnie - jest to jedna z lepszych nowin, bo jednak usta również potrzebują ochrony przeciwsłoneczej. Szkoda tylko, że zalety tego kosmetyku tutaj się kończą. Niewypał! Nie polecam.

I to by było na tyle w kwestii kosmetyków marki Fresh. Czy już ją znacie? Lubicie? A może przymierzacie się do zakupów?
Dajcie znać w komentarzach! 

Co nowego u mnie? Nowe torebki, zakupy i prezenty

Monday, July 8, 2019 -


Wpadam do Was z nowym wpisem, bo obiecałam sobie, że powoli będę wracać na bloga. A jak mam wracać, bez jakichkolwiek wpisów? No właśnie. Dlatego dzisiaj treści łatwiejsze, bardziej przystępne, zakupowe, lifestylowe, dużo bardziej o tym, co u mnie ostatnio słuchać, niż coś co skupi się na recenzji kosmetycznych  nowości - to następne w kolejności :) 


TOREBKI 
Dwa nowe, torebkowe zakupy podyktowane były ważnymi wydarzeniami i powodami. Po pierwsze szukałam czegoś na ślub przyjaciół. Bardzo chciałam torebkę, która będzie idealnie pasować zarówno do eleganckiej stylizacji z sukienką, jak i do dżinsów na co dzień.
Zdecydowałam się na Cream Croc Mini Bag, która stylizacyjnie wpisuje się w moje gusta - jest mała, idealna na miasto, mieści w sobie tylko kilka rzeczy (co trochę mi przeszkadza, ale ja ogólnie mam tendencję do chęci spakowania całego mieszkania). Na takie wypadki mam teraz swoją nową Black Croc Large Tote Bag, która zmieści chyba niemal wszystko. Zakupiona została przede wszystkim z myślą o wycieczkach z laptopem w torebce. Nie miałam w swoich zbiorach takiego shoppera już od bardzo dawna, bo jakoś w pewnym momencie przerzuciłam się na średniej wielkości torebki. 


Torebki z Azuriny, to niemałe wydatki, ale mam już od nich zapinany cardholder, który wiernie służy mi już od naprawdę sporego czasu, więc wiem, że w parze idzie naprawdę wysoka jakość. Dodatkowo, każdy ze swoich zakupów możecie sobie personalizować. Ja wybrałam klasycznie, pierwszą literę mojego imienia i widnieje ona na każdej z torebek. To niby nic wielkiego, ale szczerze mówiąc, takie detale bardzo dobrze na mnie działają. 


NOWY LAPTOP
W końcu dokonałam zakupu laptopa! Nareszcie! Nosiłam się z tym zakupem już od długiego czasu, ale ciągle wyskakiwały mi jakieś ważniejsze wydatki. Tym razem jednak nie miałam już wyjścia, bo mój laptop już powoli odmawiał posłuszeństwa, a wszystkie wydane pieniądze na nowe baterie i zasilacze łącząc razem, miałabym naprawdę niezłą sumkę. 

Skusiłam się na srebrnego Della Inspirona. Nie powiem Wam dokładnie jaki model, bo ani ja nie jestem ekspertem w dziedzinie elektroniki, ani to nie jest jakoś szczególnie ciekawe. Spełnia natomiast moje najważniejsze kryteria względem sprzętu tego typu. Zależało mi przede wszystkim na tym, aby: 
- laptop był poręczny i mały, waży niecałe 1.5kg i idealnie mieści mi się do torebki. A właśnie o to mi chodziło, żebym mogła go sobie spokojnie zapakować w drogę i popracować na mieście, czy w podróży. 
- miał dobrą baterię, która będzie sobie świetnie radzić przez kilka godzin pracy bez zasilacza. Och, jaka to przyjemna odskocznia! 
- miał parametry pozwalające na spokojną pracę w Lightroomie

Wszystko to udało mi się zmieścić w moim małym laptopku, który teraz śmiga ze mną na każde ważniejsze spotkanie, czy kilka godzin pracy wśród ludzi, żebym nie zdziczała już do reszty. 


PREZENT MARZEŃ

A teraz o czymś, co ostatnio zawładnęło byciem tematem numer jeden wśród moich znajomych i bliskich. Tak się składa, że w moim otoczeniu jeszcze nikt nie korzystał z tej możliwości, więc
Prezent Marzeń, to znakomita możliwość podarowania komuś doświadczenia, które zapamięta na długie lata. Sama nie jestem fanką dawania i otrzymywania prezentów, które niczego fajnego do życia nie wnoszą, a tylko stoją i się kurzą. Dlatego w ostatnim czasie zdecydowałam się na sprawieniu komuś bliskiemu czegoś niesamowitego i myślę, że trafiłam tym prezentem w dziesiątkę. 
Do wyboru jest naprawdę mnóstwo aktywności, od przyjemnego SPA z przyjaciółką po szybką jazdę samochodem. 
A Wy? Też macie jakieś specjalne marzenie, które można by spełnić? Czy jednak wolicie otrzymywać w prezencie użyteczne rzeczy?



NOWE KOLCZYKI
W temacie nowości, nie mogę nie wspomnieć o prezencie, jaki ostatnio otrzymałam od przyjaciół. Był pełen wzrusz, bo kompletnie się go nie spodziewałam, ale nie ukrywam, że trafili oni w dziesiątkę. Kocham bowiem złoto, kolczyki i biżuterię, która pięknie błyszczy. Dostałam parę kolczyków z Briju, które zostały stworzone chyba z myślą o mnie. Są małe, eleganckie i bardzo kobiece. Na kółeczkach znajdują się malutkie, złote obrączki, które przepięknie odbijają światło i zwracają na siebie uwagę.
Jaką biżuterię nosicie na co dzień? Jesteście team złoto, czy team srebro?



KWIATKI, KWIATKI, JESZCZE WIĘCEJ KWIATKÓW
Ostatnio oszalałam wręcz na punkcie nowych kwiaciorów. Kocham je miłością nieograniczoną i nie ukrywam, że moja gromadka powoli, acz sukcesywnie się rozrasta. Dobrze mi idzie ich mała uprawa na domowym parapecie. Zrobiło się u mnie tak zielono, jak jeszcze nigdy wcześniej. A ja jestem wręcz oczarowana tym, jak szybko i pięknie rosną moje małe cudaki. Ostatnio wybrałam się nawet na targi ogrodnicze z moją kuzynką i oczywiście obie wróciłyśmy z nowymi okazami do domu. W ten sposób stałam się dumną posiadaczką opuncji, kolejnych sukulentów i pięknego String of pearls, który możecie podziwiać na zdjęciu. 


I tyle u mnie. Trochę się przez ten czas nieobecności wydarzyło, więc same widzicie. A co u Was? Dokonałyście ostatnio jakichś poważnych zakupów? Coś się u Was szczególnego wydarzyło?

Nowości w mojej kosmetyczce, które ostatnio intensywnie testuję

Friday, June 14, 2019 -




Cześć! 
Sporo u mnie ostatnio nowości i postanowiłam przybliżyć Wam odrobinę moje makijażowe, i pielęgnacyjne podboje. Spośród zbiorów, które ostatnio zdołałam zgromadzić wybrałam garstkę, która została napoczęta i cieszę się teraz ich właściwościami. Wszystkie z tych produktów, to dla mnie nowości (niektóre również na rynku), więc żal by było nie wrzucić Wam tutaj kilku słów na ich temat. 

Zacznę może od pielęgnacji, bo tutaj nastąpiła mała rewolucja i przetasowanie. 



Dr Jart+ Peptidin Radiance Serum, czyli serum rozświetlające, które składa się z ośmiu kompleksów peptydów. Jest lekkie, szybko się wchłania i pozostawia przyjemnie nawilżoną skórę, gotową na kolejny krok pielęgnacyjny. Wygaja też wszelakiego rodzaju zmiany skórne. 
Youth To The People, Superberry Hydrate+Glow Dream Mask Całonocna maska nawilżająca z kwasem hialuronowym, jagodami maqui (czyt. maki), skwalanem oraz witaminą C.
Od dłuższego czasu twarz myję żelem oczyszczającym marki Fresh, Soy Face Cleanser. Fresh szturmem podbił Sephorę i nie ukrywam, że premiera tej marki naprawdę mnie podnieciła. Czasy się zmieniają, a ja się starzeję i coraz chętniej spoglądam w kierunku dobrej pielęgnacji, niż nowości makijażowych. Sojowy żel, to wybawienie dla mojej skóry twarzy - przyjemnie oczyszcza, nie pozostawiając skóry suchą i napiętą. Doskonale domywa każdy makijaż. 
W kwestiach peelingu do twarzy postawiłam ostatnio na Pixi, Peel & Polish. To dość ciekawy produkt, bowiem łączy w sobie równocześnie właściwości peelingu mechanicznego, jak i enzymatycznego. W dni, gdy mogę sobie pozwolić na odrobinę więcej czasu spędzonego w łazience, pozostawiam go na twarzy na kilka minut i cieszę się jego enzymatycznych właściwości. Dobrze działa też, jako doraźny peeling mechaniczny. 
Zanim nałożę krem pod oczy, szybko przejeżdżam po tej okolicy serum Sepai, Light Circles, które ma za zadanie rozjaśniać i odświeżać tę okolicę. To dość ciekawy, specyficzny produkt w formie rollera.
Neostrata, Intensive Eye Treatment, to kuracja pod oczy, którą ostatnio testuję. Zaobserwowałam u siebie coraz więcej zmarszczek w tej okolicy i wizja starości oraz pomarszczonej skóry nieco mnie przeraża. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że bliżej mi już powoli do 3 z przodu. Kuracja, to ukojenie mojej wyjątkowo cienkiej i suchej okolicy pod oczami, która wymaga intensywnej pielęgnacji, a zwykłe kremy niestety sobie tutaj nie radzą na tyle, abym była zachwycona ich działaniem dłużej niż przez około miesiąc do dwóch. Dlatego teraz intensywnie testuję tę nowość i mam niezmiernie wielką nadzieję, że stanie się ona remedium na moje problemy. 


Makijaż

W makijażu praktycznie same rynkowe nowości, za to przy okazji hity od pierwszego użycia, które ogromnie mi przypasowały. Zacznijmy od królowej - paletki NABLA Secret Palette, która stosunkowo niedawno miała swoją premierę. Ma w sobie wszystko to, czego mogę chcieć i pragnąć w makijażu dziennym oraz wieczorowym. Cieszy mnie, że nie jest kolejną ciepłą paletką, że ma niezłe spektrum odcieni, które są neutralne. Dużo w niej złota, w różnych wariantach nie tylko kolorystycznych, ale też wykończeniach. Folie, błyski, brokaty - do wyboru jest naprawdę wiele. Uwielbiam ją w połączeniu z NABLA Major Pleasure Mascara. Mogę ją śmiało porównać do wysokopółkowych tuszy do rzęs, które miałam okazję używać. Daje ultraczarne wykończenie, dodaje rzęsom objętości, pięknie je podkręca i ich nie obciąża. Jest naprawdę super! A to duże zaskoczenie, bo szczerze mówiąc, spodziewałam się rozczarowania. Maskara potrzebowała około tygodnia na przeschnięcie, bo wcześniej była zdecydowanie zbyt mokra. Po tym czasie była już super.
Deborah Milano Formula Pura naturalny róż do policzków w kolorze 01. Jestem zachwycona jego odcieniem, ponieważ bardzo lubię takie kolory, które nie wyglądają na twarzy sztucznie. W codziennym makijażu sięgam po barwy, które imitują to, jak wygląda prawdziwa skóra. 
Catrice, Glow Illusion Loose Powder, to produkt, który podejrzewam, że powstał w ramach wysokopółkowego odpowiednika w szafach w Douglasie. Pewnie doskonale wiecie, że mam na myśli puder sypki w Laury Mercier. Nie mam niestety porównania, bo kosmetyku z LM w rękach nigdy nie miałam, ale mogę śmiało powiedzieć, że z pudrem z Catrice bardzo się polubiliśmy. Daje piękne wykończenie skórze, nie sprawiając, że wygląda ona na przetłuszczoną. Całe szczęście! Daje za to przepiękne wykończenie nawet dojrzałej cerze (przetestowałam, wiem!).
NYX, #thisiseverything Lip Oil, to nowość w asortymencie marki. Przyjemny, treściwy olejek do ust z leciutkim zabarwieniem. Idealny do makijażu w stylu makeup no makeup. Nie polecam przy rozpuszczonych włosach, ale to chyba każda z nas zdaje sobie z tego sprawę. Ma przyjemny aplikator i właściwie dzięki swojemu wykończeniu można go schować do torebki i robić poprawki w ciągu dnia nie zwracając uwagi na to, czy w pobliżu jest lusterko. 


NABLA Close Up Foundation, to najnowsza propozycja marki, która jest dla mnie dość nietypowa. Po pierwsze, spodziewałam się po nim bardziej wykończenia w stylu next to skin. Po drugie, jego formuła nie będzie grała z każdym typem cery. Mam wrażenie, że dobrze wygląda tylko na porządnie wypielęgnowanej, nawilżonej skórze. W innym przypadku łatwo o podkreślenie zmarszczek, suchych skórek itp. 
Charlotte Tilbury Hollywood Flawless Filter, to zakup planowany od bardzo, bardzo dawna. W końcu zdecydowałam się na kolor 02 Light. Charlotte Tilbury Hollywood Flawless Filter, to produkt dość nietuzinkowy, niespotykany i wyjątkowy w swoim rodzaju. Równocześnie jest to baza oraz rozświetlacz w jednym. Możemy ją stosować pod podkład, na podkład i solo. Na całą twarz, jak i wybiórczo, tylko na szczyty kości policzkowych. Daje naprawdę niespotykany efekt, szklanej skóry, zupełnie jakbyśmy zerwały się z wybiegu dla modelek Victoria's Secret.
Wielki powrót do mojego ulubieńca sprzed i od lat, Yves Saint Laurent, Le Touche Eclat Foundation. Mam nadzieję, że nie sprawdzi mi się tak samo dobrze, jak lata temu. Swego czasu byłam jego ogromną fanką i zużyłam dobrych kilka buteleczek. W międzyczasie marka zrobiła małe ulepszenie formuły i nie powiem, nie narzekałam na jego trwałość po tych zmianach. Jednak, nie mam już tej samej cery, którą miałam 5 lat temu. Trochę więcej na mej twarzy zmarszczek mimicznych i jestem zwyczajnie ciekawa, czy moje wspomnienia będą się pokrywać z aktualną rzeczywistością. 


Zapachy

Coach, Floral Blush - to nowość w asortymencie marki, której dotychczasowe zapachy bardzo przypadły mi do gustu. Z tą odsłoną jest jednak mały zgrzyt. Niewielki, ale jednak. I choć baza wciąż mi się podoba, to nie jestem jeszcze stuprocentowo pewna, czy polubimy się na tyle, bym z chęcią sięgała po niego latem. Możecie się za to po nim spodziewać bogatej, kwiatowej woni peonii. 
Lanvin, A Girl in Capri - pisałam o nim nawet na blogu, przed tą moją planowaną-nieplanową dość długą przerwą. Odsyłam Was więc do posta, w którym jest o nim zdecydowanie więcej. 
s.Oliver, Friendship - seria dwóch zapachów dedykowanych przyjaciółkom. Dwie kompletne skrajności. Niebieska jest bardziej orzeźwiająca i rześka, fuksjowa natomiast słodka i figlarna. Obie ładne, ale jednak chętniej sięgam po niebieską. Latem lubię czuć się świeżo i lekko, dlatego takie zapachy wrzucam do mojej torebki bardzo chętnie. Mała pojemność też na plus - nie zajmuje zbyt wiele miejsca w mojej już i tak do granic możliwości wypchanej torebeczce. 


Zainteresował Was jakiś kosmetyk z moich nowości? Na co ostatnio wydałyście pieniądze i nikomu się do tego nie przyznałyście? ;) 

Lanvin, A girl in Capri EDT

Thursday, April 25, 2019 -

lanvin-a-girl-in-capri

Moi drodzy, najnowszy zapach Lanvin, A girl in Capri, to niesamowita przygoda, w którą zabiera nas marka. To również kolejny zapach z asortymentu producenta, zaraz po Lanvin, Modern Princess, który uwiódł mnie na tyle, że naprawdę jestem nim oczarowana i często nim ostatnio pachnę. 

lanvin-a-girl-in-capri

Buteleczkę można określić, jako prostą. Nie wyróżnia ją nic specjalnego, aczkolwiek flakon przyozdobiły dwa elementy, które zwracają uwagę. Prosty flakon ozdabiają tak naprawdę dwa akcenty. Pierwszym z nich jest zatyczka, która połączeniem bieli i złota przenosi nas w wakacyjny klimat, do którego przepustką są właśnie te perfumy. Drugim akcentem jest prosty, a zarazem piękny w swej ascetyczności podpis "A girl in Capri". Tak, jak gdyby jakaś zakochana w słońcu Włoch dziewczyna, wypisywała pocztówkę, którą wyśle swoim bliskim. Wspomnienie z wakacji, czasu beztroski i kolorów. 

lanvin-a-girl-in-capri

W nutach głowy znajdziemy olejek cytrynowy, różowy pieprz i bergamotkę. Nuty serca, to kwiat grejpfruta oraz akord morskiej bryzy. W nutach bazy znajdują się białe piżmo, bursztyn oraz morskie drewno. Jak widzicie, w buteleczce zamknięto ciepłe nuty wakacyjnych wyjazdów nad ciepłe morze. Bursztyn, piżmo, morska bryza łączą się w całość ze świeżymi nutami cytrusów i bergamotki. 

lanvin-a-girl-in-capri

Zapach jest lekki, dziewczęcy i bardzo orzeźwiający, jednak z czasem nabiera głębi i słodyczy. Nada się nie tylko na ciepłe dni na słońcu, ale też na wieczorne randki i spacery w świetle księżyca. To zaskakujące, jak w pierwszej chwili po spryskaniu nadgarstka mamy wrażenie, że jest to jedynie moc cytrusów, lekkości i świeżości. A w ciągu dnia okazuje się rozwijać swoje skrzydła i zyskuje na intensywności ciepłych nut zapachowych. Wystarczy kilka chwil, aby woń nabrała ciepła i stała się otulającym woalem, dodając seksapilu i pewności siebie. 

lanvin-a-girl-in-capri

Poniżej przedstawiam Wam jeszcze na koniec ceny perfum, które możecie kupić w perfumerii. 
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 30 ml 149zł
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 50 ml 219zł
LANVIN, A Girl in Capri Eau de Toilette 90 ml 299zł

A Wy? Jakie zapachy wybieracie na wiosenno-letni czas?
Znacie perfumy Lanvin?

Nabla Close-Up Futuristic Foundation - swatche i zbliżenie na całą kolekcję

Monday, April 8, 2019 -



Nie wiem, jak Was, ale mnie naprawdę niewiele ekscytuje w dzisiejszych nowinkach kosmetycznych. Robię się coraz starsza i kręcić mnie zaczynają rzeczy, których kiedyś byś się po sobie w życiu nie spodziewała. Pielęgnacja nagle stała się moim konikiem i z chęcią używam wszystkich maseczek, serów (nienawidzę odmiany tego słowa) i innych kremów-kremików. Z naprawdę sporą przyjemnością kręcę się nad lepszymi jakościowo kosmetykami, niczym sęp nad konającą ofiarą. 


Zawsze byłam kosmetyczną snobką, która od czasu do czasu spoglądała na tańsze kosmetyki. Wiem bowiem, że nie szata zdobi człowieka i bardzo często te tańsze produkty są równie dobre, co te, za które trzeba sprzedać nerkę. Lubię jednak marki tak zwane in-between. Czyli ani to drogie, ani to tanie. Coś pomiędzy. Często zaskakują mnie swoją jakością i potrafią naprawdę pozostawić mnie oniemiałą. 


Jedną z takich marek jest dla mnie Nabla Cosmetics. Włoska marka kosmetyków kolorowych, która szturmem podbija serca Europejek. Ich kultowe pomadki zna chyba każda z nas, na punkcie paletek cieni oszalałyśmy niedawno wspólnie i... nie znam osoby, która nie pragnęłaby rozświetlacza z kolekcji DENUDE w kolorze Wave

Przyszła pora na coś nowego i mówiąc to mam na myśli zupełnie nowy rozdział, w którym Nabla Cosmetics chce się sprawdzić. O kolekcji Close Up słyszałyście pewnie sporo. Pokazywałam ją Wam nawet jakiś czas temu na blogu - klik

Nasłuchałam się o tym, jak to opakowanie jest podobne do podkładu z Benefitu - Hello Happy. Duhh, ktoś tu chyba zapomniał o tym, kto pierwszy wpadł na pomysł takich plastikowych, eleganckich opakowań. I mam tutaj na myśli markę Chanel oraz jej kultowy już Vitalumiere Aqua (swoją drogą kiedyś mój ulubieniec i chyba chętnie bym go sobie odświeżyła). 


Najnowsza kolekcja Nabla Cosmetics Close-Up mieści w sobie kilka nowości: 20 odcieni podkładu Futuristic Foundation, trzy nowe odcienie korektora Close-Up Concealer, trzy prasowane pudry Close-Up Smoothing Pressed Powder, trzy pędzle do makijażu oraz gąbeczka. 

Nowy podkład Nabla Cosmetics Close-Up Futuristic Foundation został zamknięty w plastikowym opakowaniu z dzióbkiem. Wydostajemy go na zewnątrz po prostu ściskając produkt. Nada się on świetnie na wyjazdy, zważywszy na swoją lekkość i poręczność. We wtorek biorę go ze sobą w podróż, więc przetestuję go na pewno również pod tym względem. 


Co mnie jednak zachwyca, to fakt, że każdy z odcieni w najjaśniejszej wersji Light ma żółte tony. I dziękujmy za to pani bozi podkładowej, bo naprawdę zbyt wiele na rynku jasnych podkładów, które od razu są również różowe... A to, jak doskonale wiemy, nie służy każdemu. Jestem szczęściarą, bo posiadam neutralne tony i dobrze wyglądam, i w jednym i w drugim, ale niekoniecznie się w różowym tonie czuję. Dlatego wielkie brawo ode mnie, że żółte tony, to sprawa kluczowa w kontekście tej nowości. 

Pierwsze wrażenie jest zaskakująco ok. Nie nazwę go jednak w moim przypadku podkładem-rewolucją. Nie wywrócił mojego życia do góry nogami i nie ukrywam, spodziewałam się większego glow i mniejszego matte. Daje ładne wykończenie soft focus, rzeczywiście jest bardzo leciutki i daje stopniować swoje krycie. Określiłabym je jako średnie. 

W rozszerzeniu kolekcji Close-Up znalazły się też akcesoria. Trzy pędzle syntetyczne do makijażu twarzy oraz gąbeczka w pięknym, burgundowym kolorze. Ta ostatnia została specjalnie ścięta po bokach oraz na szczycie. Dzięki czemu dobrze nada się nie tylko do rozblendowania korektora w strategicznych miejscach, które są trudno dostępne, ale również idealnie sprawdzi się do bakingu pod oczami oraz odcinania równej linii bronzera na policzkach. Pędzle zaś zostały stworzone z syntetycznego włosia, które dałabym sobie rękę uciąć, że jest naturalne. Pędzelki są tak miękkie, że naprawdę konkurować mogą z innymi kolegami z branży. Ich skuwki są oczywiście w kolorze złotym, a wykończenie trzonków zostało zachowane w kolorystyce nude. Zadbano również o takie detale, jak złote napisy z logo marki oraz nazwami poszczególnych pędzli.
Mamy wobec tego:
Big Powder Brush - który nada się właśnie do omiatania twarzy pudrem.  I choć jego przeznaczenie można by zakończyć na tym, ja lubię go używać do bronzera. Takim kształtem pędzla konturuje mi się twarz najprzyjemniej. 
Foundation Buffer Brush - którego fanką nie jestem. Głównie przez fakt, że odeszłam od nakładania podkładu pędzlami i po prostu nie przepadam za taką metodą aplikacji. Chętniej używam go do konturowania policzków w strategicznych miejscach.
Precision Powder Brush - który absolutnie pokochałam od pierwszego użycia. Jego języczkowy kształt idealnie nadaje się do omiatania pudrem okolic pod oczami i właśnie do tego uwielbiam go używać. To mój nowy ulubieniec! 


Korektory doczekały się trzech nowych odcieni: 
Light Ivory, który jest dla mnie wybawieniem. Jest bowiem pomieszaniem Porcelain oraz Ivory z poprzedniej kolekcji, czyli dwóch odcieni, które do tej pory mieszałam sobie sama, aby uzyskać właśnie taki odcień.
Trafiły się też dwa ciemniejsze kolory: Medium Peach oraz Amber, które nadają się raczej do ciemniejszych karnacji. Nie widzę niestety w nich szans na zastosowanie na przykład u mnie. 



Przechodzimy już do ostatniej z nowości, ale przy okazji czegoś wyjątkowo ciekawego. Nowe Nabla Cosmetics Close-Up Smoothing Pressed Powder, to pudry kompaktowe w trzech kolorach: Light, Medium oraz Dark. Ten ostatni nie uważam za najciemniejszy, jaki widziały moje oczy, więc szczerze mówiąc - trochę słabo. Słabo dla tych z pań, które rzeczywiście będą na przykład w podkładowych odcieniach z serii D. Te nie znajdą odpowiedniego kosmetyku wśród pudrów. Jeśli natomiast Wy jesteście fankami bronzerów o ciepłych tonach, to właśnie on nada się do tego zadania idealnie. Kolor Light już podróżuje ze mną w ramach pudru poprawkowego w ciągu dnia i testuję go do tego zadania najintensywniej, jak potrafię. Sam kosmetyk jest bardzo drobno zmielony i ma przyjemny, jasny kolor. Pięknie wygładza okolicę pod oczami, przedłużając trwałość wcześniej nałożonego korektora. Nie matowi skóry na płaski mat, tylko zostawia na niej lekką poświatę. Coś na kształt wykończenia na tak zwaną "drugą skórę". 


Jak podobają się Wam nowości Nabli? Jesteście zaciekawione nowymi podkładami, czy raczej nie są to kosmetyki dla Was?

Jak dorosnę zostanę... kobietą!

Friday, March 8, 2019 -



Cześć Kobiety! 


Dawno nie było u mnie wpisu luźnego, mniej poświęconego recenzjom kosmetycznym. I dzisiaj, z okazji Dnia Kobiet udało mi się złączyć siły z paroma świetnymi babeczkami. Chciałam razem z aGwer, aby w akcji uczestniczyło kilka dziewczyn, które są dla mnie synonimem GIRL POWER. I chciałam też dowiedzieć się, jak wyobrażały sobie bycie kobietą, gdy były małe, czy po prostu co myślą, gdy mówią kobieta.  Z racji tego, że mój blog jest wciąż bardziej beauty, chciałam Wam dzisiaj przedstawić to, co sobie myślałam będąc dzieckiem. 

I mimo tego, że dziś rano obudziłam się z jakąś totalnie niespodziewaną opuchlizną na twarzy i małym paraliżem oka,  staram się, aby wpis ten pojawił się na czas. Bo oczywiście, zupełnie jak zwykle, zostawiłam sobie ten tekst na sam koniec. Przecież za mało mam stresu na głowie i dodatkowy, to coś czego mi teraz bardzo potrzeba, prawda? ;) Dlatego, jak zwykle, rzutem na taśmę - lecę z tym koksem! Lecę, bo muszę napisać ten post, szybko wziąć prysznic, umalować się, ułożyć włosy i zdążyć na 18 na event, który dziś odbędzie się w Szczecinie. Koniecznie zajrzyjcie na moje Stories, bo na pewno wrzucę Wam kilka snapów z tego, gdzie się wybrałam. A będzie... pięknie! 

Kobiecość pachniała dla mnie Chanel Mademoiselle 


Pamiętam, jak powąchałam je pierwszy raz. Mama mojej koleżanki używała ich namiętnie i nie mogłam się ich "nawąchać" na zapas. Jej mama zawsze była zadbana, pięknie ubrana, idealnie umalowana (jak na tamte czasy, żeby nie było ;) ). Wiecie, taka kobieta od stóp do głów. Nie było mężczyzny (ani kobiety), która by się za nią nie obejrzała. Zapach był dla mnie taką wisienką na torcie i wtedy pierwszy raz zwróciłam uwagę na to, że chciałabym tak jak ona, zostawiać po sobie woal zapachu, ciągnąć go jak ogon i przyciągać ludzkie spojrzenia. 


Do Chanel Mademoiselle mam sentyment do dziś. Noszę je oczywiście od lat i jeśli mam być szczera, jest to mój zapach numer jeden. Wydaje mi się, że nigdy nim być nie przestanie. Wiem, że jest sporo zwolenniczek Chanel no5 i że to on kojarzy się niektórym z Was z kobiecością. Mnie jednak ten zapach odpycha. Wolę słodką i figlarną Mademoiselle.

Miłość do zapachów zrodziła się w dzieciństwie, a ja po dziś dzień uważam, że pięknie pachnąca kobieta ma w sobie dwa razy więcej siły, niż zazwyczaj. Dlatego codziennie używam perfum i mam ich naprawdę niemałą kolekcję. Lubię je mieszać, łączyć, bawić się kompozycjami. A bez nich? Czuję się naga.


Czerwona szminka, to krok nie do ominięcia 



Pamiętam też, jak czerwone ślady po szmince na filiżankach kawy sprawiały, że nie mogłam się doczekać tego momentu, gdy będę mogła użyć jej po raz pierwszy i odcisnąć swoje wargi na kawałku porcelany. Zawsze mi się to ogromnie marzyło, a teraz, gdy właściwie każde wyjście na kawę wiąże się z zostawianiem śladu szminki na kubeczku, ta ekscytacja jakość zniknęła. Bardziej dociera do mnie wtedy, że szminka którą mam na ustach albo już przestała na nich być, albo ma naprawdę kiepską formułę i szybko się transferuje ;) Ot, tyle by było z tej magii. 

Mocno wytuszowane rzęsy były must have 


Zawsze też zachwycały mnie kobiece spojrzenia. Już nie chodziło nawet o to, że starsze koleżanki mogły się malować milionami kolorów. Ważne dla mnie były rzęsy. Mocno podkręcone, długie, węglowo czarne. A trzepoczące nimi kobiety zawsze wydawały mi się być pewne siebie. Używały ich przecież do przyciągania wzroku, koncentrowania go na ich spojrzeniu, więc musiały lubić ten ogrom uwagi.
Kultowe aktorki znane były z mocnych makijaży, wyrazistych oczu i marzyłam o tym, jak pewnego dnia będę mogła pomalować się podobnie.
Wiele lat musiało minąć, żebym zrozumiała, że jednak makijaż ma być podkreślaniem urody, a nie malowaniem sobie nowej twarzy, ale cieszę się, że teraz umiem mimo tego braku przesady stworzyć coś, co zadowala mnie w stu procentach (no, czasami w 80 ;) ) 


Wiedziałam, że kobieta może wszystko

Teraz, gdy na karku mam już trochę lat, a mityczna trzydziestka jest naprawdę coraz bliżej, wiem że kobiecość to coś zupełnie innego, niż wyobrażałam sobie będąc dzieckiem. Kobiecość, to siła. Możliwość połączenia pasji i ciężkiej pracy, czerpanie z życia garściami i umiejętność tworzenia wokół siebie ciepłej atmosfery - nieważne gdzie się znajdujemy.

I bycie naturalną, w dobie tego wszystkiego co retuszowane w sieci, naturalność była, jest i będzie dla mnie największą wartością! Wydawało mi się też zawsze, że jako kobieta jestem w stanie zrobić wszystko. Skoro dajemy radę przejść przez ciążę i poród, a potem jeszcze wiele lat ogarniamy dom, rodzinę i tak dalej... no, chyba nie ma takiej rzeczy, której nie dałaby rady zrobić kobieta. Dlatego zawsze wkurzało mnie określenie rzucane komuś, kto jest słaby, że robi coś, jak... baba. Hmm... Całkiem sporo znosimy co miesiąc, hormony nam naprawdę nie odpuszczają, jesteśmy stworzone do tego, aby móc nosić pod sercem nowe życie, często pracujemy na etat i ogarniamy rodzinne sprawy, pniemy się w edukacji, awansujemy w pracy, jesteśmy bardziej zaangażowane emocjonalnie... Robić coś, jak baba, to dla mnie bardziej określenie celujące w fakt, że mamy w sobie naprawdę wiele siły. 



Kochane! Z okazji Dnia Kobiet życzę Wam, abyście zawsze były sobą!

Zajrzyjcie też koniecznie do dziewczyn, które wzięły udział w naszej zabawie! Dziewczyny, bardzo serdecznie dziękuję Wam za udział w dzisiejszej akcji. Stworzyłyście piękne wpisy <3 

Jestem bardzo ciekawa, jak Wy wyobrażałyście sobie kiedyś kobiecość? Czy pamiętacie z dzieciństwa, jakieś konkretne sytuacje/przedmioty, które automatycznie kojarzyłyście z dorosłymi kobietami? Dajcie znać! 

Czy warto kupić paletkę Charlotte Tilbury Luxury Palette Pillow Talk?

Monday, March 4, 2019 -


Właśnie siedzę sobie i piszę ten wpis, a sąsiad za ścianą postanowił robić remont. Dokładnie w tym momencie, gdy zaczęłam pisać pierwsze słowa tytułu tego wpisu. Ja to mam szczęście normalnie... 

Obiecałam Wam ostatnio na Instagramie, że podzielę się moją opinią na temat paletki Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk. O tym, że jestem fanką tej marki, wiecie doskonale. Każdy kto zna Alę trochę dłużej wie, że trochę z niej kosmetyczny snob. Co prawda moment zachłyśnięcia się kosmetykami mam już za sobą, jednak niektóre z moich starych przyzwyczajeń zostały ze mną do dziś. W związku z tym po dziś dzień lubuję się w produktach kolekcjonerskich, cieszących oko, sprawiających że serce drży mocniej. 


Sama seria PillowTalk przyniosła słynnej makijażystce niekwestionowany sukces. Zaczęło się od kultowej już konturówki w kolorze, który można określić mianem "my lips but better". Podobno jedna z nich sprzedawana jest na świecie średnio co dwie sekundy! Lekko zgaszony róż, który tworzy piękny odcień zmieszany z beżem, daje cudownie naturalny efekt na niemal każdej karnacji. Pokochały go nie tylko gwiazdy, modelki, ale też miłośniczki makijażu z całego świata. Charlotte nie poprzestała na konturówce i stworzyła pasującą do niej pomadkę, o dokładnie takiej samej nazwie. Co prawda, mam ją już od bardzo dawna, ale skubana nie doczekała się u mnie jeszcze recenzji. Jest mi za to wstyd, serio - dlatego przygotuję materiały do publikacji i w marcu na pewno zobaczycie tę śliczność na łamach mojego bloga. Wracając jednak do tematu pomadki Pillowtalk, chciałam Wam nadmienić, że ona również rozeszła się, jak świeże bułeczki. Co prawda oba te produkty trafiły do sprzedaży na stałe, ale był czas, że naprawdę ciężko było je upolować. 


Marka Charlotte Tilbury jednak nie zwolniła tempa i powstała cała, dedykowana kolekcja kosmetyków do makijażu twarzy, które wpisują się w trend makijażu nude, klasycznego makeup'u, który wydobywa wszystkie najpiękniejsze elementy z naszej osobowości. Na próżno bowiem szukać tutaj kosmetyków, które sprawią, że staniecie się Instagram Baddie. Nie moje drogie, Charlotte Tilbury, to synonim pięknej, świetlistej cery, naturalności, seksapilu i uwodzicielskiego spojrzenia. 
W kolekcji znajduje się jeszcze dwukolorowy róż do policzków, na który nabieram coraz większą chrapkę oraz dzisiejsza gwiazda wpisu - paletka Luxury Palette Pillowtalk. 


Paletka Charlotte Tilbury Luxury Palette w wersji Pillowtalk, to dla mnie zaskoczenie, rozczarowanie i zaczarowanie jednocześnie. Dlaczego? Już spieszę Wam tłumaczyć. 
Przede wszystkim ze względu na cenę i na fakt, co otrzymujemy w zamian. Z jednej strony jestem z niej naprawdę obłędnie zadowolona. Z drugiej, czuję się trochę rozczarowana. Zakup ten, to naprawdę niemałe pieniądze. Trzeba bowiem wydać na nią 50 euro. Jak za 4 cienie, to naprawdę całkiem sporo. Co prawda, udało mi się ją upolować taniej, głównie dzięki zakupowi ze zniżką oraz darmowej dostawie. 


Za tę ogromną cenę otrzymujemy produkt w plastikowym pakowaniu. To ono pierwsze rzuciło mi się w oczy tak mocno, że byłam bardzo zaskoczona. Paletka jest mała, więc są tego plusy - jest idealnie kompaktowa i nada się na zabranie w podróż. Równocześnie jednak dopada nas myśl: "Serio? Wydałam tyle pieniędzy na coś tak malutkiego?". Po drugie, jest lekka. I znów, może to być plus, ale poprzez posiadanie porównania do Filmstar Bronze and Glow, jestem niesamowicie zaskoczona. In minus. Wydawało mi się, że otrzymam coś stworzonego na podobny wzór. Wiedziałam, że "złote" wykończenie znajduje się dopiero wewnątrz paletki, ale nie przekłada się ono niestety na efekt wow. W środku znajduje się jeszcze lusterko, ale to wydaje mi się być już standardem. Przy okazji - to bardzo dobre lusterko! Lubię się w nim malować, bo bardzo dobrze przybliża makijaż oka.


Przejdźmy już do samej zawartości, czyli cieni. Bowiem o kosmetyk tutaj chodzi przede wszystkim. W środku znajdują się cztery cienie, które niestety nie mają żadnych nazw. Posiłkować się więc będę barwnymi opisami kolorów, które przyjdą mi do głowy. W lewym górnym rogu znajduje się odcień szampańskiego różu - koloru, który dość mocno przypomina mi część błyszczącą Filmstara, aczkolwiek więcej w nim zdecydowanych tonów różowych i... mniej błysku. To taki typowy kolor idealny na ruchomą powiekę. Ja lubię go nakładać NA inny, matowy cień. Wtedy mam wrażenie, że wygląda najlepiej. W prawym górnym rogu znajduje się mój ulubieniec - cień, którego nawet nie wiedziałam, że szukałam w swoim życiu. Kolor, który niezwykle pięknie komplementuje niemal każdą urodę. Jest to absolutnie kremowy, matowy i pięknie stopniujący się kolor różowego nude. Ideał na co dzień, wierzcie mi! W prawym dolnym rogu znajduje się natomiast lekki, matowy brąz.  Odcień, który może służyć, jako przyciemniacz zewnętrznego kącika, czy rozdymiacz niewidocznej kreski zagęszczającej linię rzęs. Również kremowy i dobrze napigmentowany. W lewym dolnym rogu znajduje się natomiast kolor, który jest moim ogromnym rozczarowaniem... i miłością równocześnie. Ta błyskotka wydawała mi się być piękną folią i jakież było moje zdziwienie, gdy okazała się być... brokatem!  Po prostu, najzwyklejszym w świecie brokatem. Tfu! Źle ubieram to w słowa - wcale nie jest zwykły, jest naprawdę piękny! To typowy rose gold. Jestem jednak niesamowicie zaskoczona, że nie jest to folia. A szkoda, bo takie cienie lubię najbardziej. Nie wygląda korzystnie nakładany pędzelkiem. Ani na sucho, ani na mokro - po prostu żaden nie jest w stanie zaaplikować go w taki sposób, żeby wyglądał tak, jak powinien. Najlepiej sprawdza mi się do tego po prostu palec. Cień nakładam wklepując go w powiekę, tak naprawdę wciskając go i przyklejając te tycie, iskrzące drobinki. Nic się nie osypuje w ciągu dnia, co dziwne, ale i zaskakująco pozytywne.

Generalnie cienie są bardzo dobre, masełkowe i odpowiednio napigmentowane. Nie da się nimi zrobić sobie krzywdy, dają się intensyfikować i ładnie się budują. Nie robią plam, nie są za suche, nie sypią się w paletce. Brokat trochę zaczyna robić się skorupką, ale wszystko dlatego, że nakładam go po prostu palcem, więc pewnie od tego zbija się w takie większe skupiska. Nie przeszkadza to jednak w żaden sposób w aplikacji - nakłada się normalnie, bez żadnych zastrzeżeń.


Mój przepis na udany makijaż przy jej użyciu to tak naprawdę skorzystanie z jaśniejszego, matowego cienia, jako cienia bazowego. Nakładam go na całą powiekę, blenduję w załamanie i nakładam też na dolną powiekę. Następnie ciemniejszym cieniem pogłębiam zewnętrzny kącik i przydymiam trochę linię wodną. Potem nakładam cienką warstwę szampańskiego różu a na sam koniec, KONIECZNIE PALCEM wklepuję cień-brokat. W ten sposób wygląda to wszystko najlepiej, najpiękniej i najbardziej naturalnie. Ideał, naprawdę ideał na co dzień, choć sama paletka nie jest pozbawiona wad. Taki to paradoks... Jeszcze nigdy nie miałam takich odczuć względem jakiegokolwiek produktu. 


Podsumowując, jestem z niej bardzo zadowolona. To zdecydowanie moje kolory, używam jej niemal codziennie i za każdym razem, gdy słyszę komplement na temat makijażu oka - jest to kilka słów o niej. Daje cudnie naturalny efekt, ma przepiękne odcienie nude, które nadają się do codziennego makijażu. Złoty cień drobinkowy, mimo że jest "rozczarowaniem" w kwestii konsystencji, jest prawdziwą bombą na oku. Uwielbiam jego efekt, kocham to jak wygląda na oku i jak pięknie mieni się w ciągu dnia. To gratka dla wszystkich srok. Tych mniejszych i tych większych. 

A jak Wam podoba się paletka Charlotte? Lubicie jej kosmetyki, czy to nie Wasza bajka? 

BEAUTY REGRETS: Tarte, Urban Decay, Fenty Beauty - najgorzej wydane pieniądze EVER!

Thursday, February 21, 2019 -


Przy okazji czyszczenia toaletki, pozbywania się prawdziwej tony kosmetyków, które u mnie tylko leżą, kurzą się i właściwie nie ma szans, żeby je zużyć w pojedynkę, zrodził się pomysł, aby napisać parę słów we współpracy z innymi blogerkami/influencerkami/beauty gurus. 

Dzisiejszy post o tematyce Beauty Regrets jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, jak wiele kosmetyków po prostu mam. Mam i nic więcej. (tak, ta trójka prezentowana dzisiaj, to nie są wszystkie kosmetyki, które leżą sobie i właściwie nic więcej nie robią). Dziwię się jednak sama sobie, że w ogóle skusiłam się na niektóre z poniżej przedstawionych produktów. Jak jeszcze czerwoną szminkę jestem w stanie zrozumieć, w końcu był czas, że nosiłam je niemal codziennie, tak reszta? Jest dla mnie sporym zaskoczeniem! 

TARTE Amazonian Clay Mineral Foundation


Ten zakup był bardzo kręcący mnie emocjonalnie. Pierwsze zakupy w amerykańskiej Sephorze, to było coś świetnego i za każdym razem towarzyszył mi jakiś taki... thrill, zupełnie jakbym czekała na coś niespodziewanego. To były też czasy, gdy naprawdę zachłysnęłam się kosmetykami. Przewalałam na nie całe mnóstwo pieniędzy, nie zważając na to, czy rzeczywiście ich potrzebuję, czy nie. Liczyło się samo posiadanie, konsumpcjonizm. Po prostu. Nie ukrywam też, że byłam bardzo podatna na wpływ tego, co widziałam na angielskim oraz amerykańskim YouTubie. Zachwycał mnie ten świat, ogrom kosmetycznych nowości i perełek, i chciałam być ja te dziewczyny zza wody. Do zakupu podkładu sypkiego Tarte namówiła mnie wówczas essiebutton (naprawdę jestem dinozaurem). Teraz pewnie znana jest Wam wszystkim z nicku Estee Lalonde. Niestety, trochę się zmieniła i już nie potrafi namówić mnie na wszystko tak, jak kiedyś. Tarte Amazonian Clay Full Coverage Airbrush Foundation (pod tym linkiem możecie sobie zobaczyć, ile byłam kiedyś w stanie kupić...) w kolorze Fair Honey kupiłam mimo tego, że nie jestem fanką minerałów. Fakt, nigdy mi się ten produkt nie popsuje, ale sama świadomość tego, że mam coś, na co wydałam naprawdę duże pieniądze leży i nie jest używane - słabo. Same przyznacie, że słabo. Moja cera się z nim nie polubiła, głównie przez wzgląd na to, że mam suchą, wiecznie odwodnioną skórę. Łatwo więc o to, żeby podkreślał u mnie każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę.




URBAN DECAY, VICE LIPSTICK w kolorze MRS. MIA WALLACE

Pamiętam, jak był czas, w którym niemal codziennie nosiłam czerwoną pomadkę. Miałam na to sporą fazę i Wy również kojarzyłyście mnie mocno z takich wyrazistych barw na ustach. Pomadka Vice, na którą kiedyś się zdecydowałam, to przepiękny kolor Mrs. Mia Wallace. Szkoda tylko, że użyłam jej może ze dwa-trzy razy. Była fajna, bardzo podobał mi się ten kolor i wykończenie, ale... fajnie tak kupić sobie pomadkę, żeby jej nie używać?! Pewnie, że fajnie! Genialnie wręcz...  

Urban Decay nigdy nie kręciło mnie jakoś przesadnie mocno, mam może jeden, czy dwa produkty, które uważam za superkosmetyki, ale nigdy nie poszłam z prądem jeśli chodzi o ich kosmetyki. I niestety, Urban Decay Vice Lipstick, Mrs Mia Wallace okazała się być jedną z takich właśnie niewypałów.




FENTY BEAUTY eyeliner w kolorze LATER, CRATER

W 2017 pierwszy raz odwiedziłam Barcelonę. Miasto, które po prostu kocham od pierwszego wejrzenia. Wtedy też do Europy weszła marka Fenty Beauty. Jeszcze nie była dostępna w Polsce, więc nie ukrywam, że gdy weszłam do największej Sephory na naszym kontynencie, rzuciłam się jak szczerbaty na suchary. Dorwałam całkiem sporo nowości Fenty (tutaj link z moimi zakupami z Barcelony). Jedną z nich był właśnie eyeliner, który pochodził z limitowanej kolekcji Galaxy. Zobaczyłam go u Desi Perkins i się po prostu zakochałam.


Zapomniałam jednak, że jestem Polką i daleko mi do latynoskiej urody. Zapomniałam również, że mam totalnie inny kolor skóry, o jej tonie nie wspominając. I zamiast pięknego odcienia nude... wyszło u mnie mniej więcej coś takiego, co widzicie na zdjęciu. Jeden wielki dramat na oku - nie użyłam go chyba nigdy. W sensie, nigdy z nim nigdzie na oku nie wyszłam. Co ja sobie w ogóle myślałam?!

Zapraszam Was jeszcze na wpisy do @Agwer oraz do @BeautypediaPatt
Dzięki dziewczyny za udział! <3 

A Was pozostawiam z kilkoma pytaniami! Czy macie w swoich kosmetycznych zbiorach takie produkty, które leżą i tylko na nie patrzycie? Czy wydałyście kiedyś mnóstwo hajsu na jakiś kosmetyk i okazał się on być totalnym bublem albo po prostu uległyście modzie na daną nowość, która kompletnie miała się nijak do Waszych potrzeb? Jestem bardzo ciekawa! Dajcie znać w komentarzach <3 
DO GÓRY