Shiseido, Full Lash Volume Mascara - tusz moich marzeń

Thursday, August 27, 2015 -



Post miał być wczoraj, ale jest dzisiaj. Znowu walczyłam z komputerem i faktem, że drań nie chce się włączać. Dlatego korzystam z okazji, póki działa. 

Maskara Full Lash Volume Mascara, dostępna jest w perfumeriach Sephora oraz Douglas. Znajdziecie ją tam w cenie 120zł/8ml




Co w niej takiego niezwykłego?


Gdy omawiano nowości na evencie marki i powiedziano, że można ten tusz stopniować, czyli dokładać jego warstwy w ciągu dnia, ponieważ idealnie trzyma się włosków, ale nie sprawia, że są sztywne i twarde, tylko miękkie, i pozwala na dokładanie warstw, pomyślałam sobie:"Mhm, jasne."
W wiele rzeczy jestem w stanie uwierzyć, ale nie w to, że maskara, którą nakładam rano, pozwoli sobie dołożyć kolejne warstwy w ciągu dnia, gdy np. okaże się, że muszę szybko zmienić makijaż na coś bardziej wieczorowego. 

I wiecie co? Producent nie kłamał. Tak się dzieje naprawdę. Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo tak się naprawdę dzieje! 

Mascara Benefit, They're Real jest już kultowa, kosztuje podobnie i wiecie co? Ja np. nie jestem jej fanką. Byłam bardzo zawiedziona rezultatem i jeśli tak, jak ja, nie jesteście zachwycone They're Real, to na pewno spodoba się Wam najnowsza maskara Shiseido.

Daje delikatny i subtelny efekt, ale można ją dokładać i budować objętość. 


Szczoteczka w tym produkcie jest stworzona z całego mnóstwa małych włosków, które są ułożone wielokierunkowo. W ten sposób pozwalają na dotarcie wszędzie, nawet do najmniejszych i najkrótszych rzęs. Fajnie mi się z nią pracuje, mimo że nie mam spektakularnych rzęs.

Teraz dodatkowo zacznę używać serum do rzęs, które również wchodzi na rynek. Rezultatami podzielę się z Wami jednak dopiero za jakiś czas, bo zapalenie spojówek latem utrudnia mi korzystanie z tego typu produktów. Po prostu, wolę sobie je odpuszczać, niż męczyć się z łzawieniem oczu, które są wrażliwsze, niż w innych porach roku. 

Maskara jest dostępna w dwóch kolorach, brązowym i czarnym. 




uwaga - brwi mam już wyregulowane, zapuszczałam je odrobinę, bo ostatnio przesadziłam i musiałam im dać wrócić do normalnego kształtu, więc Tweezerman poszedł na bok. Kryzys jest już zażegnany!

Trwałość

Nie osypuje się, a to u mnie rzadkość. Z reguły każda maskara się u mnie prędzej czy później osypywała, chociaż znalazłam jedną (drogeryjną), która tego nie robi. Tamta jednak nie daje mi takiego komfortu noszenia. Naprawdę doceniam fakt, że rzęsy są miękkie, a jednocześnie naturalnie podkreślone. Podkręcenie trzyma się bardzo długo, a tusz nie odbija się na dolnej ani górnej powiece. Słowem: IDEAŁ.
I trafia do mojej kosmetyczki na stałe, bo jak już mam wydawać więcej na tusz, to chcę wydawać te pieniądze z dużym zadowoleniem. 


Demakijaż

Bajka. Co prawda, nie zgodzę się, że można ją zmyć tylko wodą, ale odrobina płynu micelarnego na wacik, kilka chwil i po problemie. Ładnie się zmywa, nie rozmazuje się na policzki, nie trzeba mocno pocierać, by się jej pozbyć. 


Spodobała się Wam? Skusicie się na nią?
Jaka jest Wasza ulubiona maskara? 

Zbliżenie na resztę nowości w kolejnych wpisach. 



Vita Liberata, Trystal3 Bronzing Minerals

Friday, August 21, 2015 -



O produktach Vita Liberata już Wam pisałam. Recenzja samoopalacza do ciała znajduje się tutaj, a jego kuzyn po fachu, mineralny bronzer nie raz już trafił do ulubieńców. Miał nawet swój epizod w 5 krokach do bronze goddess. 



Co to?



Dlatego dzisiaj więcej o nim, o mineralnym bronzerze Trystal3 Bronzing Minerals. Mój jest w kolorze 01 sunkissed i właśnie taką, słoneczną opaleniznę gwarantuje. (cena:169zł)

Byłam nim zaintrygowana od samego początku. Producent obiecuje pierwszy bronzer na rynku, który daje efekt pięknej, słonecznej opalenizny, a przy okazji naprawdę opala! Brzmi kosmicznie! 






Jak nakładać? 


Produkt należy nałożyć na jakiś mokry produkt. W gruncie rzeczy chodzi tutaj o krem nawilżający lub podkład. Przez chwilę się tego obawiałam, bo przecież... praktycznie zawsze konturuję buzię bronzerem zaraz po przypudrowaniu podkładu. Inaczej plamy są gwarantowane. Dlatego dość sceptycznie podchodziłam do tego, że miałabym teraz robić inaczej. No, ale zaryzykowałam. 
I się opłaciło! 

Bronzer troszeczkę dziwnie pachnie, ma w sobie ten specyficzny zapach samoopalacza, ale tylko w opakowaniu. Po zaaplikowaniu na skórę, zapach się od razu ulatnia i nie czuć go w ciągu dnia. 

Do opakowania dołączony jest malutki pędzelek kabuki, który świetnie sprawdza się w roli aplikatora produktu. Odrobinę produktu wysypuję na wieczko, wciskam w pędzelek a następnie kolistymi ruchami nanoszę na miejsca, które chcę przybrązowić. Policzki, skronie, nos - wszystko to, co naturalnie złapałoby słońce. Czasami po prostu używam go, jako leciutkiego produktu do konturowania, bo daje mi efekt zdrowej skóry.


Opalenizna nie jest mocna, więc nie nastawiajcie się, że nagle staniecie się mocno, ale to bardzo mocno brązowe. Nie. Właściwie, mnie nawet nie chodzi o taki rezultat. Zdecydowanie bardziej wolę naturalną, muśniętą słońcem opaleniznę. A taki efekt  ma się utrzymywać od 3 do 7 dni.



Cechuje go na pewno ogromna wydajność. Naprawdę, starczy na wiele miesięcy.
Produkty Vita Liberata kupicie w perfumerii Sephora.
Lubicie tę markę? Jesteście już pięknie opalone?

To działa! Thisworks, deep sleep balm & spray

Tuesday, August 18, 2015 -



Męczę się ostatnio ze snem. To znaczy, staram się zmienić moje nawyki. Wzięłam się za siebie ostro, zrobiłam całe mnóstwo badań, dowiedziałam się co mi dolega i zaczęłam zmiany w moim życiu. Fakt, przyczynił się do tego ważny i dramatyczny moment, który pozwolił mi na odcięcie wszystkiego grubą kreską. 

I staram się w tej zmianie trwać. Nic nie przychodzi od razu, nie ma rzeczy, które dostaje się za darmo. Na wszystko trzeba samemu zapracować. Na to, żeby czuć się zdrowo i być zdrową, pracuję od kilku tygodni. Dieta, ćwiczenia, odizolowanie się od stresu. I przede wszystkim, praca nad wcześniejszym chodzeniem spać i wcześniejszym wstawaniem.

Przychodzi mi to z pewną męką, chociaż już udało mi się wypracować zdecydowaną poprawę. Jest lepiej, niż było kilka tygodni temu, chociaż nadal nie ma szału. Ale się nie poddaję. Do niedawna chodziłam spać w okolicach 2.-3. w nocy. Teraz już jest to 00-1. Jest spory progres. 

Wspomagam się jednak pewną rzeczą, o której chciałabym Wam dzisiaj trochę opowiedzieć. Mianowicie, mowa o mini zestawie thisworks, deep sleep


Trafiłam na swój w Tk Maxxie. Kompletnie się go tam nie spodziewałam. Kompletnie. Kosztował jakieś 25zł, a w środku znalazłam miniaturę (5ml) deep sleep pillow spray oraz pełnowymiarowy produkt, 10 g sleep balm. Ten ostatni, normalnie kosztuje 12 funtów. 

Zacznę może od sprayu. Ta małą pojemność wystarczyła mi na czas, w którym wiedziałam już na pewno, że chcę mieć pełnowymiarowe opakowanie. I uważam, że jeśli macie ku temu sposobność, to z tego skorzystajcie. Zapach zestawu nie spodoba się każdemu, więc warto najpierw sprawdzić, czy są to Wasze klimaty. 


Pełne opakowanie produktu kosztuje 16 funtów i mieści w sobie 75ml mieszanki olejków, które mają zapewnić lepszy sen, głębszą regenerację i spokój. Jego skład przestawiam Wam poniżej. Lawenda jest tutaj wyczuwalna najmocniej. Dlatego, jeśli nie jesteście miłośniczkami lawendy, serdecznie Wam go odradzam. Zapach mogę porównać do tego, jak pachnie Midnight Recovery Concentrate z Kiehl'sa. Cały myk polega na tym, żeby spryskać swoją poduszkę przed położeniem się spać. Polecam zrobić to np. przed wzięciem prysznica. Ja robię tak, że spryskuję poduszkę, idę do łazienki i gdy wracam, poduszka nie jest już wilgotna od spray'u, tylko pozostaje na niej przyjemny, lawendowy zapach, który naprawdę mnie relaksuje i sprawia, że łatwiej zasypiam.


SKŁAD:
Aqua, Polysorbate 20, Parfum, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Pogostemon Cablin (Patchouli) Oil, Cinnamomum Camphora (Ho Wood) Oil, Vetiveria Zizanoides (Vetivert) Oil, Ormenis Multicaulis (Wild Chamomile) Flower, Extract, Linalool, Diazolidinyl Urea, Geraniol , Limonene, Iodopropynyl Butylcarbamate



Sleep Balm, to zgoła inny produkt. Kosztuje 12 funtów.  W malutkim słoiczku znajduje się 10g gęstego balsamu, który pod wpływem ciepła palców, delikatnie się rozpuszcza i pozwala by oleistą formułę przenieść na nasze nadgarstki, szyję. Generalnie, miejsca w których mamy odczuwalny puls i chcemy, by zapach się tam rozwijał. Jest też dobry w sytuacjach stresowych, gdy na przykład denerwujecie się podróżą samolotem. 

SKŁAD:
hydrogenated vegetable oil, cocos nucifera (coconut) oil , gardenia tahitensis flower extract , euphorbia cerifera (candellia) wax , theobroma cacao (cocoa) seed butter , rosa centifolia (rose) oil, fragrance (parfum), linalool, tocopherol, geraniol, limonene.





Na koniec mała ciekawostka. Marka szczyci się tym, że nie testuje na zwierzętach. Chwała im za to!
Ja zakochałam się w produktach thisworks na tyle, że już pędzi do mnie pełnowymiarowe opakowanie spray'u na poduszkę. To już mój must have!

A jak to jest z Wami? Nie miewacie problemów ze snem? Jak się wspomagacie? 

5 kroków do bycia BRONZE GODDESS

Saturday, August 15, 2015 -



Temat Bronze Goddess pojawia się w wielu aspektach, zwłaszcza latem. Marki makijażowe wręcz szaleją wypuszczając przepiękne, brązowe kolekcje. Która z nas nie chce być przepięknie opalona? Która nie chce błyszczeć od zdrowej opalenizny? No która? Każda? Pewnie, że każda!



Bronzer

To kosmetyk, bez którego nie da się obejść. Po prostu nie da. Oczywiście, możecie wybrać takie, jakie lubicie najbardziej, chociaż pamiętajcie, że wyróżniamy dwa typy bronzerów. Te do konturowania (czyli wyszczuplania twarzy) oraz te do jej opalania. Osobiście lubię używać obu.

Jeszcze kilka lat temu, siedząc na jednym z wykładów z kumpelą z ławki rozmawiałyśmy o tym, że obie nienawidzimy bronzera. Generalnie, nie wyobrażałam sobie tego, że miałabym go na siebie nakładać. Podobał mi się u innych. Ja miałam wrażenie, że jestem w nim brudna. Być może było tak dlatego, że kompletnie nie wiedziałam z czym się to je. 

Nauczyłam się jednak, jak używać jednego i drugiego, i muszę Wam powiedzieć, że robią różnicę. Nawet przy sztucznym opalaniu twarzy tym produktem, nie zapominam o konturowaniu. Szczupłych policzków nigdy za wiele :) 

Pamiętajcie, że sztuczne opalanie powinno skupiać się na miejscach, gdzie naturalnie przyrumieniłoby nas słońce. Czyli nie żałujemy sobie bronzera na wysuniętych częściach twarzy, takich jak policzki, łącząc linię w poziomie z nosem. Nie zapominamy też o skroniach, czole i dekolcie! 

Do nadania sobie opalenizny używam aktualnie dwóch bronzerów, które nadają się do tego idealnie. Jednym z nich jest The Body Shop, Honey Bronzer w kolorze 02 a drugim Vita Liberata, Trystal, Self Tanning Bronzing Minerals. Oba produkty różnią się między sobą... praktycznie wszystkim. Jeden jest w kamieniu, drugi ma formę sypkich minerałów. Jeden tylko oszukuje sztuczną opaleniznę, drugi zaś naprawdę "opala" i działa w ciągu dnia, by opalenizna została na twarzy nawet po zmyciu makijażu. Mają też kilka wspólnych cech. Oba są świetne i oba uwielbiam. 


Jeszcze więcej bronzera

Bronzer powinien się też pojawić na reszcie ciała. Sama twarz, to za mało. Zwłaszcza, jeśli mamy zamiar wcisnąć się w sukienkę, czy shorty. W takiej sytuacji świetnie sprawdza się pianka samoopalająca Vita Liberata (klik-recenzja!). To mój absolutny ulubieniec w tej dziedzinie, więc jeśli jeszcze się w nią nie zaopatrzyłyście, to nie wiem, na co czekacie ;) 

Oczywiście, jeśli boicie się takiej długotrwałej metody opalania, śmiało mogę polecić rajstopy w spray, czy powszechnie znane kremy CC do ciała, które pięknie mienią się na ciele.


Rozświetlenie

Strobing stał się teraz bardzo modny. Mimo że jest dość...hm... dla mnie zbyt intensywny, to ma swoje zwolenniczki. Jeśli lubicie efekt mokrej skóry, to polecam zapoznać się z tym nowym wyrażeniem w słowniku każdej kosmetykomaniaczki. 

A propos strobingu! Znacie już tę technikę? Polecam zajrzeć do aGwer, bo u siebie pisała na ten temat. Dowiecie się tam wszystkiego - klik!

Ja w każdym razie, stawiam na dużą ilość rozświetlacza, ale nadal w rozsądnych proporcjach. Z reguły decyduję się na ten z Wibo, bo jest po prostu najpiękniejszy na świecie i -dla mnie- nie ma piękniejszego. Jest moim ideałem. Ląduje w sporych ilościach na szczytach kości policzkowych, w wewnętrznym kąciku oka, pod łukiem brwiowym, na szycie nosa oraz łuku kupidyna. Niby dużo, ale... raz się żyje ;)

Jeśli nie lubicie takiego efektu, dodajcie jedną lub dwie pompki rozświetlającej bazy do Waszego podkładu, czy kremu bb. To dopiero będzie efekt!

Lato, to idealna pora roku, by po nie sięgać. Na niebie praktycznie ciągle świeci słońce (chyba, że się pogoda popsuje ;)) i przepięknie odbija każdą, nawet najmniejszą drobinkę.

A co z błyskiem na powiece? Ja akurat jestem ostatnio zakochana na zabój w pigmencie Vanilla z MACa, chociaż Inglot i Kobo mają całą masę przystępnych cenowo oraz prześlicznych pigmentów, spośród których na pewno wybierzecie coś dla siebie.


Dużo rzęs

Letnia boginii ma ich całe mnóstwo. Rzęsy dodają oczom wyrazu, sprawiają, że wyglądamy lepiej, a nasze spojrzenie jest pełniejsze. Dlatego naprawdę warto popracować nad nimi przy pomocy maskary. Jeśli jednak natura pożałowała Wam pięknych i długich firan, to zawsze możecie spróbować zabawy z doczepianymi kępkami lub całymi paskami rzęs. A wtedy dopiero będziecie uwodzić spojrzeniem. Jednak polecam taką metodę na wieczorne wyjścia. Na dzień jestem zwolenniczką bardziej naturalnego looku.

Widać to też w make-upie, który mam na sobie. Trochę bronzera w załamaniu, waniliowy pigment na ruchomą powiekę i roztarta, brązowa kredka, która zagęszcza linię rzęs. Efektowny makijaż nie musi być skomplikowany. Wystarczy, że będzie sprawiał wrażenie naturalnego - taki jest moim ulubionym.


Mnóstwo błyszczyka!

A na koniec usta. W końcu chcemy, żeby wyglądały na maksymalnie nawilżone. Świetnie posłuży tutaj zwykły balsam do ust, ale jeśli są tutaj jakieś amatorki błyszczyka, to właśnie latem jest najlepszy pomysł na to, żeby wyciągnąć je z dna szuflady. Ja uwielbiam te z efektem tafli, ale nadadzą się tak naprawdę każde.
Idealnym rozwiązaniem będą też olejki do ust - o nich napiszę Wam wkrótce. Mam dwa, jeden z Clarinsa i jeden z YSL. Oba godne polecenia :)




Kosmetyki na zdjęciach:
Vita Liberata, pHenomenal 2-3 week tan mousse klik
Vita Liberata, Trystal Self Tanning Bronzing Minerals
The Body Shop, The Honey Bronzer klik
Wibo, Diamond Illuminator
Shiseido, Full Lash Volume Mascara
MAC, Pigment Vanilla
The Balm, Mary-Lou Manizer klik
L'oreal, Lumi Magique Base klik

No i jak? Wy już jesteście opalone? Czy lubicie się chwytać takich instant-sposobów, jak ja? 

Orzeźwiający napój - pomysł na pyszną wodę smakową

Thursday, August 13, 2015



Hej! Dzisiaj znowu męczycie się w Polsce z upałami, prawda? 
Powiem Wam, że dzisiaj w końcu jest fenomenalna pogoda w Norwegii. Świeci piękne słońce, temperatura jest bardzo przyjemna, jakieś 22 stopnie, chłodny wiaterek, bezchmurne niebo. Wszystko składa się na to, że dzisiaj idę w góry! Biorę ze sobą aparat i mam nadzieję, że widoki będą niezapomniane. Przy okazji pewnie jutro będę płakać, że wszystko mnie boli, ale co tam. Jestem pozytywnie nastawiona. 

W takie ciepłe i jeszcze cieplejsze dni, lubię robić sobie smakowe wody. Pozwala mi to, na wypicie jej w znacznie większych ilościach, niż robiłabym to pijąc zwykłą butelkowaną wodę. Przy okazji, cieszy to zawsze moje oko, bo lubię to, jak takie napoje wyglądają. Aż chce się je spróbować. 

Kombinacje możecie tworzyć różne. Nie oszukujmy się, możecie tutaj wrzucić, co tylko macie pod ręką. Ważne tylko, żeby ostateczny efekt Wam smakował.

Mój przepis na orzeźwiający napój zaczyna się od dużej ilości lodu. Ja akurat zdecydowanie chętniej piję schłodzone napoje i nawet jeśli na dworze jest dużo chłodniej, to takie zimne napoje pije mi się łatwiej. Następnie wciskam do karafki plasterki cytryny i limonki, zalewam je też sokiem. Połowę owoców kroję, a drugą połowę wyciskam. Potem dodaję ulubione owoce - tym razem był to zielony melon, który według mnie dodaje naprawdę ciekawego smaku. Wrzuciłam też kilka plasterków ogórka, które sprawiły, że napój był bardzo świeży. Na koniec kilka listków mięty, świeżo zerwanych z krzaczka. Najpierw rozcieram je w dłoniach, żeby uwolniły swój aromat. No i na koniec najważniejsze - woda. Ja najchętniej sięgam po taką lekko gazowaną, bo ją po prostu lubię.

Oczywiście, możecie tworzyć swoje własne kombinacje, wrzucać do karafki, wszystko co lubicie. Świetnie smakuje  arbuz z truskawkami i miętą. Czy mięta z cytryną i ogórkiem. A nawet limonka i imbir. Możecie całość dosłodzić brązowym cukrem, miodem, czy ksylitolem. Ja jednak nie polecam słodzenia, bo nie ma po co dokładać sobie kalorii, gdy napój jest przepyszny i bez tego. 



To jest mój sposób na picie większych ilości wody. Nie zapominajcie o tym teraz, gdy w Polsce panują takie straszne upały. Nie ma z tym żartów. Dbajcie, żeby organizm był odpowiednio nawodniony. 

Lubicie takie smakowe wody? Robicie sobie napoje w domu? Jakie są Wasze ulubione mieszanki?


#MAKEUP MENU - lipcowe menu makijażowe

Monday, August 10, 2015 -


Już jest sierpień. Nie wiem, jak do Was, ale do mnie odrobinę nie dociera, że za chwilę znowu będzie jesień, potem zima, minie kolejny rok. Ba, za chwilę miną wakacje! Na szczęście, mam dość ciekawe plany na najbliższe miesiące i mam nadzieję, że wszystko wypali. 

Przyszła pora na lipcowe menu makijażowe. Mam nadzieję, że seria #makeup menu podoba się Wam równie mocno, co mnie. 

Lipiec był dla mnie intensywny, bardzo ciepły i przyjemny. Nie miałam ochoty nakładać na twarz miliona produktów, więc panował zdrowy minimalizm. Prawdę mówiąc, sięgałam po kosmetyki, które mnie nie zawiodły od dawna. Dlatego wiele z nich, to po prostu mus w mojej kosmetyczce. 

Makijaż zajmował mi średnio, maksymalnie 10 minut. Oczywiście, nie spieszyłam się i jakbym chciała, to zrobiłabym go w 5 minut. Makijaż, to jednak rzecz, która sprawia mi przyjemność, więc jeśli mogę sobie pozwolić na to, żeby trwał dłużej, to to robię. Też tak macie? 


Nie potrzebuję specjalnie wielkiego krycia, nawet jeśli pojawiają się u mnie, jakieś paskudne zmiany hormonalne. W większości przypadków radzę sobie podkładem wyrównującym koloryt mojej cery (Chanel, Vitalumiere Aqua) i mieszanką korektora kryjącego niedoskonałości oraz moje wielkie cienie pod oczami (Maybelline, Instant Anti-Age Rewind), jak i czegoś, co rozświetli moją cerę (Shiseido, Sheer Eye Zone Corrector). Na policzki nakładałam małą ilość różu Tarte w kolorze Tipsy. Tyle na temat cery. 


Następne w kolejce są oczy. Zawsze używam bazy. Niedawno zauważyłam, że nie da rady bez niej żyć. Jeszcze jakiś czas temu mogłam się bez niej obejść. Teraz to niemożliwe, cienie wchodzą mi w załamania i tak już nierównych powiek, więc - jedynym wyjściem jest odpowiedni produkt. Jest nim Primer Potion od Urban Decay, istny klej do cieni. 


Do podkreślenia załamania powieki wybierałam z reguły mieszankę bronzera, który nakładałam też na policzki, czyli Harmony od MACa. Zagęszczałam linię rzęs kredką Teddy, również z MACa, w wewnętrzne kąciki i pod łuki brwiowe, trafiał rozświetlacz (ten sam, który jest na szczytach kości policzkowych), Wibo, Diamond Illuminator. Jest niekwestionowanym ulubieńcem. Rzęsy tuszowałam nowością na rynku, maskarą  Shiseido Full Lash Volume Mascara. Już mam o niej zdanie, czas na bliższą recenzję tego produktu (mam nadzieję, niedługo). Jest fenomenalna, tyle na razie ode mnie :)


Brwi podkreślałam kredką Maybelline, Brow Satin, a na koniec przeczesywałam je utrwalającym żelem Brow Artist Plumper od L'Oreal

A na ustach pomadka Mary Kay, True Dimensions Sheer w kolorze Sparkling Rose. To dopiero świetny produkt! Nie wychodzi z mojej torebki. Zakochałam się w designie opakowania, pięknym błysku i delikatnym kolorze. Warta zakupu. 

nie wszystkie kosmetyki załapały się na zdjęcie 



Nie mogę się już doczekać sierpniowego menu makijażowego! Używam teraz całe mnóstwo nowości i już narodziły się wielkie miłości. W końcu też sięgnęłam po kremowe produkty, które jakoś w tego lata omijałam. Przynajmniej do tej pory.

Jak mija Wam lato? Jesteście przed, czy po wakacyjnych wycieczkach?

Nowości w kosmetyczce!

Saturday, August 8, 2015 -


Ostatnio sporo nakupowałam. Oj, naprawdę sporo. A wiecie co jest najgorsze? Że wcale się nie zamierzam opamiętać, bo na horyzoncie pojawiła się kolejna okazja zakupów. Zastanawiam się nad jakimś odwykiem, bo zaczynam przypominać tę dziewczynę z filmu "Wyznania zakupoholiczki".

Zakupy z UK

Pierwszą okazją do ciekawych zakupów był wyjazd znajomej do Londynu. Skorzystałam z promocji w Bootsie oraz Superdrugu. W ten sposób stałam się posiadaczką produktów, o których od dawna marzyłam. Chodzi mi tutaj o korektory Maybelline (cena: 8.99 £) Instant Anti-Age the Eraser Concealer, które są... są po prostu boskie! Oczywiście nie używam dwóch na raz ;) Zdecydowałam, że najlepiej będzie zrobić back-up od razu, w razie gdybym się zakochała. I bardzo dobrze zrobiłam. Ten korektor jest po prostu niesamowity. A mnie udało się go kupić w promocji 2 za 1. Znajoma dobrała sobie jeszcze jeden produkt, więc ja skusiłam się jeszcze na cień Color Tattoo (cena 4.99£) w kremie. U nas gama kolorystyczna nie jest tak szeroka, jak w Wielkiej Brytanii, więc kolor, na który się zdecydowałam, to Metallic Pomegranate.

Potem napadłam na szafę Bourjois. Tam panowała okazja "3 za 2", więc skusiłam się na dwa nowe róże w kremie Aqua Blush 12hr. Zdecydowałam się na kolory Cocoricorail oraz Pink Twice (każdy w cenie 8.99 £) Już jestem nimi zafascynowana. Formuła jest niesamowita! Skontaktowałam się z Bourjois i niestety, na razie nie mają zamiaru wprowadzać ich na polski rynek. A szkoda! Mam nadzieję, że zmienią zdanie. Do kompletu dorzuciłam sobie jeszcze najnowszy lakier do ust Aqua Laque w kolorze 01. 









Zakupy z Gdańska

Pod koniec lipca zawędrowałam na See Bloggers do Gdyni. Odwiedziłam też MACa w Galerii Bałtyckiej w Gdańsku. Jedyny minus był taki, że MAC okazał się być stoiskiem w Douglasie. Było sporo zamieszania, bo pani ekspedientka namieszała przy paragonie, więc spędziłam przy kasie pół godziny nad tym, że trzeba było wszystko jakoś nielogicznie odkręcić. W każdym razie, wyszłam ze sklepu z dwoma produktami z MACa i jednym z oferty Douglasa. 
Przy kasie zdecydowałam się na miniaturę (15ml/49zł) Be Delicious DKNY. Zapach jest świeży i przyjemny, a mała pojemność dobrze sprawdza się w torebce.

MAC skusił mnie tym razem produktami do oczu, które raczej omijam w ich ofercie. Tym razem nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Totalnie się zakochałam w paletce z kolekcji Eyes on MAC - Burgundy Times Nine. Dziewięć cieni przyjechało ze mną teraz do Norwegii i powiem Wam, że to ideał na wyjazdy. Kolory są idealnie stworzone do lekkiego i mocnego makijażu. Jestem oczarowana. Tylko cena dość wysoka (160zł), chociaż jeśli przeliczyć sobie to na pojedyncze cienie z oferty MAC, to jest ona dobrą okazją.

Jestem sroką i chyba każdy już to wie. Uwielbiam błyszczące cienie do powiek. Generalnie, lubię błysk, ale musi on być naprawdę przepiękny i nie mieć w sobie choćby krzty tandety - wtedy się nie zakocham. W pojedynczym cieniu Dazzleshadow w kolorze Slow/Fast/Slow zakochałam się od razu. To po prostu bomba!






Inglot 

Wpadłam też do Inglota. Tam kupiłam pędzel 4SS, który świetnie nadaje się do rozświetlacza, czy utrwalania korektora pod oczami. Z braku laku, świetnie też rozblenduje cienie na powiece, jeśli potrzebujecie takiej miotełki, która załatwi wszystkie błędy. Jego cena, to coś ponad 40zł. 

Zdecydowałam się też na pomadę do brwi, coś na kształt tej z Anastasia Bevely Hills (już mam o niej zdanie, niebawem recenzja) i pigment. Z tym ostatnim dałam ciała, bo chwyciłam matowy, myśląc, że to ten błyszczący. No, już trudno :) 





Mary Kay

Mary Kay zrobiło mi niezwykłą niespodziankę. Pewnego ranka obudził mnie kurier (i pewnie zszedł na zawał, jak zobaczył mnie taką rozczochraną, że o matko :) ). W paczce znalazłam nowości marki. Nowe róże z rozświetlaczami, róże w kremie, cienie i pomadki! Te ostatnie są po prostu cudowne! Ich półtransparentna formuła nadaje się świetnie na gorące dni lata! Dają delikatny kolor, fajne nawilżenie i mają pomysłowe opakowania. Jestem zachwycona!


TK Maxx

W Tk Maxxie kupiłam coś, czego się tam kompletnie nie spodziewałam! Trafiłam na markę This Works i ich serię Deep Sleep. Z racji tego, że eliminuję stres z mojego życia, jak tylko mogę i staram się żyć rozsądniej, niż do tej pory, próbuję też zasypiać o normalnych porach. Nie powiem, walka z tym, żeby przestać siedzieć po nocach nie jest łatwa. Dlatego wspomagam się olejkami eterycznymi. Ten mały komplecik spadł mi z nieba!
W zestawie mamy malusi balsam, który powinno umieszczać się w najbardziej pulsujących miejscach swojego ciała (np. nadgarstki) oraz mgiełkę, którą warto spryskać poduszkę przed zaśnięciem. Zakochałam się w tym secie i korzystam teraz z tego, że znajoma jest w Anglii - pełnowymiarowa mgiełka będzie niedługo moja. To mój sposób na spokojniejszy i bardziej regenerujący sen.


SUPER-PHARM


W SP udało mi się upolować kilka buteleczek perfum. Zrobiłam niezły deal roku, ponieważ miałam kupon -50% na drugi zapach. W ten sposób zrobiłyśmy z Agą zakupy dwóch takich samych buteleczek (Acqua di Gioa, Giorgio Armani, 100ml), które były przecenione na jakieś 280zł. W ten sposób wyszło nam po 140zł na osobę. Prawda, że świetna okazja? Biorąc pod uwagę, że zapach ten w Douglasie za taką samą pojemność kosztuje ponad 400zł. No proszę Was! ;) 
Aga miała inny kupon, z którego skorzystałam już sama. Zdecydowałam się na zapach od Elisabeth Arden, Green Tea, który bardzo lubię, a dawno go nie miałam. Kupiłam też zapach Forbidden Euphoria od Calvina Kleina, który jest urodzinowym prezentem dla mojej mamy - miłośniczki tego zapachu.


APART


A na koniec pierścionek. Nie, nie jest zaręczynowy. Nie doczekałam się takiego :]
Ten dostałam w prezencie urodzinowym od taty. Tak naprawdę, to sama go sobie wybrałam. Przyciągnął moją uwagę na wystawie sklepowej i po prostu się zakochałam. Wiedziałam, że musi być mój i koniec. Jest to złoty pierścionek, z cytrynem, kamieniem szlachetnym, który wcześniej mnie nie zachwycał,a teraz po prostu go uwielbiam. Uważam, że wygląda bardzo elegancko. Całość dopełniają diamenty. Jeśli chcecie go sobie sprawdzić na stronie - klik




Dużo tego, prawda? 
Co Wam wpadło w oko? 
Co sobie sprawiłyście w ostatnich tygodniach? 




DO GÓRY