NIE MÓWIĘ, ŻE WRACAM || Makeup edition - po co ostatnio najchętniej sięgam?


Nie mówię, że wracam, bo to byłyby na wyrost wypowiedziane słowa. Nie wiem, czy tak będzie, czy nie, ale PRÓBUJĘ znaleźć trochę czasu "dla siebie" i część z niego poświęcić blogowi. Wiem, że go zaniedbałam, ale niestety... pojawiło się prawdziwe życie, praca, praca i jeszcze raz praca. 

Nie mówię tego, aby narzekać. Nie, jestem szczęśliwa w miejscu, w którym się aktualnie znajduję. Spełniam się, rozwijam, poszerzam horyzonty. Pracuję tak naprawdę na "dwa" etaty. Na co dzień w marketingu, a po normalniej pracy 8-16 zasuwam jeszcze z prywatnym zleceniem, dla dwóch marek kosmetycznych. Siedzę więc w branży wciąż, aczkolwiek po drugiej stronie. Mam też koło siebie też dobrych ludzi i wiem, że im na mnie zależy. Czy można chcieć czegoś w życiu bardziej? 


Może tylko więcej czasu na makijaż z rana? :) Chyba tak. Ograniczyłam go ostatnio bardzo mocno i nie będę Wam tu wciskać kitów - rano wolę dłużej pospać, niż robić sobie full on makeup. Nie, nie. Chrapanie brzmi ciekawiej. A mój makijaż do pracy opiera się na dwóch rzeczach - BRWI I RZĘSY. 

Jednak, gdy wieczorem się z kimś widzę lub mam więcej czasu w weekend - wtedy wpadam do swojego kosmetycznego kącika i wyglądam mniej więcej, jak alchemik w swoim żywiole.

Po co więc sięgam, gdy już robię się na bóstwo? 

Dior, Forever Skin Glow, to podkład, na który zdecydowałam się jakiś czas temu w ramach "poprawienia" sobie humoru podczas wizyty w Sephorze. Ostatnie miesiące były dla mnie ogromnie słodko-gorzkie. I mimo że na podkładowe zasoby mojej komody narzekać nie mogę, to i tak musiałam spróbować tej nowości. Nowości dla mnie, bo Dior nigdy mnie swoimi produktami do twarzy nie zachwycał i nie zachęcał. Tym razem jednak dałam mu szansę i... zachwytów brak. Wszystko przez... kolor! Mimo że wybrałam najjaśniejszy odcień dostępny w gamie kolorystycznej, to i tak jest to jeden z tych produktów, które oksydują. W związku z czym muszę go naprawdę przeciągać na szyję tak bardzo, jak bym tego nie chciała. Inaczej się za bardzo odznacza. Cała reszta jest ok, to rozświetlający podkład, nie spodziewałam się po nim ogromnej trwałości. W końcu nawilżające formuły mają to do siebie. Cera jednak wygląda na zdrową, nieprzesuszoną, taką jak lubię - naturalną.  W makijażowe dni łączę go z Charlotte Tilbury Hollywood Flawless Filter, kremowym rozświetlaczem, który po prostu KOCHAM. Za co? Za naturalny efekt skóry. Za to, że błyszczy się tak pięknie, jak jeszcze nic innego się na mojej skórze nie błyszczało. Używam go jako rozświetlacza zarówno solo (bez żadnego podkładu, zwłaszcza latem) oraz na szczyty kości policzkowych, gdy wykonuję już pełen makijaż. 


Na ustach ląduje moja ulubiona, jesienno-zimowa pomadka. The Balm Meet Matte Hughes w kolorze Charming. To moje drugie opakowanie tego kosmetyku i naprawdę, nie wyobrażam sobie bez niej mojego życia. Wiem, że bardzo mi pasuje, podkreśla moją urodę i dobrze w niej wyglądam. A jak się w czymś dobrze wygląda, to się trzeba tego trzymać. Więc się trzymam. 

Brwi i oczy, to u mnie w kółko never ending story w towarzystwie kredki Benetif Precisely My Brow oraz paletki Charlotte Tilbury Pillowtalk (tak, jestem psychofanką tej marki i mam dużo kosmetyków od Charlotte). To moje ulubione kosmetyki, na których mogę polegać. Paletka jest już u mnie tak wysłużona, że niebawem będę musiała zacząć myśleć o zakupie kolejnej. Głównie dlatego, że zaczynam widzieć denko w moim ulubionym cieniu nude. 

W ostatnim czasie dokładam też odrobinę błysku na powiekę. Sprawiłam sobie niedawno błyszczący brokacik w kremie od Hourglass Scattered Light Glitter w kolorze Smoke. To maleństwo błyszczy się tak pięknie, że ciężko obok niego przejść obojętnie. Serdecznie polecam wszystkim srokom! 




Na oczach klasycznie co? Maskara Marca Jacobsa, Velvet Noir, czyli coś na punkcie czego oszalałam. Co prawda, z maskarami mam tak, że potrafię się obejść bez tych luksusowych. Nie potrzebuję na rzęsach tuszu za miliony monet, wolę pieniądze inwestować w kosmetyki do skóry. Ale, ale... ta jest warta każdej złotówki. Pięknie podkręca rzęsy, trzyma je przez cały dzień, lekko je pogrubia i jest superczarna. Kocham! 

Policzki konturuję przy pomocy ulubieńca - Charlotte Tilbury, Filmstar Bronze and Glow. To kolejna perełka tej marki, którą powinna mieć każda miłośniczka naturalnie wyglądającej skóry. Nieprzesadzony bronzer oraz idealnie naturalny rozświetlacz, który błyszczy tak, jak powinien. Love.

Na koniec Hourglass Veil Translucent Setting Powder. Ten puder, to coś niebywałego. Lekka, bezbarwna chmurka, sprawiająca, że makijaż wygląda na taki wykonany metodą airbrush. Jest pięknie, skóra jest wygładzona, makijaż utrwalony, ale nie wygląda jak skorupa. To bardzo moja para kaloszy! Drogo, ale warto - za taki efekt warto zapłacić więcej.


Mówiłam Wam, jestem teraz nudna. Używam w większości tych samych, sprawdzonych już kosmetyków. Co prawda, zdarza mi się kupować nowości, testować fajne błyskotki i nowe formuły, ale nie ukrywam, że do tej bazy "ulubieńców" ciężko teraz trafić. Głównie dlatego, że coraz mniej w nich miejsca na roszady. Znalazłam kilka ukochanych produktów, które ciężko mi w tym momencie przebić. I co zrobisz, jak nic nie zrobisz... 


A Wy? Co ostatnio w kółko używacie? Macie takie kosmetyki od których nie potraficie się odczepić?
Czekam na Wasze komentarze!

POPRZEDNI

No comments :

Post a Comment

Bardzo dziękuję za każdy komentarz! Cieszę się, że masz ochotę ze mną porozmawiać.
Pamiętaj jednak, że każde treści autopromocyjne, czy obraźliwe, będą przeze mnie sukcesywnie usuwane.

DO GÓRY