Showing posts with label MAC. Show all posts

Moja wyjazdowa kosmetyczka

Monday, October 23, 2017 -



Wyjechałam w cholerę! Tak, w momencie, gdy czytacie ten wpis, najprawdopodobniej jestem już na miejscu. Wybrałam się do Barcelony i spędzę tutaj 9 ciepłych i słonecznych dni. A teraz pokażę Wam, co ze sobą zabrałam... 

Kosmetykowo biorę minimum, to niezbędne rzecz jasna. Przede wszystkim krem nawilżający, który mnie ostatnio po prostu w sobie rozkochał! Mam tutaj na myśli oczywiście Rexaline Derma, który to męczę nieustannie i w kółko Wam o nim mówię na InstaStories. 

Zapomniałam wrzucić do fotki SPF 50, ale nie martwcie się, w momencie pisania tego wpisu (sobotni wieczór), filtr od Bare Minerals już leży spokojnie w kosmetyczce. Jako podkład - mój niezawodny ulubieniec czyli L'Oreal Infallible. W kwestii zakrycia cieni pod oczami, brwi oraz błysku na policzkach, będę ufać marce Burberry. Puder, to kwestia przymusu... nie mam niczego prasowanego, co aktualnie kocham, a sypkich produktów ze sobą brać nie będę. Bez przesady. Do konturowania i dodawania sobie życia: NARS, Bumpy Ride oraz MAC, Harmony


Co do oczu? Nic. Tylko maskara od Marca Jacobsa. Miniatura, która walała mi się po szafkach i w końcu pora ją napocząć i sprawdzić, czy jest spoko. Jeśli weźmie mnie na większy makijaż (w co wątpię), to postawię w tej kwestii na odrobinę bronzera z Maca w załamanie i błysk cienia Wet&Dry od Burberry. Tak, jak właściwie robię to dość często na co dzień, gdy nie mam czasu na makijaż do pracy. 

Do ust - błyszczyk. A właściwie coś na kształt błyszczyka-olejku. Bardzo przypomina mi moją maskę do ust z Bite Beauty, choć tak jak mówię - tylko przypomina. BB jest treściwsza w swej konsystencji. Nie pachnie jednak tak pięknie, jak nowość w Sephorze, Lanolips. Truskaweczka, jak się patrzy! 

I to tyle! Po co mi więcej? No właśnie! Podejrzewam, że i tak w większości przypadków nawet nie będę sięgać po makijaż, ale... przezorny, zawsze ubezpieczony!

YouTube made me buy it

Wednesday, October 12, 2016 -


Niedawno dziewczyny z blogów A piece of Ally oraz Paulinablog, wrzucały swoją odpowiedź na TAG, który jakiś czas temu krążył po Internecie. Razem z aGwer uznałyśmy, że jest on na tyle fajny, że same również chcemy go u siebie opublikować. Dlatego dzisiaj chcę Wam pokazać kosmetyki, które kupiłam pod wpływem moich ulubionych youtuberek i blogerek, bo nie będę się ograniczać tylko do jednego medium :) Zaczynamy!

Przede wszystkim, kosmetyki które Wam dzisiaj pokazuję są przeze mnie bardzo lubiane. Drugą stronę medalu, gdy wydałam kasę a nie było warto, na pewno pokażę Wam na blogu za jakiś czas.
Dzisiaj jednak tylko o tych fajnych rzeczach.

NARS, Laguna Bronzer

Na ten bronzer czaiłam się bardzo długo. Amerykańskie youtuberki zachwycały się nim na prawo i lewo, twierdząc że to jeden z produktów, który po prostu trzeba mieć. Desi Perkins i Lustrelux go uwielbiały. Co jakiś czas docierała do mnie jednak informacja, że ten kosmetyk jest za ciepły w swej tonacji. Albo że drobinki, które się w nim znajdują są zbyt błyszczące. Dla mnie jednak, okazał się być idealny. Dlatego, gdy NARS wszedł do polskiej Sephory, przestałam szukać wymówek i po prostu go kupiłam.

MAC, Paintpot w kolorze Painterly

Tutaj uległam namowom NikkiTutorials, która akurat używa zupełnie innego odcienia tego kremowego cienia do powiek/bazy pod cienie. Mimo wszystko, podobał mi się efekt jaki daje, czyli wyrównanie kolorytu powieki. Co u mnie przydaje się dość mocno, bo mogę się pochwalić faktem, że Matka Natura była bardzo zabawna tworząc moje okolice oczu ;)


MAC, pigment Vanilla

Tutaj zachwyty przyszły po jednym z filmów dziewczyn z Love and great shoes. Justyna twierdziła, że używa tego pigmentu na każdej pannie młodej. Miał dawać przepiękne, ale i nienachalne rozświetlenie oka. Cieszę się, że upolowałam go w miniaturze, bo nawet z taką ilością mam problem przy zużyciu. Nie chcę wiedzieć, ile lat zajęłoby mi zużycie pełnego opakowania.

Zoeva, pędzle

Tutaj za moje zakupy mogę posądzić całą blogosferę. Pędzle pałętały się na wszystkich blogach, każdy się nimi zachwycał i widząc setną recenzję tych cudaków, postanowiłam skusić się na set w kolorze Rose Gold. I to był chyba jeden z najlepszych pędzlowych zakupów. Nie mogę na nie narzekać. Są mięciutkie, świetnie się sprawdzają  w makijażu oka i nic złego się z nimi nie dzieje. 


Anastasia Beverly Hills, Brow Powder Duo, w kolorze Taupe

Ten gagatek trafił do mnie za namowami aGwer. Fakt, że  miałam ten komfort, że oprócz zobaczenia pewnych rzeczy u niej na blogu, mogłam też sobie najzwyczajniej w świecie pomacać na żywo. Takie są zalety przyjaźni z blogerkami ;) W każdym razie, pigmentacja powaliła mnie na kolana. Aga ma całą "brwiową książkę" od Anastasii i mogłam sobie swobodnie sprawdzić, jaki kolor będzie odpowiadać mi najbardziej. 

Kylie Cosmetics, matowa płynna pomadka

Tutaj ciężko mi powiedzieć, przez kogo byłam najbardziej nakręcona na te pomadki. Z jednej strony, śledząc SM Kylie, byłam zachwycona nowościami, jakie wypuszcza. Z drugiej strony, YouTube był zawalany recenzjami tych matowych szminek. I w ten sposób, od recenzji do recenzji, postanowiłam wypróbować ich na własnej skórze. Co o nich sądzę, mogłyście poczytać podczas #loveyourlipsweek tutaj! 

Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask

Na ten kosmetyk namówiła mnie Vivianna Does Makeup, a teraz właściwie The Anna Edit. Zachwalała ją i na YT, i na blogu. Nie pozostałam temu obojętna i postanowiłam, że musi być moja. Był to strzał w dziesiątkę. To jedna z najlepszych  maseczek, jakie posiadam. Jest mocna, ale efekt daje natychmiastowy. O niej też już mogłyście poczytać na blogu - tutaj.

Na koniec odsyłam Was do wpisu Agnieszki, w którym przedstawiła swoje zakupy pod wpływem youtuberek i blogerek. Wpadajcie na post tutaj!

A ja mam do Was pytanie. Ile rzeczy kupiłyście z polecenia blogerek? Jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk kupiony pod wpływem blogów?

#Makeup Menu - lekkie, dzienne smokey

Monday, February 22, 2016 -


Nie muszę nikomu chyba powtarzać, że Viviannadoesmakeup, to moja ulubiona blogerka. Na tyle mocno, że czuję, że gdybyśmy się poznały - miałybyśmy mnóstwo tematów do rozmów (ale by było, jak by się okazało inaczej! ;) ) W każdym razie, ta dziewczyna jest w stanie namówić mnie na wszystko. Jej estetyka jest bardzo zbliżona do mojej, i co tu dużo mówić - uwielbiam ją. 

Ostatnio zainspirowała mnie do stworzenia tego wpisu. Makijaż, który wykonuję na co dzień, jest dość prosty. Nie bawię się w żadne skomplikowane i wymyślne połączenia. Ma mi zajmować możliwie, jak najmniej czasu i dawać najlepszy z możliwych rezultatów. W ten sposób, staram się malować praktycznie codziennie. 

Lubię stawiać na brązy i złoto. Wydaje mi się, że w tych kolorach wyglądam najlepiej. Nawet mi się nie wydaje, tak po prostu jest. Moja karnacja dobrze z nimi współgra, a niebieska tęczówka przyjmie (prawie) wszystko. 

Nie nazwałabym mojego makijażu żadnym smokey. Smokey kojarzy mi się z czernią i innymi intensywnymi barwami, które są przepięknie i umiejętnie roztarte, czyli jest to coś, czego nie jestem w stanie osiągnąć samodzielnie! Mimo wszystko, delikatne roztarcie granic cieni, pozwala mi na optyczne zabawienie się ze społeczeństwem, że posiadam idealną budowę oka, podczas gdy tak naprawdę, chciałabym przykleić moją opadającą powiekę taśmą. Tak, żeby się już nie ruszyła z miejsca. 



Bardzo cieszę się, że kilka miesięcy temu zdecydowałam się na zakup paletki MAC, Burgundy Times Nine. Jest to jedna z lepszych decyzji, jaką podjęłam. Paletka jest w użytku niemal nieustannie. Uwielbiam ją na co dzień i od święta, i nie ukrywam, że fenomenalnie mi się spisuje. Z reszta, już kiedyś się nad nią rozpływałam na blogu. Możecie poczytać o tym tutaj

Wysłużony na tyle, że zeszły z niego wszelkie napisy Hakuro H74 pomaga mi nałożyć cienie i je rozetrzeć. Jego unikatowy (chociaż zerżnięty z MAC, 217) kształt, pozwala na spokojne wklepanie złotego cienia w część ruchomą powieki, nałożenie i rozblendowanie cielistością załamania oraz mocniejsze zaznaczenie zewnętrznego kącika, czekoladowym brązem. Natomiast Zoeva 230 Luxe Pencil z serii Rose Golden, pozwala mi na nałożenie odpowiedniej ilości bezowego cienia na powiekę dolną, przy okazji delikatnie powiększając sobie oko.  


Powiedzcie mi, jak malujecie się na co dzień? Staracie się ograniczyć swój makijaż do minimum wykorzystywanych produktów? 

MAC, Burgundy Times Nine

Sunday, January 24, 2016 -



Trochę jestem wredna, bo piszę o paletce, której nie można już dostać. Niestety, to limitowanka, ale powiem Wam szczerze, że polecałabym MACowi jeszcze kiedyś z nią wrócić. To naprawdę kawał dobrej roboty! 

Ale do rzeczy. Paletka Burgundy Times Nine /160zł/ była jedną z nowości w kolekcji Eyes on MAC.  Na początku nie potrzebowałam jej w moim życiu, ale potem linka do niej wysłała mi aGwer, a ja uległam jej namowom. I to był jeden z tych momentów, w których przekonała mnie, że jej po prostu potrzebuję. 

W palecie znajduje się dziewięć cieni, które mają różne wykończenia. Mamy tu do czynienia z czystymi matami, satynami, znajdzie się też jeden brokat. Od lewej do prawej widzicie cienie: 

HONEY LUST (lustre), POPPYSEED (satin), QUARRY (matte), ANTIQUED (veluxe pearl), EMBARK(matte), #NOIR (velvet), HAUX (satin), STAR VIOLET (veluxe pearl), SKETCH (velvet).



od lewej: poppyseed, quarry, honeylust, antiqued, embark

od lewej: #noir, haux, star violet, sketch, Slow Fast Slow

Całość wpada w odcienie beżo-brązu i bordo z odrobinką złota. Jak się możecie łatwo domyślić, moimi ulubionymi okazały się być odcienie Poppyseed, Quarry, Embark oraz Sketch. Paletką można wyczarować zarówno dzienne makijaże, jak i te mocniejsze, wieczorowe, czy na ważniejsze wyjścia. Tutaj świetnie sprawdzają się pogłębiacze spojrzenia, jakimi są zdecydowanie cienie #Noir, Antiqued oraz Star Violet. 

Nie polubiłam się za to z cieniem Honey Lust. Jest on niestety mocno osypujący się, ma w sobie duże drobinki. Według mnie, dobrze wygląda tylko w wewnętrznym kąciku, nałożony na mokro. Na początku miałam wrażenie, że cienie te są słabsze, niż standardowe cienie MAC (na pewno są mniejsze!). Jednak w trakcie używania nabrałam pewności, że takie było tylko moje pierwsze, mylne wrażenie. Łatwo i ładnie się blendują, No cóż, tylko krowa nie zmienia zdania :)

Na swatchach w gratisie pokazuję Wam cień z kolekcji Dazzle Shadow, w kolorze Slow Fast Slow. Jest genialny. 

Jedyny minus? Brak lusterka. I tak zabieram ją ze sobą praktycznie na wszystkie moje wyjazdy, ale jednak lusterko byłoby tutaj świetną sprawą.

Spodobała się Wam?

MAC Mehr

Friday, October 30, 2015 -


Pomadki z MACa są moim słabym punktem. Niby za każdym razem powtarzam sobie, że nie potrzebuję kolejnej. Niby tłumaczę sobie, że są tańsze zamienniki, które są równie dobre, ale jakoś tak zawsze, jak wejdę do salonu MACa, to wychodzę z nową szminką pod pachą :)

Ostatnio padło na Mehr (86zł). Skierowałam swoje kroki w stronę jaśniejszych odcieni, neutralnych i tych bardziej na co dzień. Pewnie dlatego, że... nie oszukujmy się, mam już naprawdę dużo czerwonych szminek i kolejna mi potrzebna nie jest. Zastanawiałam się jeszcze nad kolorem Teddy i on pewnie wpadnie w moje ręce podczas kolejnej wizyty w salonie, ale tym razem skusiłam się na coś innego.




Mehr, to idealny, brudny róż.Bardzo ładny, jesienny kolor, chociaż... ja bym go nazwała też świetną alternatywą na co dzień. Wygląda bardzo naturalnie i nie wybija się w makijażu. Wręcz przeciwnie, sprawia, że jest bardziej spójny. To idealny kolor nude. Z cyklu my lips, but better, chociaż jest to zdecydowanie ciemniejsza wersja takiej opcji. Jest oczywiście z serii MATTE, bo tę lubię najbardziej. Nie będę oszukiwać, że uwielbiam maty za to, jak długo się utrzymują. Nie przeszkadzają mi ich wysuszające właściwości.





Kocham ją za to, jak delikatne jest jej piękno, i jak fenomenalnie podkreśla moją urodę. Niezbędnik u każdej dziewczyny.

A Wy? Macie swoją ulubioną pomadkę nude?


#Makeup Menu na wrzesień

Wednesday, October 14, 2015 -


O mały włos, a zapomniałabym o tym, że przecież nie opublikowałam w tym miesiącu #makeupmenu. No ja nie wiem, że Wy się nie upominacie! ;) 


W każdym razie przypomniałam sobie w porę i raczę Was tym razem moim makijażem ostatniego miesiąca. We wrześniu już chętniej sięgałam po jesienne kosmetyki. Całe Fall Vibes dotknęło też mnie, więc na twarzy lądowały zupełnie inne kosmetyki, niż do tej pory. 


Przede wszystkim, odrobinę zaczynam odchodzić od lekkiego podkładu, jakim jest YSL, Le Teint Touche Eclat na rzecz, delikatnie bardziej kryjących i cięższych konsystencji. Co prawda, nigdy nie zależy mi na mocnym kryciu i prześwitujące wypryski jakoś mnie nie przejmują, ale jednak w zimnych miesiącach wolę te bardziej kryjące podkłady. Najczęściej mieszałam ze sobą dwa podkłady Chanel, Perfection Lumiere Velvet oraz Vitalumiere Aqua. Ten pierwszy daje mi odpowiednią ilość satynowego i lekkiego matu, a ten drugi pozwala na uzyskanie naturalnego wykończenia. Razem daj efekt drugiej skóry, przy okazji przyzwoicie kryjąc niedoskonałości. 


Najchętniej nie rozstawałabym się z moją paletką MAC, Burgundy Times Nine i to właśnie ona lądowała na moich powiekach najczęściej. Przy okazji pozwalałam sobie na kreskę eyelinerem Kat von D, w odcieniu Trooper i mocno tuszowałam rzęsy maskarą Shiseido Full Lash Volume


Policzki, to w tym miesiącu mocny sprawdzian dla duetu do konturowania z W7, Hollywood Bronze&Glow, ale na razie nie wypowiem się o nim zbyt wiele. Chcę go jeszcze poużywać i wydam wtedy wyrok. Często jednak pogłębiałam kontur różem z MACa, Harmony

A na ustach, królowała wręcz pomadka Golden Rose, Velvet Matte w kolorze 14. ISTNA BAJKA.



I to tyle ;) 

Jak tam? Już wpadłyście w jesienny szał? 

9 najlepszych pomadek na jesień!

Sunday, October 4, 2015 -


Jesień, to czas, na który czeka każda szminkomaniaczka. Nie oszukujmy się, to właśnie o tej porze roku, stajemy się odważniejsze i z większą chęcią sięgamy po mocne, intensywne kolory. Ja się już nie waham, tak jak kilka lat temu - nie boję się zdecydować na fioletowe, czy intensywnie czerwone, wręcz winne usta. 

Kiedyś to było dla mnie nie do pomyślenia. W końcu, ograniczałam się do leciutkich, niezbyt intensywnych różyków - a teraz! Teraz potrafię zaszaleć. I się tego ani nie boję, ani nie wstydzę. 

Dzisiaj pokażę Wam moje typy na jesień. Mam kilka kolorów, po które będę sięgać. W większości są to jednak pomadki dość tanie i tylko kilka z nich jest odrobinę droższych. To co? Jedziemy!




Golden Rose, Matte Lipstick Crayon

W kolorach 05, 06 oraz 09 (wszystkie zdjęcia w kolejności), to moje najnowsze nabytki w szminkowej szufladzie. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia - nie ma co! Cena jest bardzo przystępna, bo koszt jednej pomadki, to około 12zł. W zamian otrzymujemy cudowny produkt. Formuła jest trwała i matowa, chociaż nie jest tępa - sunie po ustach niczym masełko. Jedyny minus - trzeba je temperować. To jest niefajne, ale nie łamią się podczas tego procesu. Na razie mam tylko trzy kolory i tak, dobrze zrozumiałyście. Na razie. Zamierzam zaopatrzyć się w więcej wariantów. Zdecydowałam się na czerwienie, które nie są do końca oczywiste - z reguły okraszone są większą lub mniejszą dawką ciemnych barw, które sprawiają, że mamy do czynienia bardziej z winem, czy krwią.
TIP: Zawsze można usunąć kolorową końcówkę i przepchnąć jakimś przedmiotem sztyft. Nie wiem jednak, jak to zadziała ;) 




MAC Brick-O-La 

Kupiłam ją w zeszłym roku i nie poużywałam zbyt długo. Był to jeden z tych zakupów pod wpływem YouTube i EssieButton. Widziałam ją u niej i się nią zachwycałam. Na żywo, gdy dotarła do mnie, zrobiłam "meeh". Nie było szału. I powędrowała w kąt. Niedawno robiłam porządek w swoich kosmetykach, pozbywając się tych typowo wiosenno-letnich (schowałam je do pudełeczka i niech czekają na swoją kolej) i trafiłam na właśnie tę pomadkę. Chyba musiałam do niej dojrzeć. Tym razem podoba mi się już zdecydowanie bardziej. Jest to taka mieszanka delikatnej jagody z odcieniami terracotty, czy spalonej czerwieni. CUDO! Przy okazji, jako jedyna z wspominanych dziś pomadek, jest nawilżająca. To idealna propozycja dla tych z Was, które chcą odpocząć od matów, ale chcą zachować te jesienne klimaty.


MAC Flat Out Fabolous

Fiolet. Może nie taki... oczywisty, bo połączony z fuksją, ale jednak już bardziej fiolet. Kocham ją właśnie jesienią. Daje pozytywnego kopa, a ja lubię ją nosić na ustach na specjalne okazje. Jakiś koncert, wyjście do teatru, randka. 


Golden Rose, Velvet Matte 12 i 14 

Tak, znowu Golden Rose. W kwestii pomadek, jest to dla mnie niekwestionowana marka-królowa. Ich produkty są tanie, a formuły genialne. Pamiętacie pewnie, jak wszystkie szalałyśmy na punkcie tych pomadek. Ja się zaopatrzyłam w 5 kolorów, ale o tej porze roku z chęcią sięgam właśnie po te dwa numerki. Z czego częściej noszę nr 14. Oba, to takie bardzo mocno przybrudzone brązem róże, które wyglądają niezwykle jesiennie. Z resztą, mogłyście tę pomadkę widzieć u mnie na ustach w ostatnim filmiku (klik). 



Vipera 108

To moje największe zaskoczenie. Wino idealne. Bardzo intensywna pomadka, która wytrzymuje na ustach długie godziny. Kolor jest bardzo rzucający się w oczy, więc nadaje się raczej dla odważnych dziewczyn. Warto ją jednak w swoich zbiorach posiadać, bo za niewielkie pieniądze, otrzymujemy naprawdę wyjątkowo dobry produkt. 


Revlon Coloburst Matte Balm, Elusive 

Jedyna delikatna opcja w moim zestawieniu, to właśnie matowa pomadka (a raczej balsam) od Revlonu. Przyjemna formuła sunie po ustach, jak masełko. Nie podoba mi się jedynie zapach, bo jest miętowy, a ja raczej stronię od takich zapachów. Zwłaszcza jesienią i zimą. Mimo wszystko, zasługuje ona na wyróżnienie, bo to jeden z tych matów, które nie wysuszają ust, bo fajnie je pielęgnują. Niestety, przez to traci na trwałości, ale coś za coś ;) 



Jakie są Wasze ulubione kolory i pomadki tej jesieni? Jesteście odważne i próbowałyście już kolorów sepii i szarości? Ja jestem ich ogromnie ciekawa, ale chyba się nie odważę. 


MAC, Green Clean

Saturday, September 19, 2015 -


Zielony kolor, zdecydowanie nie jest moim ulubionym. Lubię go, to na pewno, ale nie otaczam się nim jakoś przesadnie w ciągu dnia. Jesień jednak kojarzy mi się z tym kolorem dość mocno, zwłaszcza w barwach przekwitniętych roślin, brązowo-zielonych liści i... tych barw nie tylko na ciepłych parkach(mam na myśli kurtki ;)), chroniących przed deszczem. 

Paletka MAC,  Wash & Dry Veluxe Pearlfusion Shadow Trio w wariancie Green Clean, to coś, co można określić śmiałym wyjściem ze strefy komfortu. Pierwszy raz zobaczyłam ją u Kasi (klik)
Niestety, limitka już nie jest dostępna w sklepach (tak mi się przynajmniej wydaje). Mnie udało się ją upolować podczas norweskich zakupów, jeszcze przed wakacjami. W Polsce kosztowała ona 119zł. 




Trio ma przepiękne opakowanie. Bardzo podobają mi się jego intensywne barwy również na zewnątrz. Jest plastikowe, ale solidne. Przeżyło już kilka podróży i nic złego się nie wydarzyło. W środku znajdują się trzy paseczki cieni. Przyjemny pigment, który na myśl przynosi biało-zielony puch, soczysty limonkowy cień i najciemniejszy, w kolorze brudnej zieleni. Trochę, jak zgniłe liście, ale urozmaicone złotymi drobinkami. Takie khaki w wersji royal ;) Cienie ładnie się blednują, nie osypują się i dają ze sobą przyjemnie pracować. Są też trwałe, chociaż ja ich nie używam bez bazy (takie mam powieki, że bez bazy się nie da).

Bardzo spodobał mi się wówczas makijaż Kasi, więc bezczelnie go zerżnęłam. No, trochę od siebie dodałam i nie boję się być bardziej szczodra w nakładaniu cieni, ale to akurat kwestia indywidualna. Poza tym, gdy sięgam po tę paletkę, to częściej używam ją delikatniej, niż w dzisiejszej wersji. A pyłek pigmentu jest wręcz idealny, żeby dodawać go, jako rozświetlenie w wewnętrznym kąciku, w innych makijażach.





I mimo że paletka gości w całości na moich oczach dość rzadko, to cieszę się, że ją mam, bo to złotawe khaki i iskrzący pyłek na pewno będą często przeze mnie używane już jesienią. A ta przecież jest za pasem. Cieszycie się?

Całe mnóstwo nowości!

Wednesday, June 24, 2015 -



Cześć! Ostatni czas obfituje u mnie w sporo zakupów i nowości kosmetycznych. Powoli łapię się za głowę, bo... no niestety, zaczyna mi brakować miejsca ;) Postanowiłam jednak pokazać Wam takie 80% tego, co ostatnio do mnie trafiło. Jest tego (niestety i stety) więcej, ale uznałam, że pokażę Wam tylko te produkty, które były albo moimi zakupami, albo mocno, bardzo mocno mnie kręcą. Każdy inny produkt doczeka się recenzji, jeśli tylko na to zasłuży. 


ZOEVA

Pędzelki są prezentem od mojej mamy. Miała być nowa torebka, ale nie mogłam sobie upatrzeć nic konkretnego na stronie Wittchena, więc powiedziałam jasno "mamo, chcę pędzelki!" ;) Zdecydowałam się na zestaw 12 pędzelków do oczu marki Zoeva, w kolorze Rose Golden, który przychodzi w porządnie wykonanej kosmetyczce. Bardzo się z niej cieszę. Do tej pory miałam tylko jeden pędzelek z Zoevy, ten do bronzera. Wzdychałam do nich naprawdę długo i w końcu są moje. A jak wiecie, pędzelków nigdy za wiele.  





KARAJA

Byłyśmy ostatnio z Agnieszką w Warszawie na spotkaniu z marką ProNails oraz Karaja. Dostałyśmy trochę nowości, ale... czy ja muszę w ogóle cokolwiek mówić? Przecież dobrze wiecie, że ten róż, który widać na zdjęciu skradł moje serce w pierwszym momencie, w którym go zobaczyłam. Jest przepiękny, fenomenalnie napigmentowany, bardzo podoba mi się zabawa mozaiką kolorów... no i opakowanie! Je zobaczycie przy okazji bliższej recenzji. 


KONTIGO

W drogerii Kontigo, którą odwiedziłam z Agą specjalnie dla Sylwii, z którą spędziłyśmy fajne chwile w Warszawie, dałam się namówić... no, po prostu dałam się namówić i wcale nie trzeba było mnie zbyt długo prosić ;) Jestem łatwa. 

Kupiłam róż i rozświetlacz marki MOIA. Dwie bomby pigmentu! Naprawdę, trzeba z nimi uważać, ale wydają się świetne. Dorzuciłam sobie też żel do brwi z Essence, bo jak wiecie, mam obsesję na punkcie moich brwi i lubię o nie dbać. Może nie wychodzą mi za każdym razem idealne, ale... nie wyjdę z domu bez brwi i tyle. Ten żel ma być chyba czymś na kształt Gimmie Brow z Benefitu. Jak się sprawdzi - na pewno dam znać.
Wydając 30zł w drogerii, można było skorzystać z 60% rabatu na zapachy. Nie pozostałam obojętna, skusiłam się na zapach, który dostałam od kogoś lata temu, jeszcze w liceum. Bardzo go lubiłam, ale jakoś nigdy nie kupiłam ponownie. Dlatego uznałam, że taka okazja drugi raz się pewnie nie trafi, więc skorzystałam z promocji. Wybrałam zapach Halle by Halle Berry.



URBAN DECAY

Dużą, a tak szczerze mówiąc, to ogromną bazę pod cienie Urban Decay dostałam od Agnieszki w ramach prezentu urodzinowego. Miałam już mniejszą wersję travel size, którą kupiłam jakiś czas temu w Norwegii i byłam bardzo zadowolona z tej bazy, więc prezent, jak najbardziej trafiony ;) Ta pewnie starczy mi do końca życia!



MAC


W MACu nie poszalałam. To znaczy, kupiłam coś, bo nie mogłam wytrzymać i wiecie... być w Warszawie i nie kupić nic w MACu, to po prostu grzech! Dlatego skusiłam się na mały pigment Vanilla, który udało mi się kupić naprawdę fuksem. Wszystkie wiemy, jak szybko się rozchodzi, a ten w małych pojemnościach, to już w ogóle. Od momentu zakupu noszę go nieustannie i jestem w nim zakochana. 
Skusiłam się też na płyn do mycia pędzli, który nie kosztował kroci, a mój z Sephory się już prawie skończył. Czasami zdarza mi się kogoś pomalować, więc nie chcę używać brudnych pędzelków na kimś innym. Często też po prostu zastępuje mi to szybkie mycie. Trochę minus za to, że nie ma atomizera, ale zostawiłam sobie opakowanie po płynie z Sephory, do którego po prostu go sobie przeleję. 



KIEHL'S Clearly Corrective Dark Circle Perfector SPF 30


Zawędrowałyśmy z Agą do Arkadii. Wierzcie mi, nasz trip do Warszawy był pełen śmiesznych sytuacji, ale nie o tym ;) W każdym razie, jak już znalazłyśmy sklep Kiehl'sa, w którym Aga chciała sobie kupić krem pod oczy z avocado (niedługo o nim napiszę, bo mam go już trochę i oszalałam na jego punkcie), to zapytałam, czy nowość marki jest już dostępna w Polsce. I okazało się, że tak! Krem CC, który ma SPF30 i sprawdza się idealnie, jako dodatkowe nawilżenie tej wrażliwej strefy, jaką są okolice oczu, daje również leciutkie krycie. Musiałam go mieć w swoim życiu. Wiecie, blogerki mają trochę inaczej połączone zwoje w mózgu i nawet, jak czegoś nie potrzebują, to to kupią. Krem powinien już być dostępny w sklepach. 


KIKO


Wpadłam też, jak po ogień do Kiko. Szybko przebiegłam sklep i dorwałam zapas mojej ulubionej kredki do brwi, którą uważam za najlepszą, jaką kiedykolwiek miałam. Brow Wiz się przy niej chowa, ale niestety - ta nie jest automatyczna, trzeba ją temperować, co akurat jest wkurzające. No i nie ma fajnej szczoteczki do wyczesywania włosków. Nie można mieć wszystkiego - niestety.
Dorwałam też cień w kredce, w kolorze 05. Jest prześliczny i nieustannie ląduje na mojej powiece. Jest pomieszaniem brązu z różo-fioletem, dodatkowo pięknie się błyszczy. <3 


FOREO LUNA MINI I BRUSHEGG



W końcu spełniło się moje marzenie! Mam Foreo Lunę w wersji mini. Zdecydowałam się na tę w kolorze fioletowym, bo... to mój ulubiony kolor. Lubię też inne, ale fiolet always in my heart ;) Ten maluszek od dawna chodził mi po głowie, więc nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo szczęśliwa jestem, że go mam. Oczywiście już poszła w ruch, a ja zastanawiam się, jak mogłam wcześniej bez niej żyć. Jest po prostu genialna. 

Do fioletowej rodzinki dołączył też BrushEgg, który mam nadzieję, że pomoże mi się szybciej uporać z praniem pędzli. Wczoraj miał pierwszą próbę i na razie... na razie jeszcze nie wiem, czy się pokochamy. Zobaczymy po dłuższym używaniu. 



Były jeszcze zakupy w Bath&Body Works, a nową świeczkę możecie podziwiać w tle zdjęć. zdecydowałam się na zapach Sea Island Cotton. Wpadło też do koszyka kilka nowych żeli antybakteryjnych do dłoni, na których punkcie mam po prostu obsesję. 

I to by było na tyle. Za jakiś czas pewnie pojawi się kolejny haul, bo mam do wykorzystania kartę prezentową do Douglasa i przyjeżdżają rodzice na wakacje, więc pewnie wskoczę z mamą do paru sklepów, żeby jej coś poradzić, a ostatecznie wyjdę też z czymś dla siebie. 

Miałyście coś z moich nowości? Coś wpadło Wam w oko? O czym poczytacie najchętniej?
DO GÓRY