Showing posts with label Peter Thomas Roth. Show all posts

YouTube made me buy it

Wednesday, October 12, 2016 -


Niedawno dziewczyny z blogów A piece of Ally oraz Paulinablog, wrzucały swoją odpowiedź na TAG, który jakiś czas temu krążył po Internecie. Razem z aGwer uznałyśmy, że jest on na tyle fajny, że same również chcemy go u siebie opublikować. Dlatego dzisiaj chcę Wam pokazać kosmetyki, które kupiłam pod wpływem moich ulubionych youtuberek i blogerek, bo nie będę się ograniczać tylko do jednego medium :) Zaczynamy!

Przede wszystkim, kosmetyki które Wam dzisiaj pokazuję są przeze mnie bardzo lubiane. Drugą stronę medalu, gdy wydałam kasę a nie było warto, na pewno pokażę Wam na blogu za jakiś czas.
Dzisiaj jednak tylko o tych fajnych rzeczach.

NARS, Laguna Bronzer

Na ten bronzer czaiłam się bardzo długo. Amerykańskie youtuberki zachwycały się nim na prawo i lewo, twierdząc że to jeden z produktów, który po prostu trzeba mieć. Desi Perkins i Lustrelux go uwielbiały. Co jakiś czas docierała do mnie jednak informacja, że ten kosmetyk jest za ciepły w swej tonacji. Albo że drobinki, które się w nim znajdują są zbyt błyszczące. Dla mnie jednak, okazał się być idealny. Dlatego, gdy NARS wszedł do polskiej Sephory, przestałam szukać wymówek i po prostu go kupiłam.

MAC, Paintpot w kolorze Painterly

Tutaj uległam namowom NikkiTutorials, która akurat używa zupełnie innego odcienia tego kremowego cienia do powiek/bazy pod cienie. Mimo wszystko, podobał mi się efekt jaki daje, czyli wyrównanie kolorytu powieki. Co u mnie przydaje się dość mocno, bo mogę się pochwalić faktem, że Matka Natura była bardzo zabawna tworząc moje okolice oczu ;)


MAC, pigment Vanilla

Tutaj zachwyty przyszły po jednym z filmów dziewczyn z Love and great shoes. Justyna twierdziła, że używa tego pigmentu na każdej pannie młodej. Miał dawać przepiękne, ale i nienachalne rozświetlenie oka. Cieszę się, że upolowałam go w miniaturze, bo nawet z taką ilością mam problem przy zużyciu. Nie chcę wiedzieć, ile lat zajęłoby mi zużycie pełnego opakowania.

Zoeva, pędzle

Tutaj za moje zakupy mogę posądzić całą blogosferę. Pędzle pałętały się na wszystkich blogach, każdy się nimi zachwycał i widząc setną recenzję tych cudaków, postanowiłam skusić się na set w kolorze Rose Gold. I to był chyba jeden z najlepszych pędzlowych zakupów. Nie mogę na nie narzekać. Są mięciutkie, świetnie się sprawdzają  w makijażu oka i nic złego się z nimi nie dzieje. 


Anastasia Beverly Hills, Brow Powder Duo, w kolorze Taupe

Ten gagatek trafił do mnie za namowami aGwer. Fakt, że  miałam ten komfort, że oprócz zobaczenia pewnych rzeczy u niej na blogu, mogłam też sobie najzwyczajniej w świecie pomacać na żywo. Takie są zalety przyjaźni z blogerkami ;) W każdym razie, pigmentacja powaliła mnie na kolana. Aga ma całą "brwiową książkę" od Anastasii i mogłam sobie swobodnie sprawdzić, jaki kolor będzie odpowiadać mi najbardziej. 

Kylie Cosmetics, matowa płynna pomadka

Tutaj ciężko mi powiedzieć, przez kogo byłam najbardziej nakręcona na te pomadki. Z jednej strony, śledząc SM Kylie, byłam zachwycona nowościami, jakie wypuszcza. Z drugiej strony, YouTube był zawalany recenzjami tych matowych szminek. I w ten sposób, od recenzji do recenzji, postanowiłam wypróbować ich na własnej skórze. Co o nich sądzę, mogłyście poczytać podczas #loveyourlipsweek tutaj! 

Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask

Na ten kosmetyk namówiła mnie Vivianna Does Makeup, a teraz właściwie The Anna Edit. Zachwalała ją i na YT, i na blogu. Nie pozostałam temu obojętna i postanowiłam, że musi być moja. Był to strzał w dziesiątkę. To jedna z najlepszych  maseczek, jakie posiadam. Jest mocna, ale efekt daje natychmiastowy. O niej też już mogłyście poczytać na blogu - tutaj.

Na koniec odsyłam Was do wpisu Agnieszki, w którym przedstawiła swoje zakupy pod wpływem youtuberek i blogerek. Wpadajcie na post tutaj!

A ja mam do Was pytanie. Ile rzeczy kupiłyście z polecenia blogerek? Jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk kupiony pod wpływem blogów?

Ulubieńcy sierpnia

Wednesday, August 31, 2016 -

Twarz

Jako podkładu i pudru używałam dwóch produktów z marki Shiseido. Ostatnio, na nowo zakochałam się w pudrze Sheer &Perfect Powder Foundation. Jak sama nazwa wskazuje, można go używać samodzielnie, jako podkładu na co dzień. I w tej kwestii sprawdza się idealnie. Zapewnia wyjątkowo piękne wykończenie, bardzo naturalne i minimalnie pudrowe. Stapia się z moją cerą i lubię go w pojedynkę, ale ostatnio zaczęłam go używać, jako pudru wykończeniowego w połączeniu z podkładem Synchro Skin, który jest nowością marki na ten rok. Wyjątkowo lekka formuła (zupełnie, jak woda) i efekt drugiej skóry, to rzeczy które działają na jego plus. Dodatkowo, jego kolor jest wyjątkowo jasny i neutralny. Uważam, że to ogromna zaleta marki. Coraz częściej można zobaczyć, że wychodzi na przeciw oczekiwaniom kobietom, które zmagają się z bardzo jasnym typem karnacji i nawet "najjaśniejszy" podkład, czy to drogeryjny, czy wysokopółkowy, okazuje się być nadal za ciemny. W Shiseido tego problemu nie ma. Po prostu.

Korektor, to kosmetyk, którego nie mogę pominąć w swoim makijażu. Czy robię makeup no makeup, czy coś konkretniejszego - jest koniecznością. W tym miesiącu założyłam sobie powolne, ale skuteczne denkowanie korektorów. Posiadam zdecydowanie zbyt przytłaczającą ilość tych produktów, więc powolutku, powolutku, chcę zostawić tylko te, które naprawdę mi się podobają i spełniają moje oczekiwania. Rimmel Match Perfection, to kosmetyk, który na pewno zostanie przeze mnie kupiony ponownie. Znakomicie stapia się z moją cerą, fajnie zakrywa cienie, a ja już pogodziłam się z faktem, że nie będę nigdy w stanie zrobić tego idealnie i na tyle naturalnie, żeby wyglądało to dobrze. Dlatego postanowiłam używać produktów, które pod oczami wyglądają dobrze i dają mi tyle krycia, z którym czuję się pewnie. 

Róż z urodzinowej edycji Sephora. Nie wiem, czy będziecie w stanie go dostać poza opcją urodzinową, ale wydaje mi się, że są to kolory normalnie dostępne w ofercie perfumerii. Ja wyjątkowo polubiłam mieszankę soczystego pomarańczu i mocnego różu, które znajdziemy w środku. Razem dają efekt naturalnego, dziewczęcego rumieńca. 

Puder brązujący Artdeco z kolekcji Hello Sunshine, to mój ulubieniec praktycznie całych wakacji. I pomyśleć, że kiedyś nawet nie tknęłam bronzera. Uważałam, że wyglądam w nim "brudno", a wystarczyło po prostu znaleźć swój odcień. I na szczęście udało mi się taki znaleźć. Nadaje się do lekkiego, dziennego makijażu i z przyjemnością używam go właśnie w tym celu. A czasami, z lenistwa - ląduje też na moich powiekach. Szybko i skutecznie fundując mi spójny makijaż. 

Usta

Konturówka Kylie Cosmetics w kolorze Koko K, to jedna z moich ulubienic. I boję się, co to będzie, gdy mi się skończy. Jednak, trochę szkoda mi wydać 18$ (plus wysyłka) na konturówkę. Powiem Wam jednak bardzo szczerze, że jest to najlepsza konturówka, jaką miałam do tej pory. Nie ma lepszej. Niektórym jej konsystencja może nie odpowiadać, ale dla mnie jest wszystkim, czego szukam w tego typu produkcie. Wyjątkowo miękka, ale nie na tyle by się łamać. Sunie po ustach niczym masełko i pozwala na precyzyjne wyrysowanie ust. Produkt-marzenie!  Dodatkowo kolor, który jest moim "my lips but better". Polecam z ręką na sercu.

Oczy

Chanel, Stylo Eyeshadow w kolorze Beige Dore skradł moje serce od samego początku. Jest przepięknie napigmentowany. To trzeba zobaczyć na żywo. Idealnie odbija światło i wygląda dobrze nie tylko w wewnętrznych kącikach oczu, ale też naniesiony na szczyty kości policzkowych. Miłośniczki mocnego błysku będą nim oczarowane. Jest świetny! 

theBalm, maskara Mad Lash, to moje zaskoczenie. Nie sądziłam, że się polubimy, ale jakoś tak się stało, że całkiem dobrze mi się sprawdza. Utrzymuje podkręcenie przez cały dzień, nie osypuje się i przede wszystkim - jest ultraczarna. Teraz moje oczy już nie giną w tłumie.

Na koniec brwi i parę słów o cieniu przeznaczonym do ich zaznaczania od marki Anastasia Beverly Hills. Chyba każda szanująca się urodomaniaczka wie, że to największa specjalistka w branży brwiowej. Nie bez powodu zdecydowałam się tym razem na cień w kolorze Taupe. Po wcześniejszym długim romansie z kredką Brow Wiz, szukając czegoś nowego, chciałam postawić na pewność, że będę zadowolona z jakości produktu. I tak jest. 

Pielęgnacja 

Kerastase to marka, do której mam sporą rezerwę zaufania. Jest droga, nie oszukujmy się. Właśnie z tego względu, ciężko mi się do niej przekonać. Głównie dlatego, że jakoś szkoda mi pieniędzy na produkty do włosów. Jednak, z tego względu, że ostatnio bawiłam się (i nadal bawię) w rozjaśnianie włosów, byłam zmuszona zadbać o moje pasma. I uważam inwestycję w olejek Elixir Ultime, za bardzo udaną. Jego przyjemny zapach, którego dużą inspiracją były perfumy Chanel, Mademoiselle, otula moje włosy i pozostaje na nich do momentu kolejnego mycia. Wygładza moje kosmyki, dyscyplinuje je i przede wszystkim, nie obciąża ich. Jest super!

Maseczka Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask, to mój ulubieniec pielęgnacyjny. Pisałam już o niej na blogu i nadal nie mogę wyjść z podziwu tego, co jest w stanie zrobić z moją cerą. Pozbywa się każdej, nawet najmniejszej suchej skórki i odświeża moją skórę. Jest wyjątkowo dobra i niezwykle wydajna. Za każdym razem, gdy potrzebuję wyprowadzić moją cerę na prostą, sięgam właśnie po nią. 

A jacy są Wasi ulubieńcy w tym miesiącu?

Najlepsza maseczka, jaką kiedykolwiek miałam! Pumpkin Enzyme Mask, Peter Thomas Roth

Wednesday, August 10, 2016 -


Podobno pan Peter w młodości miał bardzo duże problemy ze skórą. Postanowił jakoś temu przeciwdziałać, dlatego dzięki niemu powstały maseczki, które możecie znaleźć w asortymencie jego marki. 

Przyznam szczerze, że kiedyś kompletnie nie było mi z maseczkami po drodze. Niespecjalnie miałam na nie ochotę i czas. Nigdy nie widziałam sensu w ich używaniu. Wiecznie, ale to wiecznie znajdowałam wymówkę. Z biegiem lat nauczyłam się jednak, że warto po nie czasami sięgnąć. Że są to produkty, które mają ogromny wpływ na stan naszej cery i wyśmienicie sprawdzają się w roli wspomagaczy walki o gładką i zdrowo wyglądającą skórę.


Przygoda z maseczkami GlamGlow nie jest najlepszą z możliwych. Niebieską, nawilżającą, lubię tylko wtedy, gdy używam jej zaraz po zmyciu tej, o której mowa będzie dzisiaj. Otóż, Pumpkin Enzyme Mask, to teoretycznie maseczka skierowana do skóry dojrzałej. Jak dla mnie, sprawdzi się u każdej posiadaczki cery, która wymaga większego zaangażowania w zniwelowanie uporczywych, suchych skórek. 


Jest tak zwanym trzy w jednym. Łączy w sobie właściwości peelingu enzymatycznego (enzymy pozyskane z dyni), złuszcza dzięki zawartości kwasu AHA oraz wygładza przy pomocy tlenku aluminium. Najpierw należy nałożyć odrobinę maseczki (nie trzeba przesadzać z jej ilością, to ile widzicie na moich palcach spokojnie wystarcza na pokrycie połowy twarzy). Wmasowujemy tę ilość delikatnie w skórę, dzięki czemu lekko peelingujemy skórę. I zostawiamy na kilka do kilkunastu minut.

Na początku piecze i podrażnia. Jednak dość szybko odpuszcza. Po zmyciu sporą ilością wody (nie polecam zmywania wacikami i micelem, niepotrzebnie się narobicie), pozostawia skórę gładką, błyszczącą i napiętą. Zdecydowanie odmłodzoną. Nie nada się dla osób z cerą naczynkową lub z uczuleniami na enzymy. Mnie jednak efekt bardzo się podoba i brak mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo kocham ten produkt. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie.



Naprawdę opłaca się ją kupić. Za 150ml produktu musicie zapłacić 199zł (korzystajcie ze zniżek w perfumerii!). Jej ważność to 24 miesiące, w sam raz na wyrobienie się ze zużyciem tego gigantycznego opakowania. Jednak przy tym, jak wydajny jest ten produkt - naprawdę warto się na niego skusić. A jeszcze, jak dodamy sobie do tego jego cudowne właściwości, niczym woda z Lichenia - warto jeszcze bardziej! 

Nie muszę Wam chyba przypominać, że GlamGlow kosztuje 229zł za 50ml. A efekt? Przykro mi, pan Peter Thomas Roth robi to zdecydowanie lepiej! 

Jaka jest Wasza ulubiona maseczka? 

Kosmetyczne nowości

Saturday, July 16, 2016 -



Moje kochane! Dawno nie było żadnych nowości, prawda? Tak się cieszę, że w końcu mogę podzielić się z Wami moimi łupami z ostatnich tygodni, że sobie tego nawet nie wyobrażacie. Głównie dzieje się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie - jak każda kobieta - bywam próżna. I lubię wydawać pieniądze. Na nowe kosmetyki, to już w ogóle.

Zacznę od pielęgnacji, bo tej jest u mnie najwięcej. Kto by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu, gdy wszelkiego rodzaju kremy do twarzy omijałam szerokim łukiem? Teraz jednak poszłam po rozum do głowy i wiem, że kolagen, to sprawa indywidualna, a moje coraz większe zmarszczki mimiczne może i są urocze, i mówią o tym, że jestem ekspresyjną i dużo uśmiechającą się osobą, ale... nie oszukujmy się. Każda z nas chce cery niczym pupa niemowlaka. A do tego potrzebna jest niemała artyleria.



Krem Estee Lauder, Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Supreme, to tak naprawdę zakup dla mojej mamy. Przydał jej się nowy krem, a okazja do jego zakupu była naprawdę wyjątkowa. Jego regularna cena, to 389zł/50ml, ale nie powiem Wam za ile udało mi się go kupić, bo mnie zwyczajnie znienawidzicie i wydrapiecie mi oczy na mieście. Poprzestanę więc na informacji, że bardzo się opłacało. Sama kiedyś wypróbowałam ten krem, dlatego z przyjemnością poleciłam go mamie. I liczę, że będzie z niego tak samo zadowolona, jak kiedyś byłam ja. Spod skrzydeł koncernu Estee Lauder wyszedł jeszcze jeden produkt, dla którego - mam nadzieję - stracę głowę. Mowa bowiem o serum Advanced Night Repair. Jego cena jest jeszcze bardziej zatrważająca, niż poprzednika. Za 50ml tego cudotwórcy pani Lauder liczy sobie całe 439zł. To również była okazja nie do przegapienia, ale nie chcę, żebyście znienawidziły mnie jeszcze bardziej :) Wspominałam Wam już, że boję się zmarszczek. Dlatego wszystko co przeciwdziała oznakom starzenia i spłyca zmarszczki jest teraz bardzo w "moim stylu". Skończone 25 lat, to nie przelewki...


Maseczka do twarzy Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask, to moje kosmetyczne odkrycie życia. Nie warto inwestować w GlamGlow, takie jest moje zdanie, niestety. Mam dwie maseczki spod ich skrzydeł i prawda jest taka, że nie są w niczym nadzwyczajne. Obiecałam Wam o tym wpis i na pewno się jeszcze pojawi. Niedobra ja. Wracając do dyniowej maseczki - musicie ją mieć. Polecam poprosić o próbkę w Sephorze, bo zakochacie się w niej, tak jak ja. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie. Enzymy z dyni złuszczają martwy naskórek, a maseczka pozostawia skórę gładką i świeżą. Poza tym, jej zakup opłaca się o wiele bardziej, niż jej osławione koleżanki z gwiazdką, za które trzeba zapłacić (już!) 229zł/50ml. Pumpkin Enzyme Mask kosztuje 199zł za 150ml. Prawda, że lepiej?




Nie dalej, jak miesiąc temu rozjaśniłam włosy. Robię to regularnie od dłuższego czasu, ale mój fryzjer-magik dobrze wie, że o włosy trzeba dbać. Dlatego mój blond bardzo kontrolujemy i docieramy do niego powoli, małymi kroczkami. Muszę się Wam jednak przyznać do pewnej rzeczy: ŻADNA ZE MNIE WŁOSOMANIACZKA. Nie dbam (a właściwie nie dbałam) o moje włosy. Mam wysokoporowate, grube, gęste i niezniszczalne pasma. W dodatku jest ich dużo. aGwer mnie nienawidzi i wiecznie powtarza, że gdybym tylko o nie zadbała, to byłyby piękne. Dlatego zaczęłam przechodzić na dobrą stronę mocy. Co prawda, w dużej mierze spowodowane jest to rozjaśnianiem, które bez pytania wysusza włosy. Dlatego uzbroiłam się w kilka lepszej jakości szamponów (nie zrezygnuję z SLS-ów, inaczej mam wrażenie, że głowa jest niedomyta). Schowane głęboko w szafce maski do włosów wykorzystam, jako odżywki. A te dwa nowe produkty, które widzicie dzisiaj w nowościach, to rzeczy, na które się czaiłam i postanowiłam wypróbować. Kerastase mnie mocno intryguje. Głównie dlatego, że jest drogie, jak zboże. Kiedyś u Sylwii użyłam sobie olejku, który kupiłam niedawno i pamiętałam, że byłam nim oczarowana. Piękna woń inspirowana zapachem Chanel, Mademoiselle oraz kilkudniowe nawilżenie włosów - to właśnie przekonało mnie do zakupu. Elixir Ultime Oleo-Complexe kupiłam na stronie Friser.pl za 96.90zł (w każdej innej drogerii internetowej cena waha się od 115zł do 150zł). Do zamówienia dorzuciłam jeszcze kąpiel do włosów z tej samej serii Oleo-Complexe, Elixir Ultime. Głównie dlatego, że chciałam spróbować, a mniejsze opakowanie zawierające 80ml wydawało się być idealną ilością do dowiedzenia się, czy warto inwestować w tak drogi szampon. Moimi spostrzeżeniami na pewno podzielę się na łamach strony. 

Przyszła też odpowiednia pora na zakup nowego zapachu, dlatego zdecydowałam się na J'adore Eau de Toilette (499zł/100ml). Dawno nie zdecydowałam się na lekką i zwiewną nutę, dlatego tym razem wybór padł właśnie na takie świeże i "czyste" perfumy. Ich świeża, ale i kwiatowa woń jest przyjemną odskocznią od słodkich i ciężkich zapachów, z których jestem znana. Swoją drogą... chyba muszę Wam pokazać moją kolekcję perfum. Trochę się ich nazbierało.




Strasznie marzy mi się rozświetlacz Cushion z Sephory, ale... niestety, jest wiecznie niedostępny, dlatego nie mogłam kupić sobie nic ciekawego podczas promocji 3 za 2. Byłam wtedy w perfumerii z Agnieszką (aGwer) i w ten sposób obie skusiłyśmy się na pomadkę w gąbeczce Wonderful Cushion. Mój chwyciłam w kolorze 04 Wonderful Fuschia (39zł). Złapałam też miniaturę żelu micelarnego, bo od dawna byłam go ciekawa, a nie chciałam od razu decydować się na duży rozmiar (nie to, żebym dużych rozmiarów nie lubiła ;)). Z okazji urodzin w czerwcu dostałam też prezencik od Sephory, którym jest duo różów do policzków. Urocze i fajnie napigmentowane. 


Przyjechała do mnie też mama, która przywiozła mi dwie nowości. Kiedyś zagorzale obstawałam przy podkreślaniu brwi kredką. Teraz coraz chętniej sięgam po cień. Po długim czasie namysłu, doboru koloru i szukaniu odpowiedniej trwałości, zdecydowałam się na podwójny cień do brwi w odcieniu Taupe od Anastasia Beverly Hills. Wystarczy delikatnie oprzeć włosie pędzelka w pudrze by móc cieszyć się pigmentacją, której inne produkty mogą mu tylko pozazdrościć. 


U Marleny  wyczytałam gdzie dorwę Drying Lotion od Mario Badescu. (Dziękuję! <3) Polowałam na niego na jednej z norweskich stron przez kilka tygodni i się udało. To taki specyfik, którym bezpośrednio atakuje się zmiany skórne. Wszelkie "bomby" hormonalne, pryszcze, które paraliżują pół twarzy przy jego pomocy idą w zapomnienie. I Bóg zapłać! Wyobraźcie sobie, że wystarczyło jedno zdanie i moja mama była już kupiona. Chciała ten produkt tak samo, jak ja. Zaraz po niej wytłumaczyłam Agnieszce (tak, tak, to znowu aGwer), że też potrzebuje go w życiu i... nie mylicie się. Zamówiłam trzy buteleczki :)



Będąc podczas jednych zakupów w Biedronce, natrafiłam na kosmetyki marki Lirene. Prawdę mówiąc, z ich kolorówką nie miałam zbyt wiele do czynienia, dlatego postanowiłam skusić się na dwa produkty do makijażu twarzy. Padło na rozświetlacz oraz różo-bronzer. Oba w cenie 15.99zł. 

A na koniec creme de la creme. Oto one, pomadki Kylie Jenner we własnej osobie. Albo we własnym uosobieniu. Zdecydowałam się na jeden Lip Kit, czyli pomadkę matową z dedykowaną do niej konturówką (Koko K/29$), jedną pojedynczą pomadkę matową (Mary Jo K/17$) oraz błyszczyk (So Cute/15$). Najbardziej bolesną była cena przesyłki. Wartość jednego błyszczyka, to całkiem sporo i mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, bo jedno wiem na pewno - chcę ich więcej. Pachną, jak waniliowe ciastko, utrzymują się fenomenalnie, czerwień jest niezwykle piękna, a na dodatek nigdy nie kochałam tak błyszczyka, jak teraz. 



I to by było na tyle moich kosmetycznych nowości. Powiedzcie mi, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i czy coś szczególnie wpadło Wam w oko. Dajcie znać w komentarzach!
DO GÓRY