Showing posts with label Kylie Jenner. Show all posts

Kylie Cosmetics, Posie K vs. Inglot, Soft Precision Lipliner nr 74

Saturday, September 24, 2016 -



Dzisiaj wszystko na totalnym speedzie! Nawet sobie nie wyobrażacie, ile czasu kosztowało mnie napisanie tego postu. I nie, nie chodzi mi o czas pracy. Ślęczenie nad komputerem, pisanie zdania po zdaniu, obrabianiu i tworzeniu zdjęć. Nie! Chodzi mi o zmarnowany czas, który poświęciłam na to, aby Wielmożny Jaśnie Książę Samsung, postanowił że nadeszła pora, aby umożliwić mi skorzystanie z dobrodziejstw nowoczesnej technologii. 

Dzisiaj wrzucam Wam porównanie dwóch produktów do ust. Jednym z nich jest oczywiście pomadka Kylie Cosmetics w odcieniu Posie K. Mogliście zobaczyć jej zbliżenie oraz opinię o niej TUTAJ. Zbiera ona najwięcej Waszych komplementów, chociaż nie tylko. Zawsze dostaję pytania o to, co mam na ustach, gdy akurat decyduję się tego dnia właśnie na nią. 

/na górnej wardze Posie K, na dolnej Inglot 74/

Nie będę się dziś jednak rozwodzić kolejny raz nad tym, jakie są pomadki Kylie Cosmetics. O tym możecie poczytać w poście, który zalinkowałam Wam wyżej. Moje zdanie się od tych kilku dni nie zmieniło ;) W każdym razie, szukałam długo odpowiednika Posie K i udało mi się go znaleźć. Chociaż, niestety nie jest on tak idealny, jak mógłby być. Niestety, idealny zamiennik nie istnieje. JESZCZE. 

Jednak, kolorem który jest chyba najbardziej zbliżony do tej pomadki, jest konturówka do ust Inglota, o numerze 74. To taki sam, fiołkowy róż, który wygląda inaczej na każdym typie urody. U jednych będzie bardziej fiołkowy (mauve) a u innych wybijał będzie różowe tony. U mnie, zdecydowanie, widać ten pierwszy. Same oceńcie na zdjęciu, jak bardzo zbliżone są te odcienie. Inglot jest wyraźnie cieplejszy, ciemniejszy i idzie bardziej w kolor fiołkowy. 

Według mnie, różnica jest niewielka. Oczywiście, widać ją gołym okiem, ale... trzeba by się naprawdę upierać, żeby nie widzieć w nich podobieństwa. W każdym razie, nie mogę Wam porównać obu formuł. Wiadomym jest, że konturówka ma się nijak do matowej pomadki w płynie. Ich trwałość znacząco się różni i jestem zdania, że lepiej jest wydać 18$ na pojedynczą pomadkę od Kylie Jenner, niż 23zł na konturówkę. Mnie osobiście,  Inglot służy jako podkład pod właśnie tę matową pomadkę. 


Dodam Wam jeszcze, że chyba zrobię mały FAQ na temat zamówień pomadek od Kylie i rozwieję Wam kilka wątpliwości w temacie cła, przesyłki, obsługi klienta i tak dalej. Mam nadzieję, że będziecie takim wpisem zainteresowane. 


Oczywiście, na sam koniec zachęcam Was do wrzucenia swojego zdjęcia na Instagram i dodania hashtagu #loveyourlipsweek. Czekam na Wasze ulubione pomadki! 

Zajrzyjcie też do dziewczyn! 


I dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy w ogóle ta Posie K się Wam podoba, i czy będziecie polować na zamiennik :)

Pomadki Kylie Cosmetics - czy warto?

Tuesday, September 20, 2016 -



Produkt jest wart tyle, ile jesteś w stanie za niego zapłacić. Dlatego właśnie cena produktów zagranicznych, sygnowanych nazwiskiem gwiazd, czy celebrytów rośnie wprost proporcjonalnie do ilości informacji dostępnych na temat tej osoby w mediach. Im ciekawsze nazwisko, tym wyższa cena. Prawda stara, jak świat. 

O tym, że znani i bogaci lubują się w procesie dywersyfikacji wiadomo nie od dziś. I chwała im za to, należą się nawet pokłony. Dlaczego? Głównie dlatego, że znakomicie zdają sobie oni sprawę z faktu, że nic nie trwa wiecznie, nawet ich sława. I właśnie w tym momencie, gdy uroda przeminie, a popularność zmaleje, na ratunek budżetowi przyjdą mniejsze lub większe biznesy. 

Sprzedaż własnego wizerunku kiedyś się przeje. Przyjdzie taki czas, że nie będzie już czego wymyślać i czym przyciągać uwagę. Warto zainwestować w firmę, która będzie przynosić dochody długofalowo. 

Znakomitym posunięciem ze strony Kylie Jenner było podjęcie próby wejścia na rynek kosmetyczny. Z perspektywy "marketingowca" uważam, że jest to naprawdę wyśmienity przykład tego, jak sprawić, że plotki dadzą na sobie zarobić. Wszyscy znamy "tajemnicę" jej ponętnych i coraz większych ust. Magia chirurgii plastycznej okraszona dobrą konturówką znakomicie napędzała tabloidy do publikacji o najmłodszej z klanu. 

Marka, którą założyła, a która nosi nazwę Kylie Cosmetics specjalizuje się głównie w produkowaniu produktów do ust. Na Snapie właścicielki marki nie raz znalazły się jednak informacje, że do linii wprowadzone zostaną również kosmetyki do całego makijażu twarzy. Ta kura znosi złote jajka, a skoro jest popyt, to szkoda by było nie wykorzystać tej dobrej passy. W końcu, produkty do oczu już się znalazły, czekam na resztę. 

W szeregach marki znajdują się: mocno napigmentowane błyszczyki, pomadki metaliczne oraz tak zwane Lip Kity, które zawierają w sobie matowe pomadki oraz specjalnie dedykowane im konturówki. 

Ja w swoim zakupie zdecydowałam się na trzy produkty. Był to przede wszystkim Lip Kit w kolorze Koko K, pojedyncza pomadka w odcieniu Mary Jo K oraz błyszczyk So Cute. Jak się później okazało, dostałam zły odcień i zamiast Koko K przyleciała do mnie Posie K. Nic straconego, dzisiaj pokażę Wam wszystkie trzy odcienie matowych pomadek, jakie posiadam :)

Historia Lip Kitu Koko K jest długa i zawiła, jednak postaram się Wam ją streścić w kilku słowach. Przede wszystkim, zamawiając opakowanie zawierające pomadkę oraz konturówkę, nie spodziewałam się, że mogę zostać omyłkowo "oszukana". Na pomadce normalnie widnieje naklejka z napisem Koko K, ale po przejrzeniu "całego" Internetu, porównaniu kolorów na różnych typach urody, doszłam do wniosku, że zostałam posiadaczką koloru Posie K. I dam sobie za to rękę uciąć. W przeciwieństwie do bohatera pewnego polskiego filmu, nie stracę tej ręki. Sprawa jest już wyjaśniona z serwisem konsumenta, paczka do mnie szybko dotarła i mam teraz oba odcienie. Prawidłowe. 


/Posie K/

W każdym razie, Lip Kit kosztuje 29$ i dostajemy w zamian genialnie sunącą po ustach konturówkę, której naturalna i ciepła barwa różu sprawia, że pięknie można nią sobie powiększyć usta.  Jest neutralna i bardzo dziewczęca. Lubię ją nosić samodzielnie, bez warstwy matowej pomadki. Dzięki czemu osiągam idealny efekt na co dzień. To taki typowy kolor "my lips but better". Nie jestem w stanie porównać jej do żadnej innej konturówki dostępnej na rynku. Czegoś tak masełkowatego nie zaznałam jeszcze nigdy. Przyzwoicie się trzyma i naprawdę ją polubiłam. 

/Posie K/


/Koko K/

Matowa pomadka jest jedną z przyjemniejszych formuł dostępnych na rynku. Zaopatrzona w sprężysty aplikator pomaga dokładnie wyrysować usta i nie sprawia problemów. Jest mocno napigmentowana i jedna aplikacja w zupełności wystarcza by równomiernie, i bez prześwitów pokryć całe usta. Jej barwa, to lekko jagodowy róż zmieszany z odcieniami nazywanymi mauve (w przypadku Posie), czyli fiołkoworóżowym pigmentem oraz pudrowy, cielisty róż (w przypadku Koko). Jest bardzo komfortowa na ustach, praktycznie jej nie czuć i wytrzymuje na nich bardzo, naprawdę bardzo długo. Jestem zaskoczona, że potrafi wytrzymać jeden do dwóch posiłków. Zjada się tylko w kąciakach i robi to dyskretnie. Jej trwałość mnie zaskoczyła, bardzo pozytywnie. Oczywiście wysusza usta, jak każda matowa formuła, ale robi to znacznie mniej inwazyjnie, niż jej koleżanki po fachu. Bałam się zakochać w tych pomadkach, ale niestety tak się stało - są genialne! 

                                                                                   /Mary Jo K/

Kolor Mary Jo K (17$), który został nazwany na cześć babci Kylie Jenner, to intensywna i bardzo kobieca czerwień. Barwa ta idealnie wpisuje się w moje gusta. Czerwień jest mocna, z niebieskimi tonami, które wybielają zęby, skórę oraz podbijają kolor mojej tęczówki. Dodaje seksapilu i pewności siebie. Pozycja obowiązkowa w kosmetyczce każdej maniaczki czerwonych szminek. Ale wiecie co? Tylko ze względu na kolor. Formuła tutaj różni się od Posie K i Koko K. Jest jakby, gorsza, po prostu. Znacząco wpływa na trwałość pomadki, która robi się skorupką i jest wyczuwalna na wargach. Nawet odpada w małych płatkach w tej wewnętrznej części ust. Polecam więc używać naprawdę cieniutką warstwę i kontrolować podczas noszenia. Jednakże, ja jestem zawiedziona formułą. Kolor super, ale reszta meeh. 


Na sam koniec zostawiłam błyszczyk w odcieniu So Cute (15$), którego zakupu trochę żałuję. Nie ze względu na formułę, ponieważ ta jest naprawdę genialna. Błyszczyk ma tak mocny pigment, że wystarczy tylko jedna aplikacja by pokryć nim całe wargi. Co lepsze, kompletnie się nie klei. Naprawdę, nie ma z nim mowy o tych obrzydliwych ciągnących się z wargi do wargi błyszczykowych sklejeniach, które przywołują na myśl problemy ze ślinotokiem. Żałuję troszkę, że zdecydowałam się właśnie na ten kolor. Jest bardzo beżowy i jasny, przez co mam wrażenie, że wyglądam trochę, jakbym nie miała ust. W przyszłości na pewno zdecyduję się na kolor Literally, ale teraz moim sposobem na ten kosmetyk jest po prostu używanie mniejszej ilości produktu i odpowiednie blendowanie koloru na ustach, dzięki czemu uzyskuję satysfakcjonujący mnie efekt. Formuła jest bardzo przyjemna dla ust, wręcz nawilżająca. To idealny kosmetyk dla dziewczyn, które chcą podkreślić swój uśmiech, ale mają problem z suchymi skórkami. 


O moich innych ulubieńcach możecie poczytać tutaj:
> Najlepsza czerwona pomadka z drogerii! 
> Pomadki Laura Mercier, Velour Lovers 
> TOP 5 pomadek marki MAC

To kolejny dzień z serii #LOVEYOURLIPSWEEK
Dzisiaj odsyłam Was też do dziewczyn!

Co powiecie o tych produktach? Macie ochotę na swoje własne pomadki od Kylie Jenner? Czy nie ulegacie tej modzie? 

Kosmetyczne nowości

Saturday, July 16, 2016 -



Moje kochane! Dawno nie było żadnych nowości, prawda? Tak się cieszę, że w końcu mogę podzielić się z Wami moimi łupami z ostatnich tygodni, że sobie tego nawet nie wyobrażacie. Głównie dzieje się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie - jak każda kobieta - bywam próżna. I lubię wydawać pieniądze. Na nowe kosmetyki, to już w ogóle.

Zacznę od pielęgnacji, bo tej jest u mnie najwięcej. Kto by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu, gdy wszelkiego rodzaju kremy do twarzy omijałam szerokim łukiem? Teraz jednak poszłam po rozum do głowy i wiem, że kolagen, to sprawa indywidualna, a moje coraz większe zmarszczki mimiczne może i są urocze, i mówią o tym, że jestem ekspresyjną i dużo uśmiechającą się osobą, ale... nie oszukujmy się. Każda z nas chce cery niczym pupa niemowlaka. A do tego potrzebna jest niemała artyleria.



Krem Estee Lauder, Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Supreme, to tak naprawdę zakup dla mojej mamy. Przydał jej się nowy krem, a okazja do jego zakupu była naprawdę wyjątkowa. Jego regularna cena, to 389zł/50ml, ale nie powiem Wam za ile udało mi się go kupić, bo mnie zwyczajnie znienawidzicie i wydrapiecie mi oczy na mieście. Poprzestanę więc na informacji, że bardzo się opłacało. Sama kiedyś wypróbowałam ten krem, dlatego z przyjemnością poleciłam go mamie. I liczę, że będzie z niego tak samo zadowolona, jak kiedyś byłam ja. Spod skrzydeł koncernu Estee Lauder wyszedł jeszcze jeden produkt, dla którego - mam nadzieję - stracę głowę. Mowa bowiem o serum Advanced Night Repair. Jego cena jest jeszcze bardziej zatrważająca, niż poprzednika. Za 50ml tego cudotwórcy pani Lauder liczy sobie całe 439zł. To również była okazja nie do przegapienia, ale nie chcę, żebyście znienawidziły mnie jeszcze bardziej :) Wspominałam Wam już, że boję się zmarszczek. Dlatego wszystko co przeciwdziała oznakom starzenia i spłyca zmarszczki jest teraz bardzo w "moim stylu". Skończone 25 lat, to nie przelewki...


Maseczka do twarzy Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask, to moje kosmetyczne odkrycie życia. Nie warto inwestować w GlamGlow, takie jest moje zdanie, niestety. Mam dwie maseczki spod ich skrzydeł i prawda jest taka, że nie są w niczym nadzwyczajne. Obiecałam Wam o tym wpis i na pewno się jeszcze pojawi. Niedobra ja. Wracając do dyniowej maseczki - musicie ją mieć. Polecam poprosić o próbkę w Sephorze, bo zakochacie się w niej, tak jak ja. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie. Enzymy z dyni złuszczają martwy naskórek, a maseczka pozostawia skórę gładką i świeżą. Poza tym, jej zakup opłaca się o wiele bardziej, niż jej osławione koleżanki z gwiazdką, za które trzeba zapłacić (już!) 229zł/50ml. Pumpkin Enzyme Mask kosztuje 199zł za 150ml. Prawda, że lepiej?




Nie dalej, jak miesiąc temu rozjaśniłam włosy. Robię to regularnie od dłuższego czasu, ale mój fryzjer-magik dobrze wie, że o włosy trzeba dbać. Dlatego mój blond bardzo kontrolujemy i docieramy do niego powoli, małymi kroczkami. Muszę się Wam jednak przyznać do pewnej rzeczy: ŻADNA ZE MNIE WŁOSOMANIACZKA. Nie dbam (a właściwie nie dbałam) o moje włosy. Mam wysokoporowate, grube, gęste i niezniszczalne pasma. W dodatku jest ich dużo. aGwer mnie nienawidzi i wiecznie powtarza, że gdybym tylko o nie zadbała, to byłyby piękne. Dlatego zaczęłam przechodzić na dobrą stronę mocy. Co prawda, w dużej mierze spowodowane jest to rozjaśnianiem, które bez pytania wysusza włosy. Dlatego uzbroiłam się w kilka lepszej jakości szamponów (nie zrezygnuję z SLS-ów, inaczej mam wrażenie, że głowa jest niedomyta). Schowane głęboko w szafce maski do włosów wykorzystam, jako odżywki. A te dwa nowe produkty, które widzicie dzisiaj w nowościach, to rzeczy, na które się czaiłam i postanowiłam wypróbować. Kerastase mnie mocno intryguje. Głównie dlatego, że jest drogie, jak zboże. Kiedyś u Sylwii użyłam sobie olejku, który kupiłam niedawno i pamiętałam, że byłam nim oczarowana. Piękna woń inspirowana zapachem Chanel, Mademoiselle oraz kilkudniowe nawilżenie włosów - to właśnie przekonało mnie do zakupu. Elixir Ultime Oleo-Complexe kupiłam na stronie Friser.pl za 96.90zł (w każdej innej drogerii internetowej cena waha się od 115zł do 150zł). Do zamówienia dorzuciłam jeszcze kąpiel do włosów z tej samej serii Oleo-Complexe, Elixir Ultime. Głównie dlatego, że chciałam spróbować, a mniejsze opakowanie zawierające 80ml wydawało się być idealną ilością do dowiedzenia się, czy warto inwestować w tak drogi szampon. Moimi spostrzeżeniami na pewno podzielę się na łamach strony. 

Przyszła też odpowiednia pora na zakup nowego zapachu, dlatego zdecydowałam się na J'adore Eau de Toilette (499zł/100ml). Dawno nie zdecydowałam się na lekką i zwiewną nutę, dlatego tym razem wybór padł właśnie na takie świeże i "czyste" perfumy. Ich świeża, ale i kwiatowa woń jest przyjemną odskocznią od słodkich i ciężkich zapachów, z których jestem znana. Swoją drogą... chyba muszę Wam pokazać moją kolekcję perfum. Trochę się ich nazbierało.




Strasznie marzy mi się rozświetlacz Cushion z Sephory, ale... niestety, jest wiecznie niedostępny, dlatego nie mogłam kupić sobie nic ciekawego podczas promocji 3 za 2. Byłam wtedy w perfumerii z Agnieszką (aGwer) i w ten sposób obie skusiłyśmy się na pomadkę w gąbeczce Wonderful Cushion. Mój chwyciłam w kolorze 04 Wonderful Fuschia (39zł). Złapałam też miniaturę żelu micelarnego, bo od dawna byłam go ciekawa, a nie chciałam od razu decydować się na duży rozmiar (nie to, żebym dużych rozmiarów nie lubiła ;)). Z okazji urodzin w czerwcu dostałam też prezencik od Sephory, którym jest duo różów do policzków. Urocze i fajnie napigmentowane. 


Przyjechała do mnie też mama, która przywiozła mi dwie nowości. Kiedyś zagorzale obstawałam przy podkreślaniu brwi kredką. Teraz coraz chętniej sięgam po cień. Po długim czasie namysłu, doboru koloru i szukaniu odpowiedniej trwałości, zdecydowałam się na podwójny cień do brwi w odcieniu Taupe od Anastasia Beverly Hills. Wystarczy delikatnie oprzeć włosie pędzelka w pudrze by móc cieszyć się pigmentacją, której inne produkty mogą mu tylko pozazdrościć. 


U Marleny  wyczytałam gdzie dorwę Drying Lotion od Mario Badescu. (Dziękuję! <3) Polowałam na niego na jednej z norweskich stron przez kilka tygodni i się udało. To taki specyfik, którym bezpośrednio atakuje się zmiany skórne. Wszelkie "bomby" hormonalne, pryszcze, które paraliżują pół twarzy przy jego pomocy idą w zapomnienie. I Bóg zapłać! Wyobraźcie sobie, że wystarczyło jedno zdanie i moja mama była już kupiona. Chciała ten produkt tak samo, jak ja. Zaraz po niej wytłumaczyłam Agnieszce (tak, tak, to znowu aGwer), że też potrzebuje go w życiu i... nie mylicie się. Zamówiłam trzy buteleczki :)



Będąc podczas jednych zakupów w Biedronce, natrafiłam na kosmetyki marki Lirene. Prawdę mówiąc, z ich kolorówką nie miałam zbyt wiele do czynienia, dlatego postanowiłam skusić się na dwa produkty do makijażu twarzy. Padło na rozświetlacz oraz różo-bronzer. Oba w cenie 15.99zł. 

A na koniec creme de la creme. Oto one, pomadki Kylie Jenner we własnej osobie. Albo we własnym uosobieniu. Zdecydowałam się na jeden Lip Kit, czyli pomadkę matową z dedykowaną do niej konturówką (Koko K/29$), jedną pojedynczą pomadkę matową (Mary Jo K/17$) oraz błyszczyk (So Cute/15$). Najbardziej bolesną była cena przesyłki. Wartość jednego błyszczyka, to całkiem sporo i mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, bo jedno wiem na pewno - chcę ich więcej. Pachną, jak waniliowe ciastko, utrzymują się fenomenalnie, czerwień jest niezwykle piękna, a na dodatek nigdy nie kochałam tak błyszczyka, jak teraz. 



I to by było na tyle moich kosmetycznych nowości. Powiedzcie mi, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i czy coś szczególnie wpadło Wam w oko. Dajcie znać w komentarzach!

Wishlist - rzeczy, które zaprzątają mi głowę

Thursday, June 16, 2016 -



Zbliżają się moje urodziny,  ale ta wishlista nie powstaje w związku z tym wydarzeniem. Wręcz przeciwnie. Ostatnio rozmawiałam z aGwer i doszłam do wniosku, że potrzebuję takiego usystematyzowania moich  zachcianek. I im jestem starasza (nie tylko wiekowo, ale i mentalnie), tym mniej mam zachcianek kosmetycznych. Albo po prostu nazbierałam już tyle rzeczy, że powoli nie ma nic nowego, co zasiliłoby zbiory...

W każdym razie, same zobaczycie, że jest tutaj całkiem sporo rzeczy technicznych, czy zwykłych zachcianek, które przydadzą się w życiu codziennym. Kosmetyków dzisiaj, jak na lekarstwo! 

Blogowo

Kurs fotograficzny - potrzebuję usystematyzować moją wiedzę w temacie fotografii. Czasami robię coś na czuja, nie wiedząc do końca, jak się to nazywa. Mam też spory problem z kompozycją na zdjęciach, czasami nie mam pomysłu na fotki i ogólnie chciałabym się doszkolić. Móc zadać kilka pytań, uzyskać odpowiedzi i sprawdzić w praktyce, czy na pewno do mnie dotarło. Chciałabym, żeby ktoś powiedział mi co robię nie tak i jak to zmienić. Dlatego zamierzam (przynajmniej mam takie plany aktualnie) wybrać się na dwa-trzy kursy fotograficzne w Szczecinie. Jeśli jesteście z tych okolic, to mogę podpowiedzieć Photo-Team oraz Łukasza Brodalę. Ceny kursów nie są wysokie, to koszt średnio 179-199zł, więc kwota jest jeszcze do przełknięcia. 

Obiektyw - Marzy mi się nowy obiektyw. Nie ukrywam tego już od dawna. Kiedyś myślałam, że to body robi robotę (i w sumie, jak jest za kilka tysięcy, to robi ;)), ale dobrymi obiektywami można zdziałać cuda. Mnie marzy się Sigma 30mm 1.4, którego cena niestety na razie mnie rozbraja. 1890zł, to na razie kwota, która musi zostać odłożona. Ale prędzej, czy później będzie mój - to wiem na pewno! 

Blenda - Muszę tłumaczyć, po co w ogóle jest blenda? Chyba nie muszę. Nie chcę też się tłumaczyć, dlaczego jeszcze swojej nie mam. Planuję ten duży błąd naprawić i zaopatrzyć się w jeden egzemplarz średniej wielkości. 

Laptop - Mój laptop ma już ponad 3 lata. W świecie komputerowym, to bardzo długi czas. Można by go nazwać staruszkiem w pewnym sensie. Mimo wszystko, prawda jest taka, że wypadałoby go w końcu zmienić. Głównie dlatego, że płata mi coraz więcej figli, wiecznie się na niego wkurzam i potrzeba mi czegoś nowego. 

Kosmetycznie 

Pomadki Kylie Jenner - Zdaję sobie sprawę, że wszyscy teraz pożądają pomadek od Kylie Jenner. Mimo że nie jestem fanką rodziny Kardashianów, a umiejętności chirurga plastyka Kylie szokują mnie bardzo pozytywnie, to nadal nie dlatego chcę położyć łapki na pomadkach KJ. Lip Kity chodzą mi po głowie już od bardzo dawna. Wiem, że matowych pomadek, które są praktycznie identyczne jest na rynku sporo, ale nie oszukujmy się, płacimy tutaj też za prestiż, nazwisko, piękne opakowania i "ekskluzywność" produktu. Jego wartość podbija też fakt, że bardzo szybko się wyprzedaje. Kolory, które chciałabym mieć na własność, to: Koko K, Posie K, Dolce K, Exposed oraz Kourt K. Bardzo mocno chcę też błyszczyk So Cute. 

Perfumy - Jestem dużą miłośniczką zapachów. Często wiążę z nimi jakieś miejsca, osoby i wspomnienia. Dlatego to niezwykle ważna rzecz w moim życiu. Lubię dopasowywać zapach, jaki noszę na skórze do tego, jak się aktualnie czuję. W mojej kolekcji dna dobija Trusardi, My Name, który wymaga ponownego zakupu. Mam też bardzo dużą ochotę na Chanel Chance Eau Vive, które rozkochało mnie w sobie próbką.

Puder LA MER - mam na niego ochotę od bardzo dawna, jednak muszę się spieszyć. Z tego, jakie dotarły do mnie wiadomości, puder ten (korektor również) zostaje wycofany. Cena trochę przeraża, bo to blisko 300zł, ale 60g produktu musi to rekompensować. Poza tym, kilkukrotnie zdarzyło mi się go pomacać i moje zdanie się nie zmieniło. To puder mocno wpasowujący się w moje aktualne oczekiwania, dlatego będę musiała upolować go stacjonarnie. Być może jeszcze uda mi się go dorwać w którymś Douglasie, bo przez Internet jest to już niestety niemożliwe.

Lifestylowo

Obraz - Kolorowanki dla dorosłych, to nie moja bajka. Nie przepadam za kolorowaniem kartek, poza tym... nigdy nie byłam w stanie dokończyć tego, co zaczęłam. Jeszcze będąc dzieckiem, mama potwierdzi, kredki zdecydowanie częściej lądowały na ścianie i innych przedmiotach, niż na kartkach specjalnie do tego przeznaczonych. Z resztą, zawsze wolałam malować sama, a nie postaci z bajek Disneya. Jednak, gdy zobaczyłam ofertę marki Artimento, zapałałam do niej miłością od samego początku. Zapomniałam już, jaką radość sprawiało mi malowanie obrazów farbami i z jaką przyjemnością bym do tego wróciła. Ponadto, taki pięknie wykonany "własnoręcznie" obraz zawsze można powiesić na ścianie. Dlatego, chcę się zdecydować na któryś z wariantów. Artimento ma asortyment, który najbardziej mnie interesuje. Dwa obrazy "jesienny pocałunek" oraz "jesienna promenada", to według mnie najpiękniejsze z wyborów, na które teraz bym się mogła zdecydować. Lato się jeszcze nie zaczęło, a ja już o jesieni myślę :) 

Buty Converse - Potrzebuję nowych trampek. Tym razem jednak, będę chciała zdecydować się na podwójny zakup. Najlepszym wyjściem będzie właśnie kupienie dwóch par. Wtedy na pewno wytrzymają ze mną dłużej, niż rok. Nie wyobrażam sobie życia bez trampek, a Conversy są według mnie najlepszymi butami w tej kategorii. 

Osadnicy z Catanu - Miłością, choć malutką, do gier planszowych zaraziła mnie zaprzyjaźniona ze mną para, Karolina i Michał. Jeszcze kilka lat temu dałabym sobie rękę uciąć, że nie będę grać w planszówki. Teraz jest to według mnie jedna z fajniejszych rozrywek, zwłaszcza w gronie przyjaciół. A Osadników z Catanu pokochałam na tyle, że muszę ich teraz mieć na własność. 

Koszulka Jaroński - Potrzebuję jej koniecznie. Podoba mi się to, jak Jaroński bawi się słowem. A na sobie chętnie zobaczyłabym "zjeby od szefa", "jesteś podły" lub "odbyt" i ewentualnie "to nie miłość". Wpadajcie pod linki i sprawdzajcie, która przemawia do Was najbardziej :) 

Biżuteria - moje 25. urodziny, to nie przelewki. Ćwierćwiecze zbliża się dużymi krokami (a ja nadal czuję się, jakbym miała 18. lat). W każdym razie, rodzice dali mi pełne pole do popisu z wyborem prezentu. Decyduję się na biżuterię, chociaż jeszcze do końca nie wiem, co najchętniej bym chciała. W grę wchodzą kolczyki, łańcuszek lub pierścionek. Bardzo podoba mi się kolekcja EOS Alicji Bachledy-Curuś dla W.Kruk, jednak nie jestem do końca pewna, czy to na pewno to.


I na razie, to by było na tyle. Mam nadzieję, że sukcesywnie uda mi się wszystko to zrealizować i odhaczyć z listy. Jakie są Wasze rzeczy z wishlisty?


DO GÓRY