Showing posts with label Mario Badescu. Show all posts

Ulubieńcy ostatnich miesięcy: Burberry, Fenty Beauty, Clochee i inni

Friday, October 19, 2018 -


Dobrą passę należy wykorzystywać, dlatego dzisiaj wpadam do Was z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Dawno nie było na blogu takich wpisów, a ja uzbierałam naprawdę zacne grono kosmetyków, które mogę określić właśnie mianem ulubionych. Kompletnie się na nich nie zawiodłam i chciałabym móc je Wam dzisiaj w jakiś sposób zarekomendować, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyszedł Wam do głowy ich zakup. 

Zacznijmy od pielęgnacji i moich dwóch odkryć w tym temacie. Oba produkty, 
Tonik Mario Badescu niestety nie jest tak łatwo dostępny w Polsce, a  mój został zgarnięty za granicą. Trochę Was przepraszam, że go polecam, ale z drugiej strony sama wiem, że dla chcącego nic trudnego, więc jak mocno poszperacie, na pewno znajdziecie jakiś sklep internetowy, który go Wam sprowadzi. Zdecydowałam się na wersję z aloesem, ziołami oraz wodą różaną. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez toniku w spray'u. Po prostu. Zawsze muszę mieć kosmetyk, którym spryskam twarz po demakijażu, czy do wykonaniu makeup'u. To dla mnie już nierozerwalny krok w rutynie. Nie niszczy makijażu, ładnie odświeża i przywraca równowagę skórze. Jestem w nim absolutnie zakochana i wściekam się, że nie mogę go kupić tak po prostu od ręki! 


O zmianie w mojej pielęgnacji pisałam Wam też niedawno przy okazji prezentacji kosmetyków Clochee. Zaczęłam na dobre używać naturalnych kosmetyków i powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona z efektów, które udało mi się na razie osiągnąć. Mierzyłam sobie nawet ostatnio poziom nawodnienia skóry i wypadłam wyśmienicie, więc przynajmniej 80% tego rezultatu zawdzięczam kosmetykom. Ten, który najbardziej przypadł mi go gustu, to Clochee, Light Moisturizing-Revitalizing Cream. Bardzo szybko się wchłania i nawilża na długie godziny. Czegoś takiego mi właśnie aktualnie potrzeba, więc nie szukam nawet niczego innego. Krem-marzenie! 



W kwestiach makijażu twarzy nie byłam w stanie wybrać tylko jednego kosmetyku. Zacznę więc od mojej ukochanej bazy pod podkład, której to mam już kolejne opakowanie. Fenty Beauty Pro Filtr Instant Retouch Primer, to kosmetyk, którego nie zamienię na nic innego. Regularnie kocham ją od ponad roku i wiem, że się z nią nie rozstanę. Ma idealną konsystencję, działa jak dobry krem pielęgnacyjny i bluruje wszystkie nierówności na mojej twarzy. Nie wymagam nic więcej. Bardzo lubię ją łączyć z Fenty Beauty, Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation i choć nie czuję, żebym znalazła swój idealny match (moja szyja jest po prostu biała...), to znalazłam podkład, który prawdziwie mnie zachwycił. Mimo mocnego dystansu sprzed roku (nie byłam nim zachwycona w Barcelonie), zaczęłam go używać ponownie i kocham to, jak wygląda na mojej cerze. Wyrównuje koloryt, długo się utrzymuje i sprawia wrażenie drugiej skóry. LOVE! 
Więcej o kosmetykach Fenty możecie poczytać w osobnym wpisie na moim blogu - tutaj. 

Drugim podkładem, bez którego nie wyobrażam sobie życia, jest ukochany i wiecznie wychwalany przeze mnie Deborah Extra Mat. Podkład o naprawdę dobrym kryciu i jeszcze lepszej trwałości. Sprawdza się naprawdę super, zarówno na co dzień, jak i na większe wyjścia. Daje przyjemny, ale niepłaski mat oraz pięknie wygląda w obiektywie. Nigdy mnie nie zapchał i nigdy mnie też nie zawiódł. Jedna z lepszych pozycji w drogerii! A na promocji w Rossmannie dorwiecie go za połowę ceny, więc naprawdę warto! 



Z okazji jesieni odkurzam też ostatnio moje zapachy, które teraz będą odrobinę bardziej słodkie i duszące. Najwyżej nikt nie będzie koło mnie siadać, trudno :D Jesień i zima, to dla mnie czas słodyczy, zapachów otulających i ciepłych. Na bok idą wszystkie świeże wonie. 

Z przyjemnością sięgnęłam więc po zapach, który rozkochał mnie w sobie zeszłej jesieni. Mam tutaj na myśli Burberry My Burberry Blush EDP. Słodka, ale też równocześnie kwiatowa woń tych perfum przywodzi mi na myśl same dobre chwile. Jest stanowczo, ale też bardzo kobieco i seksownie. 


Nie wyobrażam sobie też życia bez tych gagatków wyżej. Od ponad dwóch lat nierozerwalnie kocham o tej porze roku pomadkę theBalm w kolorze Charming. To dla mnie idealny kolor na tę porę roku i nie wyobrażam sobie bez niej już życia. Jest przepiękną mieszaniną brązu, beżu i różu. Sprawdza mi się do lekkiego makijażu na co dzień i do tego mocniejszego, na większe wyjścia. 


Ostatnio bardzo sprawdził mi się również tusz do rzęs marki Artdeco Ultra Deep Black Mascara, który został zaprojektowany tak, aby docierać do wszystkich włosków. Pięknie rozdziela moje rzęsy i je unosi, dając efekt maksymalnego podkręcenia. Zawsze, gdy pytacie mnie o to, co mam na rzęsach, noszę ten tusz. Nie rozmazuje się w ciągu dnia. I mimo lekkiego osypu w ciągu dnia, wybaczam mu ze względu na długotrwały efekt! W duecie z kredką do oczu marki Deborah Kajal & Eyeliner Gel dzieją się już prawdziwe cuda! To mój ulubieniec w kwestii idealnie cielistej linii wodnej. Długo się utrzymuje (nawet w przypadku tak łzawiących oczu, jak moje) i daje piękny, matowy efekt. 

Błyszczyk Fenty Gloss Bomb, to dla mnie niemałe zaskoczenie. Spodziewałam się, że będę na niego narzekać i że okaże się być czymś niewartym uwagi. JAK BARDZO SIĘ MYLIŁAM! Jest genialny! Ma piękne drobinki i świetne właściwości nawilżające. Taki błyszczyk i masełko do ust w jednym. Znalazłam dla niego zamiennik w drogerii - wpadajcie na moje Insta (@alamakotaa), żeby dowiedzieć się, co takiego imituje go nawet lepiej, niż on sam! 



W poprzednim wpisie zdawałam Wam relację z tego, co sądzę o najnowszej serii cieni pojedynczych marki NABLA COSMETICS. Kolekcja The Matte Collection przypadła mi do gustu na tyle, że naprawdę nie używam ostatnio żadnych innych matowych cieni. Upodobałam sobie szczególnie beże i różo-fiolety, które to dla mnie nie mają sobie równych na rynku kosmetycznym. Ich formuła Hyper Matte daje wrażenie pracy z masełkiem. A intensywnie nasycone kolory - no cóż, naprawdę można się w nich zakochać! 


Nie mogłabym też nie wspomnieć tutaj o kolejnym produkcie marki Fenty Beauty, czyli KillaWatt Highlighter w kolorze Trophy Wife, który niesamowicie mocno mnie zachwycił. Rok temu nie zdecydowałam się na jego zakup, trochę bojąc się tego, co może mi zrobić na policzku. I mimo że konsultantka w Sephorze w Barcelonie mocno mnie na niego namawiała i nawet przekonała mnie po zaaplikowaniu na policzek (roztarła ten rozświetlacz tak pięknie, że nie pozostał mi po nim żaden kolor, tylko maaaaaaaasa drobinek), wciąż się bałam. Teraz już tak nie jest. To piękny kolor, który niesamowicie sprawdzi się na powiekach lub właśnie, jako taki rozświetlacz dla odważnych miłośniczek błysku. Ja się już nie przejmuję tym, co ktoś sobie pomyśli o moim makijażu i Wam też polecam takie podejście <3 


Kończę błyszcząco i mam nadzieję, że i Wam iskrzą się oczy, że Ala w końcu zaczęła dodawać wpisy ;) 
Dajcie mi koniecznie znać, czy miałyście już któryś z kosmetyków, które dzisiaj zaprezentowałam! Jestem szalenie ciekawa, czy coś Was zainteresowało! 
Czekam na Wasze komentarze! 


Moi nocni pomocnicy, czyli ulubiona pielęgnacja || Kiehl's, Shiseido, Mario Badescu

Monday, October 9, 2017 -



Moja wieczorna rutyna, to nie zawsze skupianie się na "zwykłym" nawilżeniu. Im jestem starsza i im bardziej zmienia się moje podejście do życia, tym większą uwagę zwracam na fakt, że jeśli nie zadbam o cerę teraz, to mogę się obudzić z ręką w nocniku. A tego bym bardzo nie chciała. 

Wiecie doskonale, bo już nie raz mówiłam na ten temat, że mam cerę mieszaną, ale wiecznie odwodnioną. Moja skóra pije każdą dodatkową porcję nawilżenia, jak gąbka, więc aby spłycić zmarszczki mimiczne, które już zaczynają mi się pojawiać, staram się ją nawilżać podwójnie mocno w porach wieczornych. 

Nie miewam większych problemów skórnych. Moje największe to przesuszenie i od czasu do czasu, hormonalne zmiany na twarzy w okolicach okresu. Nie oszukujmy się jednak, najwięcej tutaj do powiedzenia ma u mnie nadal sposób życia, dieta i wciąż nieuregulowane sprawy w Centralnym Urzędzie Hormonalnym. Gdy się już jednak przytrafi jakiś nieprzyjemny gagatek, walczę z nim dwoma krokami. Pierwszym z nich jest Mario Badescu, Drying Lotion, o którym już Wam kiedyś pisałam na blogu tutaj.  To punktowy produkt, który ma niszczyć pryszcz, gdy ten jeszcze do końca nie pojawił się na powierzchni skóry. Działa, ale zdecydowanie szybciej potrafi uporać się z małymi zmianami. Te większe zajmują mu więcej czasu. Nie zmienia to jednak faktu, że rzeczywiście wycisza je dużo szybciej, niż gdybym pozostawiła je same sobie. 

Gdy na twarzy wyskakuje mi pryszcz, atakuję go jeszcze jednym kosmetykiem. Co prawda, w trakcie hormonalnych zmian, moja cera ogólnie wymaga współczucia i pomocy z zewnątrz, więc nocna kuracja Kiehl's Midnight Recovery Concentrate, to strzał w dziesiątkę. Nie przeszkadza mi jego zapach, choć wiem, że są osoby, które nie przepadają za wonią lawendy. Ja jednak nie narzekam. Skóra po użyciu zawsze dziękuje mi porannym błyskiem wypoczęcia. 

W normalnych dniach miesiąca, gdy moja cera po prostu jest sucha, co kilka dni stosuję Kiehls Over-Night Biological Peel, który znajdziecie w serii dermatologicznej tej marki. To skuteczny produkt, który przez noc sprawia, że cera rano jest wypoczęta, jednolita i bardziej błyszcząca. Pozbywa się przesuszeń, które likwiduje w delikatny sposób i mimo że jest tak naprawdę czymś na zasadzie serum złuszczającego. I rzeczywiście, jest to kosmetyk, który działa na tyle mocno, że widzę różnicę, ale też na tyle delikatnie, że nie przesusza mojej skóry jeszcze bardziej - wręcz przeciwnie! 


Ostatnim krokiem jest oczywiście krem pod oczy. W tej kwestii wierna jestem moim dwóm ideałom, które kocham bez dwóch zdań i choć wciąż mam ochotę wypróbować krem pod oczy od Bobbi Brown, tak na razie zostaję przy moich perełkach. W momentach, gdy wiem, że moje okolice oka są zmęczone, napuchnięte i nie wyglądają zbyt zachęcająco, sięgam po Shiseido Bio-Performance Lift Dynamic Eye Treatment. Ta wygodna tubka sprawdza mi się zarówno w domu, jak i na wyjazdach. Jest intensywnie nawilżający i treściwy, ale lekki w swej konsystencji. Stosuję go na zmianę z Kiehl's Rosa Arctica Eye Cream, na którego właściwości nawilżające również nie mogę narzekać. Jestem zadowolona z ich działania i choć zmarszczek wokół oczu coraz więcej (no nie przeskoczę już tego :/ ), to ta doza nawilżenia, jaką gwarantują, jest wystarczająca dla osoby w moim wieku. 

Znacie któryś z kosmetyków, o których wspomniałam? Jakie są Wasze wieczorne perełki? 

Mario Badescu, Drying Lotion - sposób gwiazd na pryszcze!

Tuesday, August 16, 2016 -


Mario Badescu nie postanowił jeszcze pokazać się na polskim rynku, nad czym szczerze ubolewam. Nie ukrywam, że dobrze by było, gdyby marka ta była u nas szeroko dostępna. Dla mnie znana jest głównie z produktu, który Wam dziś przedstawię, czyli Drying Lotion. 

Kosmetyk ten ma za zadanie działać na budujące się pryszcze. Jeśli dotyka Was problem bolących, hormonalnych grudek, które paraliżują pół twarzy lub po prostu nie przepadacie za każdym jednym pryszczem, który rujnuje Wam dzień - to produkt dla Was. 


Szklana buteleczka mieści w sobie 29ml produktu, który jest ważny 24 miesiące. Kosztował mnie około 60zł. Podzielony jest na dwie części. Jedną z nich jest płyn, a drugą różowy proszek, który musi znajdować się na dnie buteleczki. W pionie, właśnie w ten sposób należy przechowywać Drying Lotion. Nie należy nim wstrząsać przed użyciem, ponieważ idea produktu jest prosta. Patyczek kosmetyczny (taki, który na co dzień wykorzystujecie do czyszczenia uszu lub poprawek w makijażu) wkładamy pionowo do buteleczki tak, aby końcówką dotknąć różowego proszku. Wyciągamy go i automatycznie aplikujemy na wyprysk. W ten sposób przenosimy proszek na pryszcza. 


Teoretycznie powinno się tego produktu używać na noc, tak aby dać mu czas do działania. Rano natomiast należy zmyć resztki proszku z twarzy. Nie miejcie jednak złudzeń. Nie zdarza się to zbyt często - jeśli lubicie się kręcić w łóżku przez sen, do rana na pewno nie zostanie zbyt wiele produktu. 
Jeśli mam być szczera, to w dni, w które nie zaprzątam sobie niczym głowy i nie noszę makijażu, nakładam produkt na tak długi czas, na jaki jestem w stanie sobie pozwolić. 

Zaognione zmiany są uspokojone, a bolące, hormonalne grudki, które paraliżują mi pół twarzy znikają w ciągu maksymalnie dwóch dni. Kosmetyk często najpierw "wyciąga" na wierzch pryszcza (i trzeba się tutaj powstrzymać, żeby przypadkiem nie bawić się w wyciskanie), który się budował, ale przy okazji sprawia, że zmiana znacznie mniej boli. Dzięki temu nie męczę się tygodniami ze zmianami skórnymi i pozbywam się ich w ciągu kilku dni. Zauważyłam też, że przy okazji zmian hormonalnych, gdy wchłaniały mi się same tygodniami, miałam gwarancję przebarwienia na ich miejscu. Dzięki Drying Lotion - problem zniknął. 


Skład: Isopropyl Alcohol, Water, Calamine, Camphor, Sulfur, Zinc, Oxide Titanium Dioxide, Talc, Glycerin, Salicylic Acid

Produkt ten ma za zadanie działać antybakteryjnie i wysuszająco. Jak wspomniałam na początku, nie jest dostępny w Polsce. Mnie udało się go kupić za pośrednictwem norweskiej strony. Mama przywiozła mi go po jakimś czasie od zamówienia. Z resztą, pokazywałam go w moim ogromnym i  w znakomitej większości luksusowym haulu zakupowym TUTAJ. 

Mario Badescu, Drying Lotion, to produkt, który jest używany przez wielu celebrytów. Ja dowiedziałam się o jego istnieniu ze Snapa Youtuberki Desi Perkins. Potem zobaczyłam go u Kylie Jenner. Obie panie cieszą się nienaganną cerą i wyglądają, jakby problem niespodzianek na twarzy ich nie dotyczył. Dlatego postanowiłam spróbować tego specyfiku. Ostatecznie jestem z niego bardzo zadowolona i mam cichą nadzieję, że prędzej czy później marka pojawi się i u nas.


A czym Wy ratujecie się w obronie przed wypryskami?

Kosmetyczne nowości

Saturday, July 16, 2016 -



Moje kochane! Dawno nie było żadnych nowości, prawda? Tak się cieszę, że w końcu mogę podzielić się z Wami moimi łupami z ostatnich tygodni, że sobie tego nawet nie wyobrażacie. Głównie dzieje się tak dlatego, że najzwyczajniej w świecie - jak każda kobieta - bywam próżna. I lubię wydawać pieniądze. Na nowe kosmetyki, to już w ogóle.

Zacznę od pielęgnacji, bo tej jest u mnie najwięcej. Kto by się tego spodziewał jeszcze kilka lat temu, gdy wszelkiego rodzaju kremy do twarzy omijałam szerokim łukiem? Teraz jednak poszłam po rozum do głowy i wiem, że kolagen, to sprawa indywidualna, a moje coraz większe zmarszczki mimiczne może i są urocze, i mówią o tym, że jestem ekspresyjną i dużo uśmiechającą się osobą, ale... nie oszukujmy się. Każda z nas chce cery niczym pupa niemowlaka. A do tego potrzebna jest niemała artyleria.



Krem Estee Lauder, Revitalizing Supreme Global Anti-Aging Supreme, to tak naprawdę zakup dla mojej mamy. Przydał jej się nowy krem, a okazja do jego zakupu była naprawdę wyjątkowa. Jego regularna cena, to 389zł/50ml, ale nie powiem Wam za ile udało mi się go kupić, bo mnie zwyczajnie znienawidzicie i wydrapiecie mi oczy na mieście. Poprzestanę więc na informacji, że bardzo się opłacało. Sama kiedyś wypróbowałam ten krem, dlatego z przyjemnością poleciłam go mamie. I liczę, że będzie z niego tak samo zadowolona, jak kiedyś byłam ja. Spod skrzydeł koncernu Estee Lauder wyszedł jeszcze jeden produkt, dla którego - mam nadzieję - stracę głowę. Mowa bowiem o serum Advanced Night Repair. Jego cena jest jeszcze bardziej zatrważająca, niż poprzednika. Za 50ml tego cudotwórcy pani Lauder liczy sobie całe 439zł. To również była okazja nie do przegapienia, ale nie chcę, żebyście znienawidziły mnie jeszcze bardziej :) Wspominałam Wam już, że boję się zmarszczek. Dlatego wszystko co przeciwdziała oznakom starzenia i spłyca zmarszczki jest teraz bardzo w "moim stylu". Skończone 25 lat, to nie przelewki...


Maseczka do twarzy Peter Thomas Roth, Pumpkin Enzyme Mask, to moje kosmetyczne odkrycie życia. Nie warto inwestować w GlamGlow, takie jest moje zdanie, niestety. Mam dwie maseczki spod ich skrzydeł i prawda jest taka, że nie są w niczym nadzwyczajne. Obiecałam Wam o tym wpis i na pewno się jeszcze pojawi. Niedobra ja. Wracając do dyniowej maseczki - musicie ją mieć. Polecam poprosić o próbkę w Sephorze, bo zakochacie się w niej, tak jak ja. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie. Enzymy z dyni złuszczają martwy naskórek, a maseczka pozostawia skórę gładką i świeżą. Poza tym, jej zakup opłaca się o wiele bardziej, niż jej osławione koleżanki z gwiazdką, za które trzeba zapłacić (już!) 229zł/50ml. Pumpkin Enzyme Mask kosztuje 199zł za 150ml. Prawda, że lepiej?




Nie dalej, jak miesiąc temu rozjaśniłam włosy. Robię to regularnie od dłuższego czasu, ale mój fryzjer-magik dobrze wie, że o włosy trzeba dbać. Dlatego mój blond bardzo kontrolujemy i docieramy do niego powoli, małymi kroczkami. Muszę się Wam jednak przyznać do pewnej rzeczy: ŻADNA ZE MNIE WŁOSOMANIACZKA. Nie dbam (a właściwie nie dbałam) o moje włosy. Mam wysokoporowate, grube, gęste i niezniszczalne pasma. W dodatku jest ich dużo. aGwer mnie nienawidzi i wiecznie powtarza, że gdybym tylko o nie zadbała, to byłyby piękne. Dlatego zaczęłam przechodzić na dobrą stronę mocy. Co prawda, w dużej mierze spowodowane jest to rozjaśnianiem, które bez pytania wysusza włosy. Dlatego uzbroiłam się w kilka lepszej jakości szamponów (nie zrezygnuję z SLS-ów, inaczej mam wrażenie, że głowa jest niedomyta). Schowane głęboko w szafce maski do włosów wykorzystam, jako odżywki. A te dwa nowe produkty, które widzicie dzisiaj w nowościach, to rzeczy, na które się czaiłam i postanowiłam wypróbować. Kerastase mnie mocno intryguje. Głównie dlatego, że jest drogie, jak zboże. Kiedyś u Sylwii użyłam sobie olejku, który kupiłam niedawno i pamiętałam, że byłam nim oczarowana. Piękna woń inspirowana zapachem Chanel, Mademoiselle oraz kilkudniowe nawilżenie włosów - to właśnie przekonało mnie do zakupu. Elixir Ultime Oleo-Complexe kupiłam na stronie Friser.pl za 96.90zł (w każdej innej drogerii internetowej cena waha się od 115zł do 150zł). Do zamówienia dorzuciłam jeszcze kąpiel do włosów z tej samej serii Oleo-Complexe, Elixir Ultime. Głównie dlatego, że chciałam spróbować, a mniejsze opakowanie zawierające 80ml wydawało się być idealną ilością do dowiedzenia się, czy warto inwestować w tak drogi szampon. Moimi spostrzeżeniami na pewno podzielę się na łamach strony. 

Przyszła też odpowiednia pora na zakup nowego zapachu, dlatego zdecydowałam się na J'adore Eau de Toilette (499zł/100ml). Dawno nie zdecydowałam się na lekką i zwiewną nutę, dlatego tym razem wybór padł właśnie na takie świeże i "czyste" perfumy. Ich świeża, ale i kwiatowa woń jest przyjemną odskocznią od słodkich i ciężkich zapachów, z których jestem znana. Swoją drogą... chyba muszę Wam pokazać moją kolekcję perfum. Trochę się ich nazbierało.




Strasznie marzy mi się rozświetlacz Cushion z Sephory, ale... niestety, jest wiecznie niedostępny, dlatego nie mogłam kupić sobie nic ciekawego podczas promocji 3 za 2. Byłam wtedy w perfumerii z Agnieszką (aGwer) i w ten sposób obie skusiłyśmy się na pomadkę w gąbeczce Wonderful Cushion. Mój chwyciłam w kolorze 04 Wonderful Fuschia (39zł). Złapałam też miniaturę żelu micelarnego, bo od dawna byłam go ciekawa, a nie chciałam od razu decydować się na duży rozmiar (nie to, żebym dużych rozmiarów nie lubiła ;)). Z okazji urodzin w czerwcu dostałam też prezencik od Sephory, którym jest duo różów do policzków. Urocze i fajnie napigmentowane. 


Przyjechała do mnie też mama, która przywiozła mi dwie nowości. Kiedyś zagorzale obstawałam przy podkreślaniu brwi kredką. Teraz coraz chętniej sięgam po cień. Po długim czasie namysłu, doboru koloru i szukaniu odpowiedniej trwałości, zdecydowałam się na podwójny cień do brwi w odcieniu Taupe od Anastasia Beverly Hills. Wystarczy delikatnie oprzeć włosie pędzelka w pudrze by móc cieszyć się pigmentacją, której inne produkty mogą mu tylko pozazdrościć. 


U Marleny  wyczytałam gdzie dorwę Drying Lotion od Mario Badescu. (Dziękuję! <3) Polowałam na niego na jednej z norweskich stron przez kilka tygodni i się udało. To taki specyfik, którym bezpośrednio atakuje się zmiany skórne. Wszelkie "bomby" hormonalne, pryszcze, które paraliżują pół twarzy przy jego pomocy idą w zapomnienie. I Bóg zapłać! Wyobraźcie sobie, że wystarczyło jedno zdanie i moja mama była już kupiona. Chciała ten produkt tak samo, jak ja. Zaraz po niej wytłumaczyłam Agnieszce (tak, tak, to znowu aGwer), że też potrzebuje go w życiu i... nie mylicie się. Zamówiłam trzy buteleczki :)



Będąc podczas jednych zakupów w Biedronce, natrafiłam na kosmetyki marki Lirene. Prawdę mówiąc, z ich kolorówką nie miałam zbyt wiele do czynienia, dlatego postanowiłam skusić się na dwa produkty do makijażu twarzy. Padło na rozświetlacz oraz różo-bronzer. Oba w cenie 15.99zł. 

A na koniec creme de la creme. Oto one, pomadki Kylie Jenner we własnej osobie. Albo we własnym uosobieniu. Zdecydowałam się na jeden Lip Kit, czyli pomadkę matową z dedykowaną do niej konturówką (Koko K/29$), jedną pojedynczą pomadkę matową (Mary Jo K/17$) oraz błyszczyk (So Cute/15$). Najbardziej bolesną była cena przesyłki. Wartość jednego błyszczyka, to całkiem sporo i mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, bo jedno wiem na pewno - chcę ich więcej. Pachną, jak waniliowe ciastko, utrzymują się fenomenalnie, czerwień jest niezwykle piękna, a na dodatek nigdy nie kochałam tak błyszczyka, jak teraz. 



I to by było na tyle moich kosmetycznych nowości. Powiedzcie mi, czy miałyście do czynienia z tymi produktami i czy coś szczególnie wpadło Wam w oko. Dajcie znać w komentarzach!
DO GÓRY