Artdeco, kolekcja Summer Breeze

Monday, August 29, 2016 -



W poprzednich wpisach z recenzjami produktów Artdeco, wspominałam Wam, że są to jedne z lepszych kosmetyków, z jakimi miałam do czynienia. Dlatego, sama sobie się dziwię, że dawniej omijałam tę markę i zaglądałam do jej asortymentu naprawdę rzadko. Wam też radzę zmienić podejście, jeśli do tej pory było podobne do mojego. 

Dzisiaj pokażę Wam za to trzy produkty do ust, które śmiało, z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Zacznijmy od olejku!






Olejek do ust, Glossy Lip Oil (58.50zł) to produkt przeznaczony dla posiadaczek suchych ust. Nie jest w pełni transparentny i pozostawia delikatny kolor, nadając wargom pięknej barwy. Mój odcień, to 04 Red Pop. Jak widzicie na zdjęciach, nadaje on ustom lekki połysk i sprawia, że wyglądają na optycznie powiększone. Efekt tafli wody utrzymuje się na ustach przyzwoicie. Godzinka z hakiem, bez jedzenia, to całkiem sporo, jak na olejek do ust. Oczywiście, nie wytrzymuje prób jedzeniowych, to normalne. Nie przebija niestety mojego ukochanego Clarinsa, Instant Light Lip Comfort Oil, ale jest chyba jednym z lepszych zamienników na rynku. Nie skleja warg i - co najważniejsze - nawilża usta. Robi to dzięki formule urozmaiconej o olejek z pestek malin.





W kolekcji Summer Breeze, która stawia przede wszystkim na usta, znalazły się też nowe pomadki,  Liquid Lipstick.Long-Lasting. Posiadam dwa odcienie z gamy ośmiu dostępnych kolorów. 18 Rose Desire, czyli przybrudzony róż, który nada się na co dzień oraz 28 Berry Affair, który jest idealną mieszaniną tonów nude z jagodowymi odcieniami jesieni. Formuła jest bardzo komfortowa i przyjemnie sunie po ustach. Jest niesamowicie mocno napigmentowana i naprawdę, wystarczy jej odrobina, żeby pokryć wargi jednolitym kolorem. Długo się utrzymuje, a mocny pigment wgryza się w usta, dzięki czemu nawet, gdy znika, nie wygląda źle. Jedyny minus? Aplikator. Według mnie, jest zbyt przekombinowany. Dziwnie ścięte kopytko nie pozwala na proste i bezproblemowe wyrysowanie ust. Według mnie wyciąga zbyt dużą ilość produktu, a jego kanciastość przysparza problemów przy tworzeniu konturu. 

Wpadnij przeczytać o:

Podobają się Wam te produkty? Też nie możecie się doczekać jesieni, żeby zaszaleć z kolorami na ustach? 


KOSMETYCZNE CMENTARZYSKO #1 Produkty do ust

Friday, August 26, 2016 -


Moje drogie! 

Już, po paru perturbacjach w końcu jestem w stanie zaprezentować Wam najnowszy film na YT. 

Gwoli ścisłości na początku muszę Wam się do czegoś przyznać. Otóż, jestem kompletnie niezadowolona z jakości dźwięku na początku i na końcu filmu. Nie wiedzieć czemu, mój aparat wychwytuje wtedy dziwne szumy (czyżby demony?:P). W każdym razie, postaram się jakoś temu zaradzić, poszperać i poszukać rozwiązania. 

Jednak, przy poprzednich filmach nie przeszkadzało Wam to aż tak mocno, więc mam nadzieję, że wytrzymacie to i teraz. Liczy się w końcu treść. A tej jest dzisiaj dużo. I długo. 

Do przerobienia miałam ponad 100 produktów do ust. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że wyszło tego aż tyle. Myślałam, że mam w swoich zbiorach nie więcej, jak pięćdziesiąt pomadek. Troszkę się zdziwiłam ;) 

Mam też w planach zrobić podobne czystki w każdej kategorii produktów, jakie posiadam. Mam tutaj na myśli jeszcze: podkłady, korektory, bronzery, róże, rozświetlacze, pudry, cienie w kremie, paletki, maskary... Boli mnie serce na samą myśl, ale przez te wszystkie lata blogowania zrobił się ze mnie chomik, który kupuje rzeczy, żeby je "mieć". Dość tego dobrego ;) 

Zapraszam Was mimo wszystko do obejrzenia mojej kolekcji, jeśli chcecie się dowiedzieć, jakie produkty zostawiłam, a jakie poszły do pudełeczka z kosmetykami do oddania. No i jeśli chcecie się dowiedzieć, jak śpiewam sobie pod nosem - zapraszam na bloopersy ;)


Wystarczy kliknąć w zdjęcie powyżej. Link przekieruje Was na YouTube! 




Sephora, Wonderful Cushion

Saturday, August 20, 2016 -


Pomadki, to mój konik. Dobrze o tym wiecie, że moja kolekcja wiecznie się powiększa i raczej nie wydaje się, że kiedykolwiek przestała to robić. 

Podczas jednych z zakupów w Sephorze, postanowiłam skorzystać z promocji na produkty własne perfumerii. W trzy za dwa capnęłam jeszcze kilka rzeczy, ale dzisiaj opowiem tylko o jednej. Całe niedawne zakupy możecie zobaczyć TUTAJ

Lubię intensywne kolory na ustach i to po nie najcześciej sięgam. Odcienie nude oczywiście mają miejsce w moim sercu, jednak jeśli mam być szczera, to zdecydowanie częściej zobaczycie mnie z konkretnymi ustami, zwracających na siebie uwagę. 


Podobno psychologiczny trik dotyczący ust polega na tym, że jeśli pomalujemy je intensywnie, rozmówcy będą nas słuchać. 

Nowa seria pomadek Sephory, która nosi nazwę Wonderful Cushion, to produkty inspirowane wschodnim trendem w kosmetyce. Wszelkie poduszeczki i gąbeczki są teraz bardzo na czasie, a producenci prześcigają się w tworzeniu nowych, zaskakujących produktów. Kolor, na który się zdecydowałam, to numer 04 Wonderful Fuschia. 

Śmieszny aplikator, to sprężysta gąbeczka, która pozwala na uzyskanie efektu rozmytych ust. Jeśli znajomy Wam jest blur na zdjęciach, to możecie go teraz uzyskać na żywo. Intensywny kolor fuksji, która ożywia makijaż, dodaje także świeżości całemu lookowi. Tubka jest bardzo łatwa w obsłudze i nie sprawia problemów przy wyciskaniu odpowiedniej dozy produktu. W środku znajduje się 9ml produktu, za który w regularnej cenie trzeba zapłacić 39zł. 



Podoba mi się taki efekt, będzie idealny na imprezy lub większe wyjścia, jeśli nie chcemy bawić się w idealne wyrysowywanie ust, a mimo to nie chcemy rezygnować z pięknego i intensywnego koloru warg. 

Zakochałam się w niej na tyle, że już wiem, że na jednej się nie skończy. Zjada się równomiernie, nie transferuje się z ust i ma przyzwoitą trwałość. Rozmycie przy matowym kolorze daje naprawdę przyjemny efekt. 

Macie już swoją Wonderful Cushion?

HOT! Nowości marki Mary Kay i pierwsze wrażenie!

Wednesday, August 17, 2016 -


Dziś rano do drzwi zadzwonił kurier. Nie spodziewałam się żadnej przesyłki, więc nie wiedziałam nawet, na co się nastawiać. W środku znalazłam nowości marki Mary Kay. Z głównym focusem na usta! Czy to w moim stylu? Jak najbardziej! Na samym wstępie powiem tylko, że jest to szybki przegląd nowości z pierwszym wrażeniem. Nic więcej. 



Od lewej strony kolejno: balsam oraz peeling

Zacznę może od tych mniej kręcących mnie produktów. Głównie dlatego, że aktualnie nie narzekam na stan moich warg. Pewnie, jak przyjdzie jesień, to z przyjemnością sięgnę po zestaw Satin Lips White Tea & Citrus (2x8g, 118zł). W jednej tubce znajduje się gęsty balsam do ust nazwany Shea Butter Balm. W drugiej tubce znajduje się Shea Sugar Scrub, czyli peeling cukrowy, który pomoże wyzbyć się wszelkich suchych skórek. Na pierwszy rzut oka mogę Wam powiedzieć, że odpowiadają mi smakiem i zapachem. Są delikatnie słodkie, przyjemnie cytrusowe i świeże. Sam peeling do ust nie ma zbyt wielkich drobinek i ma przyjemną konsystencję, dzięki czemu łatwo rozprowadzić go równomiernie i zetrzeć martwy naskórek. 



O tym, że prawdziwa ze mnie Highlight Queen chyba wiadomo. Kocham rozświetlacze we wszelkiej formie, więc nie trzeba mnie do nich specjalnie namawiać. Gdy zobaczyłam tę nowość, oczywiście ogromnie się ucieszyłam. Glowing Finish, Illuminating Stick w kolorze Gold (65zł), to sztyft, który pozwala na uzyskanie złotego glow. Wklepany palcem prezentuje się na twarzy, tak jak widzicie to na zdjęciu. Co prawda, ma w sobie większe i mniejsze drobinki, więc jeśli nie lubicie brokatu, odpuśćcie go sobie. Mnie to jednak nie przeszkadza. Wyglądem przypomina kremowy rozświetlacz z NYXa, który również ma w sobie mieszaninę różnych wielkości drobinek. 



Najmniej po drodze mi z eyelinerem w kolorze Jade (49zł), który wystaje mocno z mojej strefy komfortu. Nie jestem przekonana do tego, żeby zielony dobrze mi się nosił, ale może jesienią po niego sięgnę. Na razie nie spisuję go na straty.


Od lewej: konturówki do ust Medium Nude, Coral oraz eyeliner Jade

Automatyczne konturówki do ust w kolorach Coral oraz Medium Nude (49zł), to produkty dedykowane najnowszym trendom, które będą panować podczas jesieni. Mają wyjątkowo małe opakowanie, dzięki czemu zaoszczędzają miejsca podczas przechowywania. Na końcu zatyczki, ukryta została malutka temperówka, która służy do poprawiania kształtu kredki. W praktyce chodzi o to, aby móc za każdym razem pomalować usta ostro zakończonym sztyftem. 


Najnowsze pomadki Gel Semi-Matte Lipstick zaskoczyły mnie niesamowicie. Z jednej strony, już samo opakowanie jest szalenie ciekawe. Co prawda, pozbyłabym się przezroczystego szkiełka na górze, które ma służyć, jako możliwość zajrzenia do środka bez otwierania pomadki. Jednakże, jednolite opakowanie bardziej wpisywałoby się w mój gust. Dwa warianty kolorystyczne, jakie Wam przedstawiam, to kolor Bashful You, czyli beżowy, perfekcyjny nude oraz Powerful Pink, który jak sama nazwa wskazuje, jest wyjątkowo potężny w swym odbiorze. Oba na ustach podobają mi się niezmiernie i w obu czuję się  wyśmienicie. Dają przyjemną ilość pigmentu na ustach, łatwo po nich suną i zostawiają satynowe wykończenie. Znów w sam raz na jesień! 



Przy okazji możecie też poczytać o:


A jak Wam podobają się nowości Mary Kay? Wpadło Wam coś w oko?

Mario Badescu, Drying Lotion - sposób gwiazd na pryszcze!

Tuesday, August 16, 2016 -


Mario Badescu nie postanowił jeszcze pokazać się na polskim rynku, nad czym szczerze ubolewam. Nie ukrywam, że dobrze by było, gdyby marka ta była u nas szeroko dostępna. Dla mnie znana jest głównie z produktu, który Wam dziś przedstawię, czyli Drying Lotion

Kosmetyk ten ma za zadanie działać na budujące się pryszcze. Jeśli dotyka Was problem bolących, hormonalnych grudek, które paraliżują pół twarzy lub po prostu nie przepadacie za każdym jednym pryszczem, który rujnuje Wam dzień - to produkt dla Was. 


Szklana buteleczka mieści w sobie 29ml produktu, który jest ważny 24 miesiące. Kosztował mnie około 60zł. Podzielony jest na dwie części. Jedną z nich jest płyn, a drugą różowy proszek, który musi znajdować się na dnie buteleczki. W pionie, właśnie w ten sposób należy przechowywać Drying Lotion. Nie należy nim wstrząsać przed użyciem, ponieważ idea produktu jest prosta. Patyczek kosmetyczny (taki, który na co dzień wykorzystujecie do czyszczenia uszu lub poprawek w makijażu) wkładamy pionowo do buteleczki tak, aby końcówką dotknąć różowego proszku. Wyciągamy go i automatycznie aplikujemy na wyprysk. W ten sposób przenosimy proszek na pryszcza. 


Teoretycznie powinno się tego produktu używać na noc, tak aby dać mu czas do działania. Rano natomiast należy zmyć resztki proszku z twarzy. Nie miejcie jednak złudzeń. Nie zdarza się to zbyt często - jeśli lubicie się kręcić w łóżku przez sen, do rana na pewno nie zostanie zbyt wiele produktu. 
Jeśli mam być szczera, to w dni, w które nie zaprzątam sobie niczym głowy i nie noszę makijażu, nakładam produkt na tak długi czas, na jaki jestem w stanie sobie pozwolić. 

Zaognione zmiany są uspokojone, a bolące, hormonalne grudki, które paraliżują mi pół twarzy znikają w ciągu maksymalnie dwóch dni. Kosmetyk często najpierw "wyciąga" na wierzch pryszcza (i trzeba się tutaj powstrzymać, żeby przypadkiem nie bawić się w wyciskanie), który się budował, ale przy okazji sprawia, że zmiana znacznie mniej boli. Dzięki temu nie męczę się tygodniami ze zmianami skórnymi i pozbywam się ich w ciągu kilku dni. Zauważyłam też, że przy okazji zmian hormonalnych, gdy wchłaniały mi się same tygodniami, miałam gwarancję przebarwienia na ich miejscu. Dzięki Drying Lotion - problem zniknął. 


Skład: Isopropyl Alcohol, Water, Calamine, Camphor, Sulfur, Zinc, Oxide Titanium Dioxide, Talc, Glycerin, Salicylic Acid

Produkt ten ma za zadanie działać antybakteryjnie i wysuszająco. Jak wspomniałam na początku, nie jest dostępny w Polsce. Mnie udało się go kupić za pośrednictwem norweskiej strony. Mama przywiozła mi go po jakimś czasie od zamówienia. Z resztą, pokazywałam go w moim ogromnym i  w znakomitej większości luksusowym haulu zakupowym TUTAJ. 

Mario Badescu, Drying Lotion, to produkt, który jest używany przez wielu celebrytów. Ja dowiedziałam się o jego istnieniu ze Snapa Youtuberki Desi Perkins. Potem zobaczyłam go u Kylie Jenner. Obie panie cieszą się nienaganną cerą i wyglądają, jakby problem niespodzianek na twarzy ich nie dotyczył. Dlatego postanowiłam spróbować tego specyfiku. Ostatecznie jestem z niego bardzo zadowolona i mam cichą nadzieję, że prędzej czy później marka pojawi się i u nas.


A czym Wy ratujecie się w obronie przed wypryskami?

theBalm, Meet Matt(e) Hughes w kolorze Charming

Saturday, August 13, 2016 -



Kolejna pomadka w moich zbiorach i kolejny mat. Upodobałam sobie właśnie takie pomadki i nie ma zmiłuj, nikt mi nie powie, że jest coś lepszego. Tym razem, za namowami Agnieszki zdecydowałam się na produkt marki theBalm. 



Nie ukrywam, że dopiero rozpoczynam zabawę z tą marką i nie czuję się ekspertem. Jednak, jak na posiadanie dwóch palet z theBalm, jestem zadowolona 2/2. O In the Balm of your hand możecie poczytać TUTAJ. Na blogu znajdziecie też recenzję paletki Meet Matt(e) Trimony (KLIK).


Pomadki theBalm dostaniecie stacjonarnie w perfumerii Douglas. W opakowaniu mieści się 7,4 ml produktu, za który trzeba zapłacić 64.90zł. Dodatek miętowego aromatu sprawia, że dają naprawdę przyjemny efekt na ustach, zwłaszcza latem, gdy odrobina świeżości jest w cenie. Nie mylcie jednak tego aromatu z mentolem, którego nienawidzę i naprawdę, ciarki mnie przechodzą, jak sobie pomyślę, że dziewczyny używają Carmexu zimą. Przecież to nienormalne! 





W każdym razie, pomadka zaopatrzona jest w standardowy aplikator, który pozwala na ładne wyrysowanie warg, nawet jeśli nie zaaplikowałyście wcześniej konturówki.  Kolor Charming, który Wam dzisiaj prezentuję, to neutralny kolor, który jest mieszaniną brązu, beżu, różu i odrobiny fioletu. Spisze się idealnie przy każdym typie urody.

Pomadki są trwałe, ale nie jest to mistrzostwo świata. Jednak, bardzo mi się ten odcień podoba i uważam, że jest mi w nim do twarzy. Kolor Charming jest chyba jednym z najchętniej wybieranych podczas zakupów. Nie bez powodu - w końcu jest śliczny!

O tej i kilku innych nowych pomadkach możecie przeczytać w nowościach kosmetycznych!
Przepiękna, słoneczna kolekcja Artdeco i cudowna czerwona pomadka!
Rozczarowanie z "matową" pomadką Maybelline!

Znacie pomadki theBalm? Jak podoba się Wam ten kolor na moich ustach?



Najlepsza maseczka, jaką kiedykolwiek miałam! Pumpkin Enzyme Mask, Peter Thomas Roth

Wednesday, August 10, 2016 -


Podobno pan Peter w młodości miał bardzo duże problemy ze skórą. Postanowił jakoś temu przeciwdziałać, dlatego dzięki niemu powstały maseczki, które możecie znaleźć w asortymencie jego marki. 

Przyznam szczerze, że kiedyś kompletnie nie było mi z maseczkami po drodze. Niespecjalnie miałam na nie ochotę i czas. Nigdy nie widziałam sensu w ich używaniu. Wiecznie, ale to wiecznie znajdowałam wymówkę. Z biegiem lat nauczyłam się jednak, że warto po nie czasami sięgnąć. Że są to produkty, które mają ogromny wpływ na stan naszej cery i wyśmienicie sprawdzają się w roli wspomagaczy walki o gładką i zdrowo wyglądającą skórę.


Przygoda z maseczkami GlamGlow nie jest najlepszą z możliwych. Niebieską, nawilżającą, lubię tylko wtedy, gdy używam jej zaraz po zmyciu tej, o której mowa będzie dzisiaj. Otóż, Pumpkin Enzyme Mask, to teoretycznie maseczka skierowana do skóry dojrzałej. Jak dla mnie, sprawdzi się u każdej posiadaczki cery, która wymaga większego zaangażowania w zniwelowanie uporczywych, suchych skórek. 


Jest tak zwanym trzy w jednym. Łączy w sobie właściwości peelingu enzymatycznego (enzymy pozyskane z dyni), złuszcza dzięki zawartości kwasu AHA oraz wygładza przy pomocy tlenku aluminium. Najpierw należy nałożyć odrobinę maseczki (nie trzeba przesadzać z jej ilością, to ile widzicie na moich palcach spokojnie wystarcza na pokrycie połowy twarzy). Wmasowujemy tę ilość delikatnie w skórę, dzięki czemu lekko peelingujemy skórę. I zostawiamy na kilka do kilkunastu minut.

Na początku piecze i podrażnia. Jednak dość szybko odpuszcza. Po zmyciu sporą ilością wody (nie polecam zmywania wacikami i micelem, niepotrzebnie się narobicie), pozostawia skórę gładką, błyszczącą i napiętą. Zdecydowanie odmłodzoną. Nie nada się dla osób z cerą naczynkową lub z uczuleniami na enzymy. Mnie jednak efekt bardzo się podoba i brak mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo kocham ten produkt. Pachnie pierniczkami, jesienią i ciepłą herbatą. Jej zapach potrafi przenieść w zacisze ciepłej kawiarni, gdzie siedzimy w wygodnym fotelu, popijamy korzenną kawę z przyjaciółką i patrzymy, jak za oknami mokną ludzie.



Naprawdę opłaca się ją kupić. Za 150ml produktu musicie zapłacić 199zł (korzystajcie ze zniżek w perfumerii!). Jej ważność to 24 miesiące, w sam raz na wyrobienie się ze zużyciem tego gigantycznego opakowania. Jednak przy tym, jak wydajny jest ten produkt - naprawdę warto się na niego skusić. A jeszcze, jak dodamy sobie do tego jego cudowne właściwości, niczym woda z Lichenia - warto jeszcze bardziej! 

Nie muszę Wam chyba przypominać, że GlamGlow kosztuje 229zł za 50ml. A efekt? Przykro mi, pan Peter Thomas Roth robi to zdecydowanie lepiej! 

Jaka jest Wasza ulubiona maseczka? 

NYX, BORN TO GLOW, Face Illuminator

Monday, August 8, 2016 -


Rozświetlacze, to moja religia! Kocham, po prostu kocham wszystko, co mieni się tysiącem iskierek na policzkach, pod łukiem brwiowym, w wewnętrzny kąciku i nad górną wargą. Kocham błysk i jeśli mnie znacie, to wiecie, że mam z tym niemały problem. Na szczęście, jest to bardzo przyjemny problem. 

Głównie decydując się na tego typu produkty, chwytam po prasowane pudry, które są mocno zmielone i dają efekt przyjemnej tafli. Raczej w ciepłych tonacjach. Jednak, gdy zobaczyłam produkt od NYXa, czyli BORN TO GLOW Face Illuminator w kolorze Sunbeam, który jest płynnym rozświetlaczem - podskoczyłam z radości. 


Musiał być mój i szybko go dorwałam. Nie powiem Wam jednak, jaka jest jego regularna cena, bo tego zwyczajnie nie pamiętam, a z racji braku sklepu internetowego - nie sprawdzę tej informacji za Was. Jest to jednak okolica 30-40zł. Tubka mieści w sobie 18ml płynnego blasku.

Można go używać na trzy sposoby. Jednym z nich jest wymieszanie go z odrobiną podkładu, którego używacie normalnie. Dzięki temu uzyskacie  efekt bardziej rozświetlonego i naturalnego makijażu. Można go też nałożyć tylko na szczyty kości policzkowych i w miejsca, które chcecie, aby były rozświetlone. Jego prawie mokry efekt daje naprawdę piękną taflę. Jednak sprawdzi się też genialnie, jako baza pod prasowany rozświetlacz. Tylko ta ostatnia metoda jest skierowana raczej dla dużych miłośniczek błysku na twarzy. 


Po wyciśnięciu odrobiny z tubki widać, że w środku jest całkiem sporo drobinek, które są mniej lub bardziej zmielone. Niestety te większe potrafią czasami przebić, jednak przy odpowiednim rozblendowaniu (ja nakładam BORN TO GLOW przy pomocy beautyblendera), da się sprawić, że efekt będzie naturalny na tyle, na ile można.

Na ręce widzicie po lewej stronie swatch w większej ilości produktu oraz rozblendowany rozświetlacz po prawej. 



Jest bardzo wydajny i napigmentowany. Odrobina wystarczy, że blask policzka był cudowny. Jego różowo-srebrne tony są neutralne, ale raczej w kierunku chłodnych. Dlatego, jeśli nie jesteście fankami takiego efektu na twarzy, nie sięgajcie po niego. 

Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona. Czasami używam go samodzielnie, czasami jako bazę pod prasowany rozświetlacz. Dla mnie, miłośniczki błysku, jest superproduktem! Mam ochotę jeszcze na inne kolory. 

O rozświetlaczach, które skradły moje serce pisałam już na blogu:



Jaki jest Wasz ulubiony rozświetlacz?

BECCA, Shimmering Skin Perfector Pressed, MOONSTONE

Friday, August 5, 2016 -



Ile ja się nasłuchałam i naoglądałam pozytywnych opinii o rożswietlaczu marki BECCA, w odcieniu Moonstone. Jest on przecież jednym z ulubionych odcieni Nikkie Tutorials, którą bardzo lubię oglądać. Na jej licu błyszczał się, jak wiecie co i komu. Sądziłam więc, że zapałam do niego podobną miłością i będę tylko rozpływać się w zachwytach. Niestety nie będzie w tym wpisie na jego temat żadnych ochów i achów. Jest mi niezmiernie przykro powiedzieć, że ten rozświetlacz, to bubel. 

Dlaczego? Już spieszę Wam wszystko wyjaśnić. Otóż, w ogóle nie widać go na policzku! To tyle, ile musicie wiedzieć. Do zobaczenia w kolejnym wpisie! 



Ha! Chyba nie myślałyście, że zostawię Was z taką zdawkową informacją ;) Nie, nie. Rozświetlacz ten, na razie jest jeszcze trudno dostępny. Dzieje się tak, ponieważ można go dostać jedynie przez Internet. Jego kosmicznie ładne opakowanie, to niestety jedyny pozytyw. Oczywiście, puzderko łączy w sobie delikatny i satynowy mat oraz metalowe wykończenia. Podoba mi się i jest bardzo w moim guście - brawo! Jednak, po otwarciu okazuje się, że w środku nie mamy nic specjalnego. Beżowo-złoty rożswietlacz wydaje się być idealnie drobno zmielony, po nabraniu swatchy na place ma się wrażenie, że jest istnym masełkiem. Jednak, podczas nakładania produktu na twarz okazuje się... że nic nie widać. Dokładam, dokładam i dokładam. I nadal nic nie widać. To co widzicie na zdjęciach, to efekt po dwóch solidnych aplikacjach. GDZIE JEST TEN GLOW? Ja się pytam. GDZIE?


Aż mam ochotę Wam powiedzieć "gdzie". Powstrzymam się. 
Mogę Wam jedynie odradzić jego zakup. Zdecydowanie, z pełną odpowiedzialnością mówię, że Wibo, Diamond Illuminator, czy rozświetlacz z MySecret, to produkty, do którym Moonstone nawet do pięt nie dorasta. Kto by uwierzył! 



Na koniec jednak mała i dobra informacja. Nie wiem, czy wiecie, ale krążą plotki, że... BECCA ma wejść do polskiej Sephory. Na pewno Was o tym poinformuję, jeśli ta wiadomość okaże się prawdą. Bardzo bym sobie tego życzyła, ponieważ nie mogę wyjść z podziwu, jak dużym zainteresowaniem cieszy się odcień Champage Pop, który powstał przy współpracy z Youtuberką Jaclyn Hill. Zdarzyło mi się też używać kilku płynnych rozświetlaczy z tej marki i powiem szczerze, że wyglądają one po prostu bosko! Jako maniaczka rozświetlaczy wiem, że będzie to dla mnie koniec ;) 

O rozświetlaczach, które skradły moje serce pisałam już na blogu:
Tanie i genialne rozświetlacze (Wibo, Bell, Lovely)

Jaki jest Wasz ulubiony rozświetlacz? 

DO GÓRY