Showing posts with label Essence. Show all posts

Moje ulubione kosmetyki ostatnich tygodni || Chiodo, Blend it, Essence, NARS, Rituals i inni

Monday, May 22, 2017 -

ulubiency-kosmetyczni

O maseczkach COSRX, Holy Moly Snail Mask pisałam Wam przy okazji ostatniego przeglądu pielęgnacyjnego z Azji. Staram się wybierać produkty mądrze i chciałabym dzielić się z Wami informacjami na tematy tych, na które naprawdę warto zwrócić uwagę. A właśnie na to zasługuje ta maseczka. O mucynie śluzu ślimaka pisałam we wpisie, do którego zalinkowałam w nazwie maseczki, ale przypomnę Wam tylko szybko, że to naprawdę superprodukt nawilżający. Na bok odstawcie swoje obrzydzenie (które łapie też i mnie), gdy myślicie o śluzu i ciągnącym się glutku. Mamo, jak to nawilża! Skóra jest gładka i napięta po kilkunastominutowym relaksie z tym produktem, więc liczę, że znajdziecie dla niego miejsce w swojej pielęgnacji. 

Rituals, to marka, którą do tej pory potrafiłam dorwać tylko na strefie bezcłowej na lotniskach. Cudowne produkty do pielęgnacji ciała w końcu są już w naszej Sephorze i bez problemu można je kupić w każdej chwili. Rituals of Sakura, to pianka w żelu pod prysznic /38zł/100ml/, która jest bardzo gęsta i fantastycznie się sprawdza podczas brania szybkiego prysznica. Przy okazji jest wydajna i pięknie pachnie, a zapach ten na długo utrzymuje się na skórze. Polecam serdecznie. Nie mogę też zapomnieć o peelingu Good Luck Scrub /86zł/450ml/, którego składem rządzi energizująca słodka pomarańcza i drzewo cedrowe. Każda miłośniczka cukrowych peelingów do ciała, które mają w sobie mnóstwo dobroczynnych olejków będzie zachwycona. Fenomenalne złuszczenie, nawilżenie przy okazji dobrych jakościowo składników i superzapach. Ja pod prysznicem nie oczekuję niczego więcej. No, może poza pojemnością :) 

ulubiency-kosmetyczni

Jimmy Choo, Flash, to zapach który lata temu udało mi się zgarnąć na mega wyprzedaży w Sephorze. Wracam do niego kilka razy w roku, bo mam na niego ochotę tylko czasami. Ostatecznie, lubię go, ale mamy dość trudny romans. Jest słodki i ciężki, z wyczuwalną nutą truskawki. Doskonale uzupełnia niezdecydowanie pogodowe tegorocznej wiosny, a co za tym idzie, rozchwianie emocjonalne w mojej głowie. Jest trwały i pięknie się na mnie rozwija. Lubimy się, teraz.

Chiodo, Primer bezkwasowy, to produkt który zrewolucjonizował moją przygodę z manicurem hybrydowym. Używam go namiętnie nie tylko na sobie. Odtłuszcza płytkę paznokcia i przedłuża trwałość lakieru hybrydowego. Wystarczy nałożyć go na paznokieć i odczekać około 30 sekund by produkt odparował. Stanowi on bardziej lepką warstwę, do której może przykleić się baza. Superprodukt i naprawdę go Wam polecam, nawet jeśli nie macie problemu z trwałością manicure. 

ulubiency-kosmetyczni

thisworks, Deep Sleep Pillow Spray, to produkt który pokochałam na nowo. Dlaczego? Miałam go już od dawna, skuszona wyjazdem koleżanki do UK, która przywiozła mi go na moje życzenie. Miałam już wtedy małą wersję tego produktu, jednak postanowiłam zaopatrzyć się w większy rozmiar. To nic innego, jak uspokajający, lawendowy spray na poduszkę, który używamy przed snem. Warto uważać z ilością. Dwa-trzy psiknięcia w zupełności wystarczą. Zbyt wiele może odnieść odwrotny skutek od zamierzonego. Pomaga mi zasnąć i mieć przyjemniejszy, bardziej regenerujący sen, więc zdecydowanie polecam tego typu aromaterapię. Z tego co mi wiadomo, marka ma wejść do polskiej Sephory, także wypatrujcie jej uważnie. 

ulubiency-kosmetyczni

Catrice, 24 h made to stay makeup, to podkład, z którym nie sądziłam, że się polubię. Głównie przez fakt, że nie jestem fanką matujących podkładów. Ten jednak robi na mojej buzi cuda i wygląda naprawdę ładnie. Boję się, że przez niego jeszcze kiedyś przejdę na stronę matu! Nie grozi mi to jednak, bo moja sucha cera nie przepada za mocnym matem. Ten tutaj w połączeniu z bazą, o której wspominam poniżej, daje mi idealny efekt. Szkoda, że potrafi oksydować (właściwie nie wiem dlaczego). Robi to niezależnie ode mnie i pielęgnacji, jakiej używam - jakby żył swoim życiem. 

Becca First Light Priming Filter, to nowość, która szturmem zdominowała mój makijaż. Używam jej dosłownie przed każdym pomalowaniem się, nieważne czy jest to makijaż na tak zwaną szpachlę, czyli każdy z możliwych kroków mający na celu wyglądanie nieskazitelnie, czy też makeup no makeup, który preferuję na co dzień. Ma niebieskie zabarwienie, które znika przy rozsmarowywaniu. To zastrzyk nawilżenia dla skóry. Daje cudowny, wypoczęty i rozświetlony efekt. Jest najlepsza! 

ulubiency-kosmetyczni

Sephora Beauty Amplifier, to spray, który służy mi nieustannie do utrwalania mojego makijażu na co dzień. Używam go tak często, że aż zaczyna się to robić nudne. Polecam jednak każdej z Was, która nie chce tracić milionów na setting spray. Ma wygodny atomizer, nie tworzy plam jak Fix+ z MACa i świetnie daje radę. 

Juicy Shaker w kolorze Berry Talk, to produkt, z którym bardzo rzadko się ostatnio rozstawałam, a za każdym razem, gdy przytrafiło mi się go ze sobą nie zabrać z domu, było mi zwyczajnie go brak. To olejek do ust, który ma w sobie delikatny tint. Fajny gadżet do torebki, bo jego wygląd na pewno zwraca uwagę, ale poza tym, jest też przyjemnym, lekkim produktem do ust, którym nie trzeba się przejmować w ciągu dnia. Można go nałożyć bez lusterka, a jak się zje podczas posiłku, to nie robi tego w brzydki sposób. 

ulubiency-kosmetyczni

NARS, Bumpy Ride, to mój róż idealny, od którego mnie aktualnie nie odciągniecie żadną siłą. Wygląda na moich policzkach delikatnie, naturalnie, dziewczęco, a ja się tylko nim zachwycam i zachwycam. Piękny woal koloru, lekka i błyszcząca poświata oraz świetna jakość, a co za tym idzie trwałość. 

Essence My Must Haves z naciskiem na cień w kolorze Cotton Candy, który w każdym z możliwych makijaży, jakie ostatnio wykonywałam na sobie, lądował w wewnętrznym kąciku oka. Jest pastelowy, ale niezwykle błyszczący i pięknie ożywia spojrzenie. No i świetnie się trzyma, nie traci na intensywności w ciągu dnia, a ja jestem szczerze zaskoczona jego jakością! 

ulubiency-kosmetyczni

Cat Lashes od Burberry mówiłam Wam już wielokrotnie i nie wiem... muszę się powtarzać? Same wiecie, jak dobrze wygląda na moich rzęsach. Jak pięknie je podkręca, jak cudownie utrzymuje ten efekt przez cały dzień i otwiera spojrzenie. Jestem nią zachwycona i obawiam się, że nie będę chciała już nigdy żadnej innej maskary. Oczywiście, nadal będę testować mi nieznane, taka praca blogera, ale... chyba znalazłam ulubieńca wszech czasów. 

Marmurowa gąbeczka od Blend it, to nie jest mój must have, bo równie dobrze zakochać się można w jej każdym innym kolorze. Dla mnie nadal BB jest lepszy, nadal przyjemniej mi się go używa, ale nie ukrywam, że jest to najlepsza konkurencja z dostępnych na rynku. Idealnie miękka, świetnie radzi sobie z podkładem, korektorem i innymi kremowymi produktami. Jest miękka i po prostu super. A jej cena, totalnie niższa niż oryginalnego różowego jajka. Jak dla mnie zwycięstwo. 

I to tyle. Uff! Pozdrawiam wszystkich, którzy dotarli do końca ;)
Znacie jakieś kosmetyki, które dzisiaj wymieniłam?
Koniecznie podzielcie się swoimi opiniami w komentarzach!

11 najlepszych i najgorszych produktów do brwi

Thursday, October 8, 2015 -



Dzisiaj sposoby na brwi idealne. Wiem, że każda z nas jest inna i każda z nas metodą prób i błędów dochodzi do kształtu brwi, który naprawdę nam pasuje, ale ja chyba z powodzeniem mogę powiedzieć, że jestem ze swoich zadowolona. Przynajmniej na razie. Może za kilka lat złapię się za głowę :) 

Jednak mam ochotę przybliżyć Wam trochę ten temat. Jako że jestem brwiową maniaczką i nie wyobrażam sobie makijażu bez zrobionych brwi, to wydaje mi się, że mam coś-niecoś na ten temat do powiedzenia. 

ŻELE 

Maybelline browDRAMA (ok. 25zł)
Zaczynamy od produktu, który niespecjalnie polecam. Pamiętam, że bardzo go chciałam, gdy jeszcze nie był dostępny w Polsce. Swój pierwszy, z tintem koloru, kupiłam w Norwegii. Wtedy zapłaciłam za niego krocie, bo kosztował jakieś 160kr (co w przełożeniu na polskie pieniądze daje nam niezłą sumkę, około 70zł). Szczoteczka jest, jak w moim mniemaniu, do bani. Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdyby nie była zakończona taką dziwną kulką. Sam żel w środku, niestety, nie jest zbyt imponujący. Mam dwie wersje - transparentną oraz barwioną. Ta barwiona wykazuje zdecydowanie lepsze właściwości, zwłaszcza jeśli chodzi o utrzymanie włosków w miejscu. Jednak, jak dla mnie, na dwóch-trzech godzinach spokoju się kończy. Wieczorem moje brwi wyglądają, jakby chciały, a nie mogły. Mimo lepszej trwałości, można mu zarzucić fakt, że brudzi przestrzeń dookoła brwi. Jak nie jesteście wystarczająco uważne i nie depilujecie włosków, które są niewidoczne, to... niestety się na nich osadzi. A wszystko przez tę dziwną, kosmiczną końcówkę. Proponuję więc sięgnąć po nożyczki i samemu skrócić włoski do równej długości, tak żeby szczoteczka była, taka jak wszędzie. 


L'Oreal Brow Artist Plumper (ok. 40zł)
A to mój niekwestionowany ulubieniec. Nic mu nie jest w stanie zaszkodzić. Moje brwi trzyma w miejscu cały dzień, a jak już wiecie, bywają niesforne. Dlatego z ręką na sercu mogę go polecić każdemu. Ja akurat mam wersję z kolorem, ale na pewno, podczas jakiejś promocji w Rossmannie, zaopatrzę się też w wersję transparentną. Nie sprawia, że brwi są błyszczące, doskonale je trzyma i ma wygodną szczoteczkę. Aplikator ma długą rączkę, ale malusią spiralkę na końcu. IDEAŁ!

Essence, Make me brow (ok. 10zł)

Jako jedyny żel z mojej kolekcji, ma w sobie delikatne włoski, które przyczepiają się do naszych naturalnych i udają, że są prawdziwe :) Tani, jak barszcz! A jaki dobry! Może nie ma mocy wymienionego wyżej (tutaj polecam użyć jeszcze jakiegoś utrwalacza), ale za to fenomenalnie wypełnia brwi. Co prawda, nie spodziewajcie się dwóch, wyrysowanych ideałów, ale co prawda, to prawda - świetnie się nada na dni, w których nie będziecie mieć ochoty w precyzyjne zabawy. 


KREDKI 

Kiko Precision Eyebrow Pencil (ok. 25zł)

To moja ulubiona kredka do brwi z tych tanich propozycji. Jedynym jej minusem jest fakt, że trzeba ją temperować. Ja jednak wolę te wysuwane, chociaż nie dają one takiego idealnego konturu. Mimo wszystko, Kiko daje mi maksimum precyzji. Szczoteczka/grzebyczek, który znajduje się na końcu... przemilczmy sprawę, bo się do wyczesywania nie nadaje, ale tutaj najważniejsza jest kredka. A ta, zasługuje, żeby znaleźć się w zbiorach każdej kosmetykomaniaczki.

Golden Rose, Eyebrow Pencil/ Classics (ok. 8zł) 
Kupiłam je stosunkowo niedawno i powiem szczerze, że szału nie robią. Wiem, że są tutaj też ich duże fanki, ale ja niestety nie mogę się do nich zaliczyć. Nie zrobiły na mnie fenomenalnego wrażenia. Przede wszystkim, uważam, że są trochę za miękkie - przynajmniej dla mnie. Chociaż wybór kolorystyczny jest świetny, bo znajdziecie w asortymencie mnóstwo odcieni, to niestety... konsystencja, a co za tym idzie - trwałość, to rzecz nie dla mnie. Zostanę więc przy konturówkach do ust.


Na  zdjęciu kolejno: Anastasia Beverly Hills,  Brow Wiz w odcieniu Taupe; Golden Rose Dream Eyebrow Pencil 307 i 309; Golden Rose Classics Eyebrow Pencil 404; Kiko Precision Eyebrow Pencil 02; L'Oreal Brow Artist Shaper brunette; Maybelline browSATIN, medium brown; Inglot konturówka do brwi w żelu 12

Maybelline, browDRAMA (ok.25zł)
W przeciwieństwie do żelu, który według mnie jest niewypałem,  kredka zasługuje na pochwały.  Na wiele pochwał. To uroczy produkt do brwi, który jak na swoją cenę,  jest naprawdę dobry jakościowo.  Rysik jest wykręcany (takie lubię najbardziej), więc nie daje precyzji natemperowanej, ostrej kredki, ale nie ma tragedii, pozwala na dobre wyrysowanie kształtu brwi. Jedyny minus - rysik jest delikatny,  więc radziłabym uważać na to, żeby nie wysunąć go zbyt mocno, bo łatwo się łamie. Z drugiej strony mamy wykręcaną gąbeczkę, która nabiera odrobinę cienia, ukrytego w zatyczce. Daje to naturalny i delikatniejszy efekt, ale ja nie jestem jego fanką.

L'Oreal, Brow Shaper (ok. 30zł)
Jeśli chcecie ją kupić - zdecydowanie odradzam. Tutaj mamy sytuację odwrotną, niż z Maybelline. Tak już się niestety stało,  że żel jest genialny, a kredką można malować chyba tykko w kolorowance... z jednej strony zakończona woskiem, który...hm... nie daje nic? Moich włosków nie utrzymuje w ryzach, nieprzyjemnie je oblepia i sprawia że kredka nałożona przed, czy po - wygląda nieestetycznie. Wosk do wyrzucenia,  formuła do naprawy! Kredka jest miękka,  ale niestety aż za bardzo. Nie działa to na jej korzyść.  Rozmazuje się w ciągu dnia i nie wytrzymuje na miejscu zbyt długo.  Żywotność porównywalna do muszki owocówki (chociaż tamta daje radę dłużej :))

Anastasia Beverly Hills, Brow Wiz (ok. 90zł)
Najdroższa z kredek, jakie posiadam, ale zarazem najlepsza. Kiko jest fenomenalna, ale na dłuższą metę,  ta jest lepsza.  Przede wszystkim, nie marnuje się ani gram produktu. Dlatego nie lubię temperować kredek, wkurzam się,  że połowę wrzucam do kosza... Brow Wiz jest trwała, precyzyjna, idealnie woskowa. Jej formuła dlugo się utrzymuje.  Ta woskowość sprawia, że łatwo się z nią pracuje,  ale też nie trzeba się martwić, że w ciągu dnia zniknie z twarzy. Kredka ma też najlepszą szczoteczkę do wyczesywania nadmiaru produktu i układania włosków - cudo! Nawet takie szczoteczki z firm zajmujących się produkcją pędzli, jej nie dorównują.  Ja jestem szczerze zakochana.  Starczyła mi na kilka miesięcy używania i chcę kupić kolejne, trzecie już opakowanie. Chociaż waham się,  czy nie zdecydować się na pomadę. 

CIENIE I POMADY


Gosh (ok. 40zł)
Nie jestem fanką podkreślania brwi cieniami. Jakoś,  nie są to moje klimaty i nie podoba mi się ten efekt u mnie. Wiele z Was preferuje taką metodę i bardzo ją sobie chwalicie. Fakt, teraz wyszły (podobno genialne!) cienie do brwi z Golden Rose. Znany i lubiany jest też Brow Pow z theBalm. Ja jednak mam tylko paletkę z Gosha, która spisuje się nawet ok. Fanki makijażu brwi przy użyciu cieni, na pewno będą zadowolone. W palecie znajdują się trzy cienie o różnej barwie oraz wosk. Wosk uczczę minutą ciszy... tyle w tym temacie. Cienie jednak są ok. Mają ciekawe, chłodne tonacje a paletki są tak skonstruowane by każda z nas mogła sobie dobrać odpowiedni kolor do swoich brwi.

Inglot (ok. 35zł)
Ta pomada była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Jest malutka i nie najtańsza, bo za 2g płacimy prawie 40zł, ale warto! Naprawdę warto ją mieć. Przede wszystkim, jest to ilość produktu, którą da się zużyć, przynajmniej w znakomitej większości, nim wyschnie, czy straci ważność. Jest wydajna, długo utrzymuje się na brwiach i nie znika z nich, z niewyjaśnionych przyczyn. Jest całe mnóstwo kolorów, które będą pasowały do każdego typu urody. Ja ją uwielbiam! Produkt naprawdę wysokiej jakości. 

Make Up For Ever (105zł)
Niewidoczna na zdjęciach, ale o niej napiszę, bo swoją miałam i zdanie o niej też jakieś tam posiadałam. Generalnie - nie polecam. Po pierwsze, na pewno nie nadaje się dla dziewczyn, które chcą szybkiego efektu. Ona wymaga precyzji i więcej roboty, niż dwa machnięcia kredką. Łatwo z nią przesadzić i zrobić sobie dwie brwi odrysowane od szklanki. Jej cena ciągle, ale to ciągle rośnie! Dwa lata temu kosztowała 86zł. Mnie udało się ją kupić taniej, ale jak zerknęłam dzisiaj na stronę i zobaczyłam cenę - nie warto! Naprawdę nie warto w nią tyle inwestować. Niby jest wodoodporna, niby trwała i wydajna, ale... jest tyle dobrych produktów na rynku, które są tańsze i lepsze, że naprawdę... uważam, że to jeden z produktów MUFE, w który nie powinno się ładować pieniędzy. Tym bardziej, że cena ciągle rośnie, a pojemność przecież i tak zostaje taka sama. W dodatku, według mnie, mamy słaby wybór kolorystyczny. Lepiej skierować swoje kroki w stronę Inglota. SERIO.


A co jest Waszym ulubionym produktem do brwi? Wolicie cienie, czy kredki? Czego nie polecacie?
A jeśli nie wiecie, jak malować brwi, to zapraszam Was na post Agnieszki ;) 

Całe mnóstwo nowości!

Wednesday, June 24, 2015 -



Cześć! Ostatni czas obfituje u mnie w sporo zakupów i nowości kosmetycznych. Powoli łapię się za głowę, bo... no niestety, zaczyna mi brakować miejsca ;) Postanowiłam jednak pokazać Wam takie 80% tego, co ostatnio do mnie trafiło. Jest tego (niestety i stety) więcej, ale uznałam, że pokażę Wam tylko te produkty, które były albo moimi zakupami, albo mocno, bardzo mocno mnie kręcą. Każdy inny produkt doczeka się recenzji, jeśli tylko na to zasłuży. 


ZOEVA

Pędzelki są prezentem od mojej mamy. Miała być nowa torebka, ale nie mogłam sobie upatrzeć nic konkretnego na stronie Wittchena, więc powiedziałam jasno "mamo, chcę pędzelki!" ;) Zdecydowałam się na zestaw 12 pędzelków do oczu marki Zoeva, w kolorze Rose Golden, który przychodzi w porządnie wykonanej kosmetyczce. Bardzo się z niej cieszę. Do tej pory miałam tylko jeden pędzelek z Zoevy, ten do bronzera. Wzdychałam do nich naprawdę długo i w końcu są moje. A jak wiecie, pędzelków nigdy za wiele.  





KARAJA

Byłyśmy ostatnio z Agnieszką w Warszawie na spotkaniu z marką ProNails oraz Karaja. Dostałyśmy trochę nowości, ale... czy ja muszę w ogóle cokolwiek mówić? Przecież dobrze wiecie, że ten róż, który widać na zdjęciu skradł moje serce w pierwszym momencie, w którym go zobaczyłam. Jest przepiękny, fenomenalnie napigmentowany, bardzo podoba mi się zabawa mozaiką kolorów... no i opakowanie! Je zobaczycie przy okazji bliższej recenzji. 


KONTIGO

W drogerii Kontigo, którą odwiedziłam z Agą specjalnie dla Sylwii, z którą spędziłyśmy fajne chwile w Warszawie, dałam się namówić... no, po prostu dałam się namówić i wcale nie trzeba było mnie zbyt długo prosić ;) Jestem łatwa. 

Kupiłam róż i rozświetlacz marki MOIA. Dwie bomby pigmentu! Naprawdę, trzeba z nimi uważać, ale wydają się świetne. Dorzuciłam sobie też żel do brwi z Essence, bo jak wiecie, mam obsesję na punkcie moich brwi i lubię o nie dbać. Może nie wychodzą mi za każdym razem idealne, ale... nie wyjdę z domu bez brwi i tyle. Ten żel ma być chyba czymś na kształt Gimmie Brow z Benefitu. Jak się sprawdzi - na pewno dam znać.
Wydając 30zł w drogerii, można było skorzystać z 60% rabatu na zapachy. Nie pozostałam obojętna, skusiłam się na zapach, który dostałam od kogoś lata temu, jeszcze w liceum. Bardzo go lubiłam, ale jakoś nigdy nie kupiłam ponownie. Dlatego uznałam, że taka okazja drugi raz się pewnie nie trafi, więc skorzystałam z promocji. Wybrałam zapach Halle by Halle Berry.



URBAN DECAY

Dużą, a tak szczerze mówiąc, to ogromną bazę pod cienie Urban Decay dostałam od Agnieszki w ramach prezentu urodzinowego. Miałam już mniejszą wersję travel size, którą kupiłam jakiś czas temu w Norwegii i byłam bardzo zadowolona z tej bazy, więc prezent, jak najbardziej trafiony ;) Ta pewnie starczy mi do końca życia!



MAC


W MACu nie poszalałam. To znaczy, kupiłam coś, bo nie mogłam wytrzymać i wiecie... być w Warszawie i nie kupić nic w MACu, to po prostu grzech! Dlatego skusiłam się na mały pigment Vanilla, który udało mi się kupić naprawdę fuksem. Wszystkie wiemy, jak szybko się rozchodzi, a ten w małych pojemnościach, to już w ogóle. Od momentu zakupu noszę go nieustannie i jestem w nim zakochana. 
Skusiłam się też na płyn do mycia pędzli, który nie kosztował kroci, a mój z Sephory się już prawie skończył. Czasami zdarza mi się kogoś pomalować, więc nie chcę używać brudnych pędzelków na kimś innym. Często też po prostu zastępuje mi to szybkie mycie. Trochę minus za to, że nie ma atomizera, ale zostawiłam sobie opakowanie po płynie z Sephory, do którego po prostu go sobie przeleję. 



KIEHL'S Clearly Corrective Dark Circle Perfector SPF 30


Zawędrowałyśmy z Agą do Arkadii. Wierzcie mi, nasz trip do Warszawy był pełen śmiesznych sytuacji, ale nie o tym ;) W każdym razie, jak już znalazłyśmy sklep Kiehl'sa, w którym Aga chciała sobie kupić krem pod oczy z avocado (niedługo o nim napiszę, bo mam go już trochę i oszalałam na jego punkcie), to zapytałam, czy nowość marki jest już dostępna w Polsce. I okazało się, że tak! Krem CC, który ma SPF30 i sprawdza się idealnie, jako dodatkowe nawilżenie tej wrażliwej strefy, jaką są okolice oczu, daje również leciutkie krycie. Musiałam go mieć w swoim życiu. Wiecie, blogerki mają trochę inaczej połączone zwoje w mózgu i nawet, jak czegoś nie potrzebują, to to kupią. Krem powinien już być dostępny w sklepach. 


KIKO


Wpadłam też, jak po ogień do Kiko. Szybko przebiegłam sklep i dorwałam zapas mojej ulubionej kredki do brwi, którą uważam za najlepszą, jaką kiedykolwiek miałam. Brow Wiz się przy niej chowa, ale niestety - ta nie jest automatyczna, trzeba ją temperować, co akurat jest wkurzające. No i nie ma fajnej szczoteczki do wyczesywania włosków. Nie można mieć wszystkiego - niestety.
Dorwałam też cień w kredce, w kolorze 05. Jest prześliczny i nieustannie ląduje na mojej powiece. Jest pomieszaniem brązu z różo-fioletem, dodatkowo pięknie się błyszczy. <3 


FOREO LUNA MINI I BRUSHEGG



W końcu spełniło się moje marzenie! Mam Foreo Lunę w wersji mini. Zdecydowałam się na tę w kolorze fioletowym, bo... to mój ulubiony kolor. Lubię też inne, ale fiolet always in my heart ;) Ten maluszek od dawna chodził mi po głowie, więc nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo szczęśliwa jestem, że go mam. Oczywiście już poszła w ruch, a ja zastanawiam się, jak mogłam wcześniej bez niej żyć. Jest po prostu genialna. 

Do fioletowej rodzinki dołączył też BrushEgg, który mam nadzieję, że pomoże mi się szybciej uporać z praniem pędzli. Wczoraj miał pierwszą próbę i na razie... na razie jeszcze nie wiem, czy się pokochamy. Zobaczymy po dłuższym używaniu. 



Były jeszcze zakupy w Bath&Body Works, a nową świeczkę możecie podziwiać w tle zdjęć. zdecydowałam się na zapach Sea Island Cotton. Wpadło też do koszyka kilka nowych żeli antybakteryjnych do dłoni, na których punkcie mam po prostu obsesję. 

I to by było na tyle. Za jakiś czas pewnie pojawi się kolejny haul, bo mam do wykorzystania kartę prezentową do Douglasa i przyjeżdżają rodzice na wakacje, więc pewnie wskoczę z mamą do paru sklepów, żeby jej coś poradzić, a ostatecznie wyjdę też z czymś dla siebie. 

Miałyście coś z moich nowości? Coś wpadło Wam w oko? O czym poczytacie najchętniej?

Ulubieńcy czerwca

Tuesday, July 1, 2014 -

Hej!
Dotrwałyśmy do tego momentu! Drudzy ulubieńcy właśnie zostali opublikowani i mam nadzieję, że cieszycie się równie mocno, co ja. Mam nadzieję, że wejdzie mi to w krew i będę się trzymała terminów. 

Czerwiec zleciał mi, jak z bicza strzelił. Szybko poszło. Naprawdę. 
Sesja już się skończyła, ale do najlżejszych nie należała. 
Kocham ten miesiąc głownie ze względu na moje urodziny i rozpoczęcie wakacji. Dwie dobre wiadomości na raz i obie mnie zachwycają.
Dużo u mnie było w tym miesiącu nowości, zakupów, prezentów i nie będę oszukiwać, że trochę naciągnęłam, bo niektóre z tych rzeczy mam od mniej więcej połowy czerwca, ale są absolutnymi ulubieńcami już teraz. Nie rozstaję się z nimi na krok i w ogóle nie żałuję, że inne rzeczy poszły w odstawkę. 
Wrócę do nich, jak normalny człowiek, gdy już się nacieszę nowościami :)


 Zacznijmy od ust. W tej kwestii, zrobiłam się ostatnio totalnym świrem. Kiedyś w ogóle nie interesowały mnie pomadki, a  przynajmniej się nimi nie ekscytowałam i nie używałam ich tak często, jak normalna dziewczyna. No i stało się! Teraz się już nie potrafię powstrzymać i moja kolekcja rozrasta się do rozmiarów, które kiedyś nawet nie przechodziły mi przez myśl.

Jako pielęgnację, ostatnio stosuję pomadkę z peelingiem z Sylveco. (Jak mi się w końcu opublikuje ten post, to dowiecie się o niej nieco więcej) To połączenie balsamu do ust, który ma je regenerować z drobinkami cukru, które złuszczają naskórek. Fantastycznie pachnie, jest szybka i wygodna ze względu na fakt, że jest w sztyfcie i niewiele kosztuje, bo około 10zł. 

Na ustach nosiłam w tym miesiącu najchętniej dwie pomadki. I jest na bogato. 
YSL Rouge Velupte w kolorze 33 Rose Neillia, to piękna, koralowa pomadka, która mieści się w ekskluzywnym opakowaniu. Kolor jest dziewczęcy i pozwala się stopniować. Jest to jednak szminka, z którą należy uważać i nie przesadzać z jej ilością na ustach. W innym wypadku, możemy wyglądać, jak klaun.

Dior Addict Fluid Stick w kolorze Wonderland. Same ochy i achy mogą się tutaj pojawić. Jest fenomenalna, fantastycznie nawilżająca, pięknie wygląda na ustach i świetnie się utrzymuje. Nic dodać, nic ująć.

Obie panie są przeze mnie intensywnie testowane, abym mogła jak najszybciej podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Wyczekujcie recenzji!



Twarz.
Latem, lubię gdy mam jakiś kolor. Mimo że jestem dość blada i jeszcze nigdy ładnie się nie opaliłam, to lubię nie wyglądać, jak trup wyjęty z Wisły. 

Róż do policzków, to chyba mój ulubiony kosmetyk i nie wyobrażam sobie makijażu bez niego. W tym miesiącu postawiłam na mój kremowy róż Chanel, który niesamowicie naturalnie wygląda na policzkach i długo się utrzymuje. 

Jako akcesorium, które pomaga mi w aplikacji kremowych konsystencji, wybrałam pędzel GlamBrush, który jest skunksem. Bałam się włosia duo-fiber, ale okazało się, że nie ma czego i teraz już nie mam problemów z aplikacją różu. Wcześniej nie za dobrze radziłam sobie z aplikacją palcami, bo automatycznie migrował mi podkład. Pędzelek na zdjęciu, to akurat T5, ale mam jeszcze T6 i oba sprawdzają się równie dobrze. Recenzja moich pędzli już niebawem, ale już teraz mogę Wam powiedzieć, że będzie to typowe "i jestem zadowolona, i nie".

Do konturowania wybrałam bronzer z MACa w odcieniu Harmony. Kultowy już produkt, znany chyba przez każdego. Zdecydowałam się w końcu na jego zakup i bardzo się cieszę, że okazał się być produktem, który mi pasuje. Dobrze się blenduje i naturalnie wygląda na twarzy.


Oczy.
W tym miesiącu było słabiutko u mnie z używaniem cieni. Leciałam raczej na szybkiego i poświęcałam więcej czasu na makijaż tylko, jeśli wybierałam się z Kubą na jakąś randkę. Na co dzień lądowała u mnie cielista kredka Essence, którą nakładałam, jako bazę, na linię wodną i pod łuk brwiowy. Do tego dodawałam kredkę MACa, w kolorze Lord it up przy linii rzęs (czasami ją rozcierałam, czasami zostawiałam), a jako tuszu używałam maskarę They're Real! Benefitu.


Dwa gadżety, bez których nie wyobrażałam sobie tego miesiąca, to zalotka do rzęs i żel antybakteryjny. 
Podkręcanie rzęs weszło mi w nawyk i robię to już niemal za każdym razem. Moja zalotka była w Glossyboxie. Jestem z niej zadowolona, ale nie miałam żadnej innej, więc nie jestem w stanie porównać, czy jest coś lepszego. Na pewno jeszcze zdecyduję się na zakup jakiejś innej, ale to dopiero za pewien czas.

Antybakteryjny żel do rąk, to rzecz, bez której nie wychodzę z domu na krok. Zawsze mam go w torebce, a te z Bath&Body Works są moją największą miłością. Kocham je za zapach, za poręczność i za to, że nie są nudne. 


Na koniec perfumy, które zużywałam w tym miesiącu na potęgę. Są moimi ulubionymi z mojej kolekcji, chociaż mam jeszcze wiele zapachów, które są zaraz po nich. W każdym razie, Victor&Rolf Flowerbomb, to moja perełka. To moje szczęśliwe perfumy. Mam taki rytuał, że zawsze, gdy mam coś ważnego (jakiś egzamin, czy coś w tym stylu), to używam właśnie tej buteleczki. Czuję się w tym zapachu pewniej. Szkoda, że już sporo zużyłam i zaraz będę płakać, że się skończyły. Jednak już zapowiedziałam mamie, że musi mieć na to oko, bo jej dziecko umrze bez tego zapachu ;)


I to by było na tyle! 
Mam nadzieję, że czerwiec Wam minął przyjemnie. Żałuję, że się już skończył, bo to mój ulubiony miesiąc w roku. W każdym razie, już czekam na następny ;)
Miałyście jakąś rzecz z moich zbiorów? Jaki produkt skradł Wasze serce w czerwcu?

TAG: Ile jest warta moja twarz?

Sunday, May 25, 2014 -

Hej!

Dawno nie było u mnie żadnego TAGu, o ile jakiś kiedykolwiek był ;) Przygotowywałam długi czas 50 faktów o mnie, ale jeszcze się nie ukazał. Dajcie mi znać, czy macie jeszcze ochotę coś takiego przeczytać ;)

Z racji tego, że lubię TAGi na YouTubie, postanowiłam się za taki zabrać. Chociaż nie powiem, czasami jest ich znacząco za dużo i sporo omijam, bo nudzi mnie słuchanie piętnasty raz tego samego pytania. Zagraniczny YT zalał ostatnio Lip Product Addict, na który mam chrapkę, ale jeszcze się do końca nie zebrałam do jego stworzenia. 

Dzisiaj za to kilka słów o moim codziennym makijażu twarzy, czego używam i przede wszystkim, ile to wszystko kosztuje. Nie będę ukrywać, że obawiam się sumy końcowej, bo nie podliczyłam jeszcze wszystkiego z kalkulatorem w ręku, ale niestety poglądowo ceny znam. I to mnie przeraża ;)

Oczywiście, jak udało mi się coś upolować na promocji, to nie zamierzam podawać innej ceny niż właśnie ta. Oby mnie to uratowało! 

No to zaczynamy?



Tutaj jest wszystko, co nakładam na twarz, gdy wykonuję mój standardowy makijaż. Nie będę ukrywać, że nie jestem osobą, która do sklepu idzie w pełnym makijażu. "Naturalność" zdarza mi się często, a już najbardziej właśnie w ciepłych miesiącach, gdzie wolę dać skórze oddychać, niż przytłaczać ją toną kosmetyków. No i jestem śpiochem! Wolę czasem pospać te kilka minut dłużej, niż siedzieć przy toaletce ;)


Przede wszystkim, po nałożeniu kremu do twarzy sięgam po bazę pod makijaż. Często omijałam ten krok, ale ostatnio stał się on moim niezbędnikiem. Makijaż lepiej mi się utrzymuje, pory są wyrównane a ja szczęśliwsza ;) Następnie sięgam po coś do wypełnienia brwi. Przez długi czas kochałam się w Aqua Brow, ale ostatnio nie chce mi się z nim paćkać i szybciej mi idzie z cieniem w kremie Maybelline, w odcieniu Permanent Taupe. Na wypełnione brwi nakładam jeszcze żel Brow Drama. Na linię wodną i pod łuki brwiowe wędruje cielista kredka Essence



Potem jadę z cieniami do oczu. Wolę umalować oczy zanim sięgnę po podkład. Zawsze żałuję innej kombinacji, bo nie ma takiego dnia, żeby chociaż odrobina cienia mi się nie osypała. Jeśli chodzi o moje cienie, to sięgam ostatnio namiętnie po moje perełki z MACa, Satin Taupe i Naked Lunch. Ten ostatni doznał lekkiego wgniecenia, o czym już ode mnie słyszeliście.


W nawyk weszło mi podkręcanie rzęs zalotką i używam jej już chyba za każdym razem. Zaraz potem tuszuję rzęsy moim ulubieńcem, czyli Bourjois Twist Up the Volume. I dopiero teraz chwytam za podkład. Męczę ostatnio intensywnie mój zakup z szafy Chanel. Mowa tutaj o Perfection Lumiere Velvet. Okolice pod oczami rozświetlam korektorem z L'oreal, Lumi Magique. Zdarza mi się sięgnąć po MAC Pro Longwear Concealer, ale to w sytuacjach wymagających niezłego krycia. Okolice pod oczami i strefę T przypudrowuję moim pudrem-odsypką z Ben Nye, w kolorze Cameo. Mam go już długo, a w zapasie czeka jeszcze Fair, ale czuję, że jak W KOŃCU zużyję te odsypki, to zdecyduję się na zakup pełnowymiarowego pudru. 
Całą twarz przypruszam na koniec pudrem wykańczającym makijaż, czyli moimi Meteorytami Guerlain.


Zostały mi już tylko policzki i usta. Na te pierwsze nakładam kremowy róż Chanel, z którym zdradziłam ostatnio Hervanę Benefitu. Skradł moje serce, ale niestety muszę zaopatrzyć się w porządny pędzelek typu duo-fiber, bo jednak nie przepadam za używaniem palców w makijażu. Do konturowania, ale dość delikatnego używam bronzera z The Body Shopu. Usta maluję pomadką MAC, w odcieniu Angel, którą ostatnio wręcz maltretuję. Na koniec jeszcze delikatne muśnięcie ukochaną Mary Lou na szczytach kości policzkowych i jestem gotowa do drogi ;)

To teraz chyba czas na podliczenie wszystkiego, czyli to, czego się najbardziej obawiam. 

Co prawda, dwa kosmetyki kupiłam w Norwegii i ich cena będzie niestety znacznie większa niż u nas. Co tak naprawdę ma inne przeliczenie, jeśli chodzi o zarobki. Dlatego podam ich ceny, ale nie skupiałabym się raczej na nich zbyt długo.

1. Maybelline, Color Tatoo, Permanent Taupe             17zł
2. Maybelline, Brow Drama                                         149kr - ok. 75zł
3. Essence,  kredka nude                                             9zł
4. MAC, Satin Taupe i Naked Lunch                           54zł/szt.
5. Bourjois, maskara Twist Up the Volume                  40zł
6. Chanel, Perfection Lumiere Velvet                           150zł (strefa bezcłowa)
7. L'oreal, Lumi Magique                                             24zł
8. Ben Nye, Cameo, odsypka                                     15zł
9. Guerlain, Meteoryty                                                 220zł
10. Chanel, róż w kremie                                             125zł (strefa bezcłowa)
11. The Body Shop, Honey Bronzer                            65zł
12. MAC, Angel                                                         71 zł
13. The Balm, Mary Lou-Manizer                                65zł
14. L'oreal, Blur Cream                                              179kr - ok. 89zł
(w bloggerze wszystko jest równe, a w poście już mi się chamsko rozjeżdża!!!)

Celowo nie liczyłam tutaj żadnych pędzli do makijażu i innych tego typu rzeczy, bo uważam, że to nie jest na nie miejsce ;)

RAZEM daje to mi... 1 073zł. Policzyłam to 6 razy, żeby sprawdzić, czy przypadkiem się nie pomyliłam. Nie pomyliłam się.  

Idę się pochlastać...

Nawet nie wiem, jak to się stało!
Ale z drugiej strony, to są dobre jakościowo produkty, które starczą mi na lata i... same wiecie ;)

Dajcie znać w komentarzach, co sądzicie. Dużo, czy w skali jakości i wydajności, jednak niedużo. Chętnie poczytam Wasze odpowiedzi na ten TAG, więc śmiało linkujcie swoje posty niżej. No i zachęcam całą resztę do takiego podsumowania. Nie odpowiadam jednak za późniejsze problemy z ciśnieniem ;)

Essence, cielista kredka idealna

Saturday, May 3, 2014 -

Przez bardzo długi czas marzyła mi się kredka do rozjaśniania łuku brwiowego z BeneFitu. Jak dobrze się domyślacie, przy jej wycenie kogoś nieźle poraził prąd, bo 89zł za głupią kredkę, którą i tak w połowie zmarnuję, bo nie potrafię ich dobrze temperować, to jednak spora przesada.
Potem przyszedł czas jarania się kredką IsaDora, która kosztuje ponad 40zł. Nadal uważałam, że to za dużo. No kurde no, za dużo. Kręciłam się koło niej w Douglasie, przyglądałam i oglądałam pod każdym kątem. Nie kupiłam. 
I dobrze zrobiłam. Ostatnio odkryłam całkowity hit hitów i koniec kropka ;) 


Kredkę do rozjaśniania łuku brwiowego i linii wodnej znalazłam w Naturze, w szafie Essence. Kosztuje grosze, bo jakieś 9zł. Przy okazji promocji -40% kupiłam sobie jeszcze jedną w zapasie, bo 5.39zł, to jeszcze lepsza cena niż sobie wyobrazić można. 

Używam jej też czasem na całą powiekę. Ładnie utrzymuje cienie i zachowuje się przyzwoicie, jako baza. Jako produkt rozjaśniający łuk brwiowy - równie dobrze. Jest mięciutka, ale bez przesady. Dobrze się rozciera. 


Co dla mnie najważniejsze, świetnie się utrzymuje na linii wodnej. Myślę, że nie ma ze mną łatwego życia, bo jestem typem, który wiecznie ma załzawione oczy. Przez wiatr zimą, przez alergię wiosną i latem. Teraz to już w ogóle nie wychodzę z domu bez połknięcia tabletki. Dlatego zależy mi, żeby chociaż odrobinę odświeżyć i rozjaśnić spojrzenie, przy zaczerwienionych od pyłków oczu. Może i nie jest wodoodporna, ale świetnie się utrzymuje. Wiadomo, jak zapłaczę, to zniknie, ale gdy wszystko jest ok, to widzę ją w swoim oku nawet po 4-5 godzinach. Co jest świetnym rezultatem, bo jak do tej pory żadna kredka nie przetrwała u mnie nawet godziny. 

Tanio i dobrze!


Kredka Big Bright Eyes jest dostępna w trzech odcieniach (nude, perłowa i niepamiętamjakajeszcze ;)).


Tak wygląda na linii wodnej.


Zszokowała mnie jej trwałość. Trzyma się bardzo, bardzo długo i  nie mogę zrobić nic innego, jak polecić Wam ją bardzo serdecznie. Z ręką na sercu. Tym bardziej, że jeszcze macie czas do 5. maja na załapanie się na tę fajną promocję w Naturze.
Macie swoją ulubioną cielistą kredkę? Czy może żadnej nie używacie?

Zostań ze mną!

Wednesday, June 5, 2013 -

Hej!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją błyszczyka, który trafił do mojej kosmetyczki bardzo przypadkowo. Jakiś czas temu odwiedziłam Super-Pharm i stanęłam na dłużej przy szafie Essence. Chciałam kupić słynny już w blogosferze matowy błyszczyk, na który miałam ochotę już dłuższy czas. Przyglądałam się tym błyszczykom i przyglądałam, aż w końcu wybrałam sobie taki ładny różowy. Wrzuciłam do koszyka, zapłaciłam w kasie, wyszłam i jechałam sobie spokojnie tramwajem do domu.



Jak zawsze bywa, lubię sobie umilać podróż, więc tym razem zamiast cały czas siedzieć w Internecie, postanowiłam obejrzeć już MOJE kosmetyki, jakie wtedy sobie sprawiłam.



Patrze a tu Stay with me... Nie ma żadnego "Matt"...

Myślę sobie "Ooooo, cholibka" (wcale nie, pomyślałam coś innego:P)
No, ale tak się poprzyglądałam, obejrzałam z każdej strony, otworzyłam i uznałam, że nie jest najgorzej. W końcu mogłam trafić na coś, czego nie użyję już ponownie.

Kupienie tego błyszczyka było jedną z lepszych pomyłek, jakie mi się przytrafiły. Naprawdę. Nie spojrzałabym na niego bez tej pomyłki, jestem tego pewna. A tak mam błyszczyk, z którym bardzo się polubiłam i na pewno z niego szybko nie zrezygnuję. Używam namiętnie i nie zanosi się, żeby miało być inaczej.

A teraz parę informacji. Mój kolor, to 01 Me & My Icecream. To taki cukierkowy róż, który na ustach nie wygląda w taki sposób. Nieco blednie i jest odrobinę przejrzysty, naprawdę ładny i podkreśla naturalny kolor ust.



Ma genialny aplikator. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem nim oczarowana. Po prostu świetny. W środku jest węższy, dzięki czemu łatwo jest nim się umalować, nie robiąc sobie przy okazji krzywdy w każdą stronę tylko nie na ustach.

Ja jestem taką osobą, która lubi wąchać. Zmysł zapachu jest mi  potrzebny przy wyborze jakiegoś kosmetyku i naprawdę, nie wezmę czegoś, choćby nie wiem, jakie było, jeśli śmierdzi. Już nawet moja przyjaciółka się mnie zapytała "co ty tak wszystko wąchasz?". No wącham, wącham...

Ten błyszczyk pod względem zapachowym jest dla mnie niesamowity! Po prostu go uwielbiam. Nie wiem, do czego ten zapach porównać, ale to słodki zapach, chyba jakichś łakoci, więc jak najbardziej na tak :)
Niestety ma niewiele wspólnego z nazwą, bo wcale nie zostaje z nami na jakiś długi czas. Ot, taki zwykły czas życia błyszczyka na ustach.










A tak prezentuje się na ustach. Co o nim sądzicie? Bo ja jestem z niego bardzo, ale to bardzo zadowolona.

DO GÓRY