Showing posts with label Bath&Body Works. Show all posts

Ulubieńcy października

Thursday, October 30, 2014 -

Ulubieńcy czerwca

Tuesday, July 1, 2014 -

Hej!
Dotrwałyśmy do tego momentu! Drudzy ulubieńcy właśnie zostali opublikowani i mam nadzieję, że cieszycie się równie mocno, co ja. Mam nadzieję, że wejdzie mi to w krew i będę się trzymała terminów. 

Czerwiec zleciał mi, jak z bicza strzelił. Szybko poszło. Naprawdę. 
Sesja już się skończyła, ale do najlżejszych nie należała. 
Kocham ten miesiąc głownie ze względu na moje urodziny i rozpoczęcie wakacji. Dwie dobre wiadomości na raz i obie mnie zachwycają.
Dużo u mnie było w tym miesiącu nowości, zakupów, prezentów i nie będę oszukiwać, że trochę naciągnęłam, bo niektóre z tych rzeczy mam od mniej więcej połowy czerwca, ale są absolutnymi ulubieńcami już teraz. Nie rozstaję się z nimi na krok i w ogóle nie żałuję, że inne rzeczy poszły w odstawkę. 
Wrócę do nich, jak normalny człowiek, gdy już się nacieszę nowościami :)


 Zacznijmy od ust. W tej kwestii, zrobiłam się ostatnio totalnym świrem. Kiedyś w ogóle nie interesowały mnie pomadki, a  przynajmniej się nimi nie ekscytowałam i nie używałam ich tak często, jak normalna dziewczyna. No i stało się! Teraz się już nie potrafię powstrzymać i moja kolekcja rozrasta się do rozmiarów, które kiedyś nawet nie przechodziły mi przez myśl.

Jako pielęgnację, ostatnio stosuję pomadkę z peelingiem z Sylveco. (Jak mi się w końcu opublikuje ten post, to dowiecie się o niej nieco więcej) To połączenie balsamu do ust, który ma je regenerować z drobinkami cukru, które złuszczają naskórek. Fantastycznie pachnie, jest szybka i wygodna ze względu na fakt, że jest w sztyfcie i niewiele kosztuje, bo około 10zł. 

Na ustach nosiłam w tym miesiącu najchętniej dwie pomadki. I jest na bogato. 
YSL Rouge Velupte w kolorze 33 Rose Neillia, to piękna, koralowa pomadka, która mieści się w ekskluzywnym opakowaniu. Kolor jest dziewczęcy i pozwala się stopniować. Jest to jednak szminka, z którą należy uważać i nie przesadzać z jej ilością na ustach. W innym wypadku, możemy wyglądać, jak klaun.

Dior Addict Fluid Stick w kolorze Wonderland. Same ochy i achy mogą się tutaj pojawić. Jest fenomenalna, fantastycznie nawilżająca, pięknie wygląda na ustach i świetnie się utrzymuje. Nic dodać, nic ująć.

Obie panie są przeze mnie intensywnie testowane, abym mogła jak najszybciej podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Wyczekujcie recenzji!



Twarz.
Latem, lubię gdy mam jakiś kolor. Mimo że jestem dość blada i jeszcze nigdy ładnie się nie opaliłam, to lubię nie wyglądać, jak trup wyjęty z Wisły. 

Róż do policzków, to chyba mój ulubiony kosmetyk i nie wyobrażam sobie makijażu bez niego. W tym miesiącu postawiłam na mój kremowy róż Chanel, który niesamowicie naturalnie wygląda na policzkach i długo się utrzymuje. 

Jako akcesorium, które pomaga mi w aplikacji kremowych konsystencji, wybrałam pędzel GlamBrush, który jest skunksem. Bałam się włosia duo-fiber, ale okazało się, że nie ma czego i teraz już nie mam problemów z aplikacją różu. Wcześniej nie za dobrze radziłam sobie z aplikacją palcami, bo automatycznie migrował mi podkład. Pędzelek na zdjęciu, to akurat T5, ale mam jeszcze T6 i oba sprawdzają się równie dobrze. Recenzja moich pędzli już niebawem, ale już teraz mogę Wam powiedzieć, że będzie to typowe "i jestem zadowolona, i nie".

Do konturowania wybrałam bronzer z MACa w odcieniu Harmony. Kultowy już produkt, znany chyba przez każdego. Zdecydowałam się w końcu na jego zakup i bardzo się cieszę, że okazał się być produktem, który mi pasuje. Dobrze się blenduje i naturalnie wygląda na twarzy.


Oczy.
W tym miesiącu było słabiutko u mnie z używaniem cieni. Leciałam raczej na szybkiego i poświęcałam więcej czasu na makijaż tylko, jeśli wybierałam się z Kubą na jakąś randkę. Na co dzień lądowała u mnie cielista kredka Essence, którą nakładałam, jako bazę, na linię wodną i pod łuk brwiowy. Do tego dodawałam kredkę MACa, w kolorze Lord it up przy linii rzęs (czasami ją rozcierałam, czasami zostawiałam), a jako tuszu używałam maskarę They're Real! Benefitu.


Dwa gadżety, bez których nie wyobrażałam sobie tego miesiąca, to zalotka do rzęs i żel antybakteryjny. 
Podkręcanie rzęs weszło mi w nawyk i robię to już niemal za każdym razem. Moja zalotka była w Glossyboxie. Jestem z niej zadowolona, ale nie miałam żadnej innej, więc nie jestem w stanie porównać, czy jest coś lepszego. Na pewno jeszcze zdecyduję się na zakup jakiejś innej, ale to dopiero za pewien czas.

Antybakteryjny żel do rąk, to rzecz, bez której nie wychodzę z domu na krok. Zawsze mam go w torebce, a te z Bath&Body Works są moją największą miłością. Kocham je za zapach, za poręczność i za to, że nie są nudne. 


Na koniec perfumy, które zużywałam w tym miesiącu na potęgę. Są moimi ulubionymi z mojej kolekcji, chociaż mam jeszcze wiele zapachów, które są zaraz po nich. W każdym razie, Victor&Rolf Flowerbomb, to moja perełka. To moje szczęśliwe perfumy. Mam taki rytuał, że zawsze, gdy mam coś ważnego (jakiś egzamin, czy coś w tym stylu), to używam właśnie tej buteleczki. Czuję się w tym zapachu pewniej. Szkoda, że już sporo zużyłam i zaraz będę płakać, że się skończyły. Jednak już zapowiedziałam mamie, że musi mieć na to oko, bo jej dziecko umrze bez tego zapachu ;)


I to by było na tyle! 
Mam nadzieję, że czerwiec Wam minął przyjemnie. Żałuję, że się już skończył, bo to mój ulubiony miesiąc w roku. W każdym razie, już czekam na następny ;)
Miałyście jakąś rzecz z moich zbiorów? Jaki produkt skradł Wasze serce w czerwcu?

Mały haul

Saturday, June 14, 2014 -


Hej! 
Przyszedł czas, żebym Wam pokazała, co ostatnio zasiliło moje kosmetyczne zbiory. Najwięcej kupiłam oczywiście w Warszawie, podczas pobytu na blogerskim spotkaniu (KLIK). Uznałam, że to rewelacyjna okazja, żeby zaopatrzyć się w rzeczy, do których dostępu nie mam u siebie. Oczywiście padło na MACa i Bath&Body Works. Przy okazji, podaję Wam link do mojego wishlistowego posta, który niedawno się ukazał. I nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna. Już sporo rzeczy z listy zrealizowałam i czuję, że jestem na dobrej drodze, by kupować to, co jest mi potrzebne. 


Zaczynamy.

Zmieniłam zdanie o ekipie z MACa w Złotych Tarasach. Za każdym razem, gdy odwiedzałam ten salon, byłam obsługiwana w jakiś dziwnie chamski sposób. Raz nawet nikt do mnie nie podszedł i nie zainteresował się, czy potrzebuję porady, mimo że w sklepie byłam jedyną klientką. Strasznie mnie to wkurzało i byłam pewna, że i tym razem tak będzie. Dobre wspomnienia miałam tylko z MACiem z Wrocławia, w którym zostałam obsłużona najlepiej, jak się dało.

Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że trafiłam na bardzo miłe panie, które chętnie mi pomogły i doradziły. Nawet dowiedziałam się czegoś o makijażu, co uważałam, że u mnie się nie sprawdzi (o tym za chwilę). Oczywiście nie udało mi się załapać na bronzer z Alluring Aquatic, ale uznałam, że wizyta w salonie, to idealna okazja, żeby sprawdzić rzeczy, które chciałam kupić dawno temu, ale o nich zapomniałam. Tak właśnie stałam się posiadaczką bronzera, a właściwie różu Harmony i brązowo-złotej kredki do oczu z serii Pearlglide, w kolorze Lord it up

To właśnie o aplikację bronzera mi chodziło, gdy powiedziałam o tym, że nauczyłam się nowej rzeczy. Sama obawiałam się pojechania po większej części policzka i ograniczałam się do absolutnego minimum. Nauczono mnie jednak, że nie ma się czego bać i po prostu wystarczy wszystko dobrze rozetrzeć. No i jaka jest różnica na twarzy! Zaczynam być fanką "konturingu" :D








Tak, tak, tak! 
W końcu mam maskarę z BeneFitu. I tak, wiem, opinie są różne. Część z Was pewnie kompletnie nie była z niej zadowolona, część rozpływa się w zachwytach. Ja jeszcze nie wiem, do jakiej grupy należę. Na razie ją intensywnie testuję i mam nadzieję, że się pokochamy. Co więcej, jestem zadowolona, bo udało mi się ją kupić z 10% zniżką z Sephory, o której zapomniałam, że ją mam. Wpadła mi w ręce w samą porę ;)



W Bath&Body Works miałam sobie kupić tylko żele antybakteryjne i tak też uczyniłam. Oczywiście zakręciłam się osiem razy koło świec, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie są mi teraz potrzebne. Jestem z siebie dumna, że się nie dałam skusić. 

Nie było zapachu, po który pojechałam, czyli Pink Frosting. Ale to nic, jakoś to przeżyłam. Za pięć żeli zapłaciłam 25zł i żałuję, że nie kupiłam ich więcej. No trudno, będę musiała poczekać do kolejnej okazji. Może mi się niedługo uda odwiedzić Warszawę.







Ostatnią rzeczą jest już wcześniejszy prezent urodzinowy od Kuby, czyli pędzelki GlamBrush. Co prawda, urodziny mam za tydzień, ale przesyłka już przyszła, a ja nie mogłam się powstrzymać, żeby ich nie zacząć używać. Najważniejsze dla mnie były skunksy, bo potrzebowałam czegoś do kremowego różu. Na razie jeszcze żadnej opinii na ich temat nie będzie, ale intensywnie je użytkuję, żeby wyrobić sobie zdanie.





I to by było na tyle! Miałyście coś z moich zakupów? Na co ostatnio się skusiłyście?

urodzinowo-letnia wishlista

Tuesday, June 3, 2014 -

Z racji tego, że niedługo będą moje urodziny, a ja sama mam już ochotę na listę kosmetyków, które chciałabym, żeby w najbliższym czasie zasiliły moje zbiory - przyszedł czas na wishlistę. Od razu zaznaczę może, że nie chodzi o to, żeby wszystko kupić na raz. Nie, nie. To są moje plany na najbliższe miesiące. Ale nie ukrywam, że im szybciej, tym lepiej ;)


Zacznę od oczu. Maskara Benefit,They're Real jakoś nigdy mnie nie pociągała. Wszyscy wiemy, że kobieta zmienną jest i odwidziało mi się to, co było wcześniej. Teraz pragnę jej bardzo, bardzo mocno. Koszt : 119zł.


 Żele antybakteryjne z Bath & Body Works, to jest rzecz, która zawładnęła moim życiem. Nie umiem żyć bez takiego żelu, a te z BBW są najlepsze z najlepszych. Pięknie pachną, cudownie wyglądają... Czego chcieć więcej? W piątek jadę do Warszawy i zamierzam wykupić cały sklep ;) Przede wszystkim Pink Frosting. Nie wiem dlaczego wcześniej ubzdurało mi się, że kocham Paris Amour, jak to Pink Frosting jest moim mistrzem wszech czasów. Koszt: 7.99zł


 <puk puk, puk puk> 
Moje serce bije o wiele szybciej, gdy tylko pomyślę o tym kosmetyku. Dior Addict, Fluid Stick, to moje mega mega mega mega megamarzenie. Wyglądają elegancko, ekskluzywnie, kolory są przepiękne a ja marzę o jednym z nich. Najbardziej podobają mi się Adventure, Mirage i Wonderland. Ograniczę się do jednej, bo kosztują też pięknie. Cena: 145zł



Pędzle GlamBrush chcę odkąd Hania ogłosiła, że już są do kupienia. Co prawda, nie mam ochoty na cały zestaw, bo zwyczajnie niektóre mi nie są potrzebne. Jednak na pewno skuszę się na pięć, do sześciu pędzelków (DZISIAJ ZAMAWIAM :D). W zamówieniu królować będą skunksy. Przede wszystkim, ze względu na róż z Chanel, który posiadam od niedawna, i który jest kremowy. Palcami go używać nie lubię, więc potrzebuję pędzelka. I liczę, że sobie poradzę ;)



Bronzer MAC, z serii Alluring Aquatic w kolorze muszelka Afrodyty :D hue hue hue
Raczej nie mam co liczyć, że go będę mieć, bo już wszędzie jest wyprzedany. Mam jednak jakieś tam resztki nadziei, że jak pójdę do salonu MACa w Warszawie, to okaże się, że czeka tam jeden na mnie. Cena: nie mam pojęcia, ale na pewno powyżej 100zł. 


 Perfumy Prada, Infusion D'Iris chodzą za mną już dłuższy czas. Co chwilę szarpię się z myślami, że chciałabym je kupić, ale potem sobie myślę, że mam już dużo perfum. Niby przydałyby się jeszcze jakieś ;) Zapach jest ciekawy, trochę ciężki, ale pięknie się rozwija na moim ciele i totalnie przepadłam. Love, love. Ceny są różne, a ja nie lubię przepłacać w Douglasie, więc zamawiam na iperfumy.pl. 


Zaraz rzucę pisanie tego posta w cholerę. Serio mówię...
Wszystko już bym chciała mieć. Na raz. Zmieniam zdanie :D To wszystko jest takie... takie... *.* 
A kolejną perełką na liście jest róż z Tarte Amazonian Clay. Tylko popatrzcie, jak on wygląda. Nic więcej. Przez minutę pokontemplujcie jego urodę. 
Poleca je EssieButton i nie ma opcji, żeby mnie na niego nie namówiła. Jaram się przez nią. 



Tarte Amazonian Clay, Airbrush Foundation, to też sprawka Essie. Chyba muszę przestać ją oglądać, bo zbankrutuję. 



 Na koniec glinka z GlamGlow. W sensie, maseczka. Droga. Mocno. 199zł. Nie wiem, czy to przeżyję. Tylko podobno działa cuda. Trochę w to wierzę. Nie przepadam za maseczkami, ale chyba bym się przekonała. Nie wiem. Jak mi ktoś kupi, to się ucieszę ;) 


I to chyba tyle. Na razie... Więcej mi się chyba nie marzy, a jak mi się coś przypomni, to na pewno o tym napiszę ;)
Miałyście coś z moich "przyszłych" kosmetyków? Coś polecacie? A może nie macie z nimi dobrych wspomnień i mi coś odradzicie? 


Co bym chciała, czyli wishlista

Wednesday, February 5, 2014 -


Witam Was serdecznie.
Na początek może parę słów o tym, co u mnie. Mianowicie, przeprowadziłam się już ze wszystkim i niczego chyba nie zapomniałam. Sesja praktycznie już za mną, został mi tylko jeden egzamin. (był dzisiaj, ale wykładowca postanowił się nie pojawić :( ), muszę zrobić jakieś małe zakupy na nowe miejsce i staram się nadrabiać blogowe zaległości. Te w pisaniu tutaj, ale też w komentowaniu Waszych wpisów. I wierzcie mi, zaległości mam spore :)

Przyszedł jednak taki czas w życiu, że powiedziałam sobie "tak,  skończył się już ten okres pt. "mam wszystko i nic już nie chcę"" i w ten oto sposób powstała lista rzeczy, które chciałabym jakoś w najbliższym czasie posiąść. Mam nadzieję, że uda mi się to dość szybko, ale żeby było jasne (!) - nie spieszy mi się z zakupami. Po prostu, piszę ten post po to, aby o tych rzeczach "chwilowo" nie zapomnieć i żeby móc się potem rozliczyć z tego, że nie wydałam pieniędzy na głupoty, tylko na to, co naprawdę chciałam. Chociaż i tak wydam pewnie część na głupoty :)


Przede wszystkim, marzy mi się pomadka i konturówka z MAC. Nie wiem jeszcze, czy te kolory by mi pasowały i czy w związku z tym, że postawię na czerwoną szminkę, to będę ją nosić. Zastanawiam się, czy nie postawię na jakiś kolor  bardziej przyziemny, codzienny. Aktualnie jednak marzy mi się piękna czerwień na ustach. Klasyka. 
Czasu mam niewiele, bo taki zestawik ma być moim prezentem rocznicowym od mojego najwspanialszego mężczyzny. Już taka jestem, że mówię jasno, o czym marzę i co chciałabym dostać, zamiast przysparzać problemu mojemu ukochanemu, i bliskim. Nie chcę potem odgrywać scenki, że jestem szczęśliwa z nietrafionego prezentu.
Jestem też bardzo zadowolona z korektora pro longwear (przydałby mi się jaśniejszy kolor!), dlatego postanowiłam, że jak wykończę moją rzeszę podkładów, to ten będzie następny.

Serum Idealist od Estee Lauder zostało zepchnięte na dalszy plan, ale tylko chwilowo. Po pierwsze, intensywnie się zastanawiam, czy nie będę żałować wydania tak niebotycznie wysokiej ceny na serum do twarzy. Czy może jednak wolę te pieniądze spożytkować na coś innego. Nie mniej jednak, chciałabym je posiadać, bo kilka próbek zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. 
Żel pod prysznic oraz świeca z Bomb Cosmetics są zachciewajką czysto zapachową. Bogu dziękować, w Szczecinie Bomb Cosmetics jest dostępne stacjonarnie. Jedyny problem, to fakt, że jeszcze nie ogarnęłam, gdzie to jest. W każdym razie, żel pod prysznic przyda mi się teraz jakoś tak szczególnie. Podczas gdy dieta i siłownia w toku, człowiekowi nie chce się za bardzo ruszać, przy zakwasach tym bardziej. Dlatego takie cytrynowe orzeźwienie powinno mi dać solidnego kopa do działania :)


Żele antybakteryjne z BBW uwielbiam. Zakochałam się miłością ogromną. Zwłaszcza Paris Amour jest tym, dla którego straciłam głowę. Dlatego ubolewam niezwykle, że do Warszawy taki kawał drogi. Ciągle mam nadzieję, że może i u nas otworzą ten sklep. Chociaż może to i lepiej, że go nie mamy, bo pewnie bym tam zamieszkała. 
W każdym razie, jakoś sobie trzeba radzić, więc allegro idzie w ruch. Czekam tylko, jak ktoś rzuci właśnie ten zapach. Inne mnie interesują, ale nie tak bardzo jak ten. 
Świec nigdy za wiele, ale liczyłam, że uda mi się załapać na promocję. Za stałą cenę nie kupię ich nigdy. Nie ma mowy. Jeszcze mnie nie pogrzało, żeby wydawać tyle na świece. (Z całym szacunkiem, rozumiem, że niektórzy chcą i kupują, ale mi jest po prostu szkoda kasy.) Wiecie, dwie w cenie jednej, to już zupełnie inna rozmowa :) Niestety, zakupy świec zostały oficjalnie przesunięte do kolejnych wyprzedaży.

Źródło:tutaj
Mam jeszcze parcie na kosmetyki do włosów z Macadamia. Jak na razie, jestem zadowolona z odżywki bez spłukiwania, którą udało mi się upolować. Taki set ma nawet przystępną cenę, a ja mam ogromną ochotę na kultową już maskę do włosów. Na pewno wpadnie w moje ręce.

Źródło:tutaj
Przeszła mi totalnie chęć na bazę z Urban Decay. Tyle dobrego się już nasłuchałam i naczytałam o bazie z Lime Crime, że to będzie prawdziwa zbrodnia, jeśli nie będę jej posiadaczką. Zależy mi na tym produkcie dość mocno i mam nadzieję, że wpadnie do mojej kosmetyczki szybciutko oraz, że mnie nie zawiedzie. Mam wobec niej naprawdę wysokie wymagania.


Wiecie, że podobno w Inglocie jest teraz akcja wyprzedawania okrągłych wkładów za 5zł/sztuka? Na pewno się tam wybiorę, bo marzy mi się taki rozbielony, cytrynowy cień. I pewnie coś jeszcze mi wpadnie w ręce. Ale mam tylko dwa miejsca w paletce magnetycznej, więc więcej kupić nie mogę. Jest limit. O! Może niedługo pokażę Wam moją paletę :)

No i już tak na sam koniec-koniec. W piątek spotykamy się ze szczecińskimi blogerkami! Już nie mogę się doczekać poznania ich osobiście. Wiem też, że będę niesamowicie skrępowana i jeśli będę się jąkać, to wybaczcie :)

I to by było na tyle. Teoretycznie nie potrzebuję już więcej nic, ale praktycznie - na pewno kupię coś jeszcze. Może z czegoś zrezygnuję. Będzie, jak będzie.
A Wy? Jakie macie makijażowe marzenia do spełnienia? :)

A obiecałam sobie, że nie będę kupować...

Tuesday, July 30, 2013 -

Taka już jestem. Często sama siebie oszukuje, że już nigdy więcej, a potem widzę promocję i latam po sklepie, jak kot z pęcherzem. Co najmniej, jakby nie miała się ona powtórzyć, jakby to było raz na milion lat. Chyba będę musiała się udać do jakiegoś lekarza, bo sama sobie nie potrafię przetłumaczyć, że za miesiąc, czy dwa promocja się powtórzy. Ale nie, ja muszę zrobić zapasy na koniec świata albo "o! tego koloru jeszcze nie mam!".

 Tak oto stałam się posiadaczką wielu nowych kosmetyków. Część z nich trafiona w dziesiątkę, część kupiona nie wiem po co,  jedna rzecz jest totalnym bublem... Dla mnie nowość, bo ostatnio prawie niczym, co kupiłam sobie sama (albo wybrałam), nie byłam zawiedziona. No to przyszła kolej i na mnie. Może to i dobrze, bo teraz już nie będę się rzucać, jak szczerbaty na suchary.

Może zaczniemy, co? Będąc w miejscowości, w której ostatnio "pożegnałam się" z moim telefonem wstąpiłam do Pepco. Przy okazji! Mój telefon jest już u mnie! Wiara w skuteczność polskiej policji jakoś tak do mnie powróciła, chociaż ja i Dżejms mieliśmy spory wkład w rozwiązanie sprawy - jak dwoje porządnych detektywów. Teraz już się ten palant nie wywinie i sprawa skończy się w sądzie. Wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy go odwiedzili :) Ale już do rzeczy, bo znowu odchodzę od tematu. Jakbyście mnie poznały na żywo, to byście wiedziały, że jestem miłośniczką zaczęcia rozmowy o czymś, przejścia na milion tematów, aby ostatecznie nie dokończyć tego, co mówiłam na początku, zapominając w ogóle, co to było :)

A więc byłam w Pepco i w tym oto Pepco zakupiłam cienie. Pierwszym z nich, a właściwie pierwszą, bo to paletka, jest ta poniżej na zdjęciu. W końcu udało mi się upolować coś z MUA i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. 


Cienie są bardzo dobrze napigmentowane, a kosztowały jakieś 9.99, czyli niedużo. W paletce mamy cztery cienie, których swatche widzicie na zdjęciu poniżej. Zdziwiła mnie trochę konsystencja, ponieważ są one, jakby mokre, może nie totalnie mokre, ale odrobinę. Dzieje się tak pewnie za sprawą drobno zmielonego brokatu. Mimo to, nie ma problemów z ich blendowaniem na powiece, wręcz przeciwnie, wychodzi to dość sprawnie i szybko. 


Może nie pokusiłabym się o makijaż w tylko tych barwach, bo za dużo by było tej dyskotekowej kuli, ale jeden, czy dwa kolory dodane do codziennego makijażu dają przepiękny efekt. Ja jestem najbardziej zadowolona z mięty, która trafiła do tego zestawu. Już od dawna chodził za mną cień w tym kolorze, ale jakoś żaden mnie nie zadowalał. Ten spełnia moje oczekiwania.


Kupiłam jeszcze jeden wypiekany cień z Accessorize. Kosztował mnie 4,90zł i jak widać niżej, nalepka z ceną nie chce się pożegnać z opakowaniem. Jakoś to przeżyję, trudno. 


Nie będę ukrywać, wzięłam go, bo zachęciła mnie cena. Był tak opakowany, że w sumie ciężko było stwierdzić, w jakim jest kolorze. Mimo to, jestem bardzo zadowolona z zakupu w ciemno. Cień można śmiało używać, jako rozświetlający róż. Podzielony jest na dwie części, z czego jedna wiele się od drugiej nie różni.


Jeden kolor to bardzo połyskliwy, ale też jasny i delikatny róż, drugi zaś dla mnie typowo szampański, różniący się lekko beżowymi barwami. Przy okazji bardzo ładnie pachnie. 


A to moje zakupy szczecińsko-warszawskie. Część z Was, która śledzi mnie na Facebooku wie, że wybrałam się ostatnio do Warszawy na koncert Depeche Mode. W tamtym roku byłam na Coldplay, ale mimo pobytu w stolicy, nie zwiedziłam jej specjalnie. Tym razem jednak byłam z osobą, która przeciągnęła mnie po mieście  na tyle, że w hotelowym łóżku, w ciągu 4 godzin spało mi się tak dobrze, jak nigdy w życiu. Miasto mi się bardzo podoba i żałuję, że mój Dżejms nie zgodził się na wakacje w Warszawie. No, ale cóż. W tym roku zwiedzamy Wrocław. W Złotych Tarasach weszłam tylko do dwóch, a w sumie trzech sklepów. MAC, BBW i Super-Pharm (bo męczyła mnie alergia i nie mogłam przestać kichać, smarkać, płakać i w ogóle). I taka moja mała dygresja nt. SP w Złotych. Myślałam, że padnę! 
Nie chwaląc się, ale w Szczecinie, nasza Kaskada i Galaxy wypada dużo, dużo lepiej. Nie dziwił mnie też fakt, jak Kaskada wygrała konkurs na najlepszą galerię handlową w Polsce. I może nie mamy wszystkich sklepów, nie możemy się nimi pochwalić (bo brakuje np. MACa, BBW, Dorothy Perkins, Victoria's Secret, ale to chyba wszystkie, jakich u nas nie ma). Super-Pharm wygląda na odrobinkę większy niż nasz, ale to, że są numerki do kasy aptecznej, to mnie rozwaliło. Nikogo nie ma w kolejce, a pani do mnie jaki mam numerek. A co ja? W urzędzie jestem? Może to Was teraz podzielić na osoby, które twierdzą, że tak lepiej, bo nie ma wielkich kolejek, bo to, bo tamto. Dla mnie to jest jednak śmieszne i padłam tam razem z moją "towarzyszką podróży". My, w mieście, które według wielu "leży nad morzem", jakoś sobie jeszcze bez tych numerków radzimy. 


Razem z "towarzyszką" doszłyśmy do wniosku, że nie mogłybyśmy mieszkać w Warszawie. I nie chodzi o to, że duże miasto, że dużo ludzi. Szczecin naprawdę nie jest mały, ale zdecydowanie bardziej go kocham. Mimo że nie mieszkam tutaj od urodzenia, to zawsze uważałam go za piękne miasto. Wiele się w ciągu ostatnich lat zmieniło i nadal zmienia. Jak ktoś jeszcze na wycieczce u nas nie był, to serdecznie zapraszam. Jest mnóstwo rzeczy, które warto zobaczyć, a którymi mało które miasto może się pochwalić. Takiej Trasy Zamkowej, jak u nas, to nie ma nikt. I mój kuzyn ze Śląska, który jechał nią pierwszy raz, zachwycał się, jak dziecko w sklepie z cukierkami. Widzicie, jak schodzę z tematu? Boże... Zaraz zacznę moralizatorską gadkę w stylu mema "Why U no come to Szczecin?".


Już wracam do tematu. Pięć przypinek kupiłam przed koncertem. Kosztowały mnie 20zł. W pierwszej chwili myślałam, że to tylko jedna tyle kosztuje, ale ostatecznie wyszłam lepiej niż na Coldplay'u, gdzie jedna była po 10zł. Ja sobie ustaliłam taką nową tradycję, że na każdym koncercie, jaki odwiedzę, będę kupować przypinkę i będę nimi dziabać moją styraną torebkę w takim stylu. Mam nadzieję, że niedługo kupię solidniejszy worek na takie pierdółki.
A tak w ogóle, to koncert był zajebisty :)


A teraz do Szczecinianek. W KOŃCU w Douglasie możemy się obkupować w kosmetyki marki NYX. I co zrobiła Ala, jak to zobaczyła? Kupiła już dwie kredki Jumbo Eye Pencil, w kolorach 605 Strawberry Milk i 611 Yogurt (poniżej swatche). Jedna taka kredka kosztuje 19,90 i może świetnie posłużyć, jako baza pod cienie. Ja jednak kupiłam te dwa kolory z myślą o wakacyjnych wyjazdach. Nie będę w ten sposób marnowała miejsca w kosmetyczce zbędnymi pędzelkami, cieniami itp. Wiem na pewno, że nie będzie mi się chciało poświęcać dużo czasu na wymyślne makijaże. Starczy mi podstawowy, naturalny efekt. 


W Bath&Body Works oszalałam. Dosłownie, jak tylko weszłam, to oszalałam. Z jednej strony chciałam kupić wszystko, z drugiej - łapałam się za głowę, gdy widziałam ceny. Wygrała moja bardziej "myśląca" osoba, która zabroniła mi kupowania rzeczy, które nie są mi potrzebne. Wzięłam to, co było "potrzebne" i nie przeginałam z kasą, mimo że byłam w stanie kupić naprawdę sporo. Poszłam jednak po rozum do głowy.


Tak oto stałam się posiadaczką tego lusterka. Wiem, jestem dziecinna, ale kurde, no! Widzicie, jakie jest cudowne? Kosztowało 19,90, a jest takie słodkie. Ja w sumie nie miałam żadnego przenośnego lusterka do torebki. Za lusterko robił mój telefon, który jest spory, więc można się w nim przeglądać do woli. Sówka ma w sobie jeszcze wodę z takim śniegiem z zimowej kuli, więc przy okazji cieszy oko. I bez tego cieszy oko, nie? :)


Zdecydowałam się na dwa kosmetyki. Żel Citrus Blanc (17,90) niby z masłem shea. Fajny cytrusowy zapach, ale pod prysznicem stwierdziłam, że wolałabym inny. Ten jest ładny, podoba mi się, ale to taka słodka cytryna, a nie kwaśna i orzeźwiająca. Mała pojemność, przyda się na wyjazd. Namiętnie używam żeli antybakteryjnych Carex, więc taka odskocznia też mi się przyda. Wybrałam go w wersji zapachowej Pink Frosting (7,90) i nim jestem zachwycona! Pachnie cudownie. 


Napadłam na Super-Pharm, bo się okazało, że moja woda termalna jest w promocji. Na zdjęciu widzicie dwie, ale kupiłam trzy, tylko jedna poszła do Dżejmsa. Przyda mu się w te upały, gdy pracuje. Ja jeszcze swojej nie wykończyłam, ale już niedługo. Przynajmniej mam zapas. No i zamiast 19.99 zapłaciłam 13.99. Dla mnie, dobry interes.


Korzystając z tej promocji -30% na Uriage, zakupiłam krem, za którym moja cera bardzo tęskniła. To był pierwszy produkt z kwasami, jaki używałam i od razu był strzałem w dziesiątkę. Krem Hyseac zawiera 2% kwas jabłkowy oraz 7% ester kwasu jabłkowego. Przeznaczony do skóry tłustej, trądzikowej, z problemami skórnymi, rozszerzonymi porami. Ja ogólnie znowu się zmagam z małymi nieprzyjaciółmi, którzy są bolący i wyglądają, jakby się ciągle budowały. 
Kiedyś już go używałam i bardzo mi pomógł. Co prawda nie krępowałam się i nie używałam go 2-3 razy w tygodniu, tylko prawie codziennie. Nie zaszkodził mi, bardzo pomógł, ale więcej o nim napiszę niedługo, bo mam już pomysł na recenzję porównawczą z Effaclarem Duo, który według mnie się do niego nie umywa.


I taki końcowy zbiór, z którego już trochę Wam na blogu pokazywałam. Oczywiście musiałam to okrasić biletem na koncert w tle :)


O peelingu do ust od Pat&Rub już pisałam, więc daję tylko link do recenzji - peeling

W H&Mie kupiłam sobie wypełniacz do koka, tzw. pączka/donuta. Zapłaciłam 9,90 i jest to średni rozmiar. Ja mam mnóstwo włosów, są ciężkie, grube i nie współpracują latem. Jeśli macie sporo włosów, to wiecie, jak to jest o tej porze roku. Dlatego stawiam teraz prawie codziennie na koka. Chyba, że nie wychodzę z domu. 


Moje pudełeczko lakierowe znowu się powiększyło, tym razem przybyło trochę rodzinki Essie. Trochę dużo przybyło. Zakupy były różne. Łącznie kupiłam 6 lakierów, z czego jeden macie w ROZDANIU. W Hebe kupiłam  Bikini so teeny. Parę dni później napaliłam się na Shake your $$ maker i wzięłam odżywkę Help me grow, bo jak wiecie, przytrzasnęłam sobie palca i teraz robię wszystko, żeby pozbyć się tego czarnego pod paznokciem. We're in it together i Tour the finance kupiłam w sklepie internetowym kosmetykizameryki.pl 


Na Facebooku Mydlarnia Hebe ogłosiła konkurs na testowanie ich olejków do wnętrz. Tak się złożyło, że mnie wybrali i po paru dniach dotarł do mnie olejek ogniste liczi. Oczywiście czekajcie na recenzję, bo mam zamiar niedługo taką napisać. Zapach mnie totalnie oczarował.


Aktualizacja Glossyboxa dla mężczyzn :) Dotarła nasza (a właściwie Kuby, bo ja nie golę brody) pianka Vichy. Szybko ją przysłali, przeprosili,  a produkt dotarł cały. Będzie testowanie, gdy wyjedziemy.



Zakupiłam też nowość, która właśnie weszła na polski rynek, czyli ten często reklamowany balsam pod prysznic. W jakiejś gazecie miałam próbkę niebieskiego i bardzo mi się spodobał. Ja nienawidzę balsamować ciała, nie robię tego, będę miała zmarszczki na tyłku i trudno :P Ale Nivea chyba stworzyło ten produkt z myślą o mnie :P Teraz nawilżam skórę i nie mogę jęczeć, że nie lubię się balsamować. Bo pod prysznicem, to lubię nawet bardzo. 


No i najbardziej ekskluziv zakup, czyli perfumy. Ja wcześniej strasznie się napaliłam na Cacharel Forbidden Kiss, ale potem jakoś już mi przestały ładnie pachnieć. Odpuściłam sobie i w dniu, w którym z Dżejmsem byliśmy w Douglasie (wtedy kupiłam kredki NYX), szukaliśmy jakiegoś ładnego zapachu. Najpierw na papierkach, ale potem już nie miałam wolnego miejsca na ciele :) Wiadomo, że na skórze inaczej pachnie niż na papierku. Ostatecznie podobały nam się dwa, ładnie kosztujące zapachy. Jednak stwierdziliśmy oboje, że od teraz będziemy kupować perfumy w Douglasie i Sephorze tylko, jeśli trafi się odpowiednia promocja. Jak np. ostatnio z Flash Jimmy Choo. Ten zakup był naszym pierwszym przez Internet. Posłużyła nam strona iperfumy.pl 
Wybrałam zapach Gucci, Flora w wersji złotej a, że Kuba jest najbardziej kochanym mężczyzną na świecie, to... no właśnie. Zapłaciliśmy sporo mniej od tego, co w sklepie, czyli 183zł. Buteleczka jest jedną z piękniejszych, jakie widziałam i jaka ozdabia mój mały zbiór. Wiem, że Wam obiecywałam post z moimi perfumami, więc jak się niedługo za to zbiorę, to na pewno się pojawi :) 
Perfumy są bardzo eleganckie, zmysłowe, kwiatowe, kobiece... mogę tak bez końca :) Ale wydaje mi się, że jest to zapach dla kobiety, mniej więcej w wieku do 30. roku życia. 



I co powiecie o moich przygodo-zakupach? :) Mam nadzieję, że nie zostanę zjedzona, tylko dacie mi rozgrzeszenie :P I, że sobie coś podpatrzycie. Dziękuję Wam za trzymanie kciuków w sprawie schwytania tego pazernego gościa, bo przesłaliście mnóstwo dobrej energii, skoro sprawa rozwiązała się tak szybko. Teraz czekam na wezwanie do sądu, żebym mogła mu się zaśmiać w twarz. Zamawiałyście coś kiedyś z iperfumy? Jesteście zadowolone? Bo ja bardzo! 
DO GÓRY