Showing posts with label MAC COSMETICS. Show all posts

MAC Angel

Sunday, May 18, 2014 -


 Jak już wszystkich zdążyłam poinformować, jestem posiadaczką szminek MACa. TAK. W KOŃCU. Było to moim sporym marzeniem i udało mi się je spełnić przy pomocy mamy. 


Zdecydowałam się na dwie pomadki, które zakupiłam podczas nocy zakupów na douglas.pl. Trafiło się wtedy -20%, więc akcja idealna. W związku z tym za jedną sztukę zapłaciłam 71zł zamiast 86zł. Prawda, że przyjemnie? 


Dzisiaj pokazuję Wam z bliska Angel. Chyba jedną z najbardziej znanych i kultowych już pomadek MAC. Podobno jest to ulubiona szminka Kim Kardashian. Nie to, żeby Kim była dla mnie jakimś wyznacznikiem, bo za nią nie przepadam, ale fakt perfekcyjnego (choć ciężkiego) makijażu, trzeba jej oddać.


Pomadka jest meganawilżająca i pachnąca. Nie do końca wiem, jak opisać Wam zapach pomadek MAC, ale jest to coś na pograniczu słodkiego, waniliowego karmelu i typowego zapachu szminki. Mogłabym ją wąchać i wąchać. Co lepsze, czuć ten zapach pod nosem, ale nie jest on zbyt intensywny.


Wkończenie nazywa się Frost i właściwie sama musiałam sprawdzić, czym to się charakteryzuje. Podobno jest to efekt zmrożonego połysku i metaliczne wykończenie (KLIK). Jak wspomniałam wyżej, jest bardzo kremowa i nawilżająca. Sunie po ustach, jak masełko.

Oczywiście, jestem nienormalna i tak, jak małe dziecko idzie spać z nową zabawką, tak ja wysmarowałam się nią do spania. Taka byłam podekscytowana :D W każdym razie, powiem Wam, że rano obudziłam się z ustami, jak gąbeczki. Nie mam już zamiaru używać jej zamiast Tisane. Za drogo wychodzi :D


Chciałam mój pierwszy szminkowy zakup z MACa nakierować na kolory, które są kultowe i będę z nich na pewno zadowolona. Co więcej, zależało mi na kolorach, które będę mogła używać na co dzień, a nie od święta. Nie po to decyduję się na szminkę za taką cenę, żeby używać jej od wielkiego dzwonu. Dlatego postawiłam na Angel.

Angel, to dla mnie róż-ideał. Jest jasna, ale nie blada. Podkreśla biel zębów i całą twarz. Zwraca uwagę, ale dyskretnie. Ożywia cerę, świetnie sprawdza się w wieczorowym makijażu, jak i tym na co dzień, który ograniczam do minimum.


Fajnie się na ustach utrzymuje. Wiadomo, jeśli pomadka nie jest matowa, to na ustach nie wytrzymuje bardzo długo, ale czas jej żywotności jest przyzwoity. 


Normalnie, jest rewelacja. Jestem z niej bardzo zadowolona i już chyba rozumiem, czym tak bardzo zachwycają się miliony dziewczyn na całym świecie. Kosmetyki MAC są warte całego zachodu. Stałam się jeszcze większą fanką MACa i czuję, że na tych dwóch (o drugiej wkrótce) panienkach się nie skończy. 

Macie swoje pomadki MACa? Wzdychacie za którąś szczególnie? ;) Jestem ciekawa, czy jeśli miałybyście mieć swoją pierwszą szminkę tego typu, to zdecydowałybyście się na coś codziennego, czy jednak poszłybyście w szalony kolor? 

Co bym chciała, czyli wishlista

Wednesday, February 5, 2014 -


Witam Was serdecznie.
Na początek może parę słów o tym, co u mnie. Mianowicie, przeprowadziłam się już ze wszystkim i niczego chyba nie zapomniałam. Sesja praktycznie już za mną, został mi tylko jeden egzamin. (był dzisiaj, ale wykładowca postanowił się nie pojawić :( ), muszę zrobić jakieś małe zakupy na nowe miejsce i staram się nadrabiać blogowe zaległości. Te w pisaniu tutaj, ale też w komentowaniu Waszych wpisów. I wierzcie mi, zaległości mam spore :)

Przyszedł jednak taki czas w życiu, że powiedziałam sobie "tak,  skończył się już ten okres pt. "mam wszystko i nic już nie chcę"" i w ten oto sposób powstała lista rzeczy, które chciałabym jakoś w najbliższym czasie posiąść. Mam nadzieję, że uda mi się to dość szybko, ale żeby było jasne (!) - nie spieszy mi się z zakupami. Po prostu, piszę ten post po to, aby o tych rzeczach "chwilowo" nie zapomnieć i żeby móc się potem rozliczyć z tego, że nie wydałam pieniędzy na głupoty, tylko na to, co naprawdę chciałam. Chociaż i tak wydam pewnie część na głupoty :)


Przede wszystkim, marzy mi się pomadka i konturówka z MAC. Nie wiem jeszcze, czy te kolory by mi pasowały i czy w związku z tym, że postawię na czerwoną szminkę, to będę ją nosić. Zastanawiam się, czy nie postawię na jakiś kolor  bardziej przyziemny, codzienny. Aktualnie jednak marzy mi się piękna czerwień na ustach. Klasyka. 
Czasu mam niewiele, bo taki zestawik ma być moim prezentem rocznicowym od mojego najwspanialszego mężczyzny. Już taka jestem, że mówię jasno, o czym marzę i co chciałabym dostać, zamiast przysparzać problemu mojemu ukochanemu, i bliskim. Nie chcę potem odgrywać scenki, że jestem szczęśliwa z nietrafionego prezentu.
Jestem też bardzo zadowolona z korektora pro longwear (przydałby mi się jaśniejszy kolor!), dlatego postanowiłam, że jak wykończę moją rzeszę podkładów, to ten będzie następny.

Serum Idealist od Estee Lauder zostało zepchnięte na dalszy plan, ale tylko chwilowo. Po pierwsze, intensywnie się zastanawiam, czy nie będę żałować wydania tak niebotycznie wysokiej ceny na serum do twarzy. Czy może jednak wolę te pieniądze spożytkować na coś innego. Nie mniej jednak, chciałabym je posiadać, bo kilka próbek zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. 
Żel pod prysznic oraz świeca z Bomb Cosmetics są zachciewajką czysto zapachową. Bogu dziękować, w Szczecinie Bomb Cosmetics jest dostępne stacjonarnie. Jedyny problem, to fakt, że jeszcze nie ogarnęłam, gdzie to jest. W każdym razie, żel pod prysznic przyda mi się teraz jakoś tak szczególnie. Podczas gdy dieta i siłownia w toku, człowiekowi nie chce się za bardzo ruszać, przy zakwasach tym bardziej. Dlatego takie cytrynowe orzeźwienie powinno mi dać solidnego kopa do działania :)


Żele antybakteryjne z BBW uwielbiam. Zakochałam się miłością ogromną. Zwłaszcza Paris Amour jest tym, dla którego straciłam głowę. Dlatego ubolewam niezwykle, że do Warszawy taki kawał drogi. Ciągle mam nadzieję, że może i u nas otworzą ten sklep. Chociaż może to i lepiej, że go nie mamy, bo pewnie bym tam zamieszkała. 
W każdym razie, jakoś sobie trzeba radzić, więc allegro idzie w ruch. Czekam tylko, jak ktoś rzuci właśnie ten zapach. Inne mnie interesują, ale nie tak bardzo jak ten. 
Świec nigdy za wiele, ale liczyłam, że uda mi się załapać na promocję. Za stałą cenę nie kupię ich nigdy. Nie ma mowy. Jeszcze mnie nie pogrzało, żeby wydawać tyle na świece. (Z całym szacunkiem, rozumiem, że niektórzy chcą i kupują, ale mi jest po prostu szkoda kasy.) Wiecie, dwie w cenie jednej, to już zupełnie inna rozmowa :) Niestety, zakupy świec zostały oficjalnie przesunięte do kolejnych wyprzedaży.

Źródło:tutaj
Mam jeszcze parcie na kosmetyki do włosów z Macadamia. Jak na razie, jestem zadowolona z odżywki bez spłukiwania, którą udało mi się upolować. Taki set ma nawet przystępną cenę, a ja mam ogromną ochotę na kultową już maskę do włosów. Na pewno wpadnie w moje ręce.

Źródło:tutaj
Przeszła mi totalnie chęć na bazę z Urban Decay. Tyle dobrego się już nasłuchałam i naczytałam o bazie z Lime Crime, że to będzie prawdziwa zbrodnia, jeśli nie będę jej posiadaczką. Zależy mi na tym produkcie dość mocno i mam nadzieję, że wpadnie do mojej kosmetyczki szybciutko oraz, że mnie nie zawiedzie. Mam wobec niej naprawdę wysokie wymagania.


Wiecie, że podobno w Inglocie jest teraz akcja wyprzedawania okrągłych wkładów za 5zł/sztuka? Na pewno się tam wybiorę, bo marzy mi się taki rozbielony, cytrynowy cień. I pewnie coś jeszcze mi wpadnie w ręce. Ale mam tylko dwa miejsca w paletce magnetycznej, więc więcej kupić nie mogę. Jest limit. O! Może niedługo pokażę Wam moją paletę :)

No i już tak na sam koniec-koniec. W piątek spotykamy się ze szczecińskimi blogerkami! Już nie mogę się doczekać poznania ich osobiście. Wiem też, że będę niesamowicie skrępowana i jeśli będę się jąkać, to wybaczcie :)

I to by było na tyle. Teoretycznie nie potrzebuję już więcej nic, ale praktycznie - na pewno kupię coś jeszcze. Może z czegoś zrezygnuję. Będzie, jak będzie.
A Wy? Jakie macie makijażowe marzenia do spełnienia? :)

Zdobycze z Wrocławia

Monday, September 2, 2013 -

Od kilku wakacyjnych dni spędzonych w miłosnym towarzystwie z Jakubem we Wrocławiu minął już prawie miesiąc, a ja się nadal z Wami nie podzieliłam moimi kosmetycznymi łupami. Zła jestem, bardzo. Dzisiaj jednak wszystko nadrabiam i z chęcią chwalę się tym, co cieszy moje serduszko. Kupiłam same produkty, na które chorowałam. Na razie nie mam kosmetycznych marzeń. To znaczy mam, ale zdaję sobie sprawę, że jestem chomikiem i chciałabym wiele "na już". Byle by mieć. A nie na tym ta zabawa polega :)


Kupiłam moją pierwszą świętą trójcę z MACa. Wrocławski salon jest przepiękny i jeśli tylko bym mogła, to chętnie bym tam zamieszkała. Obsługa marzenie! Pani, która pomagała mi dobrać odcień korektora była przemiła i bardzo pomocna. Nie czułam dystansu, że "O Boże, jest niezręcznie". Było bardzo przyjemnie. W zupełnym przeciwieństwie do salonu MACa w Złotych Tarasach w Warszawie. Tam mi się ani nie podoba, ani obsługa się za dobrze nie sprawuje. Tym bardziej, że to co tam zastałam, to był po prostu syf. Było brudno i nieciekawie. Nie chcę nawet tego pamiętać. Za to sklep we Wrocławiu aż błyszczał.


Naked Lunch i Satin Taupe, to jedne z klasyków od MACa, więc nie sposób było mi się im oprzeć. Trochę drogo, bo 54zł za pojedynczy wkład, ale wiem, że starczą mi na całe wieki. Tym bardziej, że kolory są dość niepowtarzalne, ciekawe, piękne wręcz. Fantastycznie spisują się, jeśli chodzi o mój makijaż. Można nimi zrobić zwykły naturalny makijaż oka, jak i pobawić się na większe wyjście. Są bardzo trwałe i świetnie napigmentowane. Ja i tak nie rozstaję się z bazą pod cienie, ale i bez niej sobie nawet dobrze radzą.


Skusiłam się też na kultowy korektor, którego ja głównie używam pod oczy, ale podczas "pomocy" przy niespodziankach też się świetnie sprawdza. Okazało się, że moim kolorem jest NC20. Pro longwear concealer kosztował mnie najwięcej, bo 74zł. Ale ja już wiem, że to będzie mój korektor do końca życia. Chętnie zaopatrzę się w jeszcze jeden o ton jaśniejszy i podkład w takim samym kolorze, ale to jak już odbiję się od portfelowego dna:)


W Super-Pharmie dopadłam się do szamponu i odżywki Johna Friedy. Były przecenione i za każdy produkt zapłaciłam 17.49zł. Co mnie ogromnie cieszy, bo normalna cena jest dość nieciekawa i odstraszała mnie skutecznie przed kupnem. Zrobię ich osobną recenzję, bo zwłaszcza odżywka bardzo na to zasługuje.


Zupełnie przypadkowo (NAPRAWDĘ!) trafiliśmy z Kubą na Mydlarnię Wrocławską gdzieś tam na Rynku, dokładnie Wam nie powiem, bo nie wiem :) Posiedziałam tam trochę, ale widziałam, że Jakubowy jest delikatnie mówiąc znudzony, więc nie przeciągałam wakacyjnej struny. Skusiłam się na bombę Królowa Nilu od Bomb Cosmetics. Pachniała cudownie, fajnie mi się dzieliła i przyjemnie wyglądała zanim zdecydowałam się z bólem serca ją rozwalić :) Kosztowała jakieś 16zł. Naprawdę fantastycznie zmiękczała wodę w wannie i nadawała jej ładny kolor. Olejki zawarte w nadzieniu pączka delikatnie nawilżały skórę. Powiem jedno - CHCĘ WIĘCEJ! :)



Dopadłam się też do dwóch piaskowców od Golden Rose i był to znakomity zakup.


Na koniec coś pielęgnacyjnego, ale tak konkretnie. Testuję ten peeling już trochę czasu i na pewno niedługo pojawi się jego obszerniejsza recenzja. Na stoisku Clareny (Boże, czemu nie ma go w Szczecinie?!) trafiłam na fajną promocję. Peeling z kwasami AHA dostałam za 24zł. Tubka spora, kosmetyk fajny, marka, którą lubię. Dodatkowo miła pani rzuciła mi paroma próbkami kremu matującego a i Jakub dostał coś dla siebie :)

Wakacje minęły, ja dopiero zebrałam się, żeby wrzucić ten post, ale i odpoczynek, i łupy są dla mnie bardzo udane. Było naprawdę sympatycznie. Podobają się Wam moje zakupy? :) A może i Wam się udało kupić ostatnio coś ciekawego?
DO GÓRY