Showing posts with label uriage. Show all posts

beGlossy "Slow Life"

Tuesday, October 11, 2016 -


Wrześniowe pudełeczko beGlossy bardzo mnie zaskoczyło. Pozytywnie. Generalnie, powoli zaczyna do mnie docierać, że chyba wyrastam z tego typu rzeczy, że takie pudełeczka nie są dla mnie. Dlatego ostatnie pudełko bardzo mnie zaskoczyło. Na tyle mocno, że po prostu, najzwyczajniej w świecie, byłam zachwycona zawartością.

Dlaczego? 
Dlatego, że w większości była to pielęgnacja. Ale to taka pielęgnacja, która w jakiś sposób mnie zainteresowała, która jest ciekawa. Zacznijmy! 


Na wstępie zestaw dwóch miniatur z Uriage. Tutaj znalazł się olejek do kąpieli oraz mleczko nawilżające do ciała. To fajne produkty, które nadadzą się na wyjazdy. Zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Były już ze mną na weekendowym wyjeździe, zużyłam je do końca. I bardzo mi się podobały. Moja skóra nie była w ogóle przesuszona, jak to ma w zwyczaju na jakichś wyjazdach. Mniejszych lub większych.  Czy zdecydują się na produkt pełnowymiarowy? Nie wiem, ale jeśli już, to na olejek pod prysznic. O tej porze roku zaczynam wracać do treściwych, bardziej nawilżających formuł, więc ten nadałby się najlepiej. 


Nowością w asortymencie Vichy jest Slow Age, czyli krem nawilżający z wodą termalną z Vichy. Formuła kremu została wzbogacona o faktor słoneczny o wartości 25. Jest lekki i szybko się wchłania. Nie podrażnia cery, ale jednak moja cera potrzebuje czegoś więcej. 


Enilome, to nieznana mi dotąd marka. Delikatny krem do rąk do skóry suchej, to produkt, który ma mocno nawilżać, ale nie dawać efektu tłustych dłoni. I taki jest. Przy okazji bardzo przyjemnie pachnie, więc trafił na stałe do mojej torebki.


Maskara Debby All in One mascara, to produkt, który ma gwarantować szokujące pogrubienie i równoczesne rozdzielenie rzęs. Efekt ma być spektakularny, ale do recenzji z tym tuszem wrócę niebawem. Niestety, mam teraz otwarte kilka sztuk i muszę je zużyć w pierwszej kolejności. Dość mam bycia niewolnikiem moich własnych natręctw (czyli otwierania wszelkich nowości) 


Nivea, Caring Shower Silk Mousse, to totalna nowość w asortymencie Nivea. Pianka do mycia pod prysznic jest bardzo gęsta i sprężysta. I powiem Wam szczerze, że uważam ją za superprodukt. Bardzo mi się sprawdziła i na pewno kupię nowe opakowanie. Wspomnę też przy okazji o tym, że może służyć pod prysznicem, jako dwa w jednym, czyli nie tylko środek myjący, ale też jako pianka do golenia. Polecam ;)

Ogólnie, tak jak Wam wspomniałam na początku, pudełeczko mi się podobało. Jakoś tak, wpasowało się w moje gusta tą sporą ilością pielęgnacji.
A jak jest z Wami? Bawicie się jeszcze w pudełeczka subskrypcyjne? 

Ulubieńcy lipca

Monday, August 4, 2014 -

Kolejny miesiąc dumy za mną. Cieszę się, że nie odpuszczam sobie ulubieńców i z uwagą przyglądam się moim kosmetykom. Tym bardziej, że do tej pory nie zwracałam uwagi na to, gdzie ląduje moja ręka w czeluściach kosmetycznych zbiorów. To znaczy, że nie przyglądałam się specjalnie, co najchętniej używałam w danym miesiącu i co służyło mi najlepiej. Ulubieńcy to zmieniają :)

A obiecałam sobie, że nie będę kupować...

Tuesday, July 30, 2013 -

Taka już jestem. Często sama siebie oszukuje, że już nigdy więcej, a potem widzę promocję i latam po sklepie, jak kot z pęcherzem. Co najmniej, jakby nie miała się ona powtórzyć, jakby to było raz na milion lat. Chyba będę musiała się udać do jakiegoś lekarza, bo sama sobie nie potrafię przetłumaczyć, że za miesiąc, czy dwa promocja się powtórzy. Ale nie, ja muszę zrobić zapasy na koniec świata albo "o! tego koloru jeszcze nie mam!".

 Tak oto stałam się posiadaczką wielu nowych kosmetyków. Część z nich trafiona w dziesiątkę, część kupiona nie wiem po co,  jedna rzecz jest totalnym bublem... Dla mnie nowość, bo ostatnio prawie niczym, co kupiłam sobie sama (albo wybrałam), nie byłam zawiedziona. No to przyszła kolej i na mnie. Może to i dobrze, bo teraz już nie będę się rzucać, jak szczerbaty na suchary.

Może zaczniemy, co? Będąc w miejscowości, w której ostatnio "pożegnałam się" z moim telefonem wstąpiłam do Pepco. Przy okazji! Mój telefon jest już u mnie! Wiara w skuteczność polskiej policji jakoś tak do mnie powróciła, chociaż ja i Dżejms mieliśmy spory wkład w rozwiązanie sprawy - jak dwoje porządnych detektywów. Teraz już się ten palant nie wywinie i sprawa skończy się w sądzie. Wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy go odwiedzili :) Ale już do rzeczy, bo znowu odchodzę od tematu. Jakbyście mnie poznały na żywo, to byście wiedziały, że jestem miłośniczką zaczęcia rozmowy o czymś, przejścia na milion tematów, aby ostatecznie nie dokończyć tego, co mówiłam na początku, zapominając w ogóle, co to było :)

A więc byłam w Pepco i w tym oto Pepco zakupiłam cienie. Pierwszym z nich, a właściwie pierwszą, bo to paletka, jest ta poniżej na zdjęciu. W końcu udało mi się upolować coś z MUA i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. 


Cienie są bardzo dobrze napigmentowane, a kosztowały jakieś 9.99, czyli niedużo. W paletce mamy cztery cienie, których swatche widzicie na zdjęciu poniżej. Zdziwiła mnie trochę konsystencja, ponieważ są one, jakby mokre, może nie totalnie mokre, ale odrobinę. Dzieje się tak pewnie za sprawą drobno zmielonego brokatu. Mimo to, nie ma problemów z ich blendowaniem na powiece, wręcz przeciwnie, wychodzi to dość sprawnie i szybko. 


Może nie pokusiłabym się o makijaż w tylko tych barwach, bo za dużo by było tej dyskotekowej kuli, ale jeden, czy dwa kolory dodane do codziennego makijażu dają przepiękny efekt. Ja jestem najbardziej zadowolona z mięty, która trafiła do tego zestawu. Już od dawna chodził za mną cień w tym kolorze, ale jakoś żaden mnie nie zadowalał. Ten spełnia moje oczekiwania.


Kupiłam jeszcze jeden wypiekany cień z Accessorize. Kosztował mnie 4,90zł i jak widać niżej, nalepka z ceną nie chce się pożegnać z opakowaniem. Jakoś to przeżyję, trudno. 


Nie będę ukrywać, wzięłam go, bo zachęciła mnie cena. Był tak opakowany, że w sumie ciężko było stwierdzić, w jakim jest kolorze. Mimo to, jestem bardzo zadowolona z zakupu w ciemno. Cień można śmiało używać, jako rozświetlający róż. Podzielony jest na dwie części, z czego jedna wiele się od drugiej nie różni.


Jeden kolor to bardzo połyskliwy, ale też jasny i delikatny róż, drugi zaś dla mnie typowo szampański, różniący się lekko beżowymi barwami. Przy okazji bardzo ładnie pachnie. 


A to moje zakupy szczecińsko-warszawskie. Część z Was, która śledzi mnie na Facebooku wie, że wybrałam się ostatnio do Warszawy na koncert Depeche Mode. W tamtym roku byłam na Coldplay, ale mimo pobytu w stolicy, nie zwiedziłam jej specjalnie. Tym razem jednak byłam z osobą, która przeciągnęła mnie po mieście  na tyle, że w hotelowym łóżku, w ciągu 4 godzin spało mi się tak dobrze, jak nigdy w życiu. Miasto mi się bardzo podoba i żałuję, że mój Dżejms nie zgodził się na wakacje w Warszawie. No, ale cóż. W tym roku zwiedzamy Wrocław. W Złotych Tarasach weszłam tylko do dwóch, a w sumie trzech sklepów. MAC, BBW i Super-Pharm (bo męczyła mnie alergia i nie mogłam przestać kichać, smarkać, płakać i w ogóle). I taka moja mała dygresja nt. SP w Złotych. Myślałam, że padnę! 
Nie chwaląc się, ale w Szczecinie, nasza Kaskada i Galaxy wypada dużo, dużo lepiej. Nie dziwił mnie też fakt, jak Kaskada wygrała konkurs na najlepszą galerię handlową w Polsce. I może nie mamy wszystkich sklepów, nie możemy się nimi pochwalić (bo brakuje np. MACa, BBW, Dorothy Perkins, Victoria's Secret, ale to chyba wszystkie, jakich u nas nie ma). Super-Pharm wygląda na odrobinkę większy niż nasz, ale to, że są numerki do kasy aptecznej, to mnie rozwaliło. Nikogo nie ma w kolejce, a pani do mnie jaki mam numerek. A co ja? W urzędzie jestem? Może to Was teraz podzielić na osoby, które twierdzą, że tak lepiej, bo nie ma wielkich kolejek, bo to, bo tamto. Dla mnie to jest jednak śmieszne i padłam tam razem z moją "towarzyszką podróży". My, w mieście, które według wielu "leży nad morzem", jakoś sobie jeszcze bez tych numerków radzimy. 


Razem z "towarzyszką" doszłyśmy do wniosku, że nie mogłybyśmy mieszkać w Warszawie. I nie chodzi o to, że duże miasto, że dużo ludzi. Szczecin naprawdę nie jest mały, ale zdecydowanie bardziej go kocham. Mimo że nie mieszkam tutaj od urodzenia, to zawsze uważałam go za piękne miasto. Wiele się w ciągu ostatnich lat zmieniło i nadal zmienia. Jak ktoś jeszcze na wycieczce u nas nie był, to serdecznie zapraszam. Jest mnóstwo rzeczy, które warto zobaczyć, a którymi mało które miasto może się pochwalić. Takiej Trasy Zamkowej, jak u nas, to nie ma nikt. I mój kuzyn ze Śląska, który jechał nią pierwszy raz, zachwycał się, jak dziecko w sklepie z cukierkami. Widzicie, jak schodzę z tematu? Boże... Zaraz zacznę moralizatorską gadkę w stylu mema "Why U no come to Szczecin?".


Już wracam do tematu. Pięć przypinek kupiłam przed koncertem. Kosztowały mnie 20zł. W pierwszej chwili myślałam, że to tylko jedna tyle kosztuje, ale ostatecznie wyszłam lepiej niż na Coldplay'u, gdzie jedna była po 10zł. Ja sobie ustaliłam taką nową tradycję, że na każdym koncercie, jaki odwiedzę, będę kupować przypinkę i będę nimi dziabać moją styraną torebkę w takim stylu. Mam nadzieję, że niedługo kupię solidniejszy worek na takie pierdółki.
A tak w ogóle, to koncert był zajebisty :)


A teraz do Szczecinianek. W KOŃCU w Douglasie możemy się obkupować w kosmetyki marki NYX. I co zrobiła Ala, jak to zobaczyła? Kupiła już dwie kredki Jumbo Eye Pencil, w kolorach 605 Strawberry Milk i 611 Yogurt (poniżej swatche). Jedna taka kredka kosztuje 19,90 i może świetnie posłużyć, jako baza pod cienie. Ja jednak kupiłam te dwa kolory z myślą o wakacyjnych wyjazdach. Nie będę w ten sposób marnowała miejsca w kosmetyczce zbędnymi pędzelkami, cieniami itp. Wiem na pewno, że nie będzie mi się chciało poświęcać dużo czasu na wymyślne makijaże. Starczy mi podstawowy, naturalny efekt. 


W Bath&Body Works oszalałam. Dosłownie, jak tylko weszłam, to oszalałam. Z jednej strony chciałam kupić wszystko, z drugiej - łapałam się za głowę, gdy widziałam ceny. Wygrała moja bardziej "myśląca" osoba, która zabroniła mi kupowania rzeczy, które nie są mi potrzebne. Wzięłam to, co było "potrzebne" i nie przeginałam z kasą, mimo że byłam w stanie kupić naprawdę sporo. Poszłam jednak po rozum do głowy.


Tak oto stałam się posiadaczką tego lusterka. Wiem, jestem dziecinna, ale kurde, no! Widzicie, jakie jest cudowne? Kosztowało 19,90, a jest takie słodkie. Ja w sumie nie miałam żadnego przenośnego lusterka do torebki. Za lusterko robił mój telefon, który jest spory, więc można się w nim przeglądać do woli. Sówka ma w sobie jeszcze wodę z takim śniegiem z zimowej kuli, więc przy okazji cieszy oko. I bez tego cieszy oko, nie? :)


Zdecydowałam się na dwa kosmetyki. Żel Citrus Blanc (17,90) niby z masłem shea. Fajny cytrusowy zapach, ale pod prysznicem stwierdziłam, że wolałabym inny. Ten jest ładny, podoba mi się, ale to taka słodka cytryna, a nie kwaśna i orzeźwiająca. Mała pojemność, przyda się na wyjazd. Namiętnie używam żeli antybakteryjnych Carex, więc taka odskocznia też mi się przyda. Wybrałam go w wersji zapachowej Pink Frosting (7,90) i nim jestem zachwycona! Pachnie cudownie. 


Napadłam na Super-Pharm, bo się okazało, że moja woda termalna jest w promocji. Na zdjęciu widzicie dwie, ale kupiłam trzy, tylko jedna poszła do Dżejmsa. Przyda mu się w te upały, gdy pracuje. Ja jeszcze swojej nie wykończyłam, ale już niedługo. Przynajmniej mam zapas. No i zamiast 19.99 zapłaciłam 13.99. Dla mnie, dobry interes.


Korzystając z tej promocji -30% na Uriage, zakupiłam krem, za którym moja cera bardzo tęskniła. To był pierwszy produkt z kwasami, jaki używałam i od razu był strzałem w dziesiątkę. Krem Hyseac zawiera 2% kwas jabłkowy oraz 7% ester kwasu jabłkowego. Przeznaczony do skóry tłustej, trądzikowej, z problemami skórnymi, rozszerzonymi porami. Ja ogólnie znowu się zmagam z małymi nieprzyjaciółmi, którzy są bolący i wyglądają, jakby się ciągle budowały. 
Kiedyś już go używałam i bardzo mi pomógł. Co prawda nie krępowałam się i nie używałam go 2-3 razy w tygodniu, tylko prawie codziennie. Nie zaszkodził mi, bardzo pomógł, ale więcej o nim napiszę niedługo, bo mam już pomysł na recenzję porównawczą z Effaclarem Duo, który według mnie się do niego nie umywa.


I taki końcowy zbiór, z którego już trochę Wam na blogu pokazywałam. Oczywiście musiałam to okrasić biletem na koncert w tle :)


O peelingu do ust od Pat&Rub już pisałam, więc daję tylko link do recenzji - peeling

W H&Mie kupiłam sobie wypełniacz do koka, tzw. pączka/donuta. Zapłaciłam 9,90 i jest to średni rozmiar. Ja mam mnóstwo włosów, są ciężkie, grube i nie współpracują latem. Jeśli macie sporo włosów, to wiecie, jak to jest o tej porze roku. Dlatego stawiam teraz prawie codziennie na koka. Chyba, że nie wychodzę z domu. 


Moje pudełeczko lakierowe znowu się powiększyło, tym razem przybyło trochę rodzinki Essie. Trochę dużo przybyło. Zakupy były różne. Łącznie kupiłam 6 lakierów, z czego jeden macie w ROZDANIU. W Hebe kupiłam  Bikini so teeny. Parę dni później napaliłam się na Shake your $$ maker i wzięłam odżywkę Help me grow, bo jak wiecie, przytrzasnęłam sobie palca i teraz robię wszystko, żeby pozbyć się tego czarnego pod paznokciem. We're in it together i Tour the finance kupiłam w sklepie internetowym kosmetykizameryki.pl 


Na Facebooku Mydlarnia Hebe ogłosiła konkurs na testowanie ich olejków do wnętrz. Tak się złożyło, że mnie wybrali i po paru dniach dotarł do mnie olejek ogniste liczi. Oczywiście czekajcie na recenzję, bo mam zamiar niedługo taką napisać. Zapach mnie totalnie oczarował.


Aktualizacja Glossyboxa dla mężczyzn :) Dotarła nasza (a właściwie Kuby, bo ja nie golę brody) pianka Vichy. Szybko ją przysłali, przeprosili,  a produkt dotarł cały. Będzie testowanie, gdy wyjedziemy.



Zakupiłam też nowość, która właśnie weszła na polski rynek, czyli ten często reklamowany balsam pod prysznic. W jakiejś gazecie miałam próbkę niebieskiego i bardzo mi się spodobał. Ja nienawidzę balsamować ciała, nie robię tego, będę miała zmarszczki na tyłku i trudno :P Ale Nivea chyba stworzyło ten produkt z myślą o mnie :P Teraz nawilżam skórę i nie mogę jęczeć, że nie lubię się balsamować. Bo pod prysznicem, to lubię nawet bardzo. 


No i najbardziej ekskluziv zakup, czyli perfumy. Ja wcześniej strasznie się napaliłam na Cacharel Forbidden Kiss, ale potem jakoś już mi przestały ładnie pachnieć. Odpuściłam sobie i w dniu, w którym z Dżejmsem byliśmy w Douglasie (wtedy kupiłam kredki NYX), szukaliśmy jakiegoś ładnego zapachu. Najpierw na papierkach, ale potem już nie miałam wolnego miejsca na ciele :) Wiadomo, że na skórze inaczej pachnie niż na papierku. Ostatecznie podobały nam się dwa, ładnie kosztujące zapachy. Jednak stwierdziliśmy oboje, że od teraz będziemy kupować perfumy w Douglasie i Sephorze tylko, jeśli trafi się odpowiednia promocja. Jak np. ostatnio z Flash Jimmy Choo. Ten zakup był naszym pierwszym przez Internet. Posłużyła nam strona iperfumy.pl 
Wybrałam zapach Gucci, Flora w wersji złotej a, że Kuba jest najbardziej kochanym mężczyzną na świecie, to... no właśnie. Zapłaciliśmy sporo mniej od tego, co w sklepie, czyli 183zł. Buteleczka jest jedną z piękniejszych, jakie widziałam i jaka ozdabia mój mały zbiór. Wiem, że Wam obiecywałam post z moimi perfumami, więc jak się niedługo za to zbiorę, to na pewno się pojawi :) 
Perfumy są bardzo eleganckie, zmysłowe, kwiatowe, kobiece... mogę tak bez końca :) Ale wydaje mi się, że jest to zapach dla kobiety, mniej więcej w wieku do 30. roku życia. 



I co powiecie o moich przygodo-zakupach? :) Mam nadzieję, że nie zostanę zjedzona, tylko dacie mi rozgrzeszenie :P I, że sobie coś podpatrzycie. Dziękuję Wam za trzymanie kciuków w sprawie schwytania tego pazernego gościa, bo przesłaliście mnóstwo dobrej energii, skoro sprawa rozwiązała się tak szybko. Teraz czekam na wezwanie do sądu, żebym mogła mu się zaśmiać w twarz. Zamawiałyście coś kiedyś z iperfumy? Jesteście zadowolone? Bo ja bardzo! 

Spory haul zakupowy

Thursday, June 20, 2013 -

Witam Was baaardzo zimno, chłodno i wszystko, co ma mało stopni. W taką pogodę, jaką ostatnio funduje mi Szczecin aż dziw, że jeszcze się nie roztopiłam. Staram się jednak, jak mogę, żeby żyć i nie ogłosić buntu w dziale z mrożonkami, jakiegoś wielkiego supermarketu. Radzicie sobie jakoś z tym, co dzieje się za oknem?

Dzisiaj przychodzę z postem, w którym wyspowiadam się ze swoich ostatnich zakupów. Od razu mówię, że jestem z nich totalnie rozgrzeszona, bo:
a) za chwilę mam urodziny
b) zbliżają się wakacje, a sporo z tych produktów, jest wakacyjnych.

To co? Zaczynamy maraton!


W tym roku totalnie zajarałam się na temat filtrów do twarzy. Wstyd się przyznać, ale to będzie mój pierwszy filtr. Przyszedł w moim życiu taki moment, że zaczęłam myśleć o tym, że nie chcę, żeby moja skóra wyglądała źle za x lat. Dlatego lepiej zapobiegać niż leczyć i postanowiłam uzbroić się w jakiś dobry filtr, dzięki któremu moja skóra będzie dłużej młoda. Robiłam zakupy w Super-Pharmie i zdecydowałam się na Anthelios XL od  La Roche-Posey za który zapłaciłam 52,49 ( w porównaniu do poprzedniej ceny, 74,99zł, to trafiłam na całkiem fajną promocję). Wybrałam 50ml lekkiego fluidu do twarzy. Do zestawu była dołączona mini woda termalna tej samej firmy.  Bardzo mnie to cieszy, bo niedawno kupiłam dużą butlę od Uriage (o tym niżej!), a taki liliputek świetnie sprawdzi się w torebce.



Przy kasie w SP dostałam gratis przy zakupie LRP. Większość z Was pewnie wie, że obowiązuje teraz taka akcja, że jak kupi się cokolwiek z LRP, to otrzymujemy zestaw miniatur. A w tym słodkim zestawie były trzy małe produkty.
50ml wody termalnej (super, jak się jedna skończy, to nie będę płakać:))
50ml pianki do mycia twarzy (całkiem jej sporo, ale jeszcze jej nie używałam. Zabiorę ze sobą na wakacje)
3ml kremu z filtrem (tak go malutko! ale na wakacyjny weekend poza miastem chyba wystarczy).


Nie będę owijać w bawełnę i jasno się przyznam, że jestem pazerna na wszelkiego rodzaju gratisy, zniżki, bla bla... Może nie kupuję wszystkiego, ale często ubolewam, jeśli na coś nie mogę sobie pozwolić. W razie czego, promocja w aptekach podobno trwa w najlepsze.


Bioderma Sensibio Light, 40ml kremu wartego 52,99zł
Ile zapłaciłam? 9,99... O tak, lubię takie promocje w SP i nie omieszkałam z niej skorzystać. Krem zapowiada się być znakomity, jest lekki , ale treściwy. Fajnie łagodzi, dobrze spisuje się pod makijażem i mam nadzieję, że mu się nie odmieni.


Pomadki Color Whisper
Mówiłam, że nie wytrzymam? No i już przepadłam. Miałam ochotę na więcej, ale poszłam po rozum do głowy, że przecież te 3 będzie mi ciężko wykorzystać. Ale dam radę. Do wcześniejszej dołączyły więc Pink Possibilities i Petal Rebel. Kolory bardzo ładne, delikatne, kobiece. Idealne na lato i idealne dla mnie. Jestem ogromną fanką tych pomadek i już niedługo pokażę Wam swatche. Niestety sierota to moje drugie imię i musiałam sobie dziabnąć nakrętką w Pink Possibilities. Serce mnie zabolało, no ale trudno. To, że jest kulawa nie znaczy, że już jest do bani. Będę ją kochać taką, jaka jest. Jedną kupiłam w Hebe za 21,99 a drugą w Super-Pharmie za 17,99.


Organix
Kupiłam sobie zapas odżywki do włosów, którą już opisywałam Wam na blogu. Dla mnie absolutny ulubieniec. Sprawia, że włosy są lśniące, pięknie pachną, są sypkie i są prostsze w ciągu dnia. Ja mam ogólnie proste włosy, ale lubią się one puszyć, wywijać w każdą stronę, itp. Przy tej odżywce zapominam o tym problemie. Droga, bo bez promocji 29,99 a to według mnie sporo, ale warta każdych pieniędzy.


Cleanic, dezodorant w chusteczce
Nowość na rynku, dopiero co to wprowadzają. Ja znalazłam w Hebe i od razu rzuciłam się jak szczerbaty na suchary, i wzięłam oba warianty zapachowe, bo jak inaczej? Nie pamiętam dokładnie ile kosztowały, ale było to mniej niż 4zł za opakowanie. Już sobie sprawdziłam i wariant Soft bardzo przypadł mi do gustu. Poręczne to, można zabrać do torebki - jestem zadowolona.


Woda termalna Uriage
Moja pierwsza butla, którą kupiłam z myślą, że załapię się na promocję, gdzie można było zgarnąć maskę z Uriage za 1gr. No niestety mi się nie udało i moje zakupy zakończyły się wtedy na tej wodzie termalnej i pierwszej Color Whisper na pocieszenie. 150ml kosztowało mnie 19,99. Nie wiem, tak szczerze mówiąc, jakim cudem żyłam wcześniej bez wody termalnej. Teraz zaczynam i kończę nią każdy dzień.


Catrice, Eyebrow Filler
Potrzebowałam czegoś, co będzie trzymać moje brwi przez cały dzień w jednej pozycji. Mam problem z lewą brwią - jest niesforna, a włoski rosną sobie, jak chcą. Żel jest bawiony i nadaje brwiom kolor, bez konieczności użycia kredki. Ja jednak wybieram połączenie, a nie tylko żel. Kosztował 9,99zł w Hebe.

To by było na tyle. Szczerze mówiąc, na razie nie potrzebuje NICZEGO. I mam nadzieję, że w związku z tym uda mi się trochę zaoszczędzić. Będę się bić po rękach, jeśli będę chciała wziąć coś, co nie jest mi potrzebne. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat moich nowych nabytków i czy udało się Wam ostatnio kupić coś ciekawego:) Dajcie znać w komentarzach, chętnie poczytam.

Pozdrawiam Was jeszcze raz bardzo chłodno, bo raz w taką pogodę, to za mało :)

P.S. Przy okazji się pochwalę, bo jestem chwalipiętą, a taki dzisiaj post:) Wygrałam niedawno najnowszą książkę Kinga pt. "Joyland", na portalu lubimyczytac.pl. I to nie byle jak wygrałam, bo w zwycięskiej piątce znalazło się moje, budzące grozę opowiadanie. Czytaliście już Joyland?  :)
DO GÓRY