Showing posts with label nivea. Show all posts

beGlossy "Slow Life"

Tuesday, October 11, 2016 -


Wrześniowe pudełeczko beGlossy bardzo mnie zaskoczyło. Pozytywnie. Generalnie, powoli zaczyna do mnie docierać, że chyba wyrastam z tego typu rzeczy, że takie pudełeczka nie są dla mnie. Dlatego ostatnie pudełko bardzo mnie zaskoczyło. Na tyle mocno, że po prostu, najzwyczajniej w świecie, byłam zachwycona zawartością.

Dlaczego? 
Dlatego, że w większości była to pielęgnacja. Ale to taka pielęgnacja, która w jakiś sposób mnie zainteresowała, która jest ciekawa. Zacznijmy! 


Na wstępie zestaw dwóch miniatur z Uriage. Tutaj znalazł się olejek do kąpieli oraz mleczko nawilżające do ciała. To fajne produkty, które nadadzą się na wyjazdy. Zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Były już ze mną na weekendowym wyjeździe, zużyłam je do końca. I bardzo mi się podobały. Moja skóra nie była w ogóle przesuszona, jak to ma w zwyczaju na jakichś wyjazdach. Mniejszych lub większych.  Czy zdecydują się na produkt pełnowymiarowy? Nie wiem, ale jeśli już, to na olejek pod prysznic. O tej porze roku zaczynam wracać do treściwych, bardziej nawilżających formuł, więc ten nadałby się najlepiej. 


Nowością w asortymencie Vichy jest Slow Age, czyli krem nawilżający z wodą termalną z Vichy. Formuła kremu została wzbogacona o faktor słoneczny o wartości 25. Jest lekki i szybko się wchłania. Nie podrażnia cery, ale jednak moja cera potrzebuje czegoś więcej. 


Enilome, to nieznana mi dotąd marka. Delikatny krem do rąk do skóry suchej, to produkt, który ma mocno nawilżać, ale nie dawać efektu tłustych dłoni. I taki jest. Przy okazji bardzo przyjemnie pachnie, więc trafił na stałe do mojej torebki.


Maskara Debby All in One mascara, to produkt, który ma gwarantować szokujące pogrubienie i równoczesne rozdzielenie rzęs. Efekt ma być spektakularny, ale do recenzji z tym tuszem wrócę niebawem. Niestety, mam teraz otwarte kilka sztuk i muszę je zużyć w pierwszej kolejności. Dość mam bycia niewolnikiem moich własnych natręctw (czyli otwierania wszelkich nowości) 


Nivea, Caring Shower Silk Mousse, to totalna nowość w asortymencie Nivea. Pianka do mycia pod prysznic jest bardzo gęsta i sprężysta. I powiem Wam szczerze, że uważam ją za superprodukt. Bardzo mi się sprawdziła i na pewno kupię nowe opakowanie. Wspomnę też przy okazji o tym, że może służyć pod prysznicem, jako dwa w jednym, czyli nie tylko środek myjący, ale też jako pianka do golenia. Polecam ;)

Ogólnie, tak jak Wam wspomniałam na początku, pudełeczko mi się podobało. Jakoś tak, wpasowało się w moje gusta tą sporą ilością pielęgnacji.
A jak jest z Wami? Bawicie się jeszcze w pudełeczka subskrypcyjne? 

Nivea, Pielęgnujący płyn micelarny

Monday, July 18, 2016 -


Jeszcze kilka lat temu nie wyobrażałam sobie życia bez płynu micelarnego od Biodermy, Sensibio H2O. Z perspektywy czasu, mam ochotę do niej wrócić i przypomnieć sobie za co ją kochałam. 
W tym czasie, przez moje ręce przewinęło się naprawdę sporo zmywaczy do makijażu. Lepszych i gorszych. Nie podzielam na przykład zachwytów nad płynem micelarnym z Garniera. Owszem, jest w dużej pojemności, rozsądnej cenie i z przywoitymi właściwościami. Jednak, moją skórę zostawia jakby niedoczyszczoną. Może nie jest tak w praktyce, ale moje odczucia są zgoła inne. Po prostu nie daje mi komfortu.

Platforma Zblogowani ruszyła niedawno z kampanią dotyczącą płynu micelarnego Nivea, Pielęgnujący Płyn Micelarny. Chcialabym pominąć Wam szczegóły braku dopracowania przesyłek, ale czuję, że nie mogę się powstrzymać. Paczka była zgnieciona i zniszczona w momencie, gdy do mnie trafiła. I rozumiem, to akurat wina firmy kurierskiej. Chociaż, po otwarciu kartonika okazało się, że płyn micelarny latał sobie po nim, jak Ikar po niebie. Dodatkowo, brak jakiejkolwiek karteczki/informacji prasowej/ podziekowań i zaproszenia do testów. Nic, nawet nie było "pocałuj mnie w...". Ja rozumiem, że być może w oczach firmy jesteśmy nikim. Ale na tle innych marek, które w przygotowanie podobnych paczek wkładają więcej wysiłku, jako PRowiec - byłoby mi wstyd. 
I nie, nie chodzi mi tu o wartość przesyłki, a o sposób prezentacji, który niejako sam świadczy o producencie. No cóż...

Przejdę już jednak do konkretów i pozytywów, czyli do opisu samego produktu, który obronił się mimo tak złego, pierwszego wrażenia. Dawno, naprawdę nie miałam tak dobrego płynu micelarnego. I dla mnie, to właśnie on, a nie różowy Garnier jest idealnym zamiennikiem płynu z Biodermy. Nie pozostawia lepkiej warstwy, genialnie doczyszcza wszelkie zanieczyszczenia i zmywa nawet najtrwalszy makeup. Jedyna wada, to brak wydajności w stosunku do ceny. Za 200ml trzeba zapłacić 14.99zł w regularnej cenie. Moja buteleczka skończyła się po ponad miesiącu regularnego używania. Byłoby przyjemniej, gdyby był produkowany w większych pojemnościach. Jednak, jak na produkt z tej niskiej półki drogeryjnej, jestem z niego niezwykle zadowolona. 

Jakich Wy używacie miceli?

A obiecałam sobie, że nie będę kupować...

Tuesday, July 30, 2013 -

Taka już jestem. Często sama siebie oszukuje, że już nigdy więcej, a potem widzę promocję i latam po sklepie, jak kot z pęcherzem. Co najmniej, jakby nie miała się ona powtórzyć, jakby to było raz na milion lat. Chyba będę musiała się udać do jakiegoś lekarza, bo sama sobie nie potrafię przetłumaczyć, że za miesiąc, czy dwa promocja się powtórzy. Ale nie, ja muszę zrobić zapasy na koniec świata albo "o! tego koloru jeszcze nie mam!".

 Tak oto stałam się posiadaczką wielu nowych kosmetyków. Część z nich trafiona w dziesiątkę, część kupiona nie wiem po co,  jedna rzecz jest totalnym bublem... Dla mnie nowość, bo ostatnio prawie niczym, co kupiłam sobie sama (albo wybrałam), nie byłam zawiedziona. No to przyszła kolej i na mnie. Może to i dobrze, bo teraz już nie będę się rzucać, jak szczerbaty na suchary.

Może zaczniemy, co? Będąc w miejscowości, w której ostatnio "pożegnałam się" z moim telefonem wstąpiłam do Pepco. Przy okazji! Mój telefon jest już u mnie! Wiara w skuteczność polskiej policji jakoś tak do mnie powróciła, chociaż ja i Dżejms mieliśmy spory wkład w rozwiązanie sprawy - jak dwoje porządnych detektywów. Teraz już się ten palant nie wywinie i sprawa skończy się w sądzie. Wyobrażam sobie jego zdziwioną minę, gdy go odwiedzili :) Ale już do rzeczy, bo znowu odchodzę od tematu. Jakbyście mnie poznały na żywo, to byście wiedziały, że jestem miłośniczką zaczęcia rozmowy o czymś, przejścia na milion tematów, aby ostatecznie nie dokończyć tego, co mówiłam na początku, zapominając w ogóle, co to było :)

A więc byłam w Pepco i w tym oto Pepco zakupiłam cienie. Pierwszym z nich, a właściwie pierwszą, bo to paletka, jest ta poniżej na zdjęciu. W końcu udało mi się upolować coś z MUA i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. 


Cienie są bardzo dobrze napigmentowane, a kosztowały jakieś 9.99, czyli niedużo. W paletce mamy cztery cienie, których swatche widzicie na zdjęciu poniżej. Zdziwiła mnie trochę konsystencja, ponieważ są one, jakby mokre, może nie totalnie mokre, ale odrobinę. Dzieje się tak pewnie za sprawą drobno zmielonego brokatu. Mimo to, nie ma problemów z ich blendowaniem na powiece, wręcz przeciwnie, wychodzi to dość sprawnie i szybko. 


Może nie pokusiłabym się o makijaż w tylko tych barwach, bo za dużo by było tej dyskotekowej kuli, ale jeden, czy dwa kolory dodane do codziennego makijażu dają przepiękny efekt. Ja jestem najbardziej zadowolona z mięty, która trafiła do tego zestawu. Już od dawna chodził za mną cień w tym kolorze, ale jakoś żaden mnie nie zadowalał. Ten spełnia moje oczekiwania.


Kupiłam jeszcze jeden wypiekany cień z Accessorize. Kosztował mnie 4,90zł i jak widać niżej, nalepka z ceną nie chce się pożegnać z opakowaniem. Jakoś to przeżyję, trudno. 


Nie będę ukrywać, wzięłam go, bo zachęciła mnie cena. Był tak opakowany, że w sumie ciężko było stwierdzić, w jakim jest kolorze. Mimo to, jestem bardzo zadowolona z zakupu w ciemno. Cień można śmiało używać, jako rozświetlający róż. Podzielony jest na dwie części, z czego jedna wiele się od drugiej nie różni.


Jeden kolor to bardzo połyskliwy, ale też jasny i delikatny róż, drugi zaś dla mnie typowo szampański, różniący się lekko beżowymi barwami. Przy okazji bardzo ładnie pachnie. 


A to moje zakupy szczecińsko-warszawskie. Część z Was, która śledzi mnie na Facebooku wie, że wybrałam się ostatnio do Warszawy na koncert Depeche Mode. W tamtym roku byłam na Coldplay, ale mimo pobytu w stolicy, nie zwiedziłam jej specjalnie. Tym razem jednak byłam z osobą, która przeciągnęła mnie po mieście  na tyle, że w hotelowym łóżku, w ciągu 4 godzin spało mi się tak dobrze, jak nigdy w życiu. Miasto mi się bardzo podoba i żałuję, że mój Dżejms nie zgodził się na wakacje w Warszawie. No, ale cóż. W tym roku zwiedzamy Wrocław. W Złotych Tarasach weszłam tylko do dwóch, a w sumie trzech sklepów. MAC, BBW i Super-Pharm (bo męczyła mnie alergia i nie mogłam przestać kichać, smarkać, płakać i w ogóle). I taka moja mała dygresja nt. SP w Złotych. Myślałam, że padnę! 
Nie chwaląc się, ale w Szczecinie, nasza Kaskada i Galaxy wypada dużo, dużo lepiej. Nie dziwił mnie też fakt, jak Kaskada wygrała konkurs na najlepszą galerię handlową w Polsce. I może nie mamy wszystkich sklepów, nie możemy się nimi pochwalić (bo brakuje np. MACa, BBW, Dorothy Perkins, Victoria's Secret, ale to chyba wszystkie, jakich u nas nie ma). Super-Pharm wygląda na odrobinkę większy niż nasz, ale to, że są numerki do kasy aptecznej, to mnie rozwaliło. Nikogo nie ma w kolejce, a pani do mnie jaki mam numerek. A co ja? W urzędzie jestem? Może to Was teraz podzielić na osoby, które twierdzą, że tak lepiej, bo nie ma wielkich kolejek, bo to, bo tamto. Dla mnie to jest jednak śmieszne i padłam tam razem z moją "towarzyszką podróży". My, w mieście, które według wielu "leży nad morzem", jakoś sobie jeszcze bez tych numerków radzimy. 


Razem z "towarzyszką" doszłyśmy do wniosku, że nie mogłybyśmy mieszkać w Warszawie. I nie chodzi o to, że duże miasto, że dużo ludzi. Szczecin naprawdę nie jest mały, ale zdecydowanie bardziej go kocham. Mimo że nie mieszkam tutaj od urodzenia, to zawsze uważałam go za piękne miasto. Wiele się w ciągu ostatnich lat zmieniło i nadal zmienia. Jak ktoś jeszcze na wycieczce u nas nie był, to serdecznie zapraszam. Jest mnóstwo rzeczy, które warto zobaczyć, a którymi mało które miasto może się pochwalić. Takiej Trasy Zamkowej, jak u nas, to nie ma nikt. I mój kuzyn ze Śląska, który jechał nią pierwszy raz, zachwycał się, jak dziecko w sklepie z cukierkami. Widzicie, jak schodzę z tematu? Boże... Zaraz zacznę moralizatorską gadkę w stylu mema "Why U no come to Szczecin?".


Już wracam do tematu. Pięć przypinek kupiłam przed koncertem. Kosztowały mnie 20zł. W pierwszej chwili myślałam, że to tylko jedna tyle kosztuje, ale ostatecznie wyszłam lepiej niż na Coldplay'u, gdzie jedna była po 10zł. Ja sobie ustaliłam taką nową tradycję, że na każdym koncercie, jaki odwiedzę, będę kupować przypinkę i będę nimi dziabać moją styraną torebkę w takim stylu. Mam nadzieję, że niedługo kupię solidniejszy worek na takie pierdółki.
A tak w ogóle, to koncert był zajebisty :)


A teraz do Szczecinianek. W KOŃCU w Douglasie możemy się obkupować w kosmetyki marki NYX. I co zrobiła Ala, jak to zobaczyła? Kupiła już dwie kredki Jumbo Eye Pencil, w kolorach 605 Strawberry Milk i 611 Yogurt (poniżej swatche). Jedna taka kredka kosztuje 19,90 i może świetnie posłużyć, jako baza pod cienie. Ja jednak kupiłam te dwa kolory z myślą o wakacyjnych wyjazdach. Nie będę w ten sposób marnowała miejsca w kosmetyczce zbędnymi pędzelkami, cieniami itp. Wiem na pewno, że nie będzie mi się chciało poświęcać dużo czasu na wymyślne makijaże. Starczy mi podstawowy, naturalny efekt. 


W Bath&Body Works oszalałam. Dosłownie, jak tylko weszłam, to oszalałam. Z jednej strony chciałam kupić wszystko, z drugiej - łapałam się za głowę, gdy widziałam ceny. Wygrała moja bardziej "myśląca" osoba, która zabroniła mi kupowania rzeczy, które nie są mi potrzebne. Wzięłam to, co było "potrzebne" i nie przeginałam z kasą, mimo że byłam w stanie kupić naprawdę sporo. Poszłam jednak po rozum do głowy.


Tak oto stałam się posiadaczką tego lusterka. Wiem, jestem dziecinna, ale kurde, no! Widzicie, jakie jest cudowne? Kosztowało 19,90, a jest takie słodkie. Ja w sumie nie miałam żadnego przenośnego lusterka do torebki. Za lusterko robił mój telefon, który jest spory, więc można się w nim przeglądać do woli. Sówka ma w sobie jeszcze wodę z takim śniegiem z zimowej kuli, więc przy okazji cieszy oko. I bez tego cieszy oko, nie? :)


Zdecydowałam się na dwa kosmetyki. Żel Citrus Blanc (17,90) niby z masłem shea. Fajny cytrusowy zapach, ale pod prysznicem stwierdziłam, że wolałabym inny. Ten jest ładny, podoba mi się, ale to taka słodka cytryna, a nie kwaśna i orzeźwiająca. Mała pojemność, przyda się na wyjazd. Namiętnie używam żeli antybakteryjnych Carex, więc taka odskocznia też mi się przyda. Wybrałam go w wersji zapachowej Pink Frosting (7,90) i nim jestem zachwycona! Pachnie cudownie. 


Napadłam na Super-Pharm, bo się okazało, że moja woda termalna jest w promocji. Na zdjęciu widzicie dwie, ale kupiłam trzy, tylko jedna poszła do Dżejmsa. Przyda mu się w te upały, gdy pracuje. Ja jeszcze swojej nie wykończyłam, ale już niedługo. Przynajmniej mam zapas. No i zamiast 19.99 zapłaciłam 13.99. Dla mnie, dobry interes.


Korzystając z tej promocji -30% na Uriage, zakupiłam krem, za którym moja cera bardzo tęskniła. To był pierwszy produkt z kwasami, jaki używałam i od razu był strzałem w dziesiątkę. Krem Hyseac zawiera 2% kwas jabłkowy oraz 7% ester kwasu jabłkowego. Przeznaczony do skóry tłustej, trądzikowej, z problemami skórnymi, rozszerzonymi porami. Ja ogólnie znowu się zmagam z małymi nieprzyjaciółmi, którzy są bolący i wyglądają, jakby się ciągle budowały. 
Kiedyś już go używałam i bardzo mi pomógł. Co prawda nie krępowałam się i nie używałam go 2-3 razy w tygodniu, tylko prawie codziennie. Nie zaszkodził mi, bardzo pomógł, ale więcej o nim napiszę niedługo, bo mam już pomysł na recenzję porównawczą z Effaclarem Duo, który według mnie się do niego nie umywa.


I taki końcowy zbiór, z którego już trochę Wam na blogu pokazywałam. Oczywiście musiałam to okrasić biletem na koncert w tle :)


O peelingu do ust od Pat&Rub już pisałam, więc daję tylko link do recenzji - peeling

W H&Mie kupiłam sobie wypełniacz do koka, tzw. pączka/donuta. Zapłaciłam 9,90 i jest to średni rozmiar. Ja mam mnóstwo włosów, są ciężkie, grube i nie współpracują latem. Jeśli macie sporo włosów, to wiecie, jak to jest o tej porze roku. Dlatego stawiam teraz prawie codziennie na koka. Chyba, że nie wychodzę z domu. 


Moje pudełeczko lakierowe znowu się powiększyło, tym razem przybyło trochę rodzinki Essie. Trochę dużo przybyło. Zakupy były różne. Łącznie kupiłam 6 lakierów, z czego jeden macie w ROZDANIU. W Hebe kupiłam  Bikini so teeny. Parę dni później napaliłam się na Shake your $$ maker i wzięłam odżywkę Help me grow, bo jak wiecie, przytrzasnęłam sobie palca i teraz robię wszystko, żeby pozbyć się tego czarnego pod paznokciem. We're in it together i Tour the finance kupiłam w sklepie internetowym kosmetykizameryki.pl 


Na Facebooku Mydlarnia Hebe ogłosiła konkurs na testowanie ich olejków do wnętrz. Tak się złożyło, że mnie wybrali i po paru dniach dotarł do mnie olejek ogniste liczi. Oczywiście czekajcie na recenzję, bo mam zamiar niedługo taką napisać. Zapach mnie totalnie oczarował.


Aktualizacja Glossyboxa dla mężczyzn :) Dotarła nasza (a właściwie Kuby, bo ja nie golę brody) pianka Vichy. Szybko ją przysłali, przeprosili,  a produkt dotarł cały. Będzie testowanie, gdy wyjedziemy.



Zakupiłam też nowość, która właśnie weszła na polski rynek, czyli ten często reklamowany balsam pod prysznic. W jakiejś gazecie miałam próbkę niebieskiego i bardzo mi się spodobał. Ja nienawidzę balsamować ciała, nie robię tego, będę miała zmarszczki na tyłku i trudno :P Ale Nivea chyba stworzyło ten produkt z myślą o mnie :P Teraz nawilżam skórę i nie mogę jęczeć, że nie lubię się balsamować. Bo pod prysznicem, to lubię nawet bardzo. 


No i najbardziej ekskluziv zakup, czyli perfumy. Ja wcześniej strasznie się napaliłam na Cacharel Forbidden Kiss, ale potem jakoś już mi przestały ładnie pachnieć. Odpuściłam sobie i w dniu, w którym z Dżejmsem byliśmy w Douglasie (wtedy kupiłam kredki NYX), szukaliśmy jakiegoś ładnego zapachu. Najpierw na papierkach, ale potem już nie miałam wolnego miejsca na ciele :) Wiadomo, że na skórze inaczej pachnie niż na papierku. Ostatecznie podobały nam się dwa, ładnie kosztujące zapachy. Jednak stwierdziliśmy oboje, że od teraz będziemy kupować perfumy w Douglasie i Sephorze tylko, jeśli trafi się odpowiednia promocja. Jak np. ostatnio z Flash Jimmy Choo. Ten zakup był naszym pierwszym przez Internet. Posłużyła nam strona iperfumy.pl 
Wybrałam zapach Gucci, Flora w wersji złotej a, że Kuba jest najbardziej kochanym mężczyzną na świecie, to... no właśnie. Zapłaciliśmy sporo mniej od tego, co w sklepie, czyli 183zł. Buteleczka jest jedną z piękniejszych, jakie widziałam i jaka ozdabia mój mały zbiór. Wiem, że Wam obiecywałam post z moimi perfumami, więc jak się niedługo za to zbiorę, to na pewno się pojawi :) 
Perfumy są bardzo eleganckie, zmysłowe, kwiatowe, kobiece... mogę tak bez końca :) Ale wydaje mi się, że jest to zapach dla kobiety, mniej więcej w wieku do 30. roku życia. 



I co powiecie o moich przygodo-zakupach? :) Mam nadzieję, że nie zostanę zjedzona, tylko dacie mi rozgrzeszenie :P I, że sobie coś podpatrzycie. Dziękuję Wam za trzymanie kciuków w sprawie schwytania tego pazernego gościa, bo przesłaliście mnóstwo dobrej energii, skoro sprawa rozwiązała się tak szybko. Teraz czekam na wezwanie do sądu, żebym mogła mu się zaśmiać w twarz. Zamawiałyście coś kiedyś z iperfumy? Jesteście zadowolone? Bo ja bardzo! 
DO GÓRY