Showing posts with label Fenty Beauty. Show all posts

BEAUTY REGRETS: Tarte, Urban Decay, Fenty Beauty - najgorzej wydane pieniądze EVER!

Thursday, February 21, 2019 -


Przy okazji czyszczenia toaletki, pozbywania się prawdziwej tony kosmetyków, które u mnie tylko leżą, kurzą się i właściwie nie ma szans, żeby je zużyć w pojedynkę, zrodził się pomysł, aby napisać parę słów we współpracy z innymi blogerkami/influencerkami/beauty gurus. 

Dzisiejszy post o tematyce Beauty Regrets jest dla mnie zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, jak wiele kosmetyków po prostu mam. Mam i nic więcej. (tak, ta trójka prezentowana dzisiaj, to nie są wszystkie kosmetyki, które leżą sobie i właściwie nic więcej nie robią). Dziwię się jednak sama sobie, że w ogóle skusiłam się na niektóre z poniżej przedstawionych produktów. Jak jeszcze czerwoną szminkę jestem w stanie zrozumieć, w końcu był czas, że nosiłam je niemal codziennie, tak reszta? Jest dla mnie sporym zaskoczeniem! 

TARTE Amazonian Clay Mineral Foundation


Ten zakup był bardzo kręcący mnie emocjonalnie. Pierwsze zakupy w amerykańskiej Sephorze, to było coś świetnego i za każdym razem towarzyszył mi jakiś taki... thrill, zupełnie jakbym czekała na coś niespodziewanego. To były też czasy, gdy naprawdę zachłysnęłam się kosmetykami. Przewalałam na nie całe mnóstwo pieniędzy, nie zważając na to, czy rzeczywiście ich potrzebuję, czy nie. Liczyło się samo posiadanie, konsumpcjonizm. Po prostu. Nie ukrywam też, że byłam bardzo podatna na wpływ tego, co widziałam na angielskim oraz amerykańskim YouTubie. Zachwycał mnie ten świat, ogrom kosmetycznych nowości i perełek, i chciałam być ja te dziewczyny zza wody. Do zakupu podkładu sypkiego Tarte namówiła mnie wówczas essiebutton (naprawdę jestem dinozaurem). Teraz pewnie znana jest Wam wszystkim z nicku Estee Lalonde. Niestety, trochę się zmieniła i już nie potrafi namówić mnie na wszystko tak, jak kiedyś. Tarte Amazonian Clay Full Coverage Airbrush Foundation (pod tym linkiem możecie sobie zobaczyć, ile byłam kiedyś w stanie kupić...) w kolorze Fair Honey kupiłam mimo tego, że nie jestem fanką minerałów. Fakt, nigdy mi się ten produkt nie popsuje, ale sama świadomość tego, że mam coś, na co wydałam naprawdę duże pieniądze leży i nie jest używane - słabo. Same przyznacie, że słabo. Moja cera się z nim nie polubiła, głównie przez wzgląd na to, że mam suchą, wiecznie odwodnioną skórę. Łatwo więc o to, żeby podkreślał u mnie każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę.




URBAN DECAY, VICE LIPSTICK w kolorze MRS. MIA WALLACE

Pamiętam, jak był czas, w którym niemal codziennie nosiłam czerwoną pomadkę. Miałam na to sporą fazę i Wy również kojarzyłyście mnie mocno z takich wyrazistych barw na ustach. Pomadka Vice, na którą kiedyś się zdecydowałam, to przepiękny kolor Mrs. Mia Wallace. Szkoda tylko, że użyłam jej może ze dwa-trzy razy. Była fajna, bardzo podobał mi się ten kolor i wykończenie, ale... fajnie tak kupić sobie pomadkę, żeby jej nie używać?! Pewnie, że fajnie! Genialnie wręcz...  

Urban Decay nigdy nie kręciło mnie jakoś przesadnie mocno, mam może jeden, czy dwa produkty, które uważam za superkosmetyki, ale nigdy nie poszłam z prądem jeśli chodzi o ich kosmetyki. I niestety, Urban Decay Vice Lipstick, Mrs Mia Wallace okazała się być jedną z takich właśnie niewypałów.




FENTY BEAUTY eyeliner w kolorze LATER, CRATER

W 2017 pierwszy raz odwiedziłam Barcelonę. Miasto, które po prostu kocham od pierwszego wejrzenia. Wtedy też do Europy weszła marka Fenty Beauty. Jeszcze nie była dostępna w Polsce, więc nie ukrywam, że gdy weszłam do największej Sephory na naszym kontynencie, rzuciłam się jak szczerbaty na suchary. Dorwałam całkiem sporo nowości Fenty (tutaj link z moimi zakupami z Barcelony). Jedną z nich był właśnie eyeliner, który pochodził z limitowanej kolekcji Galaxy. Zobaczyłam go u Desi Perkins i się po prostu zakochałam.


Zapomniałam jednak, że jestem Polką i daleko mi do latynoskiej urody. Zapomniałam również, że mam totalnie inny kolor skóry, o jej tonie nie wspominając. I zamiast pięknego odcienia nude... wyszło u mnie mniej więcej coś takiego, co widzicie na zdjęciu. Jeden wielki dramat na oku - nie użyłam go chyba nigdy. W sensie, nigdy z nim nigdzie na oku nie wyszłam. Co ja sobie w ogóle myślałam?!

Zapraszam Was jeszcze na wpisy do @Agwer oraz do @BeautypediaPatt. 
Dzięki dziewczyny za udział! <3 

A Was pozostawiam z kilkoma pytaniami! Czy macie w swoich kosmetycznych zbiorach takie produkty, które leżą i tylko na nie patrzycie? Czy wydałyście kiedyś mnóstwo hajsu na jakiś kosmetyk i okazał się on być totalnym bublem albo po prostu uległyście modzie na daną nowość, która kompletnie miała się nijak do Waszych potrzeb? Jestem bardzo ciekawa! Dajcie znać w komentarzach <3 

Warto skusić się na błyszczyki Fenty? || Fenty Beauty Gloss Bomb Fu$$y oraz Fenty Glow

Monday, February 11, 2019 -


Parę dni temu zapytałam Was na Instagramie (@alamakotaa), czy wolicie zobaczyć wpis o błyszczykach Fenty, czy nowych korektorach. Powiem Wam szczerze, że bardzo zaskoczył mnie wynik ankiety, ponieważ byłam niemal przekonana, że zwyciężą korektory. Nic bardziej mylnego! Porównanie Gloss Bombów od Fenty Beauty okazuje się być dla Was dużo, dużo ciekawsze! 

Dlatego nie ma co się opierdzielać, piszę dla Was właśnie ten post, bo jak znowu zacznę odkładać wszystko blogowe na później, to się zobaczymy dopiero w marcu ;)


W asortymencie marki jakiś czas temu pojawił się nowy odcień kultowego już produktu, błyszczyka Gloss Bomb. Najnowszy kolor nosi przekorną nazwę Fu$$y. Tutaj mała lekcja angielskiego z Alą, ponieważ nie mogę słuchać, jak ktoś czyta to, jako "fusi". Moje drogie, przymiotnik fussy czytamy mniej-więcej jak fasi. Oznacza on natomiast niewiele więcej co wybredny, grymaśny, trudny do usatysfakcjonowania. Myślę, że to całkiem fajna nazwa, jak na błyszczyk, który ma być uniwersalny i pasować do każdego rodzaju karnacji, zupełnie jak dwa poprzednie - Fenty Glow oraz Diamond Milk. 


Mam wrażenie, że cena nieco skoczyła, bo wydawało mi się, że początkowo błyszczyki Fenty Beauty kosztowały około 60zł. Całkiem jednak możliwe, że się mylę. Mam tendencję do wymyślania rzeczy, więc możliwe, że wcale tak nie było, a ja po prostu żyję w przeświadczeniu, że ceny skoczyły ;) W każdym razie, za błyszczyk Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fu$$y zapłacić trzeba 75zł na stronie Sephora.pl. 
Ha! Właśnie sprawdziłam mój poprzedni post, w którym podawałam ceny produktów zaraz przed premierą. I tak! Błyszczyk kosztował wówczas 69zł. Także nie mam omamów. 

Kocham oba - zarówno za kolor, jak i za skład oraz świetny aplikator. Co prawda początki mogą być trudne, zwłaszcza jeśli nie jesteście przyzwyczajone do wielkich aplikatorów. Gąbeczka błyszczyka Fenty Beauty Gloss Bomb w każdej z wersji kolorystycznych jest sporej wielkości i... tak naprawdę jest mega ułatwieniem! Gwarantuję Wam, możecie pomalować usta nawet bez patrzenia w lusterko. 
Sama formuła jest pięknie bogata w masło shea, aczkolwiek równocześnie jest lekka i prawdziwie błyszczykowa. Intensywnie nawilża usta, a przy okazji ładnie wygląda.


Nie musicie się martwić o to, że błyszczyk się rozjedzie poza kąciki - nie ma na to szans. Nie ma też szans na to, żeby się kleił. Usta pokrywa jakby delikatny woal błyszczących drobinek, które nie lepią się nieestetycznie. Konkluzja jest taka, że produkt po prosty świetnie wygląda na ustach każdej kobiety!

Wspominałam Wam o tym już w poprzednim poście, który tyczył się kosmetyków marki Fenty Beauty. Nie byłam przekonana do tego błyszczyka, do momentu w którym nie zaczęłam go używać. Od tamtej pory praktycznie się z nim nie rozstaję i nie ukrywam, że stał się on moim absolutnym, błyszczykowym ulubieńcem. 



Fenty Beauty Gloss Bomb w kolorze Fenty Glow ma w sobie sporo beżowo-brązowego odcienia. I choć wydawać by się mogło, że może on zyskać miano uniwersalnego - nie uważam, żeby był taki w rzeczywistości. Niestety, prawda jest taka, że nie każdy czuje się dobrze w nudowych, beżowych kolorach. Dlatego cieszy mnie fakt, że marka poszerza swój asortyment o kolory, które będą się nadawać niemal dla każdej z nas. 



W porównaniu do Fenty Glow, Fu$$y ma wyraźnie bardziej różowy odcień, pozbawiony do cna beżowego/brązowego koloru. Na ustach wypada bardzo naturalnie, mam wrażenie, że można pokusić się o stwierdzenie, że to taki kolor prawdziwie uniwersalny dla jasnych karnacji. U mnie wygląda, jak moje usta, ale w lepszej wersji. Oczywiście nie obyło się bez napakowania go milionem drobinek, które pięknie mienią się w świetle dziennym i sztucznym.



Konkluzja jest jedna - warto! Jestem naprawdę zadowolona z  tego produktu i uważam, że nie wtopicie pieniędzy, jeśli go kupicie. Tym bardziej, że można go dorwać w zestawie miniatur razem z mini rozświetlaczem! 

Macie już w swojej kolekcji te błyszczyki? Lubicie je? A może w ogóle nie nosicie takich produktów? Dajcie znać! Koniecznie <3

Ulubieńcy ostatnich miesięcy: Burberry, Fenty Beauty, Clochee i inni

Friday, October 19, 2018 -


Dobrą passę należy wykorzystywać, dlatego dzisiaj wpadam do Was z ulubieńcami ostatnich miesięcy. Dawno nie było na blogu takich wpisów, a ja uzbierałam naprawdę zacne grono kosmetyków, które mogę określić właśnie mianem ulubionych. Kompletnie się na nich nie zawiodłam i chciałabym móc je Wam dzisiaj w jakiś sposób zarekomendować, jeśli w ogóle kiedykolwiek przyszedł Wam do głowy ich zakup. 

Zacznijmy od pielęgnacji i moich dwóch odkryć w tym temacie. Oba produkty, 
Tonik Mario Badescu niestety nie jest tak łatwo dostępny w Polsce, a  mój został zgarnięty za granicą. Trochę Was przepraszam, że go polecam, ale z drugiej strony sama wiem, że dla chcącego nic trudnego, więc jak mocno poszperacie, na pewno znajdziecie jakiś sklep internetowy, który go Wam sprowadzi. Zdecydowałam się na wersję z aloesem, ziołami oraz wodą różaną. Nie wyobrażam sobie mojego życia bez toniku w spray'u. Po prostu. Zawsze muszę mieć kosmetyk, którym spryskam twarz po demakijażu, czy do wykonaniu makeup'u. To dla mnie już nierozerwalny krok w rutynie. Nie niszczy makijażu, ładnie odświeża i przywraca równowagę skórze. Jestem w nim absolutnie zakochana i wściekam się, że nie mogę go kupić tak po prostu od ręki! 


O zmianie w mojej pielęgnacji pisałam Wam też niedawno przy okazji prezentacji kosmetyków Clochee. Zaczęłam na dobre używać naturalnych kosmetyków i powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona z efektów, które udało mi się na razie osiągnąć. Mierzyłam sobie nawet ostatnio poziom nawodnienia skóry i wypadłam wyśmienicie, więc przynajmniej 80% tego rezultatu zawdzięczam kosmetykom. Ten, który najbardziej przypadł mi go gustu, to Clochee, Light Moisturizing-Revitalizing Cream. Bardzo szybko się wchłania i nawilża na długie godziny. Czegoś takiego mi właśnie aktualnie potrzeba, więc nie szukam nawet niczego innego. Krem-marzenie! 



W kwestiach makijażu twarzy nie byłam w stanie wybrać tylko jednego kosmetyku. Zacznę więc od mojej ukochanej bazy pod podkład, której to mam już kolejne opakowanie. Fenty Beauty Pro Filtr Instant Retouch Primer, to kosmetyk, którego nie zamienię na nic innego. Regularnie kocham ją od ponad roku i wiem, że się z nią nie rozstanę. Ma idealną konsystencję, działa jak dobry krem pielęgnacyjny i bluruje wszystkie nierówności na mojej twarzy. Nie wymagam nic więcej. Bardzo lubię ją łączyć z Fenty Beauty, Pro Filt'r Soft Matte Longwear Foundation i choć nie czuję, żebym znalazła swój idealny match (moja szyja jest po prostu biała...), to znalazłam podkład, który prawdziwie mnie zachwycił. Mimo mocnego dystansu sprzed roku (nie byłam nim zachwycona w Barcelonie), zaczęłam go używać ponownie i kocham to, jak wygląda na mojej cerze. Wyrównuje koloryt, długo się utrzymuje i sprawia wrażenie drugiej skóry. LOVE! 
Więcej o kosmetykach Fenty możecie poczytać w osobnym wpisie na moim blogu - tutaj. 

Drugim podkładem, bez którego nie wyobrażam sobie życia, jest ukochany i wiecznie wychwalany przeze mnie Deborah Extra Mat. Podkład o naprawdę dobrym kryciu i jeszcze lepszej trwałości. Sprawdza się naprawdę super, zarówno na co dzień, jak i na większe wyjścia. Daje przyjemny, ale niepłaski mat oraz pięknie wygląda w obiektywie. Nigdy mnie nie zapchał i nigdy mnie też nie zawiódł. Jedna z lepszych pozycji w drogerii! A na promocji w Rossmannie dorwiecie go za połowę ceny, więc naprawdę warto! 



Z okazji jesieni odkurzam też ostatnio moje zapachy, które teraz będą odrobinę bardziej słodkie i duszące. Najwyżej nikt nie będzie koło mnie siadać, trudno :D Jesień i zima, to dla mnie czas słodyczy, zapachów otulających i ciepłych. Na bok idą wszystkie świeże wonie. 

Z przyjemnością sięgnęłam więc po zapach, który rozkochał mnie w sobie zeszłej jesieni. Mam tutaj na myśli Burberry My Burberry Blush EDP. Słodka, ale też równocześnie kwiatowa woń tych perfum przywodzi mi na myśl same dobre chwile. Jest stanowczo, ale też bardzo kobieco i seksownie. 


Nie wyobrażam sobie też życia bez tych gagatków wyżej. Od ponad dwóch lat nierozerwalnie kocham o tej porze roku pomadkę theBalm w kolorze Charming. To dla mnie idealny kolor na tę porę roku i nie wyobrażam sobie bez niej już życia. Jest przepiękną mieszaniną brązu, beżu i różu. Sprawdza mi się do lekkiego makijażu na co dzień i do tego mocniejszego, na większe wyjścia. 


Ostatnio bardzo sprawdził mi się również tusz do rzęs marki Artdeco Ultra Deep Black Mascara, który został zaprojektowany tak, aby docierać do wszystkich włosków. Pięknie rozdziela moje rzęsy i je unosi, dając efekt maksymalnego podkręcenia. Zawsze, gdy pytacie mnie o to, co mam na rzęsach, noszę ten tusz. Nie rozmazuje się w ciągu dnia. I mimo lekkiego osypu w ciągu dnia, wybaczam mu ze względu na długotrwały efekt! W duecie z kredką do oczu marki Deborah Kajal & Eyeliner Gel dzieją się już prawdziwe cuda! To mój ulubieniec w kwestii idealnie cielistej linii wodnej. Długo się utrzymuje (nawet w przypadku tak łzawiących oczu, jak moje) i daje piękny, matowy efekt. 

Błyszczyk Fenty Gloss Bomb, to dla mnie niemałe zaskoczenie. Spodziewałam się, że będę na niego narzekać i że okaże się być czymś niewartym uwagi. JAK BARDZO SIĘ MYLIŁAM! Jest genialny! Ma piękne drobinki i świetne właściwości nawilżające. Taki błyszczyk i masełko do ust w jednym. Znalazłam dla niego zamiennik w drogerii - wpadajcie na moje Insta (@alamakotaa), żeby dowiedzieć się, co takiego imituje go nawet lepiej, niż on sam! 



W poprzednim wpisie zdawałam Wam relację z tego, co sądzę o najnowszej serii cieni pojedynczych marki NABLA COSMETICS. Kolekcja The Matte Collection przypadła mi do gustu na tyle, że naprawdę nie używam ostatnio żadnych innych matowych cieni. Upodobałam sobie szczególnie beże i różo-fiolety, które to dla mnie nie mają sobie równych na rynku kosmetycznym. Ich formuła Hyper Matte daje wrażenie pracy z masełkiem. A intensywnie nasycone kolory - no cóż, naprawdę można się w nich zakochać! 


Nie mogłabym też nie wspomnieć tutaj o kolejnym produkcie marki Fenty Beauty, czyli KillaWatt Highlighter w kolorze Trophy Wife, który niesamowicie mocno mnie zachwycił. Rok temu nie zdecydowałam się na jego zakup, trochę bojąc się tego, co może mi zrobić na policzku. I mimo że konsultantka w Sephorze w Barcelonie mocno mnie na niego namawiała i nawet przekonała mnie po zaaplikowaniu na policzek (roztarła ten rozświetlacz tak pięknie, że nie pozostał mi po nim żaden kolor, tylko maaaaaaaasa drobinek), wciąż się bałam. Teraz już tak nie jest. To piękny kolor, który niesamowicie sprawdzi się na powiekach lub właśnie, jako taki rozświetlacz dla odważnych miłośniczek błysku. Ja się już nie przejmuję tym, co ktoś sobie pomyśli o moim makijażu i Wam też polecam takie podejście <3 


Kończę błyszcząco i mam nadzieję, że i Wam iskrzą się oczy, że Ala w końcu zaczęła dodawać wpisy ;) 
Dajcie mi koniecznie znać, czy miałyście już któryś z kosmetyków, które dzisiaj zaprezentowałam! Jestem szalenie ciekawa, czy coś Was zainteresowało! 
Czekam na Wasze komentarze! 


Czy warto kupić rozświetlacz FENTY BEAUTY ?

Monday, February 5, 2018 -

Marka Fenty Beauty jeszcze w tym roku pojawi się na polskim rynku. Pewnie niejedna z Was ostrzy sobie pazurki na rozświetlacze, słynny podkład, czy czerwoną pomadkę pasującą każdemu. 

Mogę sprzedać Wam ploteczkę, choć już całkowicie potwierdzoną. Fenty Beauty zawita do nas w najbliższych miesiącach. Szczecin może się cieszyć - szafa marki pojawi się w Galerii Kaskada. 

Jakiś czas temu, podczas wizyty w Barcelonie, napadłam na Sephorę i postanowiłam sprawić sobie kilka kosmetyków z Fenty Beauty i padło wtedy między innymi na rozświetlacz KillaWatt Freestyle Highlighting Duo w kolorze Lightning Dust/Fire Crystal. 

Opakowanie, to plastikowe, lekkie puzderko z lusterkiem. Biały  kolor i proste logo sprawia, że mamy do czynienia z eleganckim kosmetykiem, pasującym do każdej kobiety i każdej kosmetyczki. Mamy tutaj jednak mały twist w postaci tęczowych refleksów, które widoczne są podczas otwierania i zamykania puzderka. Dodaje to niewątpliwie pazura.

Warto też wspomnieć o charakterystycznym tłoczeniu na samym kosmetyku. Nie wiem, jak Wam, ale mnie bardzo przypadło do gustu logo Fenty Beauty i uważam, że jest jednym z bardziej udanych na rynku. 


W środku znajdują się dwa kosmetyki prasowane o wykończeniu tak zwanym cream-powder. pod naciskiem palca mamy wrażenie, że kosmetyk jest kremowy. Jednak w zetknięciu z pędzlem, pozwala na taką samą aplikację, jak klasyczny, prasowany puder. Duet został wybrany z myślą o kobietach o jasnym typie karnacji, które dobrze czują się w beżowo-złotym błysku. Ten po lewej, czyli Lightning Dust, to ideał dla osób, które swoją przygodę z rozświetlaczami dopiero rozpoczynają. Jest nienachalny, delikatny, o cielistym, ciepłym odcieniu. Perłowy beż nie będzie rzucać się w oczy, ale równocześnie zagwarantuje Wam naturalny blask, zdrowo wyglądającej skóry. Jego jasny odcień beżu, w którym doszukać się można złotego blasku, nada się do makijażu dziennego. 

Od lewej: Lightning Dust oraz Fire Crystal 


Na policzku Fire Crystal

Fire Crystal jest natomiast spełnionym marzeniem każdej miłośniczki tak zwanych rozświetlaczy na bogato. Mamy tutaj do czynienia z bardziej błyszczącym, iskrzącym wręcz wykończeniem. W podtonie widać tutaj już wyraźnie cieplejsze odcienie złota. Jest odrobinę kremowy w swej konsystencji, zwłaszcza pod naciskiem palca. Jednak na skórze twarzy, przy użyciu pędzla, kompletnie tego nie czuć. Pięknie wtapia się we wcześniejsze warstwy makijażu i daje mocny blask. Co prawda, posiada mniejsze i większe drobinki, dlatego te z Was, które nie lubią tego efektu i drobinki w rozświetlaczu, to dla nich wielkie NOPE, radzę go omijać. 
Ja natomiast jestem z niego bardzo zadowolona. Pięknie się mieni i wygląda bosko zarówno na policzku, jak i na powiece. Właśnie tak lubię to też używać - zarówno jako cień, jak i rozświetlacz. 

Kosmetyk nie pyli się podczas użycia pędzla. Najlepiej do rozświetlacza sprawdza się pędzel z Inglota 4SS i to właśnie na niego stawiam podczas codziennego makijażu twarzy. 

Na policzku Lightning Dust

Na początku rozświetlacz Killawatt Freestyle Highlighting Duo mnie w sobie nie rozkochał. Będę szczera, byłam wręcz zawiedziona. Okazuje się jednak, że po kilku użyciach, zaczęliśmy się lubić znacznie bardziej. Mam wrażenie, że kosmetyk ten posiada jakąś dziwną wierzchnią warstwę, po starciu której, rozświetlacz nabiera zupełnie innego oblicza. Staje się wtedy zdecydowanie bardziej intensywny, mocniej napigmentowany i pozwala się lepiej stopniować. 

Kosmetyk Fenty Beauty kosztuje 38 Euro. Nie wiem niestety, jaką cenę będzie mieć po wejściu na rynek polski. 

Jestem zdania, że warto przyjrzeć się bliżej szafie Fenty, gdy już do nas dotrze (będzie dostępna w Sephorze). Co prawda, nie sądzę aby ten rozświetlacz wart był tylu pieniędzy, bo jednak jest to spora sumka, jak na 3.5g produktu. Dostajemy jednak dwa różne wykończenia i dwa różne rozświetlacze, więc jest to zakup całkiem sensowny dla tych z Was, które lubią dostawać więcej :) Noszę ten rozświetlacz ostatnio codziennie (i zeszło tak już chyba ze dwa-trzy miesiące). Co prawda mam już całą masę kosmetyków z tej kategorii, ale nie ukrywam, że mam ochotę na jeszcze dwa odcienie. Słynny Trophy Wife (i byłby to zakup czysto kolekcjonerski) i bliżej niesprecyzowany, jeszcze jeden duet. Już w jakimś bardziej różowym odcieniu. Ale - rozsądek na razie wygrywa :) 

A Wy? Cieszycie się, że Fenty wejdzie do Polski? Czekacie na tę markę, czy macie bardziej "meeh"? 

Jo Malone, Fenty Beauty, kolorówka Rituals, czyli moje zakupy z wyjazdu do Barcelony

Monday, November 20, 2017 -


W hiszpańskiej Sephorze oszalałam do reszty. Warto wspomnieć, że Barcelona może się pochwalić posiadaniem największej perfumerii w całej Europie. I nie powiem, dziewczyny, robi niesamowite wrażenie! Jest ogromna! Miałam coś wziąć ze stacjonarnej szafy Hudy, ale odpuściłam. Skusiłam się na nowości Fenty Beauty, które to według plotek i ploteczek, w przyszłym roku pojawią się w polskiej perfumerii. 


Kupiłam bazę Pro Filt'r, która daje nawilżające, ale matowe wykończenie. Do tego wzięłam sobie rozświetlacz Killa Watt w kolorze Lightning Dust & Fire Crystal, a oprócz tego do koszyka wpadł mi jeszcze bardzo ciekawy eyeliner z kolekcji świątecznej Galaxy. Jest w specyficznym kolorze, bo beżowego eyelinera jeszcze nie miałam. Later, Crater zastyga na mat, ale wystarczy odrobinkę go potrzeć, żeby oczom ukazały się błyszczące, złote drobinki! No cudo!!!


Chwyciłam jeszcze próbkę podkładu w jednym z dwóch odcieni, które pasują do mojej skóry. Jeden z nich (120) był wyprzedany, a fantastycznie stapiał się z kolorem mojej cery. 130, który wzięłam by przetestować formułę, choć odcień jest nie w moim guście (ma więcej żółtych tonów, za którymi nie przepadam). Na pewno wrzucę Wam jeszcze jego recenzję. 



Chciałam kupić jeszcze kilka innych kosmetyków, ale wiecie - budżet jest budżet. Nie mogłam go przekroczyć, bo inaczej poszłabym z torbami. 

Dostałam też w prezencie perfumy marki Jo Malone. Mała pojemność (30ml) zapachu Wood Sage & Sea Salt zasiliła moje perfumowe zbiory. Dodam jednak, że zapachy Jo Malone są dość specyficzne, nie dla każdego. Takie... wyrafinowane. To chyba dobre słowo. Są proste kompozycyjnie (z reguły jedna lub dwie przewodnie nuty, które można ze sobą dowolnie łączyć), a co za tym idzie, dają niezwykle duże pole do popisu fankom ciekawych woni. Jestem absolutnie oczarowana ideą marki i sądzę, że na dobre stanę się fanką tych zapachów. Na moim jednym się nie skończy i na pewno kupię ich więcej, mimo dość wysokiej ceny. 


Na koniec jeszcze rzut okiem na kolorówkę Rituals. Tak, na kolorówkę! Byłam w szoku, że posiadają oni kosmetyki do makijażu! Skusiłam się tylko na jeden kosmetyk i był to kremowy rozświetlacz Miracle Limited Eye&Cheek Glow, idealnie nadający się jako produkt do rozświetlania szczytów kości policzkowych albo do makijażu oka. Po zmieszaniu z olejkiem do twarzy, może też służyć jako piękna, rozświetlająca baza pod podkład. I rzeczywiście, glow daje niesamowite! Można je rozblendować do lekkiego blasku, ale i stopniować do totalnie oślepiającego efektu! Genialna sprawa.


I to tyle! Choć poszło na to całkiem sporo pieniędzy, a ja czuję, że będę zadowolona z tych zakupów, to jednak wiecie... chciałabym jeszcze kilka rzeczy, ale wewnętrzna walka o zakupowy minimalizm mi nie pozwala :D

Jesteście ciekawe recenzji tych produktów? Co zainteresowało Was najbardziej?
DO GÓRY