Showing posts with label Samsung. Show all posts
Wróciłam cz.II + zakupy z lotniska i nalot na drogerie
Tuesday, April 29, 2014 - BeneFit Biotherm Chanel Clarins Clinique Kobo L'oreal Lovely MAC Melissa Samsung
Na czym to ja skończyłam? Aha!
Lecimy dalej.
Wszystkich, którzy przegapili poprzedni post, zapraszam tutaj KLIK.
Powrót do domu okazał się być ciekawy i obfitował w wiele niespodzianek. Pierwszy lot miałam zaplanowany na godzinę 7.00. Na miejscu okazało się, że jest piętnaście minut wcześniej, a ja stałam w ogromneeeeej kolejce do odprawy. Dzięki czemu do samolotu zostałam wpuszczona praktycznie prawie ostatnia. Niestety stało się to, czego się obawiałam. Podróż niestety nie była tak przyjemna, jak tydzień wcześniej. Było mi przez całą godzinę okropnie niedobrze, a stary dziadek, który siedział koło mnie ciągle się wiercił. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok... Na szczęście doleciałam do Oslo i tak jeszcze tylko przejście CAŁEGO, OGROMNEGO lotniska dzieliło mnie od moich marzeń - strefy wolnocłowej.
Tak w ogóle, to może najpierw Wam powiem, co chciałam kupić. W moich planach był podkład Chanel, kosmetyki Clinique oraz Benefit. Niestety, Benefit okazał się pozostać w strefie marzeń. Napaliłam się niezmiernie na jakiś zestaw z miniaturami produktów i maskarę They're Real. Niestety, mogłam sobie o nich tylko pomyśleć. Oprócz tego, że był straszny tłok i ścisk (gorzej niż na promo w Rossmannie, w Kaskadzie! ), to udało mi się przecisnąć do szafy Clinique. Stoję tam i stoję. Szukam wzrokiem fioletowego słoiczka z napisem Take the day off i nic. Kompletnie nic. Wszystko, tylko nie to. Zrezygnowana zaczęłam kręcić nosem i chyba wyglądałam, jak zgubiony pies, bo podeszła do mnie miła pani z obsługi. Mówię jej, że chcę to i to. Pobiegła do koleżanki "od Clinique" dowiedzieć się, że nie ma.
Ale, ale! Kazała mi iść za nią i biegnę tak z moją walizką do szafy Clarins. Niewysoka pani staje na palcach, żeby zdjąć mi wysoki kartonik. Mówi, że sama używa, że to taki "klensing oil", co chciałam, tylko inny. (i droższy ;) ). No wzięłam. Co miałam nie brać ;)
Wierzcie mi, norweskie korony wydaje się bardzo, ale to bardzo łatwo. Wszystkie ceny będę Wam podawać właśnie w koronach i polskich złotych, jak coś.
Wybrany przeze mnie żel, który zmienia się w olejek, do zmywania twarzy, kosztował 179kr (~80zł). Podreptałam już w Polsce porównać jego cenę w Sephorze, ale go w szczecińskiej perfumerii nie znalazłam. Jest za to na stronie. Regularna cena, to 109zł.
Po tym, jak już naprawdę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, bo kolorówki, na którą tak bardzo się nastawiałam nie było, postanowiłam powędrować do szafy Chanel. Oglądając przy okazji każdą napotkaną na mojej drodze markę. Nic szczególnego nie wpadło mi w oko, mimo że zastanawiałam się naprawdę długo nad różem w kształcie gerbery z Clinique. Gdy dotarłam do francuskiej marki, zaczęłam się rozglądać za podkładami. W grę wchodził Vitalumiere Aqua albo nowość w szafach Chanel, Perfection Lumiere Velvet.
Jak widzicie na zdjęciach, padło na ten drugi. Zapłaciłam za niego 299kr (~150zł). Nie miałam jaranka na Chanel, dopóki nie zrobiłam moich pierwszych zakupów. No niestety. Przepadłam. Moja recenzja tych dwóch produktów będzie na pewno obszerna, ale też ociekająca miodem :P
Drugim produktem był róż w kremie Le Blush Creme de Chanel,w kolorze 64 Inspiration. Długo się zastanawiałam, czy nie wybrać różu, który ma w sobie drobinki (pisze o nim Kasia). Koniec końców stwierdziłam, że czas na coś morelowo-brzoskwiniowego. Mam w swojej kolekcji dwa róże (albo różery, jak mówi Kuba ;)), które są shimmerkowe i postanowiłam nie iść tą drogą. Dosyć bycia sroką ;) Za róż zapłaciłam 259kr (~130zł).
Poszłam też na dział męski i tam kupiłam zestaw miniatur Biotherm dla Kuby. Pianka do golenia, żel pod prysznic i krem do twarzy. Niech chłopina ma coś od życia :P Za zestaw zapłaciłam 159kr (~80zł). No i padło też na pół litra irlandzkiej whisky Jameson, którą Kuba chciał spróbować po obejrzeniu serialu True Detective. Miałam zapłacić 99kr, ale w samolocie zorientowałam się, że mnie okantowali na 30kr. Dlatego ostatecznie zapłaciłam 129kr(~65zł). [zdjęć nie ma, bo Kuba już swój zestaw do siebie zajumał, a jak alkohol wygląda, to chyba wie każdy :P ]
Łączna wartość zakupów, to 1025kr. Przeliczanie sobie daruję, bo mnie serce rozboli.
Niestety kolejny lot z Oslo do Goleniowa przeżyłam tragicznie. Myślałam, że pęknie mi ucho. Miałam porobić zdjęcia z okna samolotu, ale jajo wyszło. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc praktycznie całą drogę spędziłam jęcząc i trzymając się za głowę. Jestem w szoku, bo jeszcze nigdy mi się takie coś nie zdarzyło. Co gorsze, ucho bolało mnie jeszcze co najmniej trzy dni od powrotu do Polski.
Jak wspominałam, pierwszy lot miałam o 7 rano. Dlatego ubrana byłam w grubszy sweter, żebym nie zmarzła. Co śmieszne, w Szczecinie dostałam delikatnie po policzku. Na kilometr było widać, że jeszcze kilka godzin temu byłam w innym kraju. Wszyscy byli rozebrani do rosołu, szorty, t-shirty i inne odkryte sukienki. I w tym tłumie ja. W szarym swetrze. Joł.
W dniu mojego powrotu rozpoczęła się promo w Rossku. Dlategóż też zakupiłam ten oto korektor. Jeden już mi się skończył, a ja jestem w nim po prostu zakochana. A kupić go prawie o połowę mniej, to już w ogóle.
Buszowałam też po sklepach, w celu wydania pieniędzy. Kupiłam spodnie (ale nie zmieszczą się pewnie w kadr :P). Kupiłam pokrowiec na telefon, który jest mega, mega. Zwie się S View Cover i wyświetla fajnie powiadomienia. (cena:129zł w Saturnie).
Napadłam na Douglasa podczas promocji -20% przez całą noc i w końcu kupiłam dwie szminki z MACa. Jak wiecie, w Norwegii zrobiłam deal życia i po tym, jak mojej mamie wypadł cień Naked Lunch z mojej paletki podróżnika (nie, nic wielkiego mu się nie stało), wyhandlowałam dwie szminki w ramach ataku serca. Padło na kultowe kolory, Angel oraz Girl About Town. W obu się zakochałam i oba pokażę Wam na pewno z bliska.
Co dalej? Co dalej? Tak się zastanawiam, czy czegoś nie przeoczyłam. A! No tak. Kupiłam też swoje pierwsze Melissy. Ogromnie mnie zdziwiło, gdy udało mi się na nie wpaść w Szczecinie. Byłam naprawdę pewna, że nie są u nas dostępne. Za swoje czarne, z nowej kolekcji zapłaciłam 159zł. I ogólnie powiem Wam, że noga mi pływa i strasznie obtarłam pięty. Z tym, że kompletnie się do nich nie zrażam i dam im jeszcze parę szans, bo jestem typem człowieka, którego obetrą nawet kapcie. Myślałam o podaniu rodziców do sądu, ze względu na moje niedorobienie, ale nic mi to nie da. I tak każde buty będą mnie obcierać. Całe życie. Najs ;) W każdym razie Melisski pachną ślicznie, są śliczne i oby już mnie więcej ślicznie nie obtarły ;)
W poniedziałek napadłam jeszcze na Rossmanna i Naturę w poszukiwaniu szarego eyelinera. Jeszcze tam wrócę, bo nie znalazłam takiego cudaka. Kupiłam za to dwa cienie z Kobo (Dark Chocolate i Caffe Latte) oraz kultową już maskarę z Lovely. I ja postanowiłam jej dać szansę, po tych wielu pochlebnych opiniach. A że teraz kosztuje dosłownie grosze, to nie będzie mi żal, jak się u mnie nie sprawdzi.
No i teraz już zdradzę Wam tajemnicę, dlaczego z Norwegii nie przywiozłam tobołka ciuchów, mimo że promocje zachęcały. I to nawet bardzo. Otóż, wczoraj wybrałam się na swoją pierwszą wizytę do dietetyka. Tak, te które znają mnie osobiście wiedzą, że od kilku lat jest mnie więcej, niż mniej. Próbowałam kolejny raz schudnąć, ale nie będę ukrywać, że jestem cienki Bolek i nie dałam rady. Dlatego postanowiłam nie katować się kolejną dietą, którą odpuszczę po dwóch miesiącach., tylko przejść się do kogoś, kto się na tym zna. Kto nauczy mnie, jak mądrze jeść, kiedy moje "odchudzanie" się już skończy. Kto będzie mnie motywował na kontrolnych wizytach. I przede wszystkim, potrzebuję dyscypliny. Wiem, że przed samą sobą bym się usprawiedliwiała, że zjadłam kolejną czekoladę. Obcemu człowiekowi będzie mi wstyd powiedzieć, że się obżerałam czekoladą zamiast zjeść marchewkę :) Będą ciekawe przepisy? Dam znać. Pan dietetyk Piotr zachwyci mnie na tyle, że go Wam polecę - spoko. Zaznaczę jednak, że blog nie zmieni się nagle w "JA I MOJA DIETA". Chcę dzielić się z Wami moim życiem, a myślę, że dawanie Wam znać, ile udało mi się schudnąć w każdym miesiącu, jakoś mnie zmotywuje. Będę miała wszystko czarno na białym.
I to już chyba byłoby na tyle. Mam nadzieję, że mój tasiemcowaty post(w długości i ilości informacji z mojego życia, rodem z Klanu), Was nie zanudził. Teraz już będą recenzje tego, co nakupowałam i co się u mnie sprawdza/nie sprawdza już od dawna. Dobrego tygodnia Wam życzę!
Ściskam,
Ala.
Wróciłam!
Sunday, April 27, 2014 - H&M L'oreal Maybelline Samsung
Hej!
W końcu! W końcu coś się pojawia na blogu! ;) Nie było mnie w cholerę czasu, ale już wróciłam i właściwie dopiero teraz mam chwilę, żeby usiąść i trochę dla Was popisać. Tak naprawdę, wracając wpadłam z deszczu pod rynnę. Podczas świąt spędzonych za granicą chciałam odpocząć i nie zajmować się blogiem. Gdy wróciłam, czekało na mnie kolokwium z matematyki, mnóstwo zakupów oraz całkiem mało czasu i ochoty.
Postanowiłam zdać Wam chociaż minimalną relację z mojego wyjazdu. Podzielę ten wpis na dwie części, ponieważ w ciągu tych ponad dwóch tygodni sporo się u mnie wydarzyło. Czeka mnie też parę zmian, ale o tym w drugiej części.
Przejdźmy do wyjazdu. Część z Was wie, część może nie, ale wybrałam się do Norwegii na minione święta. Moi rodzice mieszkają tam już od kilku lat. Oczywiście ogromnie się stresowałam lotem, ponieważ
1) mam lęk wysokości,
2) lotnisko w Oslo jest przerażająco wielkie,
3) ostatni raz leciałam samolotem 4 lata temu.
I właściwie w momencie, gdy siedziałam w samolocie w Goleniowie, większość stresu po prostu ze mnie zeszła. Tym bardziej, że całą drogę do Oslo siedziała koło mnie dziewczyna, która stresowała się lotem tak bardzo, że miałam wrażenie, że zaraz odepnie pasy i postanowi zacząć krzyczeć. Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć jej, że samolot się rozbije i wszyscy zginiemy, ale postanowiłam nie być wredna ;)
Po dotarciu do Oslo, zgubieniu się (ale tylko tak myślałam) osiemdziesiąt razy, przyszła pora na odprawę i czekanie na następny lot. Żeby było śmiesznie, zostałam wybrana do przypadkowej kontroli. Przypadkowo, gdy stałam w kolejce, do takiej przypadkowej kontroli, całkowicie przypadkowo zostały wybierane kobiety. Cóż za przypadek! No cóż. I tak nie zazdroszczę temu panu, że musiał dotykać moich Conversów :P
Dotarłam do domu i właściwie powiedziałam Wam na Facebooku, że w górach leży śnieg. Nie zrozumieliśmy się do końca, bo wiele osób napisało do mnie, że życzy mi wesołych świąt, mimo że pojechałam w zimowe warunki. Kochani! Śnieg leżał w górach ;) Ja go tylko widziałam. Wyglądało to ślicznie, nie powiem, ale na szczęście nie musiałam się wspinać w te góry i spędzać świąt na mrozie.
Tato postanowił zrobić nam prezent, po tym, jak dowiedział się, że w naszym studenckim mieszkaniu tajemniczo zniknęła tarka.
Wszystkie zdjęcia robiłam telefonem. Bałam się zabierać aparat ze sobą, bo byłam pewna, że coś odwalę. Jestem ogromną niezdarą i wiedziałam, że wystarczy chwila nieuwagi. Dlatego muszę Wam powiedzieć, że to wszystko wyglądało miliony razy lepiej na żywo ;)
Zachwycona reklamą, która molestowała mnie przez ten tydzień, postanowiłam spróbować cukierków. O matulu! Nie kupujcie, jeśli macie do nich dostęp. Fuj, fuj, fuj! Chyba, że lubicie anyż. Bleeee...
Ale reklama dobra ;)
Co szokujące, trafiła mi się naprawdę fantastyczna pogoda. Nabrałam ze sobą cieplejszych rzeczy, ale na szczęście słońce mnie nie opuszczało. Sporo pozwiedzałam i zobaczyłam. Wychodząc z domu, z jednej strony miałam góry a z drugiej morze. Miejscowość, w której mieszkają moi rodzice jest pięknie położona i dość spokojna. Muszę przyznać, że siedząc już teraz w Szczecinie, trochę za tym spokojem tęsknię.
Jednego dnia pojechaliśmy na większe zakupy, do innego miasta. Połaziłam po galeriach, pooglądałam różne rzeczy. Zdziwiło mnie chyba najbardziej to, że w H&Mie i Cubusie są zwyczajne szafy z kosmetykami, jak w Rossmannie itp. I można też kupić markowe perfumy. Nie będę ukrywać, że dostałam tam małpiego rozumu i dopiero w domu zorientowałam się, że popełniłam błąd kupując dwie rzeczy. O nich za chwilę.
W H&Mie skusiłam się tylko na buty. Dlaczego nie przyjechałam z tobołkiem ciuchów, mimo że w Norwegii teraz są całkiem przyjemne promocje? O tym już dokładniej powiem Wam w następnej części. Jak to powiedział mój tata, "były, jak za darmo". Cena 99koron to stosunkowo mało (fakt, wszystkie koronowe ceny dzielcie sobie na pół), ale wiadomo - tam są też zupełnie inne zarobki, a co za tym idzie - ceny.
Zakupiłam też trzy kosmetyki. Właściwie, żadnego nie planowałam, po tym, jak mama powiedziała mi, że AŻ takiej wielkiej różnicy między kosmetykami nie ma. Capnęłam - jak mi się wydawało - korektor z Maybelline, coś jakby tint z L'oreal'a i żel do brwi, który lubi KatOsu. Dlaczego dałam ciała? Po pierwsze, korektor okazał się być podkładem. Coś mi nie pasowało, że był taki gruby, a nie chudziutki, jak widziałam na zdjęciach. Ale nie, osoba, która zdała FCE na 96% (czyli ja), nie zauważyła na opakowaniu słowa FOUNDATION. BRAWO! Jeszcze w ogóle wzięłam kolor z dupy. Następnym razem wezmę jakieś leki uspokajające zanim wejdę do sklepu...
Dorwałam też nowość w szafie L'oreal. Byłam pewna, że jest to coś na zasadzie dopasowującego się do naszej cery, tintu. Jest nawet podzielony na light to medium skin oraz medium to dark skin. Marketingowo świetnie! Ale więcej na temat tego cudaka opowiem Wam w osobnym poście. Ciekawe, czy w ogóle pojawi się w Polsce...
I jedyny zakup, z którego jestem bardzo zadowolona, to właśnie żel do brwi. Recenzje produktów trafią na bloga, nie martwcie się ;)
Oczywiście dostałam też mój zajączkowy prezent, czyli tablet Samsung Galaxy Note 8.0. Całkiem przyjemne cacuszko ;) Fakt, już mi się cham zarysował na ekranie, ale to pewnie tylko moja wina. Przeczesuję aktualnie całe miasto w poszukiwaniu głupiej folii na ekran i wyobraźcie sobie, że żaden sklep jej nie ma. Już pominę fakt, że podobno będzie mnie ona kosztować 60zł. Pff... Chyba zostaną mi tylko zakupy przez Internet. Mimo wszystko, jestem już prawie cała z Samsunga ;) Telefon, laptop, tablet.
Kto mnie zna, ten wie, że jestem wielką gadżeciarą.
Tegoroczne święta spędziłam pogańsko ;) Bez święcenia jajek, ale za to z żurkiem. Chyba wyrosłam z latania do kościoła z koszyczkiem i nie jest mi szczęścia potrzebne kilka kropelek wody, którą ktoś nazwał sobie święconą. Szanuję wiarę innych i rozumiem, że dla kogoś nie ma bez tego świąt. Ja raczej jestem z osób, które same nie wiedzą, czy wierzą, czy nie wierzą. W każdym razie, jest mi to obojętne. Ważne, że spędziłam je z rodziną.
W kolejnej części pokażę Wam z bliska moje zdobycze ze strefy wolnocłowej, kilka nowych zakupów, które poczyniłam już tutaj na miejscu oraz opowiem Wam, dlaczego nadchodzący poniedziałek jest dla mnie przełomowy.
Na razie życzę Wam miłego, niedzielnego wieczoru. I zmykam pisać drugą część ;)
Subscribe to:
Posts
(
Atom
)








