Showing posts with label Artist Rouge. Show all posts

Najnowsze pomadki Make Up For Ever, Artist Rouge

Wednesday, October 26, 2016 -


Moje pomadkowe zbiory zamiast się pomniejszać, to tylko się powiększają... Miał być detoks, wyszło, jak zawsze...



Nie ma tego złego jednak. Inaczej przecież nie byłabym w stanie pokazać Wam nowości w perfumeriach i nie mogłabym Wam szczerze poradzić: warto, czy nie?

Dzisiaj w takim razie przemilczmy wspólnie moje uzależnienie od kosmetyków i skupmy się na tym, co tutaj najważniejsze, czyli na najnowszych pomadkach Make Up  For Ever. Totalna zmiana w wyglądzie opakowania i cale mnóstwo pięknych kolorów, wśród których trudno znaleźć tylko jeden, który powinien wrócić z nami do domu.

Najnowsza seria Artist Rouge dzieli się na wersję Matte oraz wersję Creme.  Która jest lepsza? No! Strzelajcie! Jestem ciekawa, czy zgadniecie, która wpadła mi w oko bardziej.


Sama się temu dziwię, ale w tym sezonie stało się coś niemożliwego. Ja, miłośniczka trwałych i matowych formuł, najlepiej zastygajacych, zakochałam się w nawilżających i błyszczących pomadkach. Być może, dzieje się tak dlatego, że producenci fenomenalnie spisali się podczas tworzenia jesiennych nowości. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że nie miał na to wpływu powrót do jesiennych czerwieni i fioletów oraz zwyczajna tęsknota za takimi kolorami na ustach.

Mam dwa kolory, po jednym w dwóch wykończeniach dostępnych w serii 34 odcieni. Kremowe wykończenie zaszczyciło mnie w kolorze Rouge Scene C405 , czyli przepięknej, krwistej czerwieni. Jest bardzo kobiecy, z wyraźnymi niebieskimi tonami, dzięki czemu zachwycająco odświeża cerę, podbija kolor niebieskiej tęczówki oraz wybiela optycznie zęby.  Jest odważny, ale to jeden z tych odcieni, które robią mocne wrażenie i właściwie nie trzeba się przy nich napracować nad resztą makijażu. Wystarczą intensywne usta.


Orange Coquelicot M301, to już kolor cieplejszego różu. Bardzo dziewczęcego i intensywnego. W pewien sposób neonowego, bijącego po oczach, ale przy okazji stonowanego, przygaszonego. Ciekawe połączenie. Mimo matowego wykończenia, jest satynowa i gładko sunie po ustach podczas nakładania. Każda ze wspomnianych przeze mnie szminek, kosztuje 115zł i jest dostępna w perfumerii Sephora.

O dziwo, ich formuła w obu przypadkach jest bardzo komfortowa i długotrwała. Jestem zaskoczona, bo z reguły tylko maty mogły poszczycić się takim osiągnięciem. Nie tym razem. Make Up For Ever zadbało o to, żeby miłośniczki któregokolwiek z wykończeń, mogły cieszyć się porządnym makijażem ust przez długi czas. Producent mówi o nawet ośmiu godzinach trwałości. Tutaj się nie zgodzę, ale intensywny pigment oraz blask utrzymują się nienaruszone przed kilka godzin. Bomba!

Skuwki są matowe i gładkie, wygodnie leżą w ręce. Na szczycie wytłoczone zostało logo marki. Otwieranie i zamykanie kosmetyku w żaden sposób nie sprawia problemów. Przy okazji będąc na tyle bezpieczne, by nie pozwolić szmince otworzyć się samoistnie w torebce. Satynowa czerń skrywa w sobie elementy skuwki w środku. Kolorem przypominają zmatowiony kawałek metalu. Industrialny i surowy, z wytłoczonym napisem Make Up For Ever. Bardzo mi się taki styl podoba.

Zwróćcie uwagę na dziwaczne zakończenie sztyftów. Specjalnie ścięte szminki mają "zapamiętywać" kształt ust użytkowniczki i pozwalać na swobodne wyrysowanie idealnego kształtu warg. Czy tak jest? Po części tak. Na pewno łatwiej jest takim ostro ściętym końcem wyrysować kontury, zwłaszcza łuku kupidyna. Jednak, nie nabierałabym się na zapewnienia producenta w tym temacie. Szminka wcale nie będzie idealnie wyprofilowana przez cały czas używania. Konturówka jest rzeczą bardzo potrzebną.

Poczytajcie też o:

Podsumowując, muszę Wam powiedzieć, że naprawdę mnie te nowości zaskoczyły.  Jestem jednak zdecydowanie większą fanką wykończenia Creme. Mat tym razem nie do końca mi się podoba. Chyba tej jesieni wolę błyszczące formuły.

A jak Wam podobają się oba kolory? Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach!

Kosmetyczne zapowiedzi! Shiseido, NARS, Origins, Marc Jacobs i inni

Tuesday, October 18, 2016 -


Idąc śladami trendu blogowego, który zapoczątkowała Aga z bloga White Praline (wpadajcie zobaczyć jej piękną stronę!), poszłam za ciosem i również postanowiłam pokazać Wam zapowiedzi blogowe. Czuję się trochę, jak ksiądz na ambonie, ale co tam! 

Chcę Wam dzisiaj przedstawić kilka kosmetyków, które na pewno doczekają się recenzji na blogu. Oczywiście, produktów takich będzie znacznie więcej, na dzisiejszych okazach nie poprzestanę, jednak... postanowiłam odświeżyć trochę feed na stronie, dodać mu trochę polotu i czymś lekkim zaabsorbować Waszą uwagę. No i przyznaję się bez bicia, chciałam wykorzystać najnowsze zdjęcia, które zrobiłam przy użyciu dodatków do zdjęć, które udało mi się ostatnio dorwać w papiernicznym. 


Z serii pielęgnacyjnej, przybliżę Wam na pewno dwa produkty z Shiseido, które wchodzą w skład linii Bio-Performance. Najnowsze serum do twarzy, LiftDynamic Serum, to produkt przeznaczony do walki z siłą grawitacji, która nieprzychylnie traktuje naszą skórę. Dopełnieniem ma być LiftDynamic Eye Treatment, czyli krem-kuracja w okolice oczu, który ma za zadanie walczyć z oznakami starzenia. Seria przeznaczona jest dla kobiet 35+, jednak ja wychodzę z założenia, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Dlatego nie ukrywam, że nowy krem pod oczy testowany jest od dnia, w którym dostałam przesyłkę. Pierwsze zmarszczki niestety już zauważyłam i staram się zrobić wszystko, by się nie pogłębiały. 


Sprawdzam też kilka miniatur kosmetyków, które być może będą miały przełożenie na zakupy pełnowartościowych produktów. Zacznę jednak od początku, czyli od dwóch baz pod makijaż. Jedną z nich jest Prime Time od marki bareMinerals. Jest to produkt wygładzający, wyrównujący i matujący. Jak się możecie domyślić, ma w swoim składzie silikony. Jednak, podobno jest to nieszkodliwy silikon. Sprawdzam to na sobie i myślę, że w najbliższym czasie wydam wyrok, czy aby na pewno mnie nie zapchał. 
Drugą bazą pod makijaż jest baza z Burberry, Fresh Glow. Została ona stworzona na bazie wody i ma zapewniać intensywne nawilżenie skóry, która po aplikacji ma wyglądać na bardzo zdrową i świetlistą. Efekt jest natychmiastowy i powiem Wam szczerze, że choćbym nie wiem, jak starała się znaleźć matujący produkt odpowiedni dla mojej cery, to i tak zawsze kończę w ręku z produktem rozświetlającym. Jestem niereformowalna.
Na koniec maluszek od NARSa, który jest młodszym bratem kultowego różu Orgasm. Tym razem, jest to produkt kremowy i rozświetlający. Ma w sobie co prawda odrobinę koloru, ale po naniesieniu na policzki daje subtelny i naturalny blask. O wiele bardziej mi z nim po drodze, niż z prasowanym różem. 


Wśród nowych pomadek, które ostatnio zasiliły grono moich ulubienic, widziałyście te dwie szminki Make Up For Ever. Nowa seria Artist Rouge podbija perfumerię Sephora. Do wyboru są dwa wykończenia, kremowe i matowe. Oba z intensywnymi, mocno napigmentowanymi kolorami. Niebawem pokażę Wam je na ustach. 


Jeśli jesteśmy też w klimacie ust, to powiem Wam o kosmetyku, który chyba na stałe pojawi się w mojej kosmetyczce. Mowa tutaj o Lip Injection od Too Faced, który jest niczym więcej, jak błyszczykiem powiększającym usta. Pięknie pachnie, szczypie i sprawia, że wyglądam prawie, jak Kylie Jenner (tak, prawie! :-) ). Fajna rzecz, zwłaszcza przed nałożeniem mocnych kolorów na usta. 


Marka Origins wprowadziła nowy krem do pielęgnacji twarzy. Seria nosi nazwę Three Part Harmony. Produkt ten jest przeznaczony do odżywienia cery, jej naprawy oraz odzyskania blasku. Jest zabarwiony na żółty kolor, który pozostawia po sobie trochę śladu na cerze. Nie jest to jednak nic intensywnego. Pachnie cytrusowo, ma gęstą konsystencję i drewniane wieczko. Całkiem przyjemne dla oka. 


Marc Jacobs wypuścił w tym sezonie obłędne róże do policzków Air Blush. To dopiero petarda! Jestem zachwycona tymi mozajkami kolorów, które z jednej strony dają mocną barwę, a z drugiej niosą za sobą mnóstwo zdrowego rozświetlenia. Stylowe opakowanie, przepiękny efekt na licu i boska trwałość!


Na koniec raz jeszcze NARSowe perełki, czyli pomadka Audacious Lipstick w kolorze Apoline, które skradła moje serce oraz najnowszy błyszczyk-hybryda Velvet Lip Glide, w odcieniu Danceteria. Dwa skrajne kolory i dwa skrajne wykończenia. Za to jeden, przepiękny efekt na ustach. 

I to tyle. Mam nadzieję, że zabiło Wam szybciej serce. Było tak?
Niedługo więcej informacji! 


Pomadkowe nowości! MUFE, Shiseido, Sephora, Estee Lauder i NARS

Thursday, October 6, 2016 -


Z takich życiowych porażek, to mogę Wam się przyznać do jednej. Nie potrafię sobie odmówić zakupów kosmetycznych. Co prawda, bywają momenty, że udaje mi się być na detoksie, nie kupować nic nowego, dać sobie na wstrzymanie. Jednak, zawsze prędzej, czy później kończy się to nalotem na drogerię/perfumerię. 

Dzisiaj pokazuję Wam moje nowe nabytki. Wszystkie nowe szminki są tutaj zachowane mocno w klimacie jesieni, która już na dobre rozgościła się za oknem. Nie wiem, jak ja teraz będę robić zdjęcia na bloga, bo przecież pogoda przypomina raczej kadry z Silent hill. 

Są momenty, że cieszę się na jesień. Na przykład wtedy, gdy jestem opatulona cieplutkim kocem, w ręku trzymam kubek herbaty i oglądam ulubiony serial. Wtedy jest nawet spoko. Jak dodamy do tego jeszcze gruby sweter i mocne usta, to podskoczymy do rangi, "jest bardziej, niż spoko".


Jak widzicie, znowu w większości pokazuję Wam czerwienie. KAŻDA się oczywiście od siebie różni i KAŻDA jest totalnie nowa w mojej kolekcji. Takich jeszcze nie miałam ;) 

Make Up For Ever wypuściło na rynek nowe pomadki, których nazwa to Artist Rouge. Posiadam dwa kolory, w dwóch zupełnie różnych wykończeniach. Pierwszym z nich jest kolor Orange Coquelicot M301 i jest to matowa czerwień, złamana intensywnym różem. Na myśl przywodzi mi kolor Good Kisser z MACa (KLIK), który trafił kiedyś do limitowanej sprzedaży.  Drugi kolor, to Rouge Scene C405. Literka C oznacza tutaj kremowe wykończenie. Sama barwa zaś, jest niesamowicie intensywna, napigmentowana i pozostawia prawdziwie krwiste usta pełne blasku.


Pomadki Shiseido już mogłyście podziwiać na moim blogu TUTAJ. Pokazywałam Wam wówczas dwa kolory z najnowszej kolekcji, czyli Poppy i Crime of Passion. Nadal nie mogę wyjść z podziwu, jak pięknie odbijają światło. A czerwień Poppy jest chyba moją ulubioną.


Sephora, Rouge Matte, to nowość w szafach marki własnej znanej perfumerii. Na pewno widziałyście już całe mnóstwo informacji na temat tego, że Sephora wprowadziła nową serię matowych pomadek. Mnie trafił się kolor Rebel Chic i jest to bardzo ciemna czerwień, która właściwie tylko minimalnie przebija się przez kolor... hmm... zaschniętej krwi? Bardzo mocnego, czerwonego wina? To bardzo ciekawa, nieoczywista barwa.


Estee Lauder, Pure Color Envy, Hi-Lustre  230 Pretty Shocking, to dla mnie totalna nowość. Jeszcze nigdy nie miałam żadnej pomadki Estee Lauder i powiem szczerze, że rzadko mi z tą marką po drodze. Nawet jak mi się wydaje, że jakiś kosmetyk jest w sam raz dla mnie, to później okazuje się, że jednak nie do końca. Tak jest na przykład w przypadku kultowych podkładów tej marki. Jeszcze żaden mi się nie sprawdził. Zobaczymy jednak, jak będzie w przypadku intensywnie błyszczącej pomadki w odcieniu malinowej czerwieni.


W ogóle, też zauważyłyście, że mocnym trendem są błyszczące pomadki? Niby mat nadal króluje na ustach i uwielbiamy go za trwałość, ale jakoś tak te intensywnie połyskliwe kolory zdominowały nowości marek makijażowych.

Na sam koniec zostawiłam pomadkę w kolorze nude oraz błyszczyk, który tak właściwie jest hybrydą. Wszystko oczywiście z szafy NARS w Sephorze. Widziałyście już jak wygląda Velvet Lip Glide w kolorze Danceteria na moich ustach TUTAJ. To przepięknie odbijająca światło, długotrwała formuła. Odrobinę przekłamana nazwą, bo jednak Velvet kojarzy mi się bardziej z matem lub satyną, ale powiem Wam, że pomadka ta jest tak komfortowa w noszeniu, że nie  będziecie mieć jej nic do zarzucenia. 


Pomadki Audacious Lipstick, to niekwestionowany hit tego sezonu. Doskonale wiecie, że dziewczyny oszalały na punkcie formuły i kolorów, którymi dysponuje NARS. Nie pozostałam obojętna na te zachwyty i na własność mam teraz odcień Apoline. Jest to przepiękny odcień nude, który nada się idealnie na co dzień, zwłaszcza przy takiej jesiennej aurze. Ożywia on cerę, dzięki temu, że jest w nim naprawdę spora dawka różu. No i opakowanie zamykane jest na magnes. 


I to by było chyba na tyle. W tym momencie mogę Wam powiedzieć, że nie kupiłam sobie kolejnej, dziewiątej już pomadki do kolekcji, ale znam siebie i nie obiecam też, że moja kolekcja się nie powiększy. Tak wiem... to już jest problem, ale co zrobić! Każdy musi mieć jakiegoś bzika ;) 

Poczytajcie też o: 

Oczywiście, każdy z nowych kolorów doczeka się osobnej recenzji na blogu i już niedługo przedstawię Wam, jak wszystkie odcienie prezentują się na ustach. 

Dajcie mi koniecznie znać w komentarzach, czy moje nowe nabytki się Wam podobają! Kupiłyście ostatnio jakąś nową szminkę?

DO GÓRY